Rezultaty wyszukiwania dla: Star Wars
StarCraft II: Diabelski dług
Jeśli zabierasz bogatym i dajesz biednym, to najpewniej jesteś Robin Hoodem. Jeśli natomiast zabierasz bogatym i dajesz sobie, to jest wielce prawdopodobne, że jesteś Jimem Raynorem lub Tychusem Findlayem. Panowie chętnie uszczkną zawsze nieco z kiesy Konfederacji. Wykradzione kredyty przeznaczają zazwyczaj na alkohol i dziewczyny w czym nie mają opamiętania. Sprawia to, że napady na konfederckie pociągi muszą odbywać się stosunkowo często.
Wspomnieni bohaterowie, to byli żołnierze elitarnego oddziału Komandosów, który dzięki swym dokonaniom zasłużył sobie na przydomek Niebiańskich Diabłów. Postaci poznajemy po dezercji spowodowanej zdradą ich przełożonego, pułkownika Javiera Vanderpoola. Swoje życiorysy toczą oni obecnie między innymi na Pustkowiach Nowego Sydney, gdzie są utrapieniem tamtejszego szeryfa Butlera. Początkowo powieść obraca się wokół kradzieży i prób przechytrzenia szeryfa oraz rozrywkach w barze. Sielanka nie trwa jednak wiecznie, Raynor otrzymuje informacje o tym, że jego matka umiera. Na dodatek bohaterowie ścigani są przez Łowcę nagród, który nie spocznie, nim ich nie zabije. A jest najlepszy w swoim fachu. I chociaż w przeciwieństwie do bohaterów, praktycznie od początku wiemy, kto jest zleceniodawcą łotra, to w żadnym przypadku nam to nie przeszkadza.
Od pierwszych stron powieści, możemy zauważyć, że choć bohaterowie działają wspólnie, nie zawsze są we wszystkim zgodni. Wiele ich wbrew pozorom dzieli, począwszy od charakterów. po motywacje. Stanowi to zaletę. Obie postaci są równie barwne, dzięki czemu nie nudzimy się podczas obserwowania ich poczynań. Całości dopełniają również interesujący bohaterowie drugoplanowi, zarówno te przyjaźnie nastawione, jak i antagoniści.
Christie Golden ma na swoim koncie już wiele powieści i w to różnych uniwersach. Pośród nich znajdziemy między innymi książki z serii Warcraft, Star Wars czy właśnie wcześniejszą odsłonę StarCraft. Trudno nazwać ją więc nowicjuszką. Czuć to również w omawianej powieści. Wątki fabularne są ciekawe, a akcja wartka. Świat StarCraft nie jest mi szczególnie znany, dlatego oceniam tę książkę z punktu widzenia osoby, która sięgnęła po powieść z ciekawości. Co otrzymałam? Sporą dawkę humoru, ciekawych bohaterów oraz dobrze skrojoną intrygę. "Diabelski dług" stanowi świetną propozycję zarówno dla fanów StarCrafta, jak i dla świeżaków, którzy niewiele o tym świecie wiedzą.
Wywiad z Arturem Laisenem
Twoja debiutancka powieść „CK Monogatari" była książką raczej nietypową, jeśli chodzi o przynależność gatunkową – określasz ją „thrillerem metafizycznym" czy też „współczesną powieścią obyczajową z elementami fantastyki". Pierwsza część „Teraii" czyli „Studnia Zagubionych Aniołów" to fantasy nawiązująca bardziej do klasyki gatunku niż do najnowszych powieści Martina czy Eriksona. Skąd ten zwrot?
Wywiad z Darkaraghelem
Witam, może na początku przedstawię naszego gościa – przed państwem Darkaraghel, autor dwóch książek Oko węża i Gniew Meleghorna. Osobiście miałem przyjemność przeczytać obie, powiedz , proszę, bo jako autor zrobisz to najlepiej, o czym opowiadają twoje książki, w jaki sposób mógł byś je przybliżyć i zachęcić potencjalnych czytelników.
