kwiecień 23, 2026

Rezultaty wyszukiwania dla: Yi Nan

czwartek, 16 kwiecień 2026 21:43

Premiera: Łabędzia córa

Przypuszczalnie dość nieszczęśliwa historia miłosna.

KSIĄŻĘ ARRIS WIE, że małżeństwo oznacza wyrok śmierci. Przez jedno niefortunnie sformułowane życzenie rządy na Wyspie Malys od pokoleń może objąć tylko ten, kto zdobędzie serce i rękę następcy tronu – bez względu na to, czy wybranek to przeżyje. Jedyną szansą Arrisa na długie życie jest więc prawdziwa miłość.

Dział: Książki

Jego życie jest iluzją. Jej kłamstwo ryzykownym posunięciem. Czy dwoje outsiderów może ocalić królestwo? 

Dział: Książki
piątek, 27 marzec 2026 13:25

Zdrada Isengardu

 

„Zdrada Isengardu” to książka bardzo szczególna. Nie jest powieścią, nie jest też klasycznym dodatkiem do „Władcy Pierścieni”. To raczej wejście na zaplecze wielkiej opowieści, do miejsca, w którym wszystko dopiero powstaje. Trochę jak zajrzenie do pracowni artysty – zamiast gotowego obrazu widzimy szkice, poprawki, notatki i momenty zwątpienia. To właśnie w tym tkwi wartość tej książki.

O czym jest książka

Tom (w sumie już siódmy) pokazuje moment, w którym „Władca Pierścieni” dopiero się kształtuje. J.R.R. Tolkien zmienia jeszcze koncepcje wydarzeń, rozwija postacie, zastanawia się, jak powinny wyglądać poszczególne miejsca i jakie znaczenie będą miały dla całej historii. Możemy obserwować, jak powstaje Isengard i Orthank. Jak rozwija się wątek Sarumana i jego zdrady. Całe Śródziemie powoli rozszerza się o nowe krainy i ludy. W książce znajdują się różne wersje tych samych scen. Są w niej fragmenty map, notatki i szkice. Pojawiają się także komentarze Christophera Tolkiena, który pokazuje, jak bardzo ta opowieść zmieniała się w trakcie pisania i jak wyglądała praca jego ojca nad kultową historią.

Moja opinia i przemyślenia

Największe wrażenie robi tutaj sam proces twórczy. Można zobaczyć Tolkiena nie jako pomnikowego autora, ale jako człowieka, który skreślał, poprawiał, zmieniał zdanie, szukał lepszych rozwiązań. Nagle okazuje się, że Śródziemie nie powstało jako gotowy świat, tylko rosło powoli, czasem chaotycznie, czasem bardzo metodycznie.

Bardzo ciekawe jest też spojrzenie na Sarumana. Jego zdrada nie pojawia się nagle – widać, jak Tolkien stopniowo budował tę postać, jak zmieniał jej motywacje i charakter. Dzięki temu zdrada Sarumana staje się bardziej zrozumiała i bardziej ludzka.

To jednak nie jest książka do czytania jak powieść. To książka do podczytywania, do zatrzymywania się na fragmentach, do analizowania. Momentami jest bardzo techniczna, pełna komentarzy i porównań wersji tekstu. Jednak jeśli ktoś kocha Tolkiena i jego świat, to jest to po prostu fascynujące.

Podsumowanie

„Zdrada Isengardu” to książka dla osób, które chcą zobaczyć, jak powstawał „Władca Pierścieni” i jak wyglądała praca Tolkiena od kuchni. To zapis procesu twórczego, a nie klasyczna historia, dlatego wymaga cierpliwości i uważnego czytania. W zamian daje jednak coś wyjątkowego – możliwość zajrzenia do samego serca Śródziemia, jeszcze zanim stało się legendą.

Dział: Książki
środa, 25 marzec 2026 10:38

Zagadka świątecznej zbrodni

 

„Boże, chroń nas przed naszymi przyjaciółmi, tak ochoczo broniącymi naszej reputacji przed oskarżeniami, które mogłyby bez tego w ogóle nie paść”.

