Rezultaty wyszukiwania dla: Nowa Ba����
Włamanie
„Nie możesz wybrać, żeby nie płacić ceny, możesz tylko wybrać, jaką cenę zapłacisz”. Jordan B. Peterson
Solidnie rozwinięta fabuła mrocznej opowieści. Spełnia warunki dobrze umocowanego horroru. Reprezentuje klasyczne podejście do gatunku we własnym stylu. Wiele się dzieje, sceny dynamicznie wymieniają się i nabierają szkarłatnego koloru. Podskórnie czuje się, że za incydentami skrywa się tajemnica rzucająca długie cienie na postaci. Osobowości niepogłębione, ale prezentują się różnorodnie. Przynależą do barwnych akcentów powieści, angażuję się w śledzenie ich reakcji i zachowań.
Czwórką włamywaczy, w wieku między trzydziestką a czterdziestką, dowodzi Aleksander. Mężczyzna konkretny i niewahający się użyć przemocy. Mózg operacji i niekwestionowany lider grupy. Mistrzem w rozpracowywaniu systemów alarmowych jest Staszek, sejfów Witek, a nieprzeciętne zdolności hakerskie wykazuje Romek. Zgrana ekipa, wielokrotnie już na akcji, uczestniczy w spotkaniu rekrutacyjnym o zastanawiającym wydźwięku. Pomimo obiekcji, podejmują się zlecenia kradzieży obrazu i biżuterii, tym bardziej że załatwienie sprawy nie powinno nastręczać większych kłopotów. Lokalizacją jest domek letniskowy na leśnym uboczu, oddalony od innych zabudowań. Jednakże sytuacja od początku wymyka się im spod kontroli.
Tomasz Tomaszewski zręcznie podkręca napięcie niedopowiedzeń i nieprzewidywalnych elementów. Wiem, czego się spodziewać, eliminacja rządzi się utartymi szlakami, ale i tak się wciągam. Podoba mi się majstrowanie przy suwaku odczuć powiązanych z postrzeganiem kogoś jako dobrego lub złego. Wrażenia mieszane nie tylko ze względu na okoliczności, ale również fach złodziejski i uczestnictwo świadków. Intuicja podsuwa mi podejrzenia, ale nie przyjmują konkretnej formy. Dopiero w finałowej odsłonie naświetlone fakty pozwalają zrozumieć bieg zdarzeń i wycinają niezły numer w sprytnej, prowokacyjnej i bezwzględnej grze. Autor udanie prezentuje lęk i dezorientację, gniew i desperację, przebiegłość i pragnienie zemsty.
Styl narracji przyjazny i konkretny obejmuje przeżycia i spostrzeżenia niemal każdej z postaci. Otrzymują główną rolę w scenariuszu mrocznych intencji i niebezpiecznych decyzji. Nie do końca zgrywam się z błyskawicznym przeskakiwaniem między myślami bohaterów, ale nie odbiera mi to pozytywnego odbioru historii. Rozumiem, czym kieruje się autor, szerszym obrazem emocji, z orientacją na jednostkę. Przyjmuję to jako indywidualny styl pisania. Inny odbiorca horroru może uznać wyliczankę myśli i odczuć za cenne dopełnienie, gdyż wówczas opowieść wyda się mu bardziej prawdziwa. Jestem zadowolona ze spotkania z „Włamaniem”, atrakcyjnie bawię się w klimacie horroru, jestem ciekawa, co pojawi się na kolejnych stronach, zastanawiam się, jak interpretować bieg zdarzeń, staram się wyczuć jakiego sekretu nie znam. Doceniam dreszczyk wsparty aurą izolacji, zamknięcia i ryzyka śmierci, czegoś, co skrywa się pod pierwszym wrażeniem i nieustanną prowokacją. Przekonuje akcja nasycona incydentami, właśnie tak jak lubię, a zaskakujące znaczenie i przesłanie zakończenia znacznie podnosi rangę horroru.
Koniec świata Templariuszy
„Tam, gdzie w grę wchodzą złoto i władza, nie ma miejsca na kompromis”.