Witam Cię i wszystkich fanów Secretum. Moje obie dotychczasowe publikacje to zbiór opowiadań, połączonych ze sobą realiami i miejscem akcji czyli fantastycznym światem Borgaanu. Starałem się stworzyć wielu nie szablonowych bohaterów, z których żaden nie wysforowuje się na pierwszą pozycję ponad innymi. Są oczywiście postaci tak drugo jak i trzecioplanowe jednak w moich opowiadaniach nie ma typowego herosa wokół, którego budowana jest zwykle fabuła jak na przykład u Wagnera czy Howarda.
StarCraft: Diabelski dług
„Diabelski dług" z uniwersum doskonale znanej gry StarCraft już 17 lutego w księgarniach!
„StarCraft: Diabelski dług" to książka, na którą czekali nie tylko fani świata StarCraft. Spod pióra autorki, Christie Golden, wyszły już m.in. powieści wydane pod szyldem Star Trek, saga StarCraft, trzy tytuły z serii Star Wars i kilka oryginalnych utworów fantasy; pisarka jest również namiętnym graczem World of Warcraft i stworzyła kilka powieści z tego uniwersum – z pewnością będzie to wystarczająca rekomendacja.
Hanafuda
Tradycja „Hanafudy", japońskich kart, sięga VIII w. n.e., jednak ich prawdziwa popularność i rozpowszechnienie zaczyna się „dopiero" w XVI wieku, kiedy to portugalscy marynarze odkryli Archipelag Joński i Japonia stała się jednym z najchętniej wybieranych za cel podróży miejsc. Podobno talia kart na statku stanowiła wyposażenie obowiązkowe (dla zabijania czasu podczas długich wojaży), a podczas jednej z wypraw w 1549 roku święty Franciszek Ksawery zaprezentował Japończykom hiszpańską grę w hombre i karty szturmem wzięły, przede wszystkim w niższych warstwach społecznych, czas wolny mieszkańców Kraju Kwitnącej Wiśni. Pierwsze japońskie talie do złudzenia przypominały więc te portugalskich. Jednak, kiedy karty pociągnęły za sobą hazard, władze zakazały używania portugalskich talii. Tworzono więc nowe, autorskie, japońskie. Je także później obarczano restrykcjami, więc powstawały kolejne, i tak dalej. A jak „Hanafuda" przybrała obecną formę? Tego, między innymi, możecie dowiedzieć się w instrukcji dołączonej do wersji proponowanej przez wydawnictwo Trefl.
Muszę przyznać, że na początku eleganckie karty nieco mnie przerażały. Ledwie sięgnęłam po instrukcję, a ta najpierw zasypała mnie informacjami historycznymi, a później całą serią zasad, które na pierwszy rzut oka wydawały się nie tylko niemożliwe do spamiętania, ale i zrozumienia w ogóle. Wystarczyła jednak jedna rozgrywka, by załapać, co i jak. Oczywiście z broszurką nie sposób rozstać się jeszcze po wielu partiach, bo kombinacje kwiatów i pór roku czy innych ilustracji nie są dla naszej, europejskiej kultury tak oczywiste jak dla Japończyków, ale nie przeszkadza to w cieszeniu się rozgrywką.
Producenci „Hanafudy" proponują graczom trzy gry: Łączenie kwiatów, Koi-koi oraz Mushi, które różnią się poziomem skomplikowania i ogólną popularnością w Kraju Kwitnącej Wiśni. Wszystkie jednak opierają się na zbieraniu konkretnych kart lub ich kombinacji tak, by otrzymać możliwie wysoką ilość punktów. Te trzy gry, to oczywiście jedynie wprowadzenie do świata „Hanafudy". Do talii nie należy bowiem podchodzić jako do zamkniętej, pozbawionej rozwojowości gry bez prądu. To taka azjatycka wersja naszych, domowych, typowych kart. Ile różnych gier potraficie nimi rozegrać? A o istnieniu ilu słyszeliście? Właśnie, tak samo jest z „Hanafudą". Zaproponowane trzy typy rozgrywki mają jedynie zachęcić do dalszych poszukiwań.
