Rezultaty wyszukiwania dla: Dziewczyna z g��r
Premiera: "Opiekunowie tajemnic. Muzeum złodziei"
Świat stworzony z taką starannością , że możesz w niego uwierzyć. Czy tego chcesz czy nie, Muzeum wkroczy w twoje sny.
I tom trylogii Lian Tanner już dostępny w księgarniach!
Premiera: "Dziedzic Smoka"
Już 8 października swoje miejsce będzie miała premiera czwartej części serii „Kroniki Dziedziców" - "Dziedzic Smoka" autorstwa Cindy Williams Chima.
Ginko. Księżycowy miesiąc
Demony żyją wśród ludzi i karmią się ich strachem. Życie które toczy się w przyszłości niczym nie przypomina współczesności. Z najdalszych otchłani piekieł, na świat wychodzą przerażające bestie, które atakują ludzi. Żądni ich krwi, zabijają. Istnieje jednak grupa, która broni niewinnych, a nazywają ich „najemnikami".
Nicole, która ukrywa swe imię pod pseudonimem Ginko, o wiele bardziej pasującym do niej, jest siedemnastoletnią dziewczyną. Każdego dnia Ginko stara się za wszelką cenę pohamować żądzę, którą w sobie nosi. Jej wygląd, który może mylić oczy ludzkie, wcale nie należy do najmilszych. Kocie oczy, siwe, długie włosy i do tego ogon, powodują, że ludzie od niej uciekają. Dziewczyna jest bowiem yokai - demonem, który powstał ze związku człowieka i demonicy. Ginko, po swojej matce odziedziczyła koci wygląd i moc, która jest dla wszystkich, a nawet dla niej, jeszcze nie do końca znana.
Zdradzona przez własnego ojca, opuszczona przez nieżyjącą matkę, Ginko już będąc małą dziewczynką zostaje bezdomną. Uliczne spacery nie są dla tak młodej osoby niczym dobrym. Już jako małe dziecko dostrzega, że ludzie jej nie akceptują. Widzi też, że ich krew ją przyciąga. Wraz z jej dorastaniem pojawiają się osoby, które chcą się pozbyć „białego diabełka", jak pieszczotliwie o niej mówią. Dziewczyna od najmłodszych lat, musi się bronić. Przychodzi jej to z łatwością, a wszyscy, którzy ją atakują, giną z jej rąk.
Niespodziewanie, jedyną łowczynią z którą Ginko nie wygrała, jest nazwana przez nią Sensei. Kobieta szybko poradziła sobie z obezwładnieniem Ginko. To wtedy właśnie dziewczyna zawarła układ ze swoją opiekunką, w którym to nie mogła oddalać się od niej już nigdy, a do tego, musiała wykonywać jej rozkazy. Dziewczynie taki obrót sprawy nie przypadł do gustu, ale żyła z ciągłą nadzieją, że kiedyś pokona Sensei. W chwili gdy to przysięgła, starała się ku temu dążyć. Co się stanie, gdy uczennica przerośnie swoją mistrzynie? Czy demonica może zabijać demony i stać się jedną z najemników? Na pewno nie wróży to nic dobrego.
Gdy czytelnik zapoznaje się bliżej z naturą Ginko dostrzega, że bohaterka ta jest naprawdę bardzo sympatyczna i ujmująca. Mimo to jej natura demonicy doprowadza ją niekiedy do takiego stanu, że dziewczyna staje się dla wszystkich niebezpieczna. Pyskująca, arogancka i bardzo pewna siebie powoduje, że żaden demon nie daje rady wygrać z nią w walce o to, kto ma bardziej namieszane w głowie. Ginko bowiem broni się jak umie, a dostrzec można to, patrząc z różnych perspektyw. Narracja wydaje się być dobrze zaplanowana po to, by ułatwić czytelnikowi ocenę sytuacji. Cały świat można zobaczyć zarówno oczami Ginko, Sensei, jak i postaci drugoplanowych. Pisarka pokazała w ten sposób, jak dobrze potrafi operować i komplikować język, by tylko zaskoczyć w przyjemny sposób czytelnika.
Książka nie ma w sobie żadnych miłosnych uniesień, aczkolwiek i tak do siebie przekonuje. Cała jej fantazja i sposób w jaki zostali pogrupowani ci „źli" i ci „dobrzy", wspaniale się ze sobą komponują. Trudno jest oderwać się od ciągłej akcji która towarzyszy nam w tej książce. Należy też powiedzieć, że Ginko jest na tyle nieprzewidywalna, że nie sposób odgadnąć, jak zakończy się ta historia.
Myślę, że ta pozycja ma dużo zalet. Pozytywną stroną powieści jest na pewno ciąg dobrze przemyślanych wydarzeń. Czytając nie zwracamy uwagi na to, ile nam zostało jeszcze stron lecz ciągle na nowo dostrzegamy, że Ginko, popada w coraz to bardziej absurdalne tarapaty. Zakończenie książki jest na tyle piorunujące, że pozostaje mi czekać na kolejną część tej historii. Mam nadzieję, że niedługo ją poznam, by znowu wniknąć w świat demonów i poznać nowe tarapaty w które wpadnie główna bohaterka.
Łukasz Orbitowski - Przechera nie żyje
Siedzę w kinie. Fotel ma wbudowaną funkcję masażu, fajnie nawet, coś żywego, dłonie kobiety albo robak. Gdy odchylam głowę, to takie uczucie mnie chwyta, że wszystko będzie dobrze i wydaje mi się nawet, że nic się nie wydarzyło i ci ludzie nie poumierali.
Kino ma więcej prawdy niż życie. Za nikim nie płaczę, nikim tak się nie przejmę jak filmowym bohaterem. Cud? Tak jak człowiek nie jest sumą kości i stali, tak facet z ekranu nie rozkłada się na zera i jedynki, nie. Jestem w kinie bo szukam prawdy. Prostuję nogi. Leci film. Bohaterowie krążą w koło i czuję się jak mistrz szachowy, który zszedł na szachownicę.
***
Zaczynamy. Dwa tygodnie temu. Studiowałem sobie i nawet miałem własny pokój. Nie macie pojęcia ile to dla mnie znaczyło. Szarańcza z roku mogła sobie budować zakładki na oczy, fiuty jak rury od odkurzacza i takie tam cuda niebieskie. A ja takiego, bo mam pokój, prawdziwy, dwa na półtora z łóżkiem, a wy, pieseczki, leżcie sobie po siedmiu w jednej budzie. Powiem jeszcze, że pokój miałem z dala od syfu, co się porobił pod tą pieprzoną piramidą. Mogłem zaprosić dziewczynę, albo siedzieć sobie na kompie i nikt nie stał mi za plecami.
Miałem dziewczynę ale już jej nie mam. Maiko. Pochodziła z Tokio, jak ja. Poznaliśmy się na uczelni. Zaraz mi się spodobała. Miała złagodzoną linie brwi, zielone oczy, włosy i wyobraźcie sobie, sutki też miała zrobione na zielono. Lubiliśmy się pieprzyć w tych droższych pokojach na godziny, gdzie wszędzie mają ekrany, zupełnie jak w świątyni. Pościel, materac na łóżku są przeźroczyste, świetne, od dołu też nadają obraz. Było nam zielono.
Spotykałem się z Maiko trzy razy w tygodniu. Pasowaliśmy do siebie. Lubiła tańczyć do rana, szczególnie na ulicy, aż stawała się niebieska od żył pulsujących pod skórą. Nie znosiła rutyny, wszędzie gdzieś gnała no a najbardziej kochała zmianę. Na pierwszą rocznicę zrobiliśmy sobie nowe oczy.
Planowaliśmy nawet dzieci.
***
Maiko nie podzielała mojej miłości do kina. Uważała, że patrzenie w ruchomy obraz, samemu pozostając w bezruchu jest bez sensu i powinno być na odwrót. Do kina chodziłem samotnie. Czasem wymykałem się z zajęć, ale najbardziej lubiłem seanse nocne, te, co zaczynają się i o drugiej w nocy. Niewielu przychodzi. Czasem miałem kino tylko dla siebie.
