Rezultaty wyszukiwania dla: USA
Ściśle tajne
Przeczytanie najnowszej powieści Griffina stało się niejako moim osobistym eksperymentem czytelniczym. Czy jako wielbicielka powieści sensacyjnych, lecz nie wojskowości zdołam zrozumieć oraz udźwignąć cały militaryzm sączący się z lektury? Czy co i rusz będę musiała sięgać po słownik, aby zrozumieć slang, którym posługują się żołnierze? Akurat to, czego najbardziej się bałam, nie stanowiło problemu w moim pierwszym spotkaniu z amerykańskim pisarzem i jego synem.Problemem okazała się zbyt wolna akcja oraz fabularne rozmycie narastające wraz z kolejnymi rozdziałami „Ściśle tajnego", pomimo tego, że całość całkiem nieźle się czyta.
Pozwolę sobie stwierdzić, że okładka jest typowo „griffinowska".Grafitowa tekstura stanowi jej tło, na którym wybija się Wielka Pieczęć Stanów Zjednoczonych prawdopodobnie w formie emblematu przypinanego do munduru. Patrzy na nią niemiecki oficer w wojskowym okryciu głowy oraz opaską znaczącą jego przynależność do III Rzeszy. Stoi tyłem do czytelnika, przez co trudno określić jego wiek, choć prawdopodobnie postać ta reprezentuje jednego z głównych bohaterów powieści –generała Gehlena.
Jesień 1945 roku, początek zimnej wojny między USA i ZSRR. Młody kapitan Jim Corney zostaje wysłany na tajną misję w Niemczech. Dociera do Amerykańskiej Strefy Okupacyjnej, aby namierzyć rosyjskich agentów, którzy zinfiltrowali amerykańskie służby i ich Operację Ost. Tuż po II wojnie zmieniają się fronty, wrogowie zostają na nowo przedefiniowani.Cronley na miejscu nawiązuje współpracę z byłym niemieckim generałem Gehlenem. Czy świeżo upieczony kapitan będzie mógł zaufać nowemu towarzyszowi? Czy uda mu się wykonać powierzoną mu misję?
W.E.B. Griffin opublikował do tej pory ponad 50 powieści sensacyjnych oraz wojennych – posługiwał się przy tym wieloma różnymi pseudonimami. Był żołnierzem amerykańskich oddziałów w Niemczech, oficerem informacyjnym w Korei, korespondentem wojennym. Jego syn, William E. Butterworth IV, od lat z nim współpracuje oraz tworzy kolejne cykle powieściowe. „Ściśle tajne" otwiera nową serię będącą owocem rodzinnej kooperacji.
Powieść charakteryzuje naprawdę niezły początek, mimo, że sam pomysł nie prezentuje się nadto oryginalnie. Niestety, z każdym kolejnym rozdziałem fabuła coraz bardziej zaczęła się dla mnie rozmywać. Zarówno elementy sensacyjne, jak i obyczajowe niekiedy mnie nudziły. Wydaje mi się, że sam koncept nie starcza na książkę o takiej objętości (ponad 450 stron), a raczej na dość skromną lekturę. Łączy się to również z obecnością wielu scen, które nic nie wnoszą do rozwoju fabuły, nie przyspieszają akcji. W większości polegają one na prowadzeniu średnio interesujących rozmów, spotkań, w których czasem trudno połapać się, kto jaką rolę odgrywa w prowadzonej operacji.
Opis na okładce książki obiecuje wiele. Zabrakło mi szybkiej akcji, bardziej emocjonalnej strony obyczajowej powieści. W dodatku kobiety u Griffina i jego syna zostały przedstawione dość stereotypowo. Są dość agresywne, a jednocześnie pragną przede wszystkim podkreślać swoją seksualność oraz ona właśnie stanowi pryzmat, przez który zostają zauważane. Znaczącą przewagę liczebną w powieści mają mężczyźni, co dość oczywiste, skoro mamy do czynienia z powieścią sensacyjno-wojskową.
Ciężko stwierdzić, co w książce jest totalnym wymysłem autorów, co choć zahacza o fakty historyczne, co bazuje jedynie na wojskowych mitach. „Ściśle tajne" można nazwać fikcją historyczną. Niemniej, dużo daje wprowadzenie przez nich tła historycznego oraz wyjaśnienie czytelnikowi w prologu niektórych autentycznych wydarzeń. Amerykański duet świetnie nakreśla stosunki między USA i ZSRR, zaznacza, co spowodowało pewne odwrócenie się sił oraz prezentuje zimną wojnę u jej początków.