Osobiście czuję się zresztą całkiem do tego przekonana. Zwłaszcza, że talia wypada nie tylko niezwykle estetycznie, ale i elegancko. Czarne rewersy kart z nieprzekombinowaną, stylizowaną w azjatyckim duchu białą czcionką, widoczne po otworzeniu pudełka w zagłębieniu wyłożonego delikatnym materiałem tworzywa, robią naprawdę fantastyczne wrażenie. To wrażenie nieco słabnie, gdy bierze się karty do rąk, bo chociaż kolejne ilustracje są bardzo nastrojowe i pięknie wykonane, to same karty są dość cienkie i wyobrażam sobie, że w rękach szczególnie zaangażowanych graczy, bardzo szybko straciłyby swoją estetyczną formę, wyginając się i zdzierając. Na dawnym statku handlowym długo by z pewnością nie wytrzymały.
„Hanafuda" sprawdzi się nie tylko u graczy, których fascynuje Japonia oraz jej tradycje, ale u każdego, kto ceni sobie gry logiczne i lubi panować nad rozgrywką. Jest to bowiem jedynie w połowie gra oparta na losowości – rozdania kart – to jak się je wykorzysta, jakie podejmie decyzje i czy odsłoni posiadane sztuki z talii, zależy tylko od nas. Doskonale sprawdzi się również podróży – ze względu na niewielkie rozmiary. Polecam wszystkim, którzy lubią próbować ciekawostek z odległych zakątków świata, stawiają na zaangażowanie logicznej strony swojego mózgu oraz nie mają pięciu lat – młodsi użytkownicy mogą bowiem szybko się znudzić.
Gwiezdne Wojny VIII - pierwszy teaser z produkcji!
Disney i LucasFilm wydali krótki teaser zapowiadający rozpoczęcie produkcji filmu Star Wars: Episode VIII. Zdjęcia ruszyły dzisiaj - 15 lutego 2016 roku w londyńskim studiu Pinewood Studios.
Kamień i sól
Jak daleko byłbyś w stanie posunąć się by ocalić osobę, którą kochasz? Czy wziąłbyś udział w śmiertelnie niebezpiecznym wyścigu? Główna bohaterka powieści Vitorii Scott tak właśnie zrobiła. Jest gotowa na każde poświęcenie byleby tylko uratować starszego brata.
Tella pokonała już połowę z czterech etapów wyścigu. Przed nią jeszcze dwa ekosystemy - morze i góry. Z ponad 120 uczestników pozostało zaledwie 41, niektórzy zrezygnowali z własnej woli, inny zginęli gdzieś po drodze. Zwycięzca jednak może być tylko jeden, ale czy istnieje choćby najmniejsza szansa, żeby to była właśnie ona? Tella głęboko w to wierzy, mimo że jej perspektywy wcale nie wyglądają najlepiej.
Prawdę mówiąc podczas czytania książki zastanawiałam się przede wszystkim nad tym kto zginie. Których bohaterów poświęci pisarka? To trochę jakby czytać skierowaną do młodzieży „Grę o tron". Akcja powieści toczy się wartko. Fabuła biegnie naprzód bez pobocznych wątków, pisarka jednak mimo wszystko nadała jej wiele warstw. Chociaż głównym celem Telli jest wyleczenie brata, to jednak dziewczyna nie zamierza dążyć do celu po trupach i nie zgadza się na to by inni postępowali wbrew jej przekonaniom.