Średniowiecze nie należy do ulubionych klimatów czytelniczych, znacznie bardziej cenię starożytność. Jednak, kiedy tytuł przywołał templariuszy, skusiłam się na przygodę z ich udziałem. I nie żałuję, otrzymałam nawet więcej, niż się spodziewałam. Powieść doceniłam z wielu względów. Oczywiście, najważniejszy to moc przykuwania uwagi, entuzjastyczne wciąganie w scenariusz zdarzeń, sprawianie, że nie chciałam odrywać się od stron książki. Przekonało bogactwo postaci oraz to, że autor przydzielił im ciekawe życiorysy, obdzielił atrakcyjnymi osobowościami, uwzględnił nieco tajemniczą przeszłość. Może przydałoby się większe pogłębienie motywów i postaw, ale to, co zostało zaprezentowane, zadowoliło mnie.
Dobrze bawiłam się podążaniem tropem historycznych miejsc, postaci i zdarzeń. Cieszyło mniej lub bardziej fikcyjne dopisywanie szczegółów. Spodobał się styl narracji, plastyczny i sugestywny, z przekonującymi dialogami, łatwymi do przeniesienia przez wyobraźnię opisami, zwróceniem uwagi na detale i emocje. Książka liczyła niemal czterysta trzydzieści stron, a w żadnym momencie nie wywołała wrażenia znużenia czy choćby delikatnego zmęczenia. Bogusław Chrabota doskonale poradził sobie z odpowiednim rozłożeniem intrygi na przestrzeni opowieści. Wciągał wstęp pełen elementów podszytych niebezpieczeństwem i szalonym wyzwaniem, przykuwał uwagę środek wypełniony wyjątkowymi przygodami i apelami, satysfakcjonował finałowy etap scenariusza zdarzeń, zaskakujący odsłoną prawdy o sobie i wierze. Pierwsze spotkanie z twórczością pisarza zaliczyłam do bardzo udanych, zaangażowałam się w poznawanie końca świata templariuszy w spiskowym i bezwzględnym wydaniu.
Świat zamarł trzynastego października tysiąc trzysta siódmego roku. Samo niebo zdawało się ostrzegać ludzkość przed czymś ekstremalnie haniebnym i podłym. Stolicą, z której wypełzło największe zło zazdrości, gęsta od mroku żądza bogactwa i oparta na okrucieństwie zemsta, okazał się Paryż. O ile mieszkańcy miasta, stłamszeni trwogą o własne życie, naznaczeni wrogą i złośliwą propagandą, ograniczeni prostotą rozumowania, mogliby znaleźć, do pewnego stopnia, usprawiedliwienie w oczach odbiorcy, to największy despota ówczesnych czasów, Filip IV Piękny, i jego poplecznicy, już nie. Cudownie wyczuwałam atmosferę grozy ataku na Świątynię, pozbawienie wpływów, zszarganie wizerunku, odebranie życia i majątku templariuszy.
Zakonowi Ubogich Rycerzy Chrystusa i Świątyni Salomona zadano skryty cios w serce, zalewając potężną siłą oszczerstw i okrucieństwa, na zawsze eliminujący z gry religijnej i politycznej. Po bezwzględnej rozprawie z tysiącami wyłapywanych ukrywających się członków, rycerze odziani w biały strój z krzyżami w kolorze krwi Zbawiciela już nigdy się nie podnieśli. Zafascynowałam się losami fikcyjnego Henryka Vaudémonta, przeszłością, służbą i wypełnianiem misji powierzonej przez wielkiego mistrza Jakuba de Molay, strażnika Grobu Pańskiego. Towarzyszyłam kluczowej postaci w wielu podróżach i przygodach, nadziei i zwątpieniu, przyjaźni i zdradzie, życzliwości i oszustwie. Czy naprawdę okazał się człowiekiem na właściwym miejscu, silnym duchem i mieczem? Czy dotarł do najistotniejszej relikwii Francji? Czy poznał największą tajemnicę królestwa? Zakończenie nieco rozczarowało, nie spodziewałam się, że tak mocno przywrze do romantycznej nuty, która zasadniczo wydała mi się przekoloryzowana.
Powrót do galaktyki Nicka Primeona!