Często dostawałem zaproszenia, propozycje upustów, informacje o pokazach przedpremierowych. Normalne, każdy dobry klient tak ma. Lubiłem czuć się wyróżniony. Dwa tygodnie temu też przyszło zaproszenie i to zwykłą pocztą. Myślałem, że koperty i inne bzdury to klimat dla ramoli a tu proszę. Gruby, niebieski papier, w środku zaproszenie na błękitnym plastyku. Poczułem się, jakby latający spodek wylądował mi na parapecie.
Ktoś musiał nieźle się napocić, bo zaproszenie było imienne. Nawet maile z reguły przychodzą anonimowo. Pogładziłem wypukłe litery. Dwujęzyczne, jak to dzisiaj. Z tyłu, opis filmu, sugerujący nowomodny technohorror, zrealizowany w trzech czwartych na komputerze, pełen okropieństw i dosłowności. Tytuł był niczym kropka nad i: „Przechera nie żyje".
Najczęściej idę na film w ciemno. Nie szukam opinii na sieci, nie wypytuję znajomych. Czasopisma filmowe śmierdzą. Pomyślałem, że warto wiedzieć, kto i kim jest przechera Tymczasem nic. W Internecie film nie istniał, a raczej – nie mogłem się doń dokopać. Natrafiłem na przedziwne strony świrów od samobójstw, tych samych, co wysadzają się w metrach, McDonaldach, w najlepszym razie skaczą z wieżowca z dzieckiem na ręku. Pomyślałem, że film okaże się propagandówką tej grupy. Niedorzeczne – ci kolesie w ostatnich chwilach życia robili lepszy show niż Mel Gibson do kupy z Ridleyem Scottem.
Słyszałem o niezależnych produkcjach przeznaczonych na kilka zamkniętych pokazów. Puszczano fragmenty live reportage, tak brutalnych, że nie trafiły nawet do edycji na płycie, albo dziwaczne pornosy, podczas których partnerzy okaleczali się wzajemnie. Część jeszcze była typowym religijnym gównem. Od trzech lat z kawałkiem każdy dureń zasuwa do Tokio z drugiego końca świata, chwalić swego pieprzniętego Boga. „Przechera nie żyje" wpisywało się w tę poetykę.
Jak echo takich filmów, brzmiały dziwaczne pogłoski o specjalnych seansach, podczas których zmarli schodzili z ekranu by polować na żywych. Najbardziej znana opowieść mówiła o grupie ludzi na ekskluzywnym seansie w Górnym Tokio. Trzydzieści osób zastano siedzących nieruchomo w fotelach. Byli siwi i posrani – dosłownie. Żaden już nie powiedział ani słowa. Podobno zawieźli ich w specjalne miejsce. Cóż, bardzo odległe i bardzo specjalne, bo nikt już ich na mieście nie widział.
Świetnie, pomyślałem, idąc na seans. Najpewniej porwie mnie Czarny Lud.
***
Czarny Lud mnie nie zjadł i nie czuję się źle.
Seans miał miejsce w niewielkim kinie osiem przecznic ode mnie. Olałem metro. Od nocnego seansu lepszy jest tylko spacer na seans. Wziąłem trochę Kataraxu i patrzyłem na świat przez gigantyczną lupę. W nocy maj i wiosna, kolory stają się wyraźne aż łaskoczą. Szedłem pchany wiatrem, sunąłem po szklanej tafli bruku; Przechodnie zdawali się tańczyć, czułem ich ciepły rytm. Wszędzie pełno prostytutek i wszystkie są piękne: niektóre mają ogromne buty na różowym koturnie, spódniczki z rozcięciem w kroku, piersi kręcone od cyrkla, twarze zrobione z ust. Widziałem dziewczynę w obcisłej koszulce z dwoma otworami na sutki wielkości talerzyka pod herbatę. Miała tyle kolczyków, że sprawiała wrażenie utkanej ze srebra.
Ludzie mnie zaczepiali. Faceci chcieli cos sprzedać, dziewczyny myślały, że wezmę je do siebie. Obok, dwóch gości biło trzeciego: jeden odgiął nieprzytomnemu głowę do tyłu, drugi kopnął, tak, że szczęka zawisła niczym zdezelowany gadżet. Trafne porównanie. Faceci uklękli, jeden wydobył szczypce, wbił w galaretowatą ranę. Szarpnął raz i drugi. Mały, błyszczący przedmiot. Uciekli. Ranny gość próbował obrócić się na plecy. Ludzie rozstąpili się, jakby niósł chorobę. Poszedłem dalej. Maiko twierdziła, że kiedyś tu zginę.
***
Kino mieściło się na ostatnim piętrze knajpy. Przegapiłem moment, w którym byle speluna rozrosła się na dziesięć pięter. Winda nabita i śmierdzi. Poszedłem schodami i śmiesznie było, bo pijacy siedzący na stopniach wstawali na mój widok. Zerkałem do lokali na piętrach. Im wyżej, tym głośniej, a wszyscy pili na baczność, jakby w strachu, że zaraz pojawi się wojsko i będzie trzeba musztrować z kieliszkiem.
Godzina druga trzydzieści w nocy. Przed wejściem do kina kilkanaście osób. Większość młodsza ode mnie. Trzech szkrabów po kilkanaście lat. Kucali w rogu pomieszczenia. Jeden miał mięśnie wytatuowane na przedramieniu. Drugi uszy w kształcie gwiazdy, trzeci spał z głową w dłoniach. Kark grzał mu wytatuowany język ognia. Był też starszy facet w czarnej marynarce, z guzowatym garbem i półdługimi kosmykami włosów, które sprawiały wrażenie niezdarne doklejonych do pokrytej brązowymi plamami czaszki. Okulary miał tak grube, że mógłby, w słońcu, zapalić nimi szluga.
Za piętnaście trzecia drzwi rozsunęły się bezgłośnie. Przyłożyłem nadgarstek do czytnika, czytnik zabłyszczał. Uboższy o dwieście jenów wszedłem do środka. Pamiętam jeszcze stare kina półokrągłym ekranem i śmiesznym nagłośnieniem – czułem muzykę nawet w brzuchu. Nie wierzę, że chciałem za to płacić. Usiadłem w rogu sali. Zgasły światła, a potem błysk. Cybernetyczna supernowa. Otoczyły mnie napisy, chwila ciemności. Byłem w małym pokoju, a ściany stały się tak wyraźne, że mogłem ich dotknąć.
***
No dobrze, więc powiem, co zobaczyłem i cześć. Najpierw okazało się, że pokój z pierwszej sceny to mój pokój. Nawet okno miałem nastawione na złocistą jesień, liście wirowały na leniwym wietrze. Zobaczyłem też siebie, siedzącego przy biurku w hełmie na głowie i z ręką w spodniach. Nie przypuszczałem, że tak idiotycznie wyglądam. Cięcie.
Film leci dalej. Idziemy z Maiko przez ulice Tokio. Śmiejemy się i żartujemy. Zatrzymuję się przy automacie, kupuję dwie puszki coli. Maiko zostaje z tyłu, widzę wyraźnie, że jej twarz tężeje, uśmiech wdaje się być przyspawany, oczy zwężają się i już nie są zielone ale czarne. Spoglądają na mnie dwie kadzie smoły. Odwracam się z colą, Maiko bierze ode mnie puszkę i znów jest tą dziewczyną, którą znałem. Idziemy dalej, ale jej cień nie jest już jej cieniem. To drapieżny kształt z nożem i miliardem kłów. Trzask.
Znów siedzę w pokoju. Maiko odciąga mnie od komputera, zdejmuje mi ubranie i sama staje naga. Wschodzi na mnie, zaczyna się kołysać. Jej drobne plecy nabrzmiewają i widzę dłonie o pazurach jaszczurki, pełzające pod skórą. Wędrują w dół. Przez moment, między łopatkami miga twarz bez ust, z jamą zamiast nosa i jaskiniami oczu. Maiko przytula się do mnie. Jesteśmy spoceni. Śpimy i demon też śpi. Cięcie.
