Rezultaty wyszukiwania dla: czasu
Wywiad z J. Grzędowiczem i M.L. Kossakowską cz.2
Karolina Nykiel: Jak zaczęła się Pani przygoda z fantastyką?
Maja Lidia Kossakowska: To zależy, co przez to rozumiemy...
K.N.: Pierwsza przeczytana książka, na przykład?
M.L.K.: Moja przygoda zaczęła się dość banalnie, bez żadnych specjalnych, cudownych odkryć. Po prostu, w domu. Moi rodzice byli wielbicielami literatury, także fantastyki. Zawsze mieliśmy mnóstwo różnych książek. Oni podsuwali mi do czytania pozycje z bardzo różnych dziedzin, w tym także z fantastyki.
Wywiad z Darkaraghelem
Witam, może na początku przedstawię naszego gościa – przed państwem Darkaraghel, autor dwóch książek Oko węża i Gniew Meleghorna. Osobiście miałem przyjemność przeczytać obie, powiedz , proszę, bo jako autor zrobisz to najlepiej, o czym opowiadają twoje książki, w jaki sposób mógł byś je przybliżyć i zachęcić potencjalnych czytelników.
Witam Cię i wszystkich fanów Secretum. Moje obie dotychczasowe publikacje to zbiór opowiadań, połączonych ze sobą realiami i miejscem akcji czyli fantastycznym światem Borgaanu. Starałem się stworzyć wielu nie szablonowych bohaterów, z których żaden nie wysforowuje się na pierwszą pozycję ponad innymi. Są oczywiście postaci tak drugo jak i trzecioplanowe jednak w moich opowiadaniach nie ma typowego herosa wokół, którego budowana jest zwykle fabuła jak na przykład u Wagnera czy Howarda.
Wywiad z Piotrem Wolakiem
1. Z wykształcenia jest pan chemikiem. Dlaczego zainteresował się Pan pisaniem powieści?
Na skutek wypadku utraciłem wzrok i przez to nie mogę pracować w swoim zawodzie. W związku z tym zająłem się tłumaczeniami z języka angielskiego. Ponieważ zlecenia wpływają nieregularnie, zazwyczaj po kilka na raz dość często dysponuję większą ilością wolnego czasu w trakcie tygodnia. Postanowiłem go pożytecznie wykorzystać.
Hanafuda
Tradycja „Hanafudy", japońskich kart, sięga VIII w. n.e., jednak ich prawdziwa popularność i rozpowszechnienie zaczyna się „dopiero" w XVI wieku, kiedy to portugalscy marynarze odkryli Archipelag Joński i Japonia stała się jednym z najchętniej wybieranych za cel podróży miejsc. Podobno talia kart na statku stanowiła wyposażenie obowiązkowe (dla zabijania czasu podczas długich wojaży), a podczas jednej z wypraw w 1549 roku święty Franciszek Ksawery zaprezentował Japończykom hiszpańską grę w hombre i karty szturmem wzięły, przede wszystkim w niższych warstwach społecznych, czas wolny mieszkańców Kraju Kwitnącej Wiśni. Pierwsze japońskie talie do złudzenia przypominały więc te portugalskich. Jednak, kiedy karty pociągnęły za sobą hazard, władze zakazały używania portugalskich talii. Tworzono więc nowe, autorskie, japońskie. Je także później obarczano restrykcjami, więc powstawały kolejne, i tak dalej. A jak „Hanafuda" przybrała obecną formę? Tego, między innymi, możecie dowiedzieć się w instrukcji dołączonej do wersji proponowanej przez wydawnictwo Trefl.
Muszę przyznać, że na początku eleganckie karty nieco mnie przerażały. Ledwie sięgnęłam po instrukcję, a ta najpierw zasypała mnie informacjami historycznymi, a później całą serią zasad, które na pierwszy rzut oka wydawały się nie tylko niemożliwe do spamiętania, ale i zrozumienia w ogóle. Wystarczyła jednak jedna rozgrywka, by załapać, co i jak. Oczywiście z broszurką nie sposób rozstać się jeszcze po wielu partiach, bo kombinacje kwiatów i pór roku czy innych ilustracji nie są dla naszej, europejskiej kultury tak oczywiste jak dla Japończyków, ale nie przeszkadza to w cieszeniu się rozgrywką.