Bardzo spodobał mi się sam pomysł na powieść, a Victorii Scott dodatkowo udało się go naprawdę dobrze zrealizować. Nie podobała mi się natomiast postawa Telli. W pierwszym tomie bohaterka posiadała wyraźnie zarysowany profil psychologiczny. Dziewczyna miała swoje zdanie i nie bała się go wyrażać, broniła innych, ale też niejednokrotnie postępowała głupio i lekkomyślnie. W drugiej części sytuacja wygląda nieco inaczej. Chociaż Tella walczy o życie brata, to nie zamierza korzystać z niczyjej pomocy - to ona chce dowodzić. Guy uważa, że jest słaba więc ona zrobi wszystko by mu udowodnić, że jest inaczej. Świetnie! Tylko, że to nie obóz przetrwania, a śmiertelnie niebezpieczny wyścig, w którym dziewczyna walczy o życie ukochanego brata. No cóż, ja zrobiłabym wszystko, żeby wygrać, nawet gdyby wiązało się to z przełknięciem odrobiny zbyt rozdmuchanej dumy. Tella jednak ma na ten temat najwyraźniej odmienne zdanie.
Powieść czyta się rewelacyjnie szybko i z niekłamaną przyjemnością. Słowa wręcz porywają czytelników. Zakończenie jednak nieco zawodzi. Pisarka nawet leciutko nie przesunęła drzwi. Pozostawiła je otwarte szeroko na oścież. Jednocześnie czuję irytację, że tak się stało i nie mogę doczekać się kolejnej części.
Zarówno książkę „Ogień i woda" jak i „Kamień i sól" serdecznie wszystkim polecam! Powieść jest świetna od pierwszych do ostatnich stron. To wciągająca seria, która nadaje się nie tylko dla młodego pokolenia. Tytuły przeczytać polecam szczególne miłośnikom nietypowych zwierząt! Pandorami powinni być zachwyceni!
Uniwersum Metro 2033 – plany na rok 2016 oraz super oferta cenowa na grę Metro 2033 Wars w najbliższy weekend!
Rok 2015 minął pod znakiem najbardziej wyczekiwanej premiery ostatnich lat – „Metra 2035" Dmitrija Glukhovsky'ego. Z tej okazji w ręce czytelników trafiły także nowe poprawione i ilustrowane wydania „Metra 2033" oraz „Metra 2034". Uniwersum wzbogaciło się o „Ciemne tunele" Siergieja Antonowa, do których dołączone zostały „Szepty zgładzonych" – gratisowy zbiór 13 opowiadań wyróżnionych w drugim konkursie na opowiadanie osadzone w świecie „Metra 2033". Robert J. Szmidt publikacją ciepło przyjętej „Otchłani" poszerzył geografię Uniwersum o Wrocław. Z pewnością wielu fanów oczekiwało też na spektakularną mroczną wizję przyszłości zawartą w „Futu.re" – powieści Glukhovsky'ego spoza Uniwersum „Metra 2033".
Upadła świątynia
Historia Dominiki Węcławek jest dość niezwykła. Gdy Bartek Biedrzycki rozpoczął serię „Kompleks 7215", podesłała autorowi fanfick do jego historii. Jak się wkrótce okazało, był to początek bardzo ciekawej współpracy. Już 22 stycznia bowiem, do księgarni trafi „Upadła świątynia" – powieść ulokowana w świecie wykreowanym przez Biedrzyckiego; pierwszy „pełnometrażowy" tekst pisarki.
Uwielbiam okładki postapokaliptycznych powieści. Czy chodzi o uniwersum „Metro 2033" wydawnictwa Insignis, czy świat „S. T. A. L. K. E. R.", czy „Kompleks 7215" Fabryki Słów właśnie. „Upadła świątynia" w sferze wizualnej nie odstaje niczym od obwolut tych bardziej popularnych autorów, a w kontekście cyklu, w który się wpisuje, zajmuje drugie miejsce – jest zdecydowanie atrakcyjniejsza od pierwszego tomu tej serii i nieco tylko mniej zachęcająca od „Stacji: Nowy Świat". Kontrast toksycznej zieleni z intensywną czerwienią przyciąga wzrok i gwarantuje, że spotkanie z powieścią nie będzie spacerkiem po parku, a przeprawą przez morze krwi, popromienne deformacje i pozbawionych moralności wrogów z własnego gatunku.