Leżę w pokoju, jest ranek. Maiko patrzy na jesień w oknie. To idiotyczne, myślę, okno to tylko ożywiony obraz; za ścianą mam drugi pokój. Dziewczyna stoi nieruchomo i widzę, że jej ręce sięgają za kolana. Palce przypominają nożyczki i są czarne od krwi. Odwracam się w fotelu by dostrzec samego siebie rozciągniętego na łóżku. Wybałuszam oczy, usta mam rozchylone a na szyi wykwitł mi drugi uśmiech – postrzępiona rana od ucha do ucha. Krew jest wszędzie; na ścianach, monitorze, podłodze. Pościel można by wykręcać. Przypominam teraz zepsuta kukłę. Trudno uwierzyć, że niedawno mogłem ruszyć ręką.
Maiko odchodzi od okna. Ma otwarte usta, między rzędami zębów wije się trójkątny język. Jej oczy płoną, jakby chciały podpalić świat.
***
Wciąż jestem w kinie i patrzę na siebie.
Leżę na łóżku, martwy jak poprzednio. Maiko zniknęła. Za oknem pada śnieg. Ktoś siada przy mnie, nie widzę go dobrze. Bardzo wysoki i wyprostowany. Kiedy pochyla się nade mną, zgina całe ciało. Plecy ma wyprostowane. Nie jest Japończykiem. Nie przypomina nikogo, kogo widziałem wcześniej. Głaszcze mnie po twarzy; Zanurza w ranie dwa palce.
-Coś ty nawyprawiał? – pyta.
-Ta dziwka – słyszę własny głos.
-Och, dziwka – mówi – trochę późno na taki wniosek.
-Dzięki piękne – odpowiada moje truchło.
Gość wyjmuje palce z rany. Przygląda się im a potem odgina się, przymyka oczy.
-Dałeś się podejść, nie ma co – stwierdza – myślisz, że byłeś pierwszy, no skąd. Takie dziadostwo jest tutaj od wieków. Dziewczyna, myślałeś? Toż to zwykły lis.
-Lis?
-Och, człowieku, spodziewałeś się wilkołaka?
Milknę na moment.
-Lisy, kolego – mówi mój gość – są mądre i sprytne. Zdziwiłem się, że tak bardzo. Popatrz, znalazły drogę z lasów i świątyń do miast. Wspięły się na wieżowce. Ich ogony migają w Górnym Tokio, ich serca biją w brzuchach naszych ojców. Myślałeś, że zdołasz ich uniknąć? Nie ma lepszego sposobu na zaproszenie ich do domu – chrząka – jak brak wiary.
-Trochę późno.
-Och, czemu?
-To komfortowe łóżko – silę się na dowcip – nie sądzę jednak, żebym się stąd ruszył.
-Czemuż to? – gość jest wyraźnie zaskoczony.
-Umarłem, świrze. Ot, czemuż to.
Mój gość zanosi się śmiechem.
-Umarłeś? Czyś ty facet zgłupiał ze szczętem? Przecież to tylko kino!
***
Seans się skończył. Wyszedłem z planem dalszych działań. Wyszedłem – za dużo powiedziane. Stoczyłem się po schodach i zastygłem oparty o ścianę. Mdliło mnie, ale nie mogłem się zwymiotować. Przesiedziałem do rana w knajpie z oczyma na zapałkach. Wróciłem do domu z obietnicą, że wyśpię się porządnie i zastanowię się, co dalej. Nie przespałem się, ani nie przemyślałem niczego.
Wieczór spędziłem z Maiko. Posiedzieliśmy w kawiarni. Zastanawiałem się, czy powinienem zapytać o lisy i co by odpowiedziała. Zrezygnowałem; Jeśli rzeczywiście była lisem, nie powinna wiedzieć, że ją przejrzałem. Obiecałem sobie, że poczekam trochę. Ludzie szaleją po narkotykach, widzą bóstwa chodzące po wodzie, albo wieszczą koniec świata. Brałem dużo świństwa i nie zdziwiłbym się, gdybym padł ofiarą mirażu. Ironiczne, nie? Mogłem wybierać między złudzeniem a złudzeniem. Postanowiłem odczekać, nie działać pochopnie. Poszliśmy tańczyć.
Najprościej byłoby ją zostawić. Zatrzasnąć drzwi. To ładna dziewczyna, szybko znalazłaby sobie nowego. Albo postanowiła się zemścić. Z tego, co mówił facet w kinie, lisy są cholernie mściwe.
Tańczyliśmy do rana. Przytulała się do mnie, jej nogi drżały rytmicznie i ten rytm był zupełnie obcy. Jakbyśmy słyszeli inna muzykę. Ubranie lepiło się jej do ciała. Przez koszulkę przebijał płaski brzuch. Orientowałem się, że Maiko nie wydziela zapachu. Nieważne, jak mocnych perfum używasz, po godzinach tańca ciało cuchnie jak dekiel od kibla. Dziwne, że Maiko nie pachniała. Pocałowaliśmy się.
Dawno nie całowaliśmy się z Maiko. Pocałunki były dobre dla gówniarzy albo maminsynków, (podobnie jak robienie laski; Pamiętam, że matka zawsze całowała mnie na dobranoc, a jak podrosłem, robiła mi pałę. Podobno, dlatego, żebym się uczył, a nie ganiał za dziewczynami). Śmiałem się z facetów obśliniających panienki po kątach. Myśleli o własnych matkach, czy co? Jeśli chcemy zbliżyć się do dziewczyny, to nie lepiej przelecieć ja na parkiecie, w kącie, albo w jednym z pokoików na tyłach każdej dyskoteki?
Maiko była zdziwiona i ucieszona, gdy ją pocałowałem. Przywarła zaraz do mnie. Włożyłem język głęboko. Prawie zapomniałem, jak to się robi. Nagle uderzył mnie zapach mułu z dna rzeki albo robaczywego dołu. I zimny dotyk, dotyk czerwia. To język Maiko wyszedł mi na spotkanie. Był dziwnie duży i napuchnięty, miałem wrażenie, że pęknąłby, gdyby go mocniej przycisnąć.
Wyrwałem się i pobiegłem przez salę. Roztrącałem tańczących, chwiałem się, gnałem, na wpół skulony, z rozrzuconymi dłońmi, aż osunąłem się na kolana. Żołądek zawirował, na moment zrobiło się ciemno, a gdy otworzyłem oczy, nie było człowieka, w zasięgu wzroku, który nie miałby na sobie mojego obiadu. Większości nie przestała tańczyć. Z tyłu nadbiegała Maiko. Tylko jeden facet (koło czterdziestki, przedziwne połączenie patykowatych kończyn i gigantycznego brzucha), zwrócił na mnie uwagę. Pochylił się, pomógł wstać. Na policzku błyszczała mu ciemnoniebieska flegma.
-Trzymaj się, gościu – oświadczył – to dopiero się zaczyna.
***
Maiko chciała odprowadzić mnie do domu. Odmówiłem. Potrzebowałem samotności. Wziąłem długi prysznic, umyłem zęby, zjadłem kolacje, umyłem zęby, wypłukałem usta, zrobiłem sobie drinka i znów umyłem zęby.
Usta miałem pełne szlamu.
***
Sprawę z Maiko rozwiązałem dwa dni później. Obiecałem sobie, że poczekam. Nie mogłem.
Nie przypuszczałem, że znalezienie spirytusu w Tokio może stanowić problem. Pół dnia mi zeszło. W jednej połowie sklepów nie wiedzieli co to takiego, w drugiej patrzyli się jak na wariata albo samobójcę. Mogłem użyć benzyny. Obawiałem się, że jej zapach zniweczy przedsięwzięcie. Dopiero po południu dostałem dwie butelki na obrzeżach miasta, w jednym z tych zapomnianych sklepików, podobnych do krost na mechanicznym ciele Tokio.
-Pan nie chce tego wypić, prawda? – zapytał ostrożnie sprzedawca – można umrzeć po kieliszku tego.
Roześmiałem się.
-No skąd.