Powieść obfituje w dialogi, mimo, że nie przytłaczają one opisów. Znalazło się również miejsce dla monologów wewnętrznych głównego bohatera, które idealnie wpasowują się w charakter książki. Autorzy posługują się doskonale wojskowym żargonem. Trzymają się także szczegółów, detali dotyczących militariów, poświęcają im sporo uwagi, dzięki czemu czytelnik zostaje bardzo dobrze przeprowadzony przez informacje, o których wcześniej nie miał pojęcia. Ucieszy to nie tylko nowicjuszy, lecz także fanów powieści o charakterze wojskowym.
Myślę, że mogłam wybrać lepszą książkę na rozpoczęcie swojej znajomości z jednym z najbardziej znanych autorów literatury sensacyjnej. To dobra, skrupulatnie napisana lektura, która jednak zawiera w sobie pewne mankamenty sprawiające, że nowy czytelnik raczej nie zapała uwielbieniem do obu amerykańskich pisarzy po jej przeczytaniu. Lecz na tyle niezła, że zachęca do zapoznania się z innymi utworami duetu, a nawet samego Griffina. „Ściśle tajne" z pewnością najbardziej podobać się będzie wiernym czytelnikom „profesora amerykańskiej literatury sensacyjnej".
"Keller" - już w październiku
Już 21 października nakładem wydawnictwa Czwarta Strona ukaże się najnowsza książka z gatunku science fiction. "Keller" Marcina Jamiołkowskiego ukaże się miedzy innymi pod medialnym patronatem Secretum.
"Trollhunters. Łowcy trolli"
Już w środę, 23 września, do księgarń trafi książka autorstwa Guillermo delToro, twórcy filmów "Hellboy" oraz "Labirynt fauna", oraz Daniela Krausa nosząca tytuł "Trollhunters. Łowcy trolli".
Kryptonim U.N.C.L.E.
Zimna wojna w skrócie? Stosując porównanie do znanych z dzieciństwa licytacji: walka o to, by udowodnić, kto ma lepsze zabawki. Gdy połączyć tę uproszczoną wersję wydarzeń z klasycznym kinem szpiegowskim oraz reżyserem, który ma niesamowity dryg do dynamicznych, nieco przerysowanych historii z nieprzeciętnymi bohaterami; powstaje wybuchowe kino atrakcji. Brzmi zbyt dobrze? A więc poznajcie „Kryptonim U.N.C.L.E" Guy'a Ritchiego.
Lata 60., sam środek zimnej wojny. Napoleon Solo (Henry Cavill), agent CIA, zostaje wysłany do Berlina w celu odnalezienia córki sławnego niemieckiego profesora, posiadającego wiedzę i umiejętności, by stworzyć bombę atomową. Tę samą misję realizuje Illya Kuryakin (Armie Hammer), agent KGB. Ostatecznie Gaby Teller (Alicia Vikander) trafia pod opiekę Amerykanina, jednak okazuje się, że to dopiero początek. W obliczu zagrożenia CIA i KGB zamierzają połączyć siły, a z Solo i Kuryakina uczynić współpracowników. Wkrótce, niedobrany duet, pod nowymi przykrywkami, udaje się do Włoch. Czy można zrealizować nawet najważniejszą misję, gdy jedyna osoba, na której możesz polegać, jest jednocześnie Twoim największym wrogiem?
Nie widziałam niestety serialu, który stanowi podstawę dla „Kryptonimu U.N.C.L.E.", a szkoda, bo jeżeli jest choć w połowie tak zabawny, jak jego kinowa wersja, to do tego momentu miałabym już może zmarszczki ze śmiechu. Guy Ritchie nie wychodzi z formy i serwuje widzom dokładnie to, za co go kochają – charakterystycznych bohaterów, cięty dowcip, dynamiczne tempo i natłok zwrotów akcji; a przy tym wszystkim jeszcze gatunkową świadomość oraz umiejętność odświeżania chwytów dawno już wyeksploatowanych.