Amazing Spider-Man. Świat bez miłości. Tom 1
Nowe otwarcie dla starego bohatera. Kiedy Marvel świętuje sześćdziesiątkę Spider-Mana, człowiek chciałby, żeby jubileuszowy tom przyniósł coś wyjątkowego. Albo przynajmniej świeżego. Tymczasem „Świat bez miłości” to raczej restart z gatunku „zacznijmy od początku, ale nie tłumaczmy niczego”. Zeb Wells i John Romita Jr. rozpoczynają nową serię od mocnego, choć niekoniecznie sensownego uderzenia — i choć nie brakuje tu dynamicznej akcji oraz gangsterskiego klimatu, nad całością unosi się pytanie: po co to wszystko?
Pierwsze strony to scena niczym z apokaliptycznego filmu: Peter Parker klęczy w środku krateru, cały świat wokół niego legł w gruzach, a on sam krzyczy z bezsilności. Co się stało? Tego nie wiemy. I długo się nie dowiemy. Wells przeskakuje o pół roku naprzód i przedstawia nam Spider-Mana, który z jakiegoś powodu zraził do siebie absolutnie wszystkich. Avengers? Obrażeni. Fantastyczna Czwórka? Odwraca wzrok. Ciocia May? Ma dość kłamstw. Mary Jane? Ma własne życie i nie chce słuchać jego przeprosin. W tle rodzi się natomiast wojna gangów, w której pierwsze skrzypce gra Tombstone – złoczyńca z zasadami, ale i z ambicjami, by utrzymać władzę. Kiedy dochodzi do zamachu na jego życie, w grę wchodzi również Spider-Man, wplątując się w spiralę przemocy i mafijnych porachunków.
To, co Wells próbuje zbudować, ma potencjał. Pomysł, by Peter był samotny, zepchnięty na margines i osaczony przez własne błędy, to klasyczny motyw w historii Spider-Mana. Problem w tym, że autor nie daje czytelnikowi żadnych konkretów – ani dlaczego bohater został znienawidzony, ani jak doszło do katastrofy otwierającej tom. Zamiast tajemnicy dostajemy irytujący brak spójności.
Z drugiej strony, gangsterski wątek Tombstone’a działa zaskakująco dobrze. Brutalny, ale przemyślany, z dialogami, które rzeczywiście brzmią jak rozmowy ludzi z półświatka. To tu czuć najwięcej napięcia i emocji.
John Romita Jr. – rysownik, który od dekad dzieli fanów – w tym tomie prezentuje się solidnie, choć jego kreska jest bardziej surowa niż w dawnych latach. Z jednej strony pasuje do przybrudzonego klimatu historii, z drugiej nie każdemu przypadnie do gustu.
„Świat bez miłości” to start, który miał być głośny, a wyszedł… po prostu poprawnie. Wells nie serwuje rewolucji, raczej przetasowuje stare karty i dodaje odrobinę gangsterskiego tonu. Zagadkę zostawia na później, licząc, że czytelnicy wytrwają.
Czy warto? Dla fanów może i tak, choćby po to, by zobaczyć, dokąd zmierza ten nowy rozdział. Dla reszty to jednak tylko kolejny komiks o Spider-Manie. I to takim, który zbyt długo szuka swojej tożsamości.
Mój dziadek - genialny detektyw
„Wszystko, co dzieje się na świecie, to opowieści. Piękne, bo zmyślone. I rzeczywistość, i kryminały, i science fiction… Teatr też”.
Znakomicie bawiłam się przy tej przygodzie czytelniczej. Miała w sobie wszystko to, czego oczekiwałam po tego typu literaturze. Jednocześnie zaskoczyła wieloma elementami, kilkoma wprawiła w zachwyt, a stylem narracji oczarowała. Masateru Konishi dotykał czułych strun ludzkiej duszy, wyzwalał wiele emocji, wskazywał na odczuwanie jako wartość nadrzędną życia. Zadziwiające, jak bardzo wrażliwie opowiadał o trudnej i wyniszczające chorobie utraty pamięci, zarówno dla osoby nią dotkniętą, jak i dla bliskiego. Pośród długiego cienia rzucanego przez Alzheimera pokazał, że nawet najmniejsza część chwili, godziny, dnia, warta jest docenienia i szczególnej uwagi. Poprzez przedefiniowania szarych komórek na szkarłatne w otoczce pasji odtwarzania opowieści kryminalnych, ukazywał, że właściwe podejście do zagadnień demencji wbrew pozorom daje wolność kreatywnego tworzenia i satysfakcji z artystycznego podejścia do mrocznych zagadek.
