wrzesień 26, 2022

czwartek, 19 marzec 2015 15:08

Niefantastyczna odsłona mechanizmu fantastycznego, czyli o teleportacji

By 
Oceń ten artykuł
(3 głosów)

Rodzaje teleportacji

Film to medium niezwykłe. Niemniej także niezwykle skomplikowane. W rękach reżysera i scenarzysty leży, by widz się w tym medium odnalazł. Nie jest to trudne w przypadku produkcji kina klasycznego czy stylu zerowego. Tam, bowiem wszystko musi być możliwie bliskie odwzorowaniu otaczającej człowieka rzeczywistości, a najważniejszy problem stanowi poziom zainteresowania fabułą i/lub jej przesłaniem. Istnieją oczywiście inne elementy produkcji filmowej odpowiadające za jej rynkowy sukces oraz zaintereseowanie bądź zniechęcenie widza, jednakże intrygująca fabuła to już połowa sukcesu.

 

Inaczej jest, gdy reżyser decyduje się na stworzenie filmu zawierającego w sobie mechanizm teleportacji. Co rozumiem przez wspomniany mechanizm?Objawiać może się on w wieloraki sposób, poprzez: retrospekcje i wspomnienia, podróże w czasie i przestrzeni, wydarzenia wymyślone (mające miejsce jedynie w umyśle bohatera), sny oraz poprzez kontynuowanie historii na różnych przestrzeniach dziejowych z uwzględnieniem różnych wcieleń jednego bohatera lub wystąpieniem innych, będących alegoriami jego historii. Mechanizm teleportacji jest sprawą dla twórcy filmowego bardzo niebezpieczną, a zagrożenie to warunkuje niecierpliwość widza. Jeżeli nie uda się oglądającemu „wejść" do historii i zrozumieć ogólnego jej zamysłu (sensu zmiany płaszczyzn lub choćby momentów ich zmian) w ciągu pierwszych dwudziestu minut, to zapewne całkowicie zrezygnuje ze śledzenia rozwoju historii. Tutaj zaczyna się dylemat – podawać widzowi wszystko na tacy, decydować się na podpisy i zabiegi wizualne wskazujące zmianę płaszczyzny, czy bawić się z nim i liczyć na jego inteligencję. A może istnieją jeszcze inne opcje?

Tradycja rodem z kina niemego – podpisy

Zanim jeszcze pojawiła się era kina dźwiękowego i aktorzy zyskali zdolność mówienia, kino radziło sobie dzięki stosowaniu podpisów narracyjnych. Czasami ograniczało się do krótkich haseł, niekiedy wymagało uważanego wpatrywania się w, migoczący i zajmujący cały ekran, tekst. Chociaż ten sposób narracji został już całkowicie z kinematografii wyparty, to wciąż możemy spotkać się z jego dużo młodszym krewnym – podpisami wskazującymi czas i miejsce. Tego typu mechanizm teleportacji - przenoszenie widza z jednej lokacji do drugiej w odstępach czasowych lub równolegle do kolejnych wydarzeń -, szczególnie, jeżeli stosowany jest w filmie wielokrotnie, może wprowadzić nie lada zamieszanie. Aby się przed tym obronić, najlepiej jest (przynajmniej według niektórych twórców) przed każdą sceną, wskazywać widzowi lokalizację oraz czas danych wydarzeń. Z takim rozwiązaniem można się spotkać, na przykład w filmach katastroficznych.

Schemat jest wszystkim dobrze znany: naukowcy określają rodzaj zagrożenia, dzięki nieprzerwanie prowadzonym badaniom i obserwacjom; następnie komunikują się z innymi naukowcami, aby swoje przypuszczenia potwierdzić; w następnej kolejności informację otrzymuje prezydent (koniecznie prezydent amerykański i koniecznie w Białym Domu), więc każe zorganizować grupę najlepszych specjalistów na świecie; teraz cała piątka (rzadko więcej osób) prezentowana jest przy najdziwniejszych zajęciach bądź w dziwnych strojach wyciągana z łóżek w środku nocy. Fabuła toczy się dalej utartym torem, dobranym w zależności od katastrofy – epidemii, lawiny, asteroidy, wybuchu wulkany, tsunami, wyładowań atmosferycznych itp.

Gdzie w tym wszystkim miejsce na mechanizm teleportacji? Po pierwsze, przy każdej zmianie lokalizacji (laboratorium naukowców, Biały Dom, miejsce pobytu owych specjalistów) dodawany jest podpis miejsce konkretyzujący, chociaż czasami wydaje się to rzeczą absolutnie zbędną. Czy jest ktoś, kto nie pozna Białego Domu lub miejsca, w którym znajduje się wieża Eiffla? Nieco to tautologiczne, prawda? Dublowane komunikaty nie wnoszą żadnych nowych informacji. Tak naprawdę, w ogóle ich nie wnoszą, bo widz najpierw spostrzega wieżę Eiffla i konstatuje, że rzecz ma miejsce w Paryżu, a dopiero potem dostrzega podpis "Paryż".

Po drugie pojawia się, wciąż zmieniająca godzina, sugerująca zapewne nieubłagalnie upływający czas, by zdążyć z rozwiązaniem problemu przed wielkim wybuchem/zalaniem/uderzeniem lub, być może, odciągająca uwagę od faktu, że przy takim tempie działania bohaterów, planeta uległa by zagładzie już kilkanaście razy. Takie rozwiązanie wykorzystują filmy: „Epidemia" z 1995 roku (zamiast napisów, mamy tutaj lektora), „Supercyklon" z 2012 roku i znaczna większość pozostałych filmów katastroficznych. Szczególnie te o rozprzestrzeniającym się zakażeniu, zbliżającym meteorycie czy postępujących zmianach w ziemskiej atmosferze, mających doprowadzić ostatecznie do kolejnej epoki lodowcowej bądź trzęsienia całego globu tudzież wybuchów magmy z... zewsząd.

Ilustracja 1

Zdjęcia z filmu „Supercyklon" ze wskazaniami lokacyjnymi

Jeżeli świat jest pastelowy, to znaczy, że śnisz albo cofnąłeś się w czasie

Drugą ulubioną techniką filmowców w zakresie mechanizmu teleportacji jest stosowanie zabiegu rozmycia, gdy bohaterowie oddają się wspomnieniom bądź cofają się w czasie. Pierwszą z motywacji zastosowania tych mechanizmów najłatwiej zobrazować jest na przykładzie filmu „Sweeney Todd". Utrzymana w mrocznej scenerii produkcja przestaje być mroczna, gdy tylko główny bohater wraca do czasów swojej przeszłości. Czernie i szarości zastępują pastelowe odcienie oraz efekt rozmycia. Oczywistym jest, że wskazuje to zmiany w osobowości demonicznego golibrody. W pastelowym świecie sprzed lat on także był pastelowy i miał pastelowe marzenia, teraz jednak, po niesłusznych oskarżeniach i ogromie zadanego bólu, stał się mroczny (i absolutnie niepastelowy) oraz pragnie zemsty, na tym, który odebrał kolory jego egzystencji. Barwy mają tu, więc zastosowanie metaforyczne, ale są także koniecznym zobrazowaniem mechanizmu teleportacji, bowiem w przypadku braku jakichkolwiek zmian widz mógłby mieć problemy w zorientowaniu się w czasie i przestrzeni.

Ilustracja 2

Zdjęcia z filmu „Sweeney Todd". Pierwsze wskazuje na retrospekcję dzięki pastelowym kolorom i rozmyciu, drugie pokazuje kolorystykę utrzymaną w okresie aktualnych wydarzeń.

Opisany wyżej sposób obrazowania dotyczy nie tylko retrospekcji, ale również przywoływanych już snów, wyobrażeń, czy cofania się w czasie. Rzadko jednak zauważyć można równie wyraźną granicę wizualną, jak w „Sweeney Todd".

Wyróżnić mogę jeszcze drugie dość często stosowane rozwiązanie, jeżeli chodzi o wprowadzanie widza w motyw snu, myśli czy przeszłości; swoisty zamiennik dla znudzonych pastelami – najazd kamery. Powolne zbliżenie na oczy bohatera wskazuje widzom, iż następne ujęcie będzie rozgrywało się we wnętrzu bohatera. "Wnętrze" oznacza tu najczęściej myśli, jednak zdarzają się obrazy o zapędach literalnych, wskazujące obumierające synapsy czy tętniącą w żyłach krew. Koniec tych nierzeczywistych wydarzeń także jest widzowi sygnalizowany. Tym razem poprzez powolne oddalenie kamery lub nagłe przebudzenie w sposób alegoryczny bądź skojarzeniowy z wydarzeniami ze snów, na przykład: jeżeli w swoim marzeniu główny bohater całuje się z kobietą, która w realnym życiu jest dla niego nieosiągalna, to po przebudzeniu uświadamia sobie, że posiadany przez niego zwierzak, liże go po twarzy. Rozwiązań takich możemy szukać głównie w komediach romantycznych. Wariacją na temat tego typu sposobu wprowadzenia mechanizmu teleportacji jest zabieg zastosowany w filmie: „Książe Persji: piaski czasu" (reżyseria Mike Newell, rok 2010). W obrazie tym, gdy główny bohater korzysta z możliwości magicznego sztyletu i naciska odpowiedni guzik, dochodzi do cofnięcia czasu o kilka minut. Postać może jednak przyglądać się temu z boku – rozmazane zostaje i niejako ciągnięte wstecz, całe jego otoczenie, jednak nie on sam.

Nikt nic nie wie, czyli mechanizm teleportacji ukryty

Czasami bywa i tak, że twórca filmowy całkowicie rezygnuje z oczywistych rozwiązań wprowadzania mechanizmu teleportacji, stawiając na zainteresowanie widza inteligentnego, który zrozumie zamysł kreatora produkcji. Czasami się to udaje, czasami nie – niestety częściej mamy do czynienia z drugą opcją. Wartym przeanalizowania jest przykład „Drzewa życia" – film Terrence'a Malicka, nominowany do nagrody Oscara w trzech kategoriach w roku 2012. Niełatwo byłoby skonstruować jasny opis (gatunkowość, sens, przesłanie, znaczenie...), jednak z bliżej nieuzasadnionego powodu „Drzewo życia" wydaje się głębokie filozoficznie. Być może za sprawą biblijnych cytatów i serii mądrych aforyzmów, być może dzięki pięknym, wciąż zmieniającym się obrazom, nasuwającym mnogość znaczeń i metafor. Widz przerzucany jest w tej produkcji z jednego czasu w drugi, z jednej płaszczyzny w następną – trudno zorientować się, co jest głównym wątkiem i czy główny wątek w ogóle istnieje. Mechanizm teleportacji jest wszechobecny – kosmos, dom na przedmieściach, szklany biurowiec będący zwieńczeniem ludzkich możliwości konstrukcyjnych. Jest tak, jakby chodziło o samą teleportację, jakby żadne „tu i teraz" nie miało znaczenia. W przypadku „Drzewa życia" można by, więc pozwolić sobie na postawienie tezy, iż mechanizm teleportacji zamiast być tu wartością porządkującą, pozwalającą widzowi na odnalezienie się, jest chaosem samym w sobie i w tym chaosie właśnie należy szukać sensu.

Innym przykładem w kategorii ukrytych mechanizmów teleportacji jest „Atlas chmur" – film rodzeństwa Wachowskich oraz Toma Tykwera z roku 2012. Kolejne prezentowane w nim historie rozgrywają się w różnej przestrzeni czasowej i lokalizacyjnej. Widz wie, że relacje między poszczególnymi historiami zachodzą na zasadzie konsekwencji działań bohaterów w przyszłości, niemniej trudno mu rozgraniczyć, co jest ową przyszłością, a co przeszłością. Nie pomoże mu wizualna strona postaci, na nic zda się analiza strojów epoki. Mechanizm teleportacji służy tu jedynie zaznaczeniu samego faktu zmiany i wpływu kolejnych decyzji na kształtowanie rzeczywistości.

Spróbujmy czegoś innego

Poza filmowymi motywami mechanizmu teleportacji, które można łatwo zamknąć w wymienionych wcześniej kategoriach, można spotkać się (jak w przypadku większości różnych chwytów i zabiegów) z rozwiązaniami niestandardowymi. Oto kilka z tych, które najbardziej przypadły mi do gustu.

„Pan życia i śmierci" w reżyserii Andrew Niccola z 2005 roku, to produkcja, która moim zdaniem może pochwalić się jednym z najbardziej oryginalnych wstępów w historii kina. Zastosowany mechanizm teleportacji, który ma widza wprowadzić w opisywany świat, opiera się na śledzeniu pojedynczej kuli broni palnej. Widz śledzi kolejne etapy produkcji pocisku, jego transport i ostateczne użycie (śrut zostaje wystrzelony i trafia w głowę afrykańskie dziecko – podobny zabieg można też ujrzeć w filmie „Podziemny krąg" w reżyserii Davida Finchera z roku 1999, kiedy to widzowie wraz z kulą wbijają się w mózg jednego z rekrutów) – a wszystko w rytm piosenki Buffalo Springfield „For what it's worth". Bardzo podobnie rozpoczyna się „Forrest Gump" (reżyseria Robert Zemeckis, rok 1994). Tutaj jednak zamiast trasy kuli, śledzimy losy białego piórka, które ostatecznie zostaje przez głównego bohatera schowane do walizki.

„Złap mnie, jeśli potrafisz" w reżyserii Stevena Spielberga z roku 2002 nie korzysta z motywu tak szokującego, jak w „Panu życia i śmierci", niemniej również zajmuje wysoką pozycję w moim prywatnym zestawieniu. Pomijające same animowane wprowadzenie, które jest jakby streszczeniem całej historii, to w wir właściwych wydarzeń widz zostaje wciągnięty dzięki postaci prowadzącej talk show, w którym główny bohater – oszust bierze udział. Prezenter przybliża nam postać kanciarza, w telegraficznym skrócie prezentując jego życiorys, po czym zaprasza do siebie rzeczonego gościa – oszusta. Zamiast jednej jednak, pojawiają się trzy postacie i każda przedstawia się, jako Frank Abagnale. Następuje seria pytań mająca wskazać prawdziwego gościa. Gdy przychodzi pora odpowiedzi postaci granej przez Leonardo DiCaprio („Kto cię ostatecznie złapał?") zamiast słów płynących z ust bohatera, widz zostaje uraczony nową sceną, w której agent FBI usilnie stara się wytłumaczyć zagranicznym policjantom, że nazywa się Carl Hanratty. Jest to odpowiedź na zadane w talk show pytanie i przejście do właściwej historii.

„Wzgórza mają oczy" w reżyserii Alexandre'a Aja z roku 2006 również mogą się pochwalić interesującym wprowadzeniem. Po typowej dla tego gatunku zapowiedzi lektora – w roku tym i tym doszło do wybuchu, władze dementują plotki o mutacjach genetycznych – i morderstwie naukowców za pomocą kilofów, widzowi prezentowana jest seria obrazów związana z bronią atomową. Cały ten pokaz odbywa się w takt radosnej muzyczki country. Sielankowy krajobraz, pustkowie pośrodku niczego to stereotypowe pojęcie stanów rolniczych w USA. To samo tyczy się gatunku country. Łatwo, więc wyobrazić sobie bohaterów filmu – zmutowanych genetycznie, w spodniach ogrodniczkach i wiecznie coś żujących.

„Watchmen. Strażnicy." w reżyserii Zacka Snydera z roku 2009 warto docenić ze względu na rozpoczęcie filmu, które lokuje widza w rzeczywistości alternatywnej. Prezentowane fragmenty wydarzeń odnoszą się do tych historycznych, jednakże ze względu na obecność i charakter bohaterów filmu, są nieco zmienione. Jest to wstęp dla widzów z podstawową wiedzą historyczną związaną głównie ze Stanami Zjednoczonymi. Niemniej powoduje opisywane rozpoczęcie dwie rzeczy. Po pierwsze, pozwala widzowi na rodzaj zabawy i radość, gdy odgadnie któreś z odniesień. Po drugie, wywołuje chwilę refleksji – co by było gdyby, ile prawdy jest w tych ewentualnościach; co musiało się stać, żeby znane z historii wydarzenia się odmieniły?

Podsumowanie

Technologiczna strona filmu daje ogromne pole do popisu – efekty specjalne, montaż obrazu z dźwiękiem, zestawianie pozornie niemających ze sobą nic wspólnego obrazów. Dzięki temu właśnie sporo zyskuje mechanizm teleportacji. Twórcy filmowi prześcigają się ostatnimi czasy w próbach najciekawszego wprowadzenia widza w świat prezentowanych wydarzeń. Coraz rzadziej można spotkać rozwiązania znane i pozbawione kreatywności. Znikają pastelowe kolorki i rozmycie – stały się one obecnie symbolem filmów niskobudżetowych i kiczu. Jeżeli występują poza tymi ramami, to tylko w ramach gry z konwencją. Podpisy lokalizacyjne stanowią obecnie niejako wyznacznik gatunku; są detektywem ubranym w stary prochowiec i odpalającym jednego papierosa od drugiego w kinie noir.

Istnieją rozwiązania proste i bardziej skomplikowane. Te, które widz zrozumie od razu i te, których sens dostrzeże po chwili zastanowienia. Niemniej jest, w czym przebierać. Dzisiaj wskazałam takie rozwiązania wprowadzenia mechanizmu teleportacji (a to i tak kropla w oceanie pomysłów), ale kto wie, co będzie za dziesięć czy dwadzieścia lat? Kto wie, co wtedy wymyślą twórcy filmowi?

Tym jednak, co warto zauważyć już teraz, jest fakt, że teleportacja, którą zwykło się kojarzyć wyłącznie z produkcjami z kręgów gatunkowych fantasy i science fiction, ugruntowała swoją pozycję i w kinie obyczajowym. Elementy fantastycznego świata otaczają nas na każdym kroku. Tylko czasami nie dostrzegamy tej magiczności na pierwszy rzut oka.