Nie da się ukryć, że „Kryptonim U.N.C.L.E." krok po kroku realizuje punkty z przepisu na szpiegowską produkcję. Dwóch agentów o zbieżnych celach, ale działających dla innych organizacji; piękna, nie tak bezbronna jak mogłoby się wydawać, kobieta oraz misja, od której zależą losy świata. To wszystko skrywa się pod serią typowych dla stereotypowego pojęciach agencji wywiadowczych rekwizytów – przebieranek, uwodzenia, drobnych kradzieży i włamań, nowoczesnej techniki oraz wypracowanych, minimalistycznych ciosów. Brzmi jak przepis na banał, jednak Ritchie wypolerował na błysk cały ten schemat, używając niezawodnej broni – przerysowania oraz kampowego charakteru.
Kamp kampem, zabawa zabawą, ale nawet peleryna niewidka ma swoje ograniczenia. Chociaż widz świetnie się bawi, to nie umyka mu cała gama niedopracowań scenariusza. Liczne dziury logiczne rzucają się w oczy. „Kryptonim U.N.C.L.E." to ewidentnie produkcja pomyślana na kino atrakcji, niemniej większość potknięć fabularnych, na które pozwala sobie Ritchie u innych reżyserów byłyby podstawą do solidnego zmycia głowy. Co więcej, reżyser nawet nie próbuje ulogicznić swojej historii. Tam, gdzie nie ma sensownego wyjaśnienia, zostawia dziurę dającą sygnał, by widz sam sobie dopowiedział, co też się wydarzyło.
Nie zdziwiłabym się jednak, gdyby części żeńskiej połowy widowni wszystko to umknęło. Jakkolwiek narodowościowo nic się tu nie trzyma kupy – Amerykanin to w realnym życiu Anglik, Rosjanin jest Amerykaninem, z kolei w rolę Niemki wcieliła się Szwedka – to aktorów dobrano i poprowadzono perfekcyjnie. Ritchie w typowy dla siebie sposób wykorzystuje grę akcentami, uwodząc widza swoją obsadą już na samym poziomie dźwiękowym. Na nic by się to jednak zdało, gdyby nie wyraźnie iskrzący duet – panowie najwyraźniej świetnie się podczas pracy bawili. Mam nadzieję, że otwarte zakończenie filmu, to realna obietnica powrotu do tegoż świata.
Jeżeli jednak o dźwięku mowa, to trzeba zaznaczyć, że warstwa muzyczna niemal zmusza – raz, że do wczucia się w klimat lat 60.; dwa, że do zakotwiczenia się w wrażeniach kina szpiegowskiego; trzy, do rytmicznego przytupu, kiwania głową lub stukania palcem. Z technicznych spraw na uwagę zasługuje również przemyślany montaż, oparty na nieco odświeżonej wersji znanych z kina akcji oraz komiksów „klatek". Serie najazdów, dynamiczne (ale nie zbyt szybkie) zestawy ujęć i samo wypełnienie kadrów – dopracowana, barwna scenografia oraz kostiumy.
Idąc do kina nie miałam w zasadzie żadnych większych oczekiwań. „Kryptonim U.N.C.L.E." okazał się jednak – choć nie do końca logiczną – rozrywką najwyższego lotu. Gromkie wybuchy śmiechu, klimatyczne scenerie i fantastycznie dopracowane postacie zmusiły mnie do wewnętrznego skandowania „jeszcze, jeszcze!" na długo po zakończeniu seansu. Poproszę o dokładkę, panie Ritchie.
"Igrzyska Śmierci: Kosogłos Część 2" - zobacz zapowiedź
20 listopada na ekrany polskich kin wejdzie ostatnia odsłona "Igrzysk Śmierci". W internecie możemy zapoznać się z kolejnym zwiastunem produkcji.
Angelfall. Penryn i kres dni
Podobnie jak wielu innych czytelników na finałowy tom Angelfall czekałam niecierpliwie i skrupulatnie odliczałam dni. Spekulowałam sobie po cichu, jak zakończy się cała historia i jak ułożą się losy bohaterów. Kiedy wreszcie książka trafiła w moje ręce, czytałam dopóki nie dotarłam do ostatniej strony. Po mocnym, wręcz epickim zakończeniu drugiego tomu, w którym Penryn archanielskim mieczem dokonała niemożliwego, a mała Paige stała się przywódczynią piekielnego roju szarańczaków, spodziewałam się równie mocnej kontynuacji. Czytać skończyłam wczoraj i muszę przyznać, że mimo iż emocje opadły, uczucia co do finałowych rozwiązań nadal mam mieszane.