Starszy pan, uwikłany w dewastujący proces zaniku funkcji, cierpiący na realistyczne złudzenia, niespodziewane halucynacje, zaburzenia świadomości, jednak nie tracił zdolności poznawczych, nagromadzonej wiedzy, a jego intelekt wydawał się nietknięty. Jak to możliwe, że omamy wynikały z logicznego rozumowania, dowiecie się, kiedy zajrzycie do książki. Historia niesamowicie was wciągnie, w szczególny sposób umili wieczór, natchnie do ponownego czytania wielu książek, klasyki i nie tylko, zdominowanych przez detektywistyczną zagadkę.
„Mój dziadek – genialny detektyw” oferował nie jedną, ale kilka skomplikowanych zagadek do rozszyfrowania. Autor przypominał czytelnikowi kryminalne motywy, nawiązywał do najczęściej pojawiających się, natychmiast oddziałujących na wyobraźnię i zmuszających do znalezienia własnej odpowiedzi na zagmatwany scenariusz zdarzeń. Nie tyle logiczny test umysłu, szukanie wyjaśnień zbrodni, ile odnajdywanie fundamentalnych błędów i tworzenie alternatywnej opowieści prowadzącej ku prawdzie. Wszystko w wyjątkowo ładnym stylu i z więcej niż odrobiną dobrego humoru.
Zagadka zamkniętego pokoju, znikająca ofiara, czysta dedukcja, bohater widmo, nagłe zwroty interpretacji, różne możliwe scenariusze, rozwiązanie pozostawione odbiorcy, bezpieczny kryminał o kluczowej postaci. Miłośnicy kryminału natychmiast odnajdą się w tym, przywołają z pamięci tytuły będące reprezentantami wymienionych podkategorii. Masateru Konishi stworzył coś, co przyciągnie koneserów detektywistycznych zagadek, ale także zaciekawi osoby stroniące dotąd od takiej rozrywki. Przywoływał sławne dzieła twórców kryminału, fenomenalnie wplatał ich klimat w fabułę, a przy tym niczego nie narzucał, nie oczekiwał ich znajomości, tylko delikatnie inspirował do poznania lub ponownego spotkania z nimi.
Nie zwlekajcie, sięgnijcie po powieść, dostarczy wielu kryminalnych emocji, wzbogaci oryginalną perspektywą spojrzenia na wyjątkową więź między dziadkiem i wnuczką, wprowadzi w świat japońskiej kultury, oczaruje subtelną romantyczną nutą melodyczną, a w finale zbliży do kluczowych postaci mocną sensacją. Zasadniczo, miałam wrażenie, że obserwuję sen głównej bohaterki, sposób poradzenia sobie ze stopniową utratą jaźni i szczególnej obecności bliskiej osoby, dajcie znać, czy podchwyciliście szczególny rys metafizyczności, czy mu się poddaliście, jak na niego zareagowaliście, jestem bardzo ciekawa.
Marvel Fresh. Złowieszcza wojna
Marvel Fresh. Złowieszcza wojna to finał, na który (prawie) nikt nie był gotowy. Ostatni akt runu Nicka Spencera na łamach „Amazing Spider-Mana” to historia, w której wszystko wybucha naraz — dosłownie i w przenośni. „Złowieszcza wojna” to zderzenie złoczyńców i chaosu, które miały stanowić kulminację kilkuletniej opowieści. Czy ten finał faktycznie dostarcza satysfakcji? Cóż, zależy, czego się spodziewacie po komiksie, w którym na jednej planszy potrafi znaleźć się tuzin przeciwników Spidermana.