Pierwsze spotkanie z twórczością Susan Gilruth zaliczyłam do intrygujących w przyjemnej odsłonie. Zapewniało mocne dobre wrażenia, odwołujące się do zabawy z czytelnikiem w dokonywanie przypuszczeń i interpretacji. Atrakcyjność fabuły przekonywała z różnych ujęć. Autorka naszpikowała scenariusz zdarzeń tropami i zwątpieniami, mocno zagęszczoną kryminalną zagadką, co więcej, znalazła jeszcze przestrzeń dla delikatnych obyczajowych nut. Gładko wchodziłam w akcję, chętnie przewracałam strony, dokonując przypuszczeń, jak potoczą się losy śledztwa. Odpowiadało mi, że dochodzenie prowadzone było od strony amatorki i doświadczonego policjanta, zaś ich opierająca się na osobliwych relacjach współpraca ubarwiała liczne incydenty.

Bohaterowie, zarówno pierwszoplanowi, jak i z drugoplanowi, przekonująco odmalowani. Nie brakowało różnorodności osobowości, skrywanych sekretów i stopniowo ujawniających się ambicji. Liane, kluczowa postać powieści, wystąpiła w roli narratorki. Frapująco było towarzyszyć jej myślom, próbom logicznego ułożenia zdarzeń, zrozumienia okoliczności i wysunięcia prawidłowych wniosków podczas odkrywania tożsamości mordercy. Gilruth udanie mieszała w obsadzie książki, sprawiając, że do końca nie mogłam być pewna motywów i zamiarów grona osób. Świetnie bawiłam się w odnajdywanie wskazówek prowadzących ku prawdzie, wielokrotnie poległam w procesie interpretowania i dedukcji, z uśmiechem łapałam się na błędne opinie.

Odpowiadał mi klasyczny format i klimat „Zagadki świątecznej zbrodni”. Od początku pojawiały się złowróżbne sygnały, przesądne znaki, odciągające od zamierzeń incydenty. Fantastyczne zagranie autorki, aby od razu wprowadzić czytelnika w złowieszczą sferę czegoś, co wywoływało dreszcze. Zanim jednak doszło do śmierci i jej konsekwencji dla otoczenia zmarłego, miałam okazję przyjrzeć się bliżej uczestnikom spektaklu zbrodni. I to też był zręczny chwyt osadzenia odbiorcy opowieści w gronie rodziny i znajomych ofiary. Urzekł klimat angielskiej wioski, spowitej śniegiem, przygotowującej się do grudniowego święta, skontrastowany z nagłym przeczuciem nadciągającej katastrofy i zderzony z okrucieństwem mrocznej strony ludzkiej natury.

Ile osób, tylu podejrzanych, a każdy dzień fabuły wnosił coś nowego do odszyfrowania kryminału. Rodzinne utarczki, zazdrosne spojrzenia, wylęknione wnioski, tchnienie śmierci, wredne plotki i spekulacje zakrojone na szeroką skalę, niezrozumiałe drobne szczegóły i dziwne niezgodności. Znakomite pole popisu do uruchomienia szarych komórek i dojścia do sedna sprawy. Wszystko w powolnym rytmie opisów i dialogów, ze wsparciem wścibskich osądów, pochopnych oskarżeń, sędziowskiego oka, chińskiej porcelany, pięknych kwiatów, aktorskich zdolności i atrakcyjnych kobiet. Przygoda czytelnicza, chociaż napisana ponad siedemdziesiąt lat temu, przekonała zawartością i zachęciła do poznania innych książek autorki.

Dział: Książki
sobota, 24 styczeń 2026 11:59

Nic takiego

 

Choć i tak już powoli żegnał się z życiem, to ktoś i tak postanowił przyspieszyć jego śmierć. Milioner Tadeusz Bacewicz zostaje zamordowany we własnym domu, w łóżku. Pokój ofiary wygląda jakby przeszło przez niego tornado. A pod łóżkiem mężczyzny leży nóż. Jeśli brak śladów włamania, to czy sprawcą jest ktoś z bliskich zamordowanego? Szczególnie że właśnie tego wieczoru Bacewicz miał ogłosić zmiany, jakie wprowadził w testamencie. Idealny motyw? Być może.
Prokurator Grzegorz Hala dociera na miejsce zbrodni; stara się w pełni uczestniczyć w sprawie, choć jego myśli raz po raz odpływają w równie nieprzyjemne rejony. Mężczyzna bowiem od jakiegoś czasu dostaje anonimy, sugerujące, iż ich nadawca zna tajemnice prokuratora. I nie zawaha się tej wiedzy wykorzystać.
Dla podkomisarz Michaliny Murawskiej śmierć milionera jest jak wygrana w lotto. Kobieta liczy, że rozwiązanie sprawy przyspieszy jej awans. Bo skoro już musiała wrócić do Piaseczna, to niech, chociaż jej się to opłaci! Co prawda informacja o podpięciu do niej nowej partnerki (również podkomisarz) Kai Dalke nie budzi jej entuzjazmu, to postanawia nie dać się wybić z rytmu. Nawet jeżeli Dalke jest dość... specyficzna.