Butelki wepchnąłem do wewnętrznej kieszeni kurtki, najadłem się Kataxu i pofrunąłem do dyskoteki. Dookoła kłębili się narkomani, dziwki, ich przyjaciele; Smok z milionem głów. Czy takich jak Maiko jest więcej? Co, jeśli Tokio zaludniły potwory?
Maiko czekała przed wejściem, ubrana jak lubiłem najbardziej: miała białe podkolanówki i bose stopy. Różowa spódniczka miała suwak, pozwalający rozpiąć ją jednym dyskretnym ruchem. Obcisła bluzeczka odsłaniająca dwie wytatuowane ryby, zwinięte wokół pępka. I welon sięgający za łopatki. I kwiat w welonie.
Weszliśmy do środka. Butelki sprawiały wrażenie wypełnionych ołowiem.
***
Maiko lubi narkotyki i upija się szybko. Każde wyjście kończyło się podobnie. Tańczyliśmy około godziny, poprawiając Kataxem albo neoamfą, potem szliśmy na parę głębszych. Maiko rozpływała się na kanapie, przymykała oczy, widziałem, jak bije jej serce. Robiła się blada albo zielona. Trwała tak piętnaście minut, aż narkotyk znów zaczynał działać. Rytuał ulegał powtórzeniu. Czas spędzany na tańcu i odpoczynku wyrównywał się powoli. Około piątej rano, Maiko zalegała na dobre. Czasem nawet zasypiała. Wielokrotnie podchodził do nas lekarz (każdy klub ma własnego lekarza – ot, postęp medycyny), sprawdzał tętno, czasem coś dawał na rozruszanie.
O świcie Maiko wykonywała ostatni taniec. Zawsze odbywało się to w ten sam sposób. Zmęczony, z rozplatanym systemem nerwowym i mózgiem pociętym na plastry, obwieszczałem, że czas nam do domu. Maiko zdawała się nie słyszeć. Podnosiłem ją delikatnie, otwierała oczy, nagle jej ciało zyskiwało sprężystość. Uwalniała się z objęć, „jeszcze zatańczę", mówiła, ruszała na parkiet.
O świcie dyskoteka wciąż jest pełna ludzi. Znam takich, co przychodzą tu przed pracą, nasiupani prochem po dziury w nosie, tańczyli godzinę, brali prysznic w umywalce i szli z walizeczką do roboty. Maiko wbiegała między nich, wyrzucała ramiona w górę, zaczynała wirować. jej palce niemal nie dotykały ziemi, oczy i żyły wychodziły na wierzch. Przypominała roześmianą staruszkę. Tańczyła tak koło dziesięciu minut. Powoli jej ruchy stawały się nieregularne, nogi słabły. Opadała na kolana i wciąż trzepotała rękami. Podnosiłem ja wtedy delikatnie, wlokłem do wyjścia i na metro.
Tego wieczoru bawiliśmy się świetnie. Maiko brała więcej ode mnie. Chciałem być przytomny. Brzydziłem się jej dotknąć. Miała zimne, metaliczne ciało i oczy maszyny. Unikałem jej ust.
-Wierzysz mi? – zapytałem w pewnej chwili.
Podniosła nieprzytomne oczy.
-Czemu pytasz?
-Właściwie nie wiem. Wydaje mi się, że ludzie powinni sobie ufać. Jak znają się już trochę.
Pomyślała chwilę.
-Tak chyba powinno być – odpowiedziała.
-Okłamałaś mnie kiedyś?
Odgarnęła włosy. Welon zsunął się po plecach na podłogę.
-Ja ci wierzę – pocałowała mnie, ale nie spojrzała w oczy. Wzdrygnąłem się – nigdy nie zrobiłam niczego, o czym chciałbyś słyszeć.
Zaczęliśmy tańczyć.
Przed piątą, Maiko zasnęła. Pomieszczenie spowijał półmrok. Do Sali dla tańczących prowadziło szerokie przyjście. Sala zdawała się być tuż obok nas, ale nie słyszeliśmy muzyki, tylko głuchy rytm, dobywający się jakby spod ziemi. Nie widziałem innych odpoczywających. Czułem ciepło ich ciał, gorące oddechy. Tylko Maiko pozostawała zimna. Bryła lodu, co czeka na ogień. Lis.
Nachyliłem się, dotknąłem jej twarzy. Nie drgnęła. Pierwszą butelkę wylałem jej na plecy, drugą ochlapałem welon, włosy pod nim, twarz. Poleciały w kąt. Wziąłem głęboki oddech. Maiko podniosła powieki. Pokręciła nosem. Spirytus spłynął jej do ust, przydusił. Zapaliłem zapalniczkę.
-jeszcze zatańczysz – powiedziałem.
***
Ogień spadł na plecy Maiko, rozbiegł się pomarańczową rzeką. Nim objął jej głowę, dostrzegłem oczy, rozszerzone z niedowierzania i wydęte wargi. Prychnęła. Szarpnęła się gwałtownie, potoczyła po ziemi i wstała, jak marionetka szarpnięta przez lalkarza. Już płonęły włosy, już zajęły się ręce, ogień spełzał do stóp, objął brzuch i szyję. Twarz zajęła się w jednej chwili, najpierw nos, potem płomień wszedł do ust. Maiko zaczęła tańczyć.
Wykonała niezgrabny piruet i pognała między ludzi, zostawiając żarzące się ślady. Zapłonął nasz stolik, kanapa, ściany. Wybiegłem.
Maiko wirowała po parkiecie, dopiero, gdy dotarła na środek, ludzie pojęli, co się dzieje. Trzech już płonęło na całego, kilku innych tarzało się po ziemi, albo próbowało strzepać z siebie języki ognia. Ich krzyk ginął we wrzasku Maiko. Tak nie mógłby krzyczeć tylko lis, przysięgam; Żaden człowiek nie jest w stanie aż tak cierpieć.
Podobno właśnie w Japonii mamy najnowocześniejsze systemy przeciwpożarowe na świecie. Nim woda lunęła z sufitu, wokół Maiko krążyły dwie żywe pochodnie. Lis, którego miałem za kobietę, upadł już na kolana. Bił pięściami w ziemię, a płomienie wyrastały z pleców niczym skrzydła. Stałem w drzwiach, gotów do ucieczki. Musiałem mieć pewność, że mój plan się dopełni.
Widziałem ścianę wody i niebieskawy dym, wirujący nad trzema nieruchomymi ciałami. Muzyka wciąż brzmiała. Maiko leżała na brzuchu, jeszcze unosiła głowę, próbowała podnieść się na rękach. Ubranie spłonęło, głowę miała czarną i łysą. Nie sposób rozróżnić nosa od ust. Odwróciła twarz do mnie. W oczach - jamach dogasał węgiel. Znieruchomiała. Byłem zdziwiony, bo lisy cierpią jak ludzie.
Ludzie krzyczeli, tarzali się po ziemi, próbowali uciec. Kilku naćpanych gości, wciąż tańczyło.
***
Przez pierwsze dni żyłem w cieniu śmierci. Maiko nie żyła, zabrała ze sobą pięć osób – dwie ofiary zmarły w szpitalu od poparzeń. Widziało mnie kilkadziesiąt osób. Czekałem na policję, ale nikt nie przyszedł.
Liczę, że zdołam zapomnieć, próbuję żyć dawnym życiem. Mam pokój, komputer, filmy. Powinno się udać. Następną dziewczynę wybiorę z większą rozwagą.
Znów poszedłem do kina. Siedzę teraz w fantastycznym fotelu, prostuję nogi. Sączę drina i, słuchajcie, jestem tak naćpany, że mógłbym robić za latarnię morską.
Film trwa i nie wiem, czy dobiegnie końca. Nie mogę wstać. Nie chcę tego. Piję i patrzę. Widzę siebie, jakim jestem. Cieszę się z tej prawdy. Nie wiem nawet, czy to ja opowiadam tę historię, czy ruszam bezgłośnie ustami. Postać z ekranu mówi za mnie. Im dłużej patrzę na film, tym głębiej rozumiem siebie.