Doktor Octopus powraca, a wraz z nim nowa Złowieszcza Szóstka. Nie wie jednak, że Sęp zebrał własną ekipę – Straszliwą Szóstkę. Dwie drużyny złoczyńców, jeden Spider-Man i mnóstwo dymu w powietrzu. To właśnie z tej mieszanki rodzi się wojna, w której nikt nie kontroluje już niczego. W tle toczy się jednak coś znacznie mroczniejszego. Kindred – postać od dawna rzucająca cień na życie Petera – w końcu odsłania karty. Carlie trafia do niewoli, Doktor Strange próbuje odkryć, co stało się z duszą Parkera, a na czerwonym dywanie, podczas premiery filmu MJ, wszystko dosłownie wymyka się spod kontroli.
Fabuła pędzi na złamanie karku. Starcia między złoczyńcami to nie lada widowisko. Eksplozje, akrobacje, pająk w środku bitewnej zawieruchy. Komiks czyta się jak blockbuster – momentami chaotycznie, momentami z przesadą, ale trudno oderwać wzrok. Spencer stawia na emocje, zamykając wątki, które ciągnęły się od lat. Nie wszystko wypada przekonująco – część rozwiązań fabularnych Kindreda to raczej ciekawostka niż satysfakcjonująco poprowadzony wątek, ale widać, że autor chciał dopiąć swoją wizję do końca, bez kompromisów.
Szata graficzna to prawdziwa uczta. Rysunki Bagleya, Vicentiniego czy Ferreiry kipią energią i detalami. Każda scena walki ma dynamikę, a mroczne fragmenty z Kindredem zachwycają klimatem. Chaos jest tu wpisany w strukturę fabuły – i chociaż czasem trudno złapać oddech, całość broni się właśnie tym nieustannym napięciem.
„Złowieszcza wojna” to komiks, który jednych zachwyci rozmachem, innych zmęczy natłokiem wątków. Nie jest to idealne zwieńczenie runu Spencera, ale z pewnością efektowne. Wypełnione akcją, mrokiem i emocjami pożegnanie z jego Spider-Manem pokazuje, że Marvel potrafi jeszcze dostarczyć czytelnikom komiksów solidny spektakl. Dla wiernych fanów Spidermana to pozycja obowiązkowa. Dla nowych czytelników będzie to jednak raczej labirynt bez mapy. Jednak jeśli szukacie czystej, komiksowej adrenaliny z pajęczą nutą, trudno o lepsze pożegnanie z tą epoką Spider-Mana.
Venom
Venom powraca – i to w zupełnie nowej odsłonie. Pierwszy tom cyklu w ramach serii Marvel Fresh to świeże spojrzenie na postać Eddiego Brocka i jego symbionta, w którym scenarzyści Al Ewing i Ram V postanowili pójść o krok dalej niż ich poprzednicy. Zamiast kolejnej opowieści o brutalnym antybohaterze, dostajemy historię, która balansuje między kosmiczną sagą science fiction a zagmatwanym dramatem rodzinnym.
Po wydarzeniach z „Króla w Czerni” Eddie Brock staje się władcą roju symbiontów. Ta nowa rola otwiera przed nim drzwi do niemal boskiej władzy, ale też do ogromnej odpowiedzialności – Eddie musi poruszać się po osi czasu i konfrontować z tajemniczym Meridiusem, figurą o niepokojąco wielkich ambicjach. Tymczasem na Ziemi Dylan, jego syn, uczy się żyć z symbiontem i mierzy z własnym gniewem, stratą oraz manipulacjami Fundacji Życia. Te dwa światy – kosmiczny i ziemski – splatają się, tworząc historię monumentalną, ale przy okazji też zaskakująco osobistą.
„Venom” w tym wydaniu jest wyjątkowo ciekawy. Ma w sobie swoistą głębię, która przyjemnie kontrastuje z lekką akcją. Walki i efektowne starcia są obecne, ale służą raczej za tło dla pogłębionej refleksji nad dziedzictwem, tożsamością i konsekwencjami dokonywanych wyborów. Eddie Brock, dawniej postać impulsywna, tu staje się niemal tragiczną figurą, której siła odcina go od człowieczeństwa. Dylan natomiast to bohater dopiero poszukujący siebie, wciągnięty w świat, którego nie rozumie, ale w którym musi nauczyć się działać. To zestawienie ojca obarczonego boską rolą i syna szukającego własnej drogi daje komiksowi drugie dno.