Czy ta trójka bohaterów jest w stanie ze sobą współpracować? A może każde z nich ukrywa coś, co może zaważyć na toczącym się śledztwie?

Można powiedzieć, że literacko „znam” Katarzynę Puzyńską nie od dziś. Ona lata temu debiutowała „Motylkiem”, czyli pierwszym tomem popularnej sagi o Lipowie, ja natomiast miałam przyjemność go recenzować. Od tamtego momentu sięgałam po twórczość naszej autorki, a wspomnianą już sagę polecam moim bliskim i znajomym do dziś. Trochę sentyment, a trochę i ciekawość sprawiły, że skusiłam się na nowość spod jej pióra, czyli „Nic takiego". Jak sądzicie, jak poszło?

Już na początku muszę napisać, że bardzo ciężko odciąć się czytelniczo- emocjonalno (i wszelako) od sagi o Lipowie. Towarzyszyła mi tak długo, że w pewien sposób „wrosła” we mnie. Szczególnie gdy na tapecie pojawia się kolejna książka Puzyńskiej. Efekt tego jest taki, że do połowy „Nic takiego” nie mogłam się wczuć, bo miałam wrażenie, że czytam kolejny tom Lipowa, tyle że z innymi bohaterami. Cóż, to akurat coś, z czym muszę powalczyć sama - a być może i ci, którzy znają starszą i nowszą twórczość pani Kasi, mają podobne odczucia.

Śledztwo w sprawie morderstwa Bacewicza toczy się wartko, choć nasza trójca niejednokrotnie natrafia na przeszkody. Jedną z nich jest córka milionera, Oliwia Bacewicz, znana persona w środowisku internetowych influencerów, zajmujących się prawdziwymi zbrodniami. Co więcej, każde z nich walczy ze swoimi własnymi demonami i tylko chęć rozwikłania zagadki pcha ich do przodu, zmuszając do odłożenia prywaty na później. Szczerze powiedziawszy, śledztwo niespecjalnie mnie zainteresowało - może ze względu na to, że na 99% było wiadomo, że morderstwa dopuścił się ktoś przebywający w domu. Ponadto czułam się trochę tak, jakbym uczestniczyła w jednym z tych stworzonych przez Agathę Christie. Większe zainteresowanie budziła we mnie przeszłość Michaliny, Kai i Grzegorza.

Co do bohaterów, to właśnie tutaj autorka „zaszalała”, tworząc trio specyficzne w różnym stopniu. Prokurator Hala obsesyjnie dbał o to, by w jego otoczeniu było jak najmniej bakterii oraz zarazków, Kaja zaś z lubością wyciągała kolejne karty tarota w najmniej odpowiednich momentach. W tym zestawieniu jedynie Michalina wydaje się niczym nie wyróżniać na tle pozostałych, oprócz odwagi graniczącej niejednokrotnie z brawurą. Dość wybuchowa mieszanka, trzeba to przyznać.

„Nic takiego” to dobra lektura, aczkolwiek myślę, że fanom Lipowa może zabrać kilka chwil odcięcie się od ulubionej sagi i „przeniesienie” do nowej serii. I jeżeli myśleliście, że główne postacie odkryły wszystkie swoje karty, to jesteście w dużym błędzie. Puzyńska pozostawiła nas bez odpowiedzi w kilku kwestiach, za to z milionem pytań. Nie pozostało nam nic innego jak, tylko wyczekiwać kolejnego tomu. Polecam nie tylko fanom twórczości naszej polskiej autorki, lecz również tym, których kusi rozpoczęcie przygody z jej książkami.

Dział: Książki
niedziela, 18 styczeń 2026 08:33

Pobłysk

„Bałeś się tego, czego nie znałeś…
Często boimy się rzeczy, których nie znamy”.