-Czy się pomyliłem? – pytam – co, jeśli Maiko była zwykłą dziewczyną?
-Nie bój nic – słyszę – przecież to tylko kino.
Koniec
Goście XIV Falkonu
Znamy już gości tegorocznej edycji Falkonu. Festiwal odwiedzą zarówno polscy jak i zagraniczni pisarze. Poniżej prezentujemy ich listę.
Drugi tom sagi Antilia już w połowie Października!
Już niebawem, nakładem wydawnictwa Feeria, ukaże się drugi tom wciągającej powiesci spod pióra Ewy Seno - "Cena odwagi". Secretum objęło książkę patronatem medialnym.
Czekając na odkupienie
Gdy w życiu człowieka los stawia na drodze siły nieczyste, walka z nimi jest na porządku dziennym. Czy człowiek w tej potyczce ma jakąkolwiek szansę? Jedno jest pewne, gdy w życiu chodzi o zemstę, trudno jest obejść się bez ofiar. Gdy ponadto jedna osoba ma stoczyć walkę ze Śmiercią i Królową Piekła, walka ta ma tragiczny skutek. Lecz czy uczucie inne niż nienawiść potrafi przerodzić się w coś zupełnie przeciwnego?
Cassandra ma burzliwą osobowość. Całe życie czuje, że jej wysoko postawiona społecznie rodzina wstydzi się jej istnienia. Wraz z dojrzewaniem dziewczyna przejmuje inicjatywę. Zaczyna coraz częściej uczęszczać na zakrapiane imprezy i stosować używki. Los pokazuje, że jedna z takich imprez kończy się dla niej tragicznie. Zgwałcona przez mężczyznę o zielonych oczach, długo nie potrafi się pozbierać. Z braku oparcia w ramionach rodziców, postanawia ich porzucić. Wyjeżdża do Nowego Orleanu, gdzie rozpoczyna nowe życie. Niestety przeszłość nie daje o sobie zapomnieć.
Wkrótce anioły zemsty „ukazują się" nad głową dziewczyny. Cassandra musi podjąć walkę z mężczyzną, który niegdyś wyrządził jej wielkie zło. To jednak nie koniec przygód. Dziewczyna przenosi się w czasie do V wieku, gdzie życie kobiety wcale nie jest łatwe. Mężczyźni bowiem mają je za nic. Jak poradzi sobie w takim otoczeniu dziewczyna, której jedyną bronią jest cięty język? Dlaczego Królowa Piekieł będzie czyhać na jej życie? Kto będzie pełnił w piekle rolę Śmierci i kim ona będzie dla Cass? Czy życie zgotuje dziewczynie jedynie piekło?
Po raz pierwszy miałam przyjemność przeczytać pozycję, która zabiera mnie do piekła. Przygoda ta, powiem szczerze, jest jak najbardziej udana. Zauważyłam nawet, że podziemie jest bardzo pociągające. „Czekając na odkupienie" jest utworem, gdzie dominuje przede wszystkim siła zemsty. Dostrzegamy w niej też, jak ona iskrzy się i dojrzewa, pomimo upływu lat. Niestety dla głównej bohaterki, wędrówka w czasie nie jest czymś dobrym. Czyhające na nią wciąż nowe niebezpieczeństwa dają szybko o sobie znać.
Książka jest bardzo przychylną pozycją, ukazującą wielki potencjał autorki. Katarzyna Łochowska, ma bardzo dobry styl pisania, który dobrze odbierany jest w tej lekturze. Jest to lekki i bardzo potoczny język, nadużywający niekiedy wulgaryzmów. Jednakże muszę powiedzieć, że książka jest dzięki temu, bardziej przyswajalna. Przede wszystkim właśnie dzięki ciętemu językowi bohaterów, nadużywania słów wulgarnych, lektura ta przywodzi na twarz uśmiech i chęć do dalszego zagłębiania się w nią. To, co jeszcze chcę powiedzieć, jeśli chodzi o samą autorkę, to fakt, że ma ona bardzo pozytywnie rozwiniętą wyobraźnię. Taką przygodę mogą wymyślić tylko nieliczni!
Książka ta pochłania od pierwszych stron. Osobiście bardzo cenię sobie, gdy w pozycji akcja szybko posuwa się naprzód, jak i gdy mamy do czynienia z wędrówką w czasie. To wszystko ta lektura posiada, co mnie bardzo cieszy. Czytałam ją z wielkim entuzjazmem od samego początku aż do końca. Nie czułam przy niej nudy ani tego, że mogłabym ją porzucić niedoczytaną. Gdy już zaczęłam się w nią dogłębnie wczytywać, nie potrafiłam się od niej oderwać. Jedyne czego żałuję to fakt, że nie jest ona zbyt objętościowo wielka.
Muszę też nadmienić, że pozycja ta posiada minusy ze strony wydawnictwa. Po pierwsze, chciałabym zwrócić uwagę na samą czcionkę. Niestety ja, jako osoba która ma problemy ze wzrokiem, bardzo nad nią ubolewam - zbyt mała czcionka utrudnia czytanie. Musiałam książkę trzymać bardzo blisko moich oczu, by litery się nie zlewały. Taki właśnie mankament odnalazłam w książce od początku. Niestety, musiałam o tym napisać, gdyż w tym właśnie Wydawnictwo się nie popisało.
Podsumowując, stwierdzam, że przygoda głównej bohaterki jest jak najbardziej godna polecenia. Wszystko, co zawarte w tej pozycji, daje bardzo wiele przyjemności. Istnieje w niej bowiem połączenie kilku gatunków literackich, dzięki czemu pozycję tę odczytać możemy, jak tylko chcemy. Romans, niekiedy erotyk, do tego też pewnego rodzaju akcja i strategia to tylko wyjątki, które rzucają się w oczy od początku. Niewyobrażalnie cieszę się, że tę pozycję polubiłam, ponieważ często pragnę do niej wracać. Pozostaje mi jedynie dodać, że bardzo ją polecam.
Retrowizja odc. 2 - "Metropolis" (1927)
Witam Was z drugim odcinku cyklu „Retrowizja". Ci, którzy czytali mój poprzedni tekst już wiedzą o co chodzi, a tym, którzy trafili na ten tu po raz pierwszy wyjaśniam – mam zamiar pisać dla Was kilka słów od siebie na temat starych, a czasami bardzo starych filmów S-F, fantasy. Co jakiś czas zdarzy się też horror. Redaktorzy „Secretum" dwoją się i troją, by przekazywać Wam jak najświeższe informacje ze świata filmu, a ja odnoszę się do może już nieco zakurzonego archiwum. Tak jak napisałem dzieła, które mam zamiar tutaj opisywać są stare lub bardzo stare. „Podróż na księżyc" z odcinka pierwszego i dzisiejsze „Metropolis" kwalifikują się do tej drugiej kategorii.
Obsydian
„- Co... się stało?
Och, no wiesz, strzeliłem czystą energią, a ty zwiędłaś jak delikatny kwiat u mych stóp. A potem niosłem cię z powrotem jak prawdziwy dżentelmen i siedziałem tu Bóg wie jak długo i po prostu na ciebie patrzyłem. Taa, mowy nie ma. Odsunąłem rękę.
-Zemdlałaś."*
Kiedy zapadła decyzja o waszej przeprowadzce na pewno nie podejrzewałaś, że w nowym miejscu poznasz najlepszą przyjaciółkę oraz faceta, którego będziesz nie cierpieć, a zarazem czuć dziwne przyciąganie. O ile to jeszcze jest w gruncie rzeczy normalne, o tyle nigdy nie przewidziałabyś, że nowi sąsiedzi nie są ludźmi, a przebywanie z nimi może być niebezpieczne dla obu stron. Cóż, nikt nie mówił, że życie będzie proste...