Po opuszczeniu Gniazda, Pernyn, Raffe i Paige szukają schronienia, w którym mogliby się zastanowić co dalej i odsapnąć chwilę po tym, co niedawno przeszli. Bohaterowie chcą się udać do kryjówki ruchu oporu, by tam przy pomocy człowieka zwanego Doktorkiem, spróbować cofnąć skutki operacji przeprowadzonych na małej Paige i Raffem. Doskonale zdają sobie też sprawę, że ostateczna walka z chorobliwie ambitnym Urielem i jego podwładnymi dopiero ich czeka i że nie będzie łatwa. Co zrobić, by anioły wróciły tam, gdzie ich miejsce, a ludzie mogli znowu żyć bezpiecznie i spokojnie? Czy w zniszczonym Świecie Po, jest jeszcze miejsce na planowanie przyszłości, nadzieję i miłość? Czy drogi córy człowieczej i archanioła rozejdą się na zawsze, czy może przypadkiem znajdzie się jedna wspólna?
Powieść zaczynałam czytać z wielkim entuzjazmem, bo jak już mówiłam, świat wykreowany przez Susan Ee zachwycił mnie, a historia Penryn i Raffego nie pozwoliła o sobie zapomnieć. Spodziewałam się spektakularnych walk, dramatycznych wyborów, tragicznych rozwiązań, słowem myślałam, że jedno bum, będzie gonić kolejne.
Jednak już sam początek książki jest dość statyczny. To można jeszcze zrozumieć, bo wiadomo, że po walce trzeba odpocząć i zebrać na nowo siły, ale z biegiem kolejnych rozdziałów wcale nie robiło się ciekawiej. Początkowo bohaterowie nie mają pomysłu, jak pokonać Uriela. Penryn, jako zwykłej dziewczynie można to wybaczyć, bo jest przecież młoda, ale Raffemu, który jest tak zaprawionym w bojach wojownikiem, trochę się dziwiłam. W końcu, jakby przypadkiem, pomysł się pojawia, ale też nie wychodzi on od anioła.
Sama wyprawa do Otchłani i to co tam się dzieje, to najlepsze fragmenty książki i w tym miejscu naprawdę można pogratulować autorce wyobraźni. Piekło w jej wydaniu jest przerażające i wreszcie widać, że najbardziej niszczy od środka i psychicznie, a nie tylko pod kątem zadanych razów, czy przebytych tortur. Tę samą pomysłowość widać w tworzeniu apokaliptycznych bestii.
Drugim plusem są byli członkowie oddziału Raffego. Ich dialogi i wzajemne relacje przyjemnie się obserwuje i o nich czyta.
Z resztą powieści jest już nieco gorzej. Przede wszystkim zawiodła mnie oszczędność opisów relacji Penryn/Raffe. W części drugiej ich stosunki uległy zmianie i gołym okiem było widać, że tych dwoje ma się ku sobie. W finałowej części Raffe na nowo się dystansuje, a potem tych wspólnych chwil jest bardzo mało. Wyglądało to trochę tak, jakby autorce zabrakło pomysłów, jak pokierować tą relacją, bo jak wymyślić niebanalne zakończenie dla śmiertelniczki i anioła, nie unikając przy tym kiczowatości i nadmiernego słodzenia? W rezultacie otrzymujemy kilka pocałunków i parę zabawnych dialogów, prawda jest jednak taka, że jak na tego typu historię, to o wiele za mało. Z drugiej strony, gdyby miłość mierzyć wagą czynów, a nie słów, finałowa decyzja bohatera faktycznie byłaby niezłym miernikiem jego miłości.
Zaskakuje samo rozwiązanie konfliktu. Spodziewałam się wielkiej, krwawej bitwy, a wyszło, jak wyszło. Nie wiem, skąd wzięły się ten pośpiech i skrótowość, ale jak na zakończenie trylogii, powinno być tego dużo więcej, dokładniej, z większą głębią.