Sądziłam, że zapoznam się z powieścią, jak to mam w zwyczaju, w jeden dzień. Jednak zorientowałam się, że to typ książki, który zyskuje przy kilku spotkaniach. Przy większej dawce czułam lekkie znużenie, a jedno czy dwudniowa przerwa działała na korzyść opowieści. Podobało mi się bezpardonowe rozprawianie się z postaciami bez względu na odcień bieli, szarości i czerni. Czułam niedosyt podkręcania zagrożenia i trwogi w opisach scen. Fantasy wypełniała krwista czerwień i smród spalonych ciał czarownic. Autor zdecydował się na wariant ostrych i szybkich cięć, miało to zaskakujący powab, ale skutkowało szybkim zakończeniem czegoś, z czego można było więcej wycisnąć z korzyścią dla klimatu powieści. Brutalność wykreowanego świata, bezwzględność osób nim rządzących, wszechogarniająca obsesja, to elementy działające na korzyść „Pobłysku”. Atrakcyjnie wzniecały silne emocje wobec wrogości i niesprawiedliwości. Grzegorz Bobin wręcz delektował się mrocznością ludzkiej natury, a mnie to pasowało.

Książka udanie przeplatała elementy horroru i fantasy. Oba gatunki zostały wymieszane ze swobodą i naturalnością. Tak jak perspektywa dreszczowca przypadła mi do gustu, miała w sobie coś, co sprawiało, że czekałam na kolejny mocny incydent, tak wykreowany nadprzyrodzony świat, oparty na filarze magii i baśni, nie w pełni przekonywał. Przeszkadzała naiwność i łatwowierność głównych bohaterów, nawet uwzględniając młody wiek i to, że siłą rzeczy, wiele musieli się nauczyć. Miałam wrażenie, że w tym aspekcie czytałam książkę dla młodego czytelnika, nieprzywiązującego wagi do uszczegółowionego otoczenia, pogłębienia portretów postaci, stopniowalności przemian w widzeniu świata i siebie samego. Zgrzytały mocne uderzenia intrygi z prowadzeniem relacji pary Płomyk i Kozik.

Jednak z uznaniem odebrałam finałową odsłonę powieści, fantastycznie, że autor wybrał wariant pod prąd oczekiwań i poza przyjętymi schematami. „Pobłysk” poprowadził ścieżkami przygody po różnych krainach, lekcjami zdobywania magicznej wiedzy, silnych zaklęć, unikalnymi kocimi temperamentami zderzającymi się z długimi cieniami ludzkiej natury. Baśniowo, z lekkim odwołaniem do natury średniowiecza, mrożącą krew w żyłach legendą wszechogarniającej wilgoci i grząskich bagien, miast ogarniętych nienawiścią i obsesją.

Dział: Książki
sobota, 13 grudzień 2025 20:52

Czarownica z Gór Olbrzymich

 

Mieszka sobie spokojnie pośród leśnych ostępów, nie czyniąc nikomu krzywdy, wręcz przeciwnie, pomagając mieszkańcom pobliskiej wioski samej nie wchodząc z nimi w bliższe interakcje. Czarownica, znachorka. Ulfa.

Nie znajdziecie w tej książce wielkiej magii, piorunów trzaskających we wrogie armie czy zaklęć powalających najtęższych wojowników. Znajdziecie w niej spokój w każdym słowie, jedność z naturą, zarówno tą dziką, jak i ludzką. Ulfa bowiem żyje w zgodzie z lasem, ludźmi, ale przede wszystkim ze sobą. Nie buntuje się, nie złorzeczy, choć los nie jest dla niej zawsze łaskawy. Po prostu jest, wykonuje swoją pracą i poddaje się temu, co niesie życie. Jednak myli się ten, kto sądzi, że czarownica jest złamana, nie, jest pokorna, ale silna, świadoma swej mocy, ale i swych ograniczeń, zjednoczona z duchami Gór. To od nich czerpie moc, choć czasem się z nimi spiera. To z natury bierze i daje dalej - bogatsze o jej wiedzę.

„Czarownica z Gór Olbrzymich" to opowieść o samotności, która, podjęta z wyboru i podobno oswojona, ustępuje pola miłości. I to delikatne uczucie zmienia wszystko jak kropla drążąca skałę. Małymi krokami zmienia czarownicę z tej, co sama mieszka w lesie i sama sobie radzi w tą, co ma kogoś, kto się nią opiekuje. I kim opiekować może się ona. I choć książka opowiada o zaledwie roku życia czarownicy, to zmiany są ogromne. Autorka przepięknie pokazuje, jak miłość otwiera człowieka, zmienia nie tylko jego, ale cały świat wokół. Choć czasem ten świat nie rozumie ani czarownic, ani ich miłości.