„Upadła świątynia" rozgrywa się dwadzieścia lat po Zagładzie. Tunele i ich mieszkańcy stają przed nowym rodzajem zagrożenia – coś lub ktoś wabi do siebie ludzi i dokonuje na nich brutalnych mordów. Równocześnie rozchodzi się fama o istnieniu miejsca obiecanego, raju dla wszystkich mieszkańców Tuneli. Konieczna jest szybka reakcja i to więcej niż jednego sektora metra. Wkrótce zostaje więc oddelegowana grupa, złożona z co najmniej nieprzeciętnych jednostek. Jakby tego było mało – skrajnie od siebie odmiennych. Czy mordy i nagła obietnica lepszego miejsca do życia są ze sobą połączone? Czy niezgrana ekipa będzie w stanie pokonać tak potężne zagrożenie? Ilu z jej członków dokończy misję? A może kolejnej apokalipsy nie przetrwa już nikt?
Niespełna trzystustronicowa powieść zawiera w sobie wszystko to, co postapokaliptyczne tygryski lubią najbardziej. Czytelnik znajdzie tu retrospekcje dotyczące momentu Zagłady oraz czasu krótko po niej pisane z perspektywy przeciętnych obywateli; dopełnienie wątków z poprzednich powieści; ironiczno-sarkastyczne wtręty oparte na przekształceniach współczesnej wiedzy i kultury; bonus w postaci dwóch opowiadań oraz akcję. Całą masę akcji. Krwistej, dramatycznej i angażującej akcji.
Co różni Dominikę Węcławek od Bartka Biedrzyckiego? Przede wszystkim autorka nigdzie się nie spieszy. I nie chodzi tutaj o tempo rozwoju wydarzeń, bo to startuje z wysokiego C i ani na moment nie obniża tonu, a o staranne kreowanie świata i bohaterów. To coś, czego u Biedrzyckiego nieco mi zabrakło – postaci z krwi i kości; świata, który byłby czymś więcej niż zgliszczami i przeniesieniem starych problemów politycznych i podziałów na „nowy" grunt.
Bohaterowie u Węcławek budzą się do życia w relacjach. Nie są z góry określonymi, niezmiennymi charakterami, nałożonymi na imiona schematami, a egzystencjami poddawanymi nieskończonym procesom i przemianom. Przemianom w relacjach grupowych oraz wewnętrznym. Czytelnik obserwuje zachowania postaci w różnych sytuacjach i śledzi cały kalejdoskop ich emocji. Pisarka nie czyni swoich bohaterów superherosami – widać u nich strach, desperację, obawy, melancholię, ale również: bliskość oraz uczucia skrywane lub nieuświadomione.
Z drugiej strony świat po Zagładzie jest w „Upadłej świątyni" wyjątkowo prosty. Węcławek nie bawi się w wymienianie kolejnych stworów, czy opisywanie kolejnych znanych obiektów z postapokaliptyczną nakładką. W tym zakresie nie dookreśla kreacji Biedrzyckiego. Wkracza na teren warszawskich zgliszczy i skupia się na pierwszych wrażeniach. Śnieg, szarość, poczucie zagrożenia; duchota tuneli, obrzydliwy mech, mokre grzyby. Pisarka działa na zasadzie krótkich spostrzeżeń, które czytelnik sam musi sobie „dowyobrazić". Nie nasycając świata przesadzoną opisowością, zachęca do jego współkreacji, nienachalnie wtłaczając czytającego w jego tryby.
Tym jednak, co uwiodło mnie ostatecznie, był język Węcławek. Pozornie bardzo do Biedrzyckiego zbliżony, w praktyce zdecydowanie odmienny. Autorka zderzyła wulgarność wypowiedzi bohaterów z bardzo celnymi obserwacjami i trafnymi puentami. Wyraźnie ma talent do skrywania między wierszami teorii skłaniających do refleksji. Przykład? Jeden z bohaterów zastanawia się, czy agresja postapokaliptycznego świata nie bierze się stąd, że ten wie, kto stoi za jego zagładą. Piękne, mądre i niewydumane.