To dlatego po zakończeniu lektury, odczuwam spory niedosyt. Ta historia jest przecież super i ma potencjał. Sam motyw aniołów przeciwko ludziom elektryzuje, gdy tylko się o nim pomyśli. A jednak nie jest to takie zakończenie losów bohaterów, jakiego oczekiwałam. Odebrałam to trochę tak, jakby autorka bała się ubrudzić swoim bohaterom ręce. Kilka razy było tak, że już coś mają zrobić, ale w ostatniej chwili się wycofują. W świecie spełnionej apokalipsy trudno przecież o zachowanie żelaznych zasad i sedna człowieczeństwa. Gdy wychodzi na wierzch wola przetrwania, czasem robi się coś wbrew zasadom. Tutaj niestety tego zabrakło.
Dlatego, choć cieszę się, że to już koniec, to trochę mi żal, że akurat taki to koniec. Za słabo zaakcentowany i taki jakby blady. Żeby była jasność, ta trylogia zasługuje na uwagę, ale sam finał takim, jakim go przedstawia autorka, jest dla mnie zbyt powierzchowny. A szkoda, bo mogło to być naprawdę widowiskowe i głośne bum.
Punkt zapalny
„Punktu zapalnego" wyczekiwałam, gdy tylko pojawił się w zapowiedziach na stronie Wydawnictwa Zysk i S-ka. I mojego podekscytowania nie wywołał żaden opis na okładce, osoba autora czy przynależność gatunkowa. Wywołał je cytat jednego z moich ulubionych autorów na okładce książki – Petera V. Bretta. Nie dość, że twórca „Malowanego człowieka" dał Myke'owi Cole'owi swoje błogosławieństwo, to zbudowany przez niego świat porównał do „X-Menów" oraz „Helikoptera w ogniu". Niestety, piętrzący się stos zaległości książkowych pozwolił mi przeczytać ją dopiero teraz. Ale zdecydowanie warto było czekać.
Na okładce widnieje trzech mężczyzn, wojskowych. Ten na pierwszym planie, czarnoskóry, to z pewnością główny bohater powieści – porucznik Oscar. Umięśniony, łysy, w czarnej koszulce, a jego twarz w połowie zasłania cień. Jednak wyraźnie widać w jego mimice determinację oraz zawziętość. W ręku trzyma broń, nieco opuszczoną, lecz sprawiającą wrażenie wciąż gotowej do wystrzały. Mężczyzna za nim po lewej jest również jednym z obdarzonych – w dłoni dzierży błyskawicę, która sięga aż nieba. Drugi z nich zaś niesie wycelowaną, najprawdopodobniej w jakiś konkretny cel, broń. Nad ich głowami widać zachmurzone niebo, na którym zobaczyć można sporo helikopterów. Już sama okładka jest pełna akcji oraz dynamizmu.
Świat pogrążył się w chaosie. Na całej planecie ludzie zaczęli wykazywać pewne nadnaturalne zdolności. Nazywają ich „obdarzonymi" – nigdy nie wiadomo, kiedy ukaże się moc, ani na czym ona będzie polegać. Rząd Stanów Zjednoczonych jasno określił granice pomiędzy tymi zdolnościami, które są akceptowalne, a tymi, które określono jako zakazane. Został utworzony nawet specjalny wojskowy oddział – Korpus Operacji Nadzmysłowych, który ma za zadanie walczyć z zakazańcami oraz eliminować jednostki, które nie zdołały opanować swoich mocy. Porucznik Oscar Britton służy w tego typu misjach. Niespodziewanie, po jeden z kolejnych akcji Korpusu, ujawniają się jego moce. Moce, które należą do tych zakazanych. W panice Oscar zaczyna uciekać, bo wie, co go czeka, jeśli odda się w ręce swoich kolegów – lub, co gorsza – policjantów. Czy Britton zginie uznany za wroga numer jeden? Czy może zdoła się ukryć? A może odnajdzie swoje miejsce w świecie, w którym został zaburzony porządek? Czy istnieje jeszcze dla niego szansa?
„Punkt zapalny" jest kolejnym przykładem mody na superbohaterów. Niewątpliwie, gdy zaczytywałam w powieści Cole'a odnosiłam wrażenie, że ma ona charakter nieco komiksowy. Jednak owo wrażenie przyćmiewa bardzo często to, że to jednak fantasy wojskowe. Militarność oraz owa komiksowość idealnie się uzupełniają, tworząc bardzo interesującą koncepcję powieścią. A przecież połączenie wojska oraz magii mogło się skończyć naprawdę źle.