Siedemnastoletnia Katy Swartz wraz ze swoją mamą przeprowadziła się właśnie do Zachodniej Wirgini. Dziewczyna ma rozpocząć tu ostatni rok szkoły, a bycie nową na tym etapie nie jest fajne, szczególnie kiedy nikogo się nie zna. Na szczęście ma swoją pasję – czytanie książek oraz prowadzenie bloga o nich. I pewnie ten czas w końcu by jakoś minął, zawarłaby jakieś znajomości i żyła sobie spokojnie gdyby nie sąsiedzi. Dee jest sympatyczna i bardzo łatwo ją polubić, ale już jej brat bliźniak – Daemon – okazuje się być w większości czasu zwykłym dupkiem. Zazwyczaj, ale nie zawsze, co jest trudne do zrozumienia, tak samo jak niechęć do Katy...
Były wampiry, wilki, elfy, wróżki, zmiennokształtni, ale o kosmitach do tej pory chyba jeszcze nie było, przynajmniej nie w taki wydaniu. Jennifer L. Armentrout postanowiła z tego skorzystać i tak powstała seria Lux. Początkowo do „Obsydiana" podchodziłam bardzo nieufnie, ale w momencie przeczytania fragmentu coś się zmieniło, stwierdziłam, że warto jednak dać autorce szansę. I jak się okazało to był jeden z lepszych czytelniczych wyborów tego roku.
Jennifer L. Armentrout co prawda nie odchodzi od schematów, a jej powieść rzeczywiście trąci trochę „Zmierzchem", ale nie zmienia to faktu, że bardzo dawno nie czytałam tak dobrego paranormal romance. Naprawdę! Nie ma tu motywu miłości aż po grób po zaledwie paru spotkaniach, owszem jest napięcie między bohaterami, ale oprócz miłosnego przeważa to z brakiem sympatii ponieważ cały czas sobie docinają, wyzywają się, wzajemnie denerwują, nie potrafią przebywać obok siebie przez pięć minut i nie doprowadzić do szewskiej pasji. Co za emocje! Dzieje się dużo, szybko i czasami zaskakująco, bo nigdy nie wiadomo, w którym momencie postacie zaczną się denerwować, a kiedy będzie trwał między nimi rozejm.
Autorka miała świetny pomysł na fabułę i go wykorzystała, stworzyła wątek miłosny, który nie nuży i nie irytuje swoją beznadziejnością, a do tego wykazała się też pomysłowością z tematem paranormalnym. Stworzona przez nią rasa jest bardzo dobrze wykreowana, a co najważniejsze Armentrout pozwala ją poznać praktycznie w całości, dzięki czemu mogłam zaspokoić swoją ciekawość. Ponadto posługuje się typowo młodzieżowym językiem i nie boi się używać przezwisk, co w brew pozorom, szalenie mnie bawiło. Ogólnie w całości utworu nie brakuje scen napisanych z humorem oraz ironią, ale taką rozbrajającą.
Bohaterowie. O nich mogłabym pisać i pisać ponieważ zarówno Katyy, jak i Daemon zdobyli moje serce szturmem i zajęli w nim już swój kącik. Nie można ich nie pokochać, są po prostu wspaniali. Katy to dziewczyna zarazem silna, ale i podatna na zranienia, skromna wygadana, odważna, ale również zagubiona. Podoba mi się w niej miłość do książek oraz to, że ma poukładane w głowie. Zaimponowała mi swoją nie idealnością, podejściem do życia, ciętym językiem oraz tym, że nie waha się działać by ratować przyjaciółkę. No i Daemon – pomimo swojej złośliwości, arogancji, wredności oraz chamskości nie sposób go nie polubić i wyczuć w nim tego czegoś, co sprawia, że jednak jest kochany. Ta dwójka to ogień i woda, a sceny z nimi są niesamowite.
Czytałam o tej publikacji dużo pozytywnych opinii, ale nie sądziłam, że aż tak mną zawładnie. Wystarczył mi zaledwie jeden dzień na to, by pochłonąć te około czterysta pięćdziesiąt stron i muszę przyznać, że był to czas pełen wrażeń. Armentrout stworzyła historię od której nie idzie się oderwać, bo pomimo małych mankamentów – absolutnie nie odbierających przyjemności z czytania - całość jest dopracowana i przemyślana. Od samego początku wczułam się w fabułę i wraz z bohaterami przeżywałam wszystko co się działo, a trochę tego było. Fakt, nie jest to nic ambitnego, ale w swoim gatunku to coś bardzo, bardzo dobrego – właśnie takie, moim zdaniem, powinny być romanse paranormalne. Jestem absolutnie zachwycona tą publikacją i już tupie niecierpliwie na myśl o kontynuacji.
„Obsydian" jest początkiem dobrze zapowiadającej się serii i jeśli Jennifer L. Armentrout w pozostałych tomach utrzyma poziom pierwszego, to z czystym sumieniem uznam ją za jedną z lepszych młodzieżówek po które naprawdę warto sięgnąć. Ten tytuł szczerze polecam miłośnikom paranormal romance - wartka akcja, wyraziści bohaterowie, ciekawa fabuła, mnóstwo emocji, no i, co jest bardzo ważne, brak w niej sztuczności.
„Zawsze uważałem, że najpiękniejsi ludzie, naprawdę piękni w środku i na zewnątrz, to tacy, którzy nie są świadomi swojego wpływu.[..] Ci, którzy rozprzestrzeniają swoje piękno, chwalą się, marnują to, co mają. Ich piękno jest ulotne. to tylko skorupa, ukrywająca ciemność i pustkę."*
*cytaty pochodzą z książki
Krzysztof T. Dąbrowski - Umieranko
12.III.2000 r.
Chcecie wiedzieć jak umarłem? Baa, umarłem to za mało powiedziane - zostałem zmasakrowany!
Naprawdę chcecie? Spoko, nie ma sprawy.
Przechodziłem właśnie przez ulicę rozmyślając o Magdzie. Ech, cudna dziewczyna, blondynka o dużych oczętach, anielskim uśmiechu i całkiem sporych jędrnych cycuszkach. No dobra, każdy zabujany tak gada, więc może przejdźmy do meritum sprawy bo widzę, że jak tak dalej pójdzie to was zanudzę.
Mniej więcej pół godziny temu umówiłem się z nią na pierwszą randkę. Byłem bardzo wystraszony, myślałem, że dosłownie zawału dostanę, ale z drugiej strony wiedziałem, że jak tego nie zrobię, to będę sobie potem do końca życia wyrzucał (nie wiedziałem tylko, że ten koniec tak szybko nastąpi). Była akurat długa przerwa - czyli coś, co tygryski lubią najbardziej. Podjąłem decyzję, lecz aby coś zdziałać musiałem się jeszcze uspokoić - nie wyobrażałem sobie tego, że mógłbym do niej podejść taki rozedrgany jak galareta i jąkać się jak jakiś ciućmok. Musiałem być opanowany, emanować spokojem i pewnością siebie. He he, łatwo zaplanować - trudniej wykonać. Zrobiłem głęboki wdech, wstrzymałem przez chwilę powietrze i bardzo powoli je wypuściłem. Zrobiłem tak jeszcze ze dwa razy nim stwierdziłem, że już jako tako nadaję się do użytku.
Stała akurat sama i pisała smsa - idealny moment żeby uderzyć. Pewnym krokiem podszedłem i z szerokim uśmiechem coś zagadałem, sam już nie pamiętam co mówiłem, bo jak już wiecie miałem stresa, a w stresie to wiadomo - adrenalinka i te sprawy. Na szczęście udało się, rozśmieszyłem ją. Ach, jak słodko się śmiała marszcząc ten malutki, lekko zadarty nosek. Moje serce topniało na ten widok jak masło na patelni.
Wiedziałem co się za chwilę wydarzy. Typowy przypadek totalnego zakochania. Jeszcze chwila i straciłbym kontrolę i zaczął się czerwienić, dostałbym ataku onieśmielenia i... poległbym na całej linii. Wbiłem z całej siły paznokieć kciuka w dłoń - tak żeby jak najbardziej zabolało - nie wiem czemu, ale w takich momentach zawsze mi to pomagało. W jakiś niewytłumaczalny sposób pomagało pozbierać się i nie stracić wewnętrznej równowagi. Spytałem swobodnym tonem luzaka:
- To jak, skoczymy gdzieś na browarka?