Okazuje się, że można napisać trzymającą w napięciu powieść postapokaliptyczną, która da czytelnikowi coś więcej niż nagromadzenie opisów strzelanek i wszelkiej rozróby. Ośmielam się stwierdzić, że historia stworzona przez Węcławek jest bogatsza od tego, co zaproponował dotychczas Biedrzycki. Przy tym wszystkim świat po Zagładzie w interpretacji autorki nie traci na szorstkości, zwykle przypisywanej mężczyznom – dynamizm, napięcie i ogólne poczucie zagrożenia nie opuszczają bowiem czytelnika od pierwszej do ostatniej strony. Nie mogę doczekać się dalszej historii Kostji jeszcze bardziej niż Borki, chociaż z przyjemnością zapoznam się z losami obu bohaterów. Najprościej – spotkanie z „Upadłą świątynią" okazało się, pomimo pewnych obaw z mojej strony, niezwykle udane.
Zanim zniknęła
Listopadowy wieczór 2009 roku. Piętnastoletnia Naomi Malcolm, córka Jenny wybiera się na przedstawienie, w którym gra jedną z ról. Po występie dziewczyna ma wyskoczyć gdzieś z przyjaciółmi. Gdy mijają kolejne godziny, a Naomi wciąż nie wraca zaniepokojeni rodzice zawiadamiają policję. Jenny - szczęśliwa matka trojga dzieci i żona cenionego neurochirurga zaczyna tracić grunt pod nogami. W jednej chwili jej "idealny świat" rozpada się na kawałki.
Akcja powieści dzieje się dwutorowo - w 2009 roku, kiedy zaginęła Naomi, oraz w latach 2010-2011, gdy jej matka po rozstaniu z mężem, samotna, odseparowana od świata próbuje sobie wszystko wytłumaczyć, pozbierać się i dojść do ładu z własnym ja. Jenny stopniowo uświadamia sobie, że nie znała do końca swojej córki, ignorowała ostrzeżenia, usprawiedliwiała niepokojące sygnały. Dopiero dużo później zdaje sobie sprawę z tego, jaką była matką, uświadamia sobie popełnione błędy. Analizuje przeszłość, a my jesteśmy, rozdział po rozdziale, świadkami rozliczeń Jenny z samą sobą i otoczeniem. Bólu wywołanego stratą i kolejnych prób powrotu do normalnego życia. Tylko czy po takich przeżyciach to jeszcze możliwe?
W 2009 roku po zaginięciu Naomi śledzimy natomiast dramat rodziny, poszukiwania i stopniowe oddalanie się od siebie poszczególnych jej członków. Takie wydarzenia rzadko zbliżają ludzi... Najczęściej uwypuklają tylko to, co każdy chciałby ukryć jak najgłębiej. Otwierają rany, których nie jest w stanie zabliźnić nawet upływający czas. I stopniowo niszczą nas i całe nasze otoczenie.
"Zanim zniknęła" to porywający, mroczny i klimatyczny thriller psychologiczny. Doskonały warsztat autorki sprawia, że chłoniemy tę historię, nie męcząc się przy tym. Powieść Jane Shemilt porusza ważny aspekt życia rodzinnego. Mianowicie, czy rzeczywiście znamy swoich najbliższych? Czy można do końca poznać kogoś, z kim spędziło się długie lata, a może nawet całe życie? Wszyscy mają swoje sekrety i niestety czasem doprowadzają one do tragedii. Wystarczy, że jesteśmy zbyt zajęci sobą, absorbującą nas codziennością, i zbagatelizujemy kilka ważnych spraw.
"Zanim zniknęła" Jane Shemilt wciąga bez reszty. Kiedy już zaczniemy czytać, nie będziemy w stanie odłożyć książki. Z zapartym tchem zdążać będziemy do zaskakującego finału. Bo od powieści trudno się oderwać, a z każdej przeczytanej strony biją emocje, niepokój i strach. Tym bardziej, że podobna historia może przydarzyć się każdemu. Więc jeśli chcecie sięgnąć po thriller psychologiczny, doskonale napisany, bazujący na klimacie i emocjach, gorąco polecam. Czekam na kolejną powieść autorki, tą udowodniła, że warto.