U Cole'a trochę jak i Hitchcocka – zaczyna się od trzęsienia ziemi. Powieść otwiera scena akcji, dzięki której autor znakomicie przedstawia swojego głównego bohatera już na początku. Określa jego zdanie na temat obecnego świata, zarysowuje jego etyczne problemy, nie zdradzając przy tym jeszcze do końca, na czym polega to całe „bycie obdarzonym". Dopiero potem za pomocą cytatów ustaw, urzędników, itp., odkrywa, czym jest piromancja, nekromancja czy portamancja.
Amerykański pisarz wykreował świat, w którym nie ma wyraźnego podziału na dobro i zło. Istnieje cała masa odcieni szarości i trudno określić, kto jest bohaterem pozytywnym, a kto negatywnym. Nagle świat został wywrócony do góry nogami. A rząd ustalił, czy dana siła jest zgodna z prawem, czy nie. Rząd ustalił, kto ma żyć, a kto ma zostać unicestwiony. Prowadzi wojnę po to, aby zapanować nad anarchią. Przez takie ujęcie tematu Cole zastanawia się nad działaniem wojska w ogóle oraz pewną etyką żołnierza. Czy wojskowy ma prawo kwestionować rozkazy i rozstrzygać, co jest w jego mniemaniu dobre albo złe? Czy te pojęcia w ogóle mają prawo funkcjonować podczas służby? Czy wojna jest wyłącznie polityką oraz sumą ekonomicznych zysków i strat? Jeśli spojrzeć na to głębiej, autor „Punktu zapalnego" rozstrzyga także swoje wątpliwości, które pojawiły się w ciągu służby, a przynajmniej próbuje się nad nimi zastanowić i powiedzieć o nich głośno.
Myke Cole ma niewątpliwy talent do pisania scen akcji (w które powieść obfituje – co chwila rozgrywają się pościgi czy kolejne misje Korpusu), które czyta się trochę tak, jakby się oglądało jakiś blockbuster. Jest zrozumiale, spójnie, a jednocześnie szybko, żywo, kreatywnie. Jako były żołnierz, fachowo posługuje się żargonem militarnym oraz terminologią, nie zapominając przy tym o czytelnikach, którzy mogą nie mieć pojęcia o pewnym wojskowym... slangu. Na końcu powieści znajduje się słowniczek dla nieco mniej zorientowanych w militariach odbiorców.
Nie wiem, czy to zasługa polskiego wydawcy, czy samego autora, ale bardzo dobrze ułożone zostały także rozdziały. Trzy główne podzielone zostały na kilka lub kilkanaście pojedynczych. To kolejna pozycja w ostatnim czasie, od której nie mogłam się oderwać właśnie dzięki temu, że mówienie sobie „jeszcze jeden rozdział" było proste dzięki temu, że okazywały się zaskakująco krótkie.
Błogosławieństwo Petera V. Bretta okazało się w pełni zasłużone. W książce znajdziecie to, co zostało Wam obiecane już na okładce – zarówno w cytacie, jak i w samym jej projekcie. „Punkt zapalny" to powieść, która powinna zachwycić (a przynajmniej zadowolić) zarówno miłośników fantasy, militariów, jak i wielbicieli komiksów czy filmów ze stajni Marvela. Czytając ją, bawiłam się tak dobrze, tak bardzo mnie wciągnęła, że stała się ważniejsza od aktualnych obowiązków. Na szczęście w USA zostały już wydane dwie pozostałe części serii Myke'a Cole o obdarzonych, więc pozostaje jedynie trzymać kciuki, aby jak najszybciej przetłumaczono je na język polski.
Głębia. Skokowiec
To nie będzie łatwe – grzmią słowa z blurbu najnowszej powieści Marcina Podlewskiego pod tytułem „Głębia. Skokowiec", które w połączeniu z ponad siedmiuset stronicowym tekstem faktycznie mogą budzić obawy. Science fiction? Space opera? Kosmiczna postapokalipsa? Aż nazbyt wiele możliwości, by coś poszło źle; by lektura okazała się męczarnią, a nie przyjemnością. Całe szczęście, że autorowi udało się umknąć przed zagrożeniami nudą równie wprawnie, co niektórym z kosmicznych pilotów przed deszczem meteorytów.