Książka zostawia was z wieloma pytaniami i nie chodzi mi wcale o to, czy fabuła mogła potoczyć się inaczej. We mnie zostało przede wszystkim to, czym jest magia. Czy to zbiór umiejętności, dar dany od kogoś, czy może zwykłą uważność, empatia, wsłuchanie się w siebie i świat wokół, by móc widzieć i czuć więcej? A może coś zupełnie innego. Jaką moc ma miłość i do czego można się posunąć, by ratować istotę, którą się kocha. I w końcu, czy warto podjąć ryzyko, wiedząc, że cały świat do tej pory znany się zmieni? Bo ta książka jest też o wychodzeniu ze swojej strefy komfortu, o zrobieniu kroku w nieznane, choćby i najpiękniejsze, bo zrodzone z uczucia.

Nie znajdziecie w tej książce wielkiego romansu, zwalającego z nóg. Znajdziecie w niej przepiękne opisy przyrody, na których tle rodzi się piękna miłość. Rozumna, dojrzała, namiętna i czuła. Znajdziecie w niej ukojenie po ciężkim dniu, wiadomość, że wszystko da się poukładać, wystarczy zaufać sobie. Nie pędzić, nie gnać na oślep, tylko wsłuchać się w siebie, podążyć za tym głosem i w końcu zrobić to, co w sercu gra, a nie to, co należy. Bo tylko żyjąc w spokoju ze sobą, można odnaleźć szczęście.

I tego Wam życzę, z życzeniami spokojnej, dobrej lektury.

Dział: Książki
wtorek, 09 grudzień 2025 10:00

Powrót do galaktyki Nicka Primeona!

Wszechświat go odrzucił. Ciemność przygarnęła. Światło i mrok nadały imię… Anegrtush.

Dział: Patronaty
poniedziałek, 17 listopad 2025 14:23

Garfield tłusty koci trójpak tom 16

 

I jak tu nie kochać Garfielda? Pozostaję jego wierną fanką od lat. Od jakiegoś czasu nakładem wydawnictwa Egmont ukazuje się seria zbiorcza „Tłustych kocich trójpaków”. W każdy, z nich znalazły się po trzy zeszyty komiksowe z anglojęzycznych wydań. Obecnie w moje ręce trafił już szesnasty tom, w którym znalazły się tytuły: „Garfield zaczyna sypać”, „Garfield dostaje co mu się” należy, „Garfield będzie jadł za jedzenie”.

O czym jest komiks

Czy istnieje ktoś, kto nie zna Garfielda? Rudy kot, który uwielbia lasagne i dręczenie psów, nienawidzi pająków i kocha święta jest jedną z tych postaci, które łączą całe pokolenia. Historyjki obrazkowe z jego udziałem potrafią rozbawić do łez, ale też od czasu do czasu zmuszają do refleksji. Garfield jest ponadczasowy i zawsze warto do niego wracać. 

Moja opinia i przemyślenia

Komiks został pięknie wydany. Ma twardą, lakierowaną oprawę, a wydrukowany został na świetnej jakości, doskonałej gramatury papierze. Przyznam, że z tym, że mam na półce całą kolekcję, czuję się naprawdę wspaniale. Kiedy mam gorszy humor lubię sobie wracać do dobrze znanych pasków z Garfieldem, zawsze mi go poprawiają. 

Szesnasty „Tłusty koci trójpak” to kolejna porcja klasycznego, niepodrabialnego Garfieldowego humoru. Lekki, przerysowany, momentami zaskakująco czuły – dokładnie taki, jakiego się oczekuje. Ten tom trzyma poziom poprzednich i świetnie wpisuje się w całą serię, pokazując, że urok wiecznie głodnego kota nigdy się nie starzeje. Bardzo mnie cieszy, że komiksy o Garfieldzie mogę czytać z córką, która kocha go tak samo mocno jak ja.  

Choć Garfield od lat pozostaje tym samym, lekko złośliwym, zawsze głodnym i pełnym niewymuszonego uroku kotem, mam wrażenie, że im jestem starsza, tym bardziej doceniam jego humor. Kiedyś śmieszyły mnie głównie miny i lenistwo, dziś widzę w tych paskach znacznie więcej. To ciepło relacji z Jonem, drobne życiowe obserwacje, lekki komentarz do codziennych absurdów. Ten tom świetnie to pokazuje, bo obok gagów znajdziemy tu scenki, które po prostu przyjemnie się czyta. W moim przypadku działa to trochę jak spotkanie ze starym znajomym. Zawsze wiem, czego się spodziewać, a i tak bawi mnie to za każdym razem.