Odpowiedziała prawie od razu - nim to jednak nastąpiło miałem wrażenie, że minęły wieki, jakby czas był z gumy i nagle jak na złość niesamowicie się rozciągnął. Byłem tak napięty w tym swoim oczekiwaniu, że aż mi zaszumiało w głowie i wtedy ujrzałem jak rozchyla swe malinowe wargi, a do uszu mych dotarła upragniona odpowiedź:
- Hihi, nie no spoko, hihi, ale gdzie i o której?
To słodkie "hihi" uświadomiło mi, że ona również musiała być mocno onieśmielona. A zawsze myślałem, że te najładniejsze laski są takie super pewne siebie. Cóż - pozory mydlą, jak to się mówi. Jeszcze bardziej podbudował mnie fakt, że to ja ją onieśmielałem, a to musiało oznaczać, że ja również jej się podobam, bo przecież gdyby było inaczej to nie byłaby speszona, kazała by mi spadać. Uskrzydlony tą myślą rzuciłem propozycję, że można by się tak "Pod jaszczurem" spiknąć. Przytaknęła - byłem umówiony!
Uff, dzięki wam wszystkim tam na górze! Macie u mnie po browarze - pomyślałem uradowany. Na dodatek pójdziemy do "Jaszczura" - czyli po prostu idealnie gdyż ta knajpka była właściwie jedyną, gdzie nie pytali o dowód, gdzie browar był w miarę tani i można się było zaszyć w klimatycznych zaułkach - a to wszystko dla siedemnastolatka uderzającego na randkę było niezmiernie ważne. Heh, nie sądziłem tylko, że "Niebieska Ekipa" tak bardzo wzięła sobie to moje zaproszenie do serca i tak szybko wezwie mnie przed swe oblicze, bym postawił im te obiecane browary...
Wracając do sprawy - przechodziłem przez tą cholerną ulicę, uradowany jak małpa, której rzucono banana, aż tu nagle słyszę pisk. Błyskawicznie się obróciłem i ujrzałem to coś co mnie zabiło. Tak, tak, to wszystko trwało tak krótko, że dopiero po fakcie mój umierający mózg skojarzył, że te dziwne blaszane kształty to była maska rozpędzonego tira. To był ułamek sekundy - wielkie bum, rozbłysk przeraźliwej jasności, potem czerń. Miałem się spotkać z aniołem na ziemi, a tu - masz ci los - trzeba będzie aniołom w niebie po browce latać...
Moje szczątki rozrzucało po ulicy i trawniku, lecz mnie to wcale nie przeraziło - wręcz przeciwnie, wszystko zrobiło się jakoś tak dziwnie obojętne - zupełnie jakbym jakieś zioło przypalił. Nie miałem zielonego pojęcia ile to mogło trwać, czy długo, czy krótko. W każdym bądź razie w pewnym momencie, o ile w tym wymiarze były jakieś momenty, dojrzałem nikłe światełko i zaczęło mnie ono przyciągać. Mimo, że byłem tu bez ciała (a w świecie materialnym zamieniłem się w mięsne puzzle) to miałem wrażenie jakbym leciał, coraz szybciej i szybciej i...
Taadaa, trutututu, proszę państwa jak to na religii uczyli: I STAŁA SIĘ JASNOŚĆ, I GŁOS USŁYSZAŁ! I oczywiście ujrzałem jakieś świetliste istoty lecące obok mnie. Sielanka prawda? Już nie znajdowałem się w nicości - przemierzałem teraz długi jasny tunel, a na jego końcu znajdowała się oślepiająca jasność. Osobiście miałem nadzieję, że w raju jak to w raju wszystko będzie super i ujrzę tabuny ślicznych dziewczyn gnających ku mnie nago po ukwieconej łące. Hah, nic z tego moi kochani - pomyliły mi się religie (to nie te zaświaty) - jasność się nasiliła, po czym przekazała mi telepatycznie, że teraz czas abym przeanalizował swoje życie.
I jak to się mówi BACH zacząłem przeżywać swoje siedemnastoletnie życie od nowa...
--------
Znowu 12.I.1983 r.
Narodziłem się jeszcze wszystko pamiętając. Wiedząc, że za siedemnaście lat zakocham się na zabój i ta miłość okaże się naprawdę zabójcza. Pamiętałem
oczywiście to co mnie będzie czekało po zderzeniu z tą cholerną ciężarówką i... i w tym momencie wpieniłem się maksymalnie bo... bo zdałem sobie sprawę z tego, że to wszystko będzie się POWTARZAŁO W KÓŁKO - że przecież będę tak w nieskończoność przeżywał te swoje mizerne siedemnaście lat mordując się bezsensownie w podstawówce, w gimnazjum i liceum, a gdy się zakocham to w kilka godzin później będę martwy - rozsmarowany na masce tira... i tak w koło
Macieju, w nieskończoność, jeszcze raz i jeszcze raz i jeszcze raz!
Odcinali pępowinę ale nawet tego nie poczułem. Wydałem z siebie tylko wściekły krzyk mający oznajmić światu, że nie zamierzam się pogodzić z tym co los mi przeznaczył! To miał być raj? to chyba piekło! A najgorsza w tym wszystkim była świadomość tego, że nigdy nie zostanę gwiazdą rocka i do końca swego siedemnastoletniego żywota pozostanę prawiczkiem!
NIGDY! NIGDY! NIGDY!
Nie zamierzam na to pozwolić! Teraz, skoro wszystko pamiętam, inaczej pokieruję swoim życiem. Nie dopuszczę do tego wszystkiego. A w szczególności będę pamiętał by w dniu mojej przyszłej śmierci uważnie przechodzić przez ulicę żeby ten dzień okazał się "Dniem Mojej Niedoszłej Śmierci". Ha ha, a takiego wała zastępy niebieskie, ha ha ha, nie dostaniecie mnie tak łatwo, o nie!
Yyy, łatwo? Ale o co chodzi co mnie miao dośtać? - naraz sobie uświadomiłem, że nie pamiętam czegoś co jeszcze przed chwilą pamiętałem, a co mogło być bardzo ważne bym...
No waśnie bym cio? A cio to jeśś bmm?
O Boźe ja tjaciem pamieć!
Gruu! Grr!
Gugu?
Siedemnaście lat później:
Ech, kurwa! Ludzie ale żem się wnerwił. Normalnie nasi znowu normalnie przerypali. Wszystko mnie dziś wpienia! A miało być tak pięknie. Z Łysym żeśmy zryw z budy zrobili, bo po co kisić tam dupę - zresztą zawsze uważałem, że siedzenie w budzie jest bez sensu. Zawsze! Przecież nigdy nie wiadomo czy ci żydzi z wrogiej drużyny łomotu ci nie spuszczą takiego, że kojfniesz na miejscu, albo czy cię kurwa jakiś pijak nie rozpizdrzy samochodem, albo jak się zamyślisz czy cię jakiś jebany tir nie rozmaśli po asfalcie. Zwłaszcza tego ostatniego żem się zawsze bał, ale nigdy się kumplom nie przyznawałem bo by zajebisty obciach był! No normalnie honora bym stracił! Nie wiem czemu tak mam, boję się dużych samochodów, a w szczególności tirów, normalnie od dziecka tak mam!
No, ale wracając do sprawy to żeśmy se z Łysym na wagsy ruszyli bo co prawda mecz miał być dopiero za kilka godzin ale żeśmy chcieli se trochę wcześniej popić. Bo jak se człowiek tak solidnie zapije to potem nic nie czuje jak tak go napierdalają na zadymie, a i sam jakiś taki silniejszy jest jak już przychodzi co do czego. No, żeśmy poszli do "Józka". Tam już kilku naszych piło, to my żeśmy tak się doprzysiedli.
Taka fajna jedna dupcia z kumpelą z nimi siedziała. Od razu poczułem, że ma chciawkę na mnie. He he, to był dobry dzień, ten tam na górze to trzyma ze mną sztamę! Laseczka naprawdę była napalona bo jak jej powiedziałem żeby ze mną poszła bo coś jej chcę pokazać to się jej tyko kurwa oczka zajebiście zaświeciły i se ze mną bez ceregieli poszła. Tam żeśmy wpadliśmy w ślinkę i po kilku chwilach żeśmy się seksili w tych krzakach aż miło. He he, mam kurwa siedemnaście lat a już tyle dup zaliczyłem co niejeden pseudocasanova przez całe życie!
Kurwa! Kurwa! Kurwa! No nasi tera kompletnie już zjebali sprawę... no normalnie no żeby tak, ech... No żesz...
Dawno się tak nie wpieniłem! Ale dziś damy cwelom wycisk. Nic to, że wczoraj nie spuściliśmy ich piłkarzynom łomotu i żeśmy mecza przerypali, że nas smerfy pogoniły i nie wjebaliśmy żydom. Nic to, kurwa! Dziś dostaną łomot. Dziś jest ustawka i dziś ich pogrążymy! Zajebiemy jak psy! Za honor naszej drużyny!
Z zamyślenia wyrwało mnie klepnięcie Łysego:
- Co jest stary? Kurwa nie łam się!
Taaa, jak mam trochę w czubie to bardziej, tak mocniej no wszystko przeżywam, intensywniej znaczy się.
- Ee, nie uamię szie tyykoo kuwaa bym im juszsz kuwaa pokazał kto tu kuwaaa szsządzi! Jesssze się odkujemy kuwaaa!
Wstałem i zacząłem śpiewać:
To yyyy biaoszerwoni oo myyy biaoooszerwoiii!
Troche mi kurwa nie szło, bo jak żem mówił już z deka byłem znieczulony ale zara wstali kumple i pomogli.
He he, żebym ja to jeszcze wtedy wiedział, że ja z tej jebanej ustawki żywy nie wyjdę...
Dotarliśmy żeśmy na miejsce. Byłem uzbrojony w łańcuch i noża kuchennego. Staliśmy tak se w dwu grupach i przez kilka chwil żeśmy się kurwa od żydów i pedałów wyzywali, a potem się zaczęło. Się tego no trochę jak ten wojownik z dawnych czasów poczułem. No i też o honora walczył żem! Trochę krzywo zapieprzałem, bo jednak ciut za mocno się znieczuliłem, ale uznałem, że za kilka chwil powinno mi się polepszyć. Jak pała zalana trochę ruchu jak śmietana kurwa z rana he he he!
Zapieprzaliśmy na nich jak w brejwharcie jakimś - taki zajebisty film żem kiedyś widział. Ziemia się trzęsła i taki tupot ogromny się zrobił, że w huj nic nie było słychać! Czułem jak mi to animusza dodaje, a potem tylko zobaczyłem, że jakiś drąg zbliża się do mojej gęby i tak kurwa umarłem...
Jakiś pedał zajebał mnie gałęzią w ryja! Czujecie to?
W pierwszej chwili se pomyślałem, że zara wstanę i się cwelowi odwinę, że mnie tyko tak zamroczyło ale nie, nie! Nie mogłem się ruszyć, a tylko poczułem, że ogarnia mnie coraz większa ciemność. A na dodatek jakieś deva ju - czy coś takiego - żem doznał, bo miałem wrażenie, że ja to już kurwa kiedyś, dawno temu se przeżyłem. Tak żem się trochę w pierwszym momencie zestrachał, no mówię wam! Po chwili jakaś taka błogość mnie ogarnęła i takie to mi się wszystko obojętne jakieś takie zrobiło - nawet to, że moja drużyna Azbesty Podbiałów przegrała, to też jakieś się odległe i ni ważne zrobiło.
No i tak se trwał żem nie wiem kurwa ile aż tu nagle ktoś mi po gałach jakimś światłem zaczął popierdalać. Normalnie nic żem nie widział przez chwilę, a zara potem się w jakiejś rurze dziwacznej pojawiłem.
He he, jak w jakimś kurwa kosmicznym odkurzaczu se lecę - se pomyślałem.
Już wiedziałem, że żyw z tego nie wyjdę, ale co mi tam. Jak do raju to do raju! Miałem tylko nadzieję, że tu łatwe laski będą jeszcze w piździut łatwiejsze, że nie będzie żydów i pedałów, a moje Azbesty będą w pierwszej lidze wszystkich wymiatać!
No i nagle do mnie ta jasność zaczęła do mnie coś gadać - ale nie tak kuźwa normalnie nawijać jak ja se tu do was tylko jakoś tak, no, yyy, jakby tu wam no tak... MYŚLOWO! I mi powiedziała, że teraz czas żebym se życie przeanalizował czy coś takiego.
I jak się to mówi, kurna, no tego, od nowa Polska Ludowa!
------------
...i znowu 12.I.1983 r.
I się kurna urodził żem ponownie he he. A jak się przy tym wydarłem! Sam nie wiem czemu, ale tak jakoś wyszło. Zresztą każdemu by tak wyszło jak by go tak za nogi do góry podnieśli jak mnie. Akurat w tym wypadku jak już zostałem uniesiony to się kurwa uspokoiłem, a to dlatego, że podnosiła mnie pielęgniarka, fajna dupcia, blond taka. A jakie cycki miała he he he! No jak żem te cudeńka ujrzał tak z góry to mi się od razu drzeć odechciało. He he miód na duszę!
I tak żem se tera postanowił, że co jak co ale teraz to muszę mniej chlać a więcej na siłke zapierdalać. No i kurwa na jakieś karate se pójdę, ot tak żeby mieć zajebistego refleksa, żeby mnie nikt tak obciachowo nie zarypał na ustawce.
I tak se robiłem te plany i...
i kur... co to ja?
Ale dlasiego?
Moja djuzinaaa!
Gaaaguu?!?
Gu?
17 lat później:
Zawsze czułam się kobietą. Od dziecka nienawidziłam piłki nożnej i tych całych meczów. Jak widziałam tych łysych, nafaszerowanych sterydami przygłupów to aż mi się niedobrze robiło. Ja w ogóle jestem jakaś chorobliwie bojaźliwa bo samochodów też się trochę boję, a w szczególności tych dużych, ciężarowych.
Ale wracając do tematu to muszę przyznać, że kompletnie nie rozumiem co może być ciekawego w kopaniu tej głupiej piłki przez prawie dwie godziny. Przecież to jest tak absurdalnie głupie i nudne. Szkoda życia na takie coś. Ja na przykład wolę w tym samym czasie poczytać coś ciekawego. Wczoraj dla przykładu przeczytałam bardzo ciekawy artykuł pewnego naukowca, który wysnuł bardzo ciekawą teorię, że całe nasze życie jest nagrywane w mózgu i w momencie śmierci to nagranie jest przewijane do początku tylko po to abyśmy mogli przeżyć wszystko jeszcze raz, aż do chwili gdy ponownie umrzemy, a wtedy to nagranie ponownie przewija się do początku. I tak bez końca. Tłumaczył też, że to stąd bierze się odczucie, które nazywamy deja vu.
Coś jeszcze mówił o fizyce kwantowej i o tym, że przez te kwanty każde kolejne odtworzenie życia może być inne od poprzedniego. To tak jakby się brało udział w interaktywnym filmie; zarówno my jak i inni przez swe działania i wolną wolę sprawiamy, że za każdym razem nasze życie toczy się innym torem.
Może to dlatego mam takie problemy.
Jakie? - pewnie spytacie.
Jak byłam mała to bawiłam się często lalkami. Ojciec żartował wtedy:
- Uważaj ty, uważaj, bo jeszcze ci to tak zostanie.
Potem, gdy trochę podrosłam zaczęłam nosić sukienki. Ojciec się wściekał, matka tylko płakała, a chłopaki z osiedla regularnie mnie bili...
Życie jest okrutne, zawsze byłam inna, chociaż wy byście pewnie powiedzieli... INNY.
Zastanawiam się, dlaczego Bóg jest taki bezlitosny i za jakie grzechy uwięził mnie w męskim ciele?
Krzysztof T. Dąbrowski