Producenci „Hanafudy" proponują graczom trzy gry: Łączenie kwiatów, Koi-koi oraz Mushi, które różnią się poziomem skomplikowania i ogólną popularnością w Kraju Kwitnącej Wiśni. Wszystkie jednak opierają się na zbieraniu konkretnych kart lub ich kombinacji tak, by otrzymać możliwie wysoką ilość punktów. Te trzy gry, to oczywiście jedynie wprowadzenie do świata „Hanafudy". Do talii nie należy bowiem podchodzić jako do zamkniętej, pozbawionej rozwojowości gry bez prądu. To taka azjatycka wersja naszych, domowych, typowych kart. Ile różnych gier potraficie nimi rozegrać? A o istnieniu ilu słyszeliście? Właśnie, tak samo jest z „Hanafudą". Zaproponowane trzy typy rozgrywki mają jedynie zachęcić do dalszych poszukiwań.
Osobiście czuję się zresztą całkiem do tego przekonana. Zwłaszcza, że talia wypada nie tylko niezwykle estetycznie, ale i elegancko. Czarne rewersy kart z nieprzekombinowaną, stylizowaną w azjatyckim duchu białą czcionką, widoczne po otworzeniu pudełka w zagłębieniu wyłożonego delikatnym materiałem tworzywa, robią naprawdę fantastyczne wrażenie. To wrażenie nieco słabnie, gdy bierze się karty do rąk, bo chociaż kolejne ilustracje są bardzo nastrojowe i pięknie wykonane, to same karty są dość cienkie i wyobrażam sobie, że w rękach szczególnie zaangażowanych graczy, bardzo szybko straciłyby swoją estetyczną formę, wyginając się i zdzierając. Na dawnym statku handlowym długo by z pewnością nie wytrzymały.
„Hanafuda" sprawdzi się nie tylko u graczy, których fascynuje Japonia oraz jej tradycje, ale u każdego, kto ceni sobie gry logiczne i lubi panować nad rozgrywką. Jest to bowiem jedynie w połowie gra oparta na losowości – rozdania kart – to jak się je wykorzysta, jakie podejmie decyzje i czy odsłoni posiadane sztuki z talii, zależy tylko od nas. Doskonale sprawdzi się również podróży – ze względu na niewielkie rozmiary. Polecam wszystkim, którzy lubią próbować ciekawostek z odległych zakątków świata, stawiają na zaangażowanie logicznej strony swojego mózgu oraz nie mają pięciu lat – młodsi użytkownicy mogą bowiem szybko się znudzić.
Koniec domysłów! Harry Potter i Przeklęte Dziecko pojawi się w wersji książkowej, a to nie koniec niespodzianek.
W ostatnich tygodniach krążyły pogłoski o staraniach wydawców o nabycie praw do publikacji scenariusza sztuki będącej kontynuacją Harry'ego Pottera. Jak podaje agent J.K.Rowling, plotki okazały się być prawdziwe.
Nowa seria bestsellerowej szwedzkiej autorki
Co tak naprawdę wydarzyło się w dniu, w którym czteroletni Mio zginął z przedszkola? Adwokat Martin Benner wbrew swej woli zostaje wciągnięty w poszukiwania chłopca. Dopóki go nie odnajdzie, przywódca bezwzględnej organizacji przestępczej nie da mu spokoju. Brenner stara się więc rozwikłać zagadkę zaginięcia chłopca i bada kolejne wątki. Ale to nie jedyny problem, z którym przyjdzie mu się zmierzyć – musi też wyjaśnić, kto na podstawie fałszywych oskarżeń i sfingowanych dowodów próbuje wysłać go do więzienia za zbrodnie, których nie popełnił. Z czasem popada w coraz większą paranoję. Kim jest jego tajemniczy prześladowca i skąd tyle o nim wie?