Podsumowanie

Jeśli jesteś fanem Garfielda (albo po prostu lubisz komiksy, które potrafią odciążyć głowę po ciężkim dniu), ten tom powinien się znaleźć na Twojej półce. Gdy już tam stanie, prędzej czy później i tak po niego sięgniesz – z sympatii, z sentymentu albo po prostu dla poprawy nastroju. Garfield to klasyk, który zostaje w pamięci na długo, a ten tom tylko to potwierdza. Bardzo podoba mi się bycie właścicielka tak fantastycznej, przepięknie wydanej kolekcji. 

Dział: Komiksy
poniedziałek, 10 listopad 2025 16:27

Spiderman Deadpool Póki śmierć nas… Tom 2

 

 

Gdyby ktoś zapytał, jak wygląda najbardziej nieprawdopodobny bromans w uniwersum Marvela, odpowiedź jest prosta – Deadpool i Spider-Man. Dwóch bohaterów, dwa skrajne temperamenty i jedna wspólna misja: siać chaos, ratować świat (niekoniecznie w tej kolejności) i przy okazji sypać żartami, ile wlezie. Drugi tom serii Spider-Man/Deadpool – Póki śmierć nas… kontynuuje ich przygody, tym razem z jeszcze większym rozmachem, choć niekoniecznie z lepszym skutkiem.

W tej części duet Wade’a Wilsona i Petera Parkera wpada w kolejne kłopoty – a raczej sam je sobie funduje. Deadpool jak zwykle igra z prawem i moralnością, handlując sprzętem S.H.I.E.L.D. na czarnym rynku, podczas gdy Spider-Man próbuje posprzątać ten bałagan, zachowując przy tym resztki zdrowego rozsądku. Na ich drodze pojawia się nowy gracz, Slapstick – dosłownie żywa kreskówka – a także starzy znajomi, tacy jak Kameleon, Kraven czy Arcade. W tle natomiast rozgrywa się miniaturowy dramat zderzenia linii czasowych, który sprawia, że przyszli, postarzeni wersje obu bohaterów trafiają do głównego uniwersum Marvela.

Całość to mieszanka misji, bijatyk, parodii i absurdalnych przygód, w których nawet rekiny uzależnione od Netfliksa mają swoje pięć minut. Słowem – Marvelowska jazda bez trzymanki.

Ten tom to czysta rozrywka – i tylko rozrywka. Nie ma tu ani fabularnej spójności, ani głębszej refleksji, ale jest za to morze żartów, popkulturowych odniesień i scen, które można by określić jako komiksowy odpowiednik filmu akcji klasy B. Czasem zabawne, czasem męczące. Humor bywa celny, choć częściej przewidywalny, a „dośmieszanie” dialogów polskimi wstawkami wypada, niestety, niezręcznie.

Największym problemem drugiego tomu jest brak pomysłu na to, czym ta seria ma właściwie być. Pierwszy tom miał jeszcze świeżość – dwóch bohaterów, dwa światy, zderzenie charakterów. Tutaj zostaje tylko echo tamtej chemii. Każda historia to osobny epizod, jakby scenarzyści – Robbie Thompson, Gerry Duggan i inni – nie mogli się zdecydować, w którą stronę pójść. Nawet dynamika relacji Spider-Mana i Deadpoola została spłaszczona do powtarzalnego schematu: jeden gada, drugi przewraca oczami.

Na poziomie graficznym widać jeszcze większą nierówność. Bachalo, Hepburn, Koblish – każdy rysuje po swojemu, co samo w sobie nie jest złe, ale brak wizualnej spójności sprawia, że tom wygląda jak składanka z kilku serii. Kolorystyka raz krzyczy, raz blednie, a momentami trudno stwierdzić, czy mamy do czynienia z parodią, czy po prostu chaosem.

Spider-Man/Deadpool. Póki śmierć nas… to lektura dla tych, którzy nie szukają sensu, tylko dobrej zabawy. Dla fanów Wade’a i Petera to zapewne obowiązkowa pozycja, choć niekoniecznie satysfakcjonująca. Pomysły są, potencjał też, ale w wykonaniu brakuje konsekwencji i lekkości, która czyniłaby tę serię wyjątkową.

To komiks, który bawi, o ile nie próbujemy brać go zbyt poważnie. A jeśli już ktoś chciałby zobaczyć, jak Deadpool i Spider-Man naprawdę tworzą duet marzeń – lepiej sięgnąć po pierwszy tom. Ten drugi to raczej przerywnik między lepszymi historiami niż pełnoprawna kontynuacja.

Dział: Komiksy