Warto zwrócić uwagę na rysunki Bryana Hitcha. Mroczne, pełne detali i monumentalne kadry idealnie oddają klimat opowieści. Od brudnych zaułków, po psychodeliczne podróże przez czasoprzestrzeń. Symbionty wyglądają tu naprawdę groźnie, a nowe postacie, takie jak Bedlam czy Meridius, budzą respekt od pierwszego spojrzenia. Bardzo też lubię akurat te konkretne wydania od Egmontu, bo mimo że pozbawione twardych opraw, to nie są też zeszytowe jak amerykańskie komiksy.
„Venom. Tom 1” to mocne otwarcie, które redefiniuje jedną z najpopularniejszych postaci Marvela. Komiks łączy widowiskową akcję z ambitniejszą, wielowarstwową narracją, otwierając nowy rozdział w historii symbionta. To lektura obowiązkowa dla fanów Venoma i świetny wybór dla wszystkich, którzy lubią, gdy superbohaterskie opowieści wychodzą poza schemat.
Amazing spider-men. Korporacja Beyond
„Korporacja Beyond” to jeden z tych tomów, które otwierają nowy rozdział w historii Spider-Mana. Tym razem nie chodzi jednak o Petera Parkera – bo on leży nieprzytomny w szpitalu – ale o jego klona, Bena Reilly’ego. Ben, wspierany przez potężną i wpływową Korporację Beyond, wskakuje w pajęczy kostium i przejmuje rolę obrońcy Nowego Jorku. Na papierze wygląda to na idealne rozwiązanie: świetne zaplecze technologiczne, pełne wsparcie i szerokie możliwości. Jednak jak to zwykle bywa, diabeł tkwi w szczegółach. Korporacja nie działa bezinteresownie, a wpływ na wizerunek i decyzje bohatera staje się tu jednym z ciekawszych wątków.
Sam Ben Reilly wypada całkiem nieźle. To postać, która balansuje między chęcią udowodnienia swojej wartości a ciężarem bycia „tym drugim” Spider-Manem. Nie próbuje zastąpić Petera, raczej szuka własnej drogi, a to sprawia, że łatwo go polubić. Problem w tym, że poza nim reszta postaci wypada dość płasko – brakuje relacji, które mogłyby dodać opowieści głębi. Scenarzyści skupili się głównie na akcji i dynamice, więc fabuła momentami przypomina typowy rollercoaster. Nieustanne starcia, kolejne zagrożenia i szybkie rozwiązania. Dobrze się to czyta, ale jeśli ktoś oczekuje choćby odrobiny głębi, może poczuć niedosyt. Moim zdaniem to komiks dobry dla nastoletnich czytelników, a nie dorosłych z sentymentem do uniwersum.
Graficznie album prezentuje się bardzo dobrze, mimo że pracowało nad nim kilku rysowników. Styl nie jest jednolity, ale właśnie ta różnorodność dodaje mu energii. Szczególnie warto zwrócić uwagę na design kostiumu Bena. Udane połączenie klasyki z nowoczesnością. Rysownicy świetnie poradzili sobie także z perspektywą w scenach walki. Dzięki temu akcja jest czytelna i widowiskowa. Stonowana kolorystyka pozwala zachować równowagę między dynamiką a przejrzystością. Ogólnie stronę graficzną oceniam bardzo wysoko.
„Amazing Spider-Man. Korporacja Beyond” to komiks solidny, dynamiczny i atrakcyjny wizualnie. Nie rewolucjonizuje świata Marvela, ale sprawdza się jako przyjemna rozrywka. Zwłaszcza dla tych, którzy chcą zobaczyć, jak Ben Reilly radzi sobie w roli Pająka. Jeśli ktoś liczy na głębsze refleksje czy przełomowe rozwiązania fabularne, może się rozczarować. Jeśli jednak szuka dobrze narysowanej, szybkiej i pełnej akcji historii, będzie zadowolony.