Okładka „Głębi" prezentuje się w otoczeniu literatury science fiction dość typowo. Chłodne odcienie niebieskiego i błękitnego, kontrastowa czerwień wydobywająca się spod hełmu prezentowanej postaci oraz planeta i statki kosmiczne w tle, to nic niezwykłego. Bohater obwoluty odziany jest w nowoczesną formę zbroi, a w rękach trzyma technologicznie zaawansowaną (przynajmniej wizualnie) broń. W kwestii fabuły okładka podpowiada więc niewiele – science fiction, w kosmosie, najpewniej związane z jakiegoś rodzaju wojną/walką/starciem.
I tak też jest. Akcja powieści rozgrywa się w kosmosie w Wypalonej Galaktyce, dawniej znanej jako Droga Mleczna. Zdewastowana serią potwornych wojen, stanowi schronienie jedynie dla nielicznych mieszkańców. To świat zepsuty i pomimo technologicznego zaawansowania zdziczały – na każdym kroku czekają na jego obywatela zagrożenia. Wyznawcy mrocznych sekt, przedstawiciele innych ras; groźne, powojenne przestrzenie kosmiczne pełne śmiertelnych wyładowań i Głębia – zimna, straszna, gotowa doprowadzić do szaleństwa. W tym jednak świecie przyszło żyć Myrtonowi Grunwaldowi, który po stracie statku i załogi decyduje się podjąć kolejną próbę walki z kosmicznym systemem. Jednak czy skokowiec z mroczną, tajemniczą przeszłością i załoga złożona z ludzi aż po brzegi wypełnionych sekretami, to rzeczywiście dobry plan na nowy start? Okaże się w chwili starcia z niemal mitycznym zagrożeniem.
Chociaż autor podzielił „Głębię" na trzy części, to dla mnie samoistnie wyodrębniają się dwie. Pierwsza to dość trudne w odbiorze z powodu nagromadzenia technicznych, niezrozumiałych pojęć, spotkanie czytelnika z nową rzeczywistością. Pomimo pewnych komplikacji na płaszczyźnie rozumienia kosmicznych technologii i rozwiązań, jest to część intrygująca z doskonale wykreowanym nastrojem tajemnicy i niejasnego widma nadchodzącego zagrożenia. Atmosfera ulega stopniowemu zagęszczeniu, sekrety się mnożą, a całość zmierza do kulminacyjnego momentu akcji w każdym calu zaplanowanego przez Podlewskiego, który wyraźnie panuje nad fabularnym rozwojem powieści (co, wbrew oczekiwaniom, nie jest znowu takie powszechne). Druga część, to moment, w którym dochodzi do połączenia wszystkich prowadzonych przez narratora wątków. Wtedy też czytelnik zdąża już oswoić się z technologiczną nomenklaturą i mechanizmami działania świata. Byłby gotów zanurzyć się weń zupełnie, jednak akcja nagle zwalnia, a węzeł intrygi wyraźnie się rozluźnia i pokusa wejścia w „Głębie" nieco się rozprasza. Trwa bitwa, ale wyraźnie pozycyjna, trochę niemrawa i boleśnie powolna w stosunku do wcześniejszego pędu fabuły. Jest podobnie jak z awarią silnika w pojeździe, który rozpędza się i rozpędza, by w momencie maksymalnego przybliżenia do rekordu świata nagle zgasnąć. Innymi słowy powieść Podlewskiego na początku obiecuje solidny wybuch i aromat napalmu w powietrzu, a ostatecznie serwuje jedynie fajerwerki. Wciąż piękne i interesujące, ale gdzie im tam do solidnego płomienia.
Dawno już jednak autorzy nie odważyli się na wkroczenie w objęcia chłodnego kosmosu, a już w ogóle odświeżenie gatunku space opery. Problem w tym, że Podlewski odświeża ją jedynie pozornie. Postapokalipsa to tylko nęcąco brzmiąca marka obecnej mody. W rzeczywistości czytelnik otrzymuje znane już z kinematografii i literatury rozwiązania. Podczas czytania