Patronat: "Obsesja" Jennifer L. Armentrout
Jennifer L. Armentrout wszyscy znają dzięki jej bestsellerowej serii "Lux". Zdobyła nią wielu fanów, którzy z żalem czytało ostatni tom. Na szczęście wydawnictwo Filia dba o swoich czytelników i już 17 lutego ukaże się jej kolejna powieść - "Obsesja".
Gra "Szeryf z Nottingham" juz dostępna!
Gra otrzymała nagrodę Najlepszej Gry Planszowej Origin Awards 2015. W Polsce ukazała się nakładem wydawnictwa Rebel.
Chciwość i żądza bogactwa księcia Jana sięgnęły zenitu! Dla zwykłego, uczciwie płacącego podatki kupca godne życie stało się niemożliwe. Oto Szeryf z Nottingham sprawdza wszystkich wchodzących do miasta, czy aby nie wnoszą w obręb jego murów zakazanych towarów. Na szczęście Ty znasz Szeryfa lepiej niż książę. Ten nieprzyjemny, chciwy typ może sprawiać onieśmielające wrażenie, gdy stoi w bramie miasta, ale - bądźmy szczerzy - nawet on spojrzy w drugą stronę, gdy otrzyma sowitą łapówkę.
"Layers of Fear" - psychodeliczny horror w Techlandzie
Wydawnictwo Techland ogłasiło, że dołącza do planu wydawniczego osławiony już, psychodeliczny horror inspirowany malarstwem – "Layers of Fear". Gra będzie dostępna w polskiej wersji kinowej w cenie 59,90 zł. Premiera już 16 lutego 2016 r.
Upadła świątynia
Historia Dominiki Węcławek jest dość niezwykła. Gdy Bartek Biedrzycki rozpoczął serię „Kompleks 7215", podesłała autorowi fanfick do jego historii. Jak się wkrótce okazało, był to początek bardzo ciekawej współpracy. Już 22 stycznia bowiem, do księgarni trafi „Upadła świątynia" – powieść ulokowana w świecie wykreowanym przez Biedrzyckiego; pierwszy „pełnometrażowy" tekst pisarki.
Uwielbiam okładki postapokaliptycznych powieści. Czy chodzi o uniwersum „Metro 2033" wydawnictwa Insignis, czy świat „S. T. A. L. K. E. R.", czy „Kompleks 7215" Fabryki Słów właśnie. „Upadła świątynia" w sferze wizualnej nie odstaje niczym od obwolut tych bardziej popularnych autorów, a w kontekście cyklu, w który się wpisuje, zajmuje drugie miejsce – jest zdecydowanie atrakcyjniejsza od pierwszego tomu tej serii i nieco tylko mniej zachęcająca od „Stacji: Nowy Świat". Kontrast toksycznej zieleni z intensywną czerwienią przyciąga wzrok i gwarantuje, że spotkanie z powieścią nie będzie spacerkiem po parku, a przeprawą przez morze krwi, popromienne deformacje i pozbawionych moralności wrogów z własnego gatunku.
„Upadła świątynia" rozgrywa się dwadzieścia lat po Zagładzie. Tunele i ich mieszkańcy stają przed nowym rodzajem zagrożenia – coś lub ktoś wabi do siebie ludzi i dokonuje na nich brutalnych mordów. Równocześnie rozchodzi się fama o istnieniu miejsca obiecanego, raju dla wszystkich mieszkańców Tuneli. Konieczna jest szybka reakcja i to więcej niż jednego sektora metra. Wkrótce zostaje więc oddelegowana grupa, złożona z co najmniej nieprzeciętnych jednostek. Jakby tego było mało – skrajnie od siebie odmiennych. Czy mordy i nagła obietnica lepszego miejsca do życia są ze sobą połączone? Czy niezgrana ekipa będzie w stanie pokonać tak potężne zagrożenie? Ilu z jej członków dokończy misję? A może kolejnej apokalipsy nie przetrwa już nikt?
Niespełna trzystustronicowa powieść zawiera w sobie wszystko to, co postapokaliptyczne tygryski lubią najbardziej. Czytelnik znajdzie tu retrospekcje dotyczące momentu Zagłady oraz czasu krótko po niej pisane z perspektywy przeciętnych obywateli; dopełnienie wątków z poprzednich powieści; ironiczno-sarkastyczne wtręty oparte na przekształceniach współczesnej wiedzy i kultury; bonus w postaci dwóch opowiadań oraz akcję. Całą masę akcji. Krwistej, dramatycznej i angażującej akcji.
Co różni Dominikę Węcławek od Bartka Biedrzyckiego? Przede wszystkim autorka nigdzie się nie spieszy. I nie chodzi tutaj o tempo rozwoju wydarzeń, bo to startuje z wysokiego C i ani na moment nie obniża tonu, a o staranne kreowanie świata i bohaterów. To coś, czego u Biedrzyckiego nieco mi zabrakło – postaci z krwi i kości; świata, który byłby czymś więcej niż zgliszczami i przeniesieniem starych problemów politycznych i podziałów na „nowy" grunt.
Bohaterowie u Węcławek budzą się do życia w relacjach. Nie są z góry określonymi, niezmiennymi charakterami, nałożonymi na imiona schematami, a egzystencjami poddawanymi nieskończonym procesom i przemianom. Przemianom w relacjach grupowych oraz wewnętrznym. Czytelnik obserwuje zachowania postaci w różnych sytuacjach i śledzi cały kalejdoskop ich emocji. Pisarka nie czyni swoich bohaterów superherosami – widać u nich strach, desperację, obawy, melancholię, ale również: bliskość oraz uczucia skrywane lub nieuświadomione.
Z drugiej strony świat po Zagładzie jest w „Upadłej świątyni" wyjątkowo prosty. Węcławek nie bawi się w wymienianie kolejnych stworów, czy opisywanie kolejnych znanych obiektów z postapokaliptyczną nakładką. W tym zakresie nie dookreśla kreacji Biedrzyckiego. Wkracza na teren warszawskich zgliszczy i skupia się na pierwszych wrażeniach. Śnieg, szarość, poczucie zagrożenia; duchota tuneli, obrzydliwy mech, mokre grzyby. Pisarka działa na zasadzie krótkich spostrzeżeń, które czytelnik sam musi sobie „dowyobrazić". Nie nasycając świata przesadzoną opisowością, zachęca do jego współkreacji, nienachalnie wtłaczając czytającego w jego tryby.
Tym jednak, co uwiodło mnie ostatecznie, był język Węcławek. Pozornie bardzo do Biedrzyckiego zbliżony, w praktyce zdecydowanie odmienny. Autorka zderzyła wulgarność wypowiedzi bohaterów z bardzo celnymi obserwacjami i trafnymi puentami. Wyraźnie ma talent do skrywania między wierszami teorii skłaniających do refleksji. Przykład? Jeden z bohaterów zastanawia się, czy agresja postapokaliptycznego świata nie bierze się stąd, że ten wie, kto stoi za jego zagładą. Piękne, mądre i niewydumane.
Okazuje się, że można napisać trzymającą w napięciu powieść postapokaliptyczną, która da czytelnikowi coś więcej niż nagromadzenie opisów strzelanek i wszelkiej rozróby. Ośmielam się stwierdzić, że historia stworzona przez Węcławek jest bogatsza od tego, co zaproponował dotychczas Biedrzycki. Przy tym wszystkim świat po Zagładzie w interpretacji autorki nie traci na szorstkości, zwykle przypisywanej mężczyznom – dynamizm, napięcie i ogólne poczucie zagrożenia nie opuszczają bowiem czytelnika od pierwszej do ostatniej strony. Nie mogę doczekać się dalszej historii Kostji jeszcze bardziej niż Borki, chociaż z przyjemnością zapoznam się z losami obu bohaterów. Najprościej – spotkanie z „Upadłą świątynią" okazało się, pomimo pewnych obaw z mojej strony, niezwykle udane.