Patronat: Dokonać niemożliwego
Nie miał prawa istnieć. A jednak oddychał, żył… i czekał.
Schorowany książę Mamoru spędził szesnaście lat zamknięty w klanie.
Piaseczniki
„Ale prawda jest zimna, pusta i straszna, a kłamstwa bywają piękne i pokrzepiające”.
Czytanie twórczości George R.R. Martina sprawia wiele przyjemności i radości, dotyczy to krótkich i długich form literackich. Na antologię „Piaseczniki” zwróciłam uwagę wiedziona pragnieniem ponownego spotkania z niezwykłymi niby insektami, jakże mocno wkraczającymi w znajomość psychiki człowieka. Osobliwe stworki, będące odbiciem myśli i czynów gatunku ludzkiego, zaimponowały mi już wiele lat temu. Chętnie do nich powracam, gdyż opowiadanie ma wszystko to, co lubię w solidnie napisanej fantastyce, świetny pomysł na fabułę, znakomitą prezentację twórczej wyobraźni, rewelacyjnie sportretowanego złego bohatera, garść ciekawych refleksji do podchwycenia. Zachęcam gorąco do poznania, wejścia w klimat ubarwiony thrillerem, mroczną odsłoną konsekwencji czynów, szczególną aurą obcego kosmicznego życia.
Bardzo spodobało mi się „W Domu Robaka”, akcja nasycona sensacją, mrokiem i wilgocią podziemnych korytarzy, bezwzględną walką o przetrwanie, frapującą przemianą obcych ras. Cenne, że utwór zachęcał do poświęcenia chwili na myśl, że zemsta może prowadzić ku temu, co dotąd było niezrozumiałe. Z kolei, „Mroźne kwiaty” przenikały lodowatym zimnem, przedziwnym letargiem pragnień i marzeń, światem iluzji łapiącym w pułapkę wymieszania prawdziwości i nieprawdziwości, wampirów i wiatrowilków. Autor frapująco oddał wątek samotności i ponownie, odbicia walki o życie. Rewelacyjnie od strony psychologicznej poprowadził z jednej strony unikalną, z drugiej całkiem zwyczajną, przewrotną grę wymieszania kłamstw i prawd, wiary i niewiary, herezji i prawowierności. A wszystko w kosmicznej otoczce klimatycznej.
Koncepcja rozwijania wyjątkowych zdolności przez człowieka, podstaw powstawania nowego gatunku, pragnienia przemierzania wszechświata w zdobywaniu wiedzy i władzy, pojawiła się w „Szybkich pomocnikach”. Zamysł roli anielicy jako odpowiedzi na samotność w pozaziemskiej podróży ciekawie ubarwił opowiadanie, podobnie jak spotkanie energii i materii, ale nie w pełni przekonał. Wędrówka po gwiazdach, po pajęczynie czasu i przestrzeni, zatrzymanie się na skrzyżowaniu kosmicznych szlaków, wejście w długie cienie „Kamiennego miasta” wyrzutków, poznanie lisoludków, przyciągnęło uwagę od strony narodzin, trwania i przemijania światów różnorodnych cywilizacji. Nie poczułam się wygodnie w towarzystwie „Gwiezdnej Pani”, jednak doceniłam pomysłowość pisarza na zobrazowanie gwiezdnych slumsów i utrzymanie się przy życiu w skrajnie niesprzyjających warunkach.
Zerknijcie również na wrażenia po spotkaniu z innymi książkami George R.R. Martina „Gra o tron” (marzę, aby wreszcie wpadła w moje ręce jej komiksowa wersja), „Starcie królów”, „Nawałnica mieczy: stal i śnieg”, „Nawałnica mieczy: krew i złoto”, „Panowanie smoka” (pierwszy tom ilustrowanej historii dynastii Targaryenów), „Aforyzmy i mądrości Tyriona Lannistera”, a także odrębną powieścią, choć także z gatunku fantastyki, „Światło się mroczy”. Natomiast miłośnikom krótkich form literackich utrzymanych w klimacie fantasy proponuję spotkanie z „Księgą magii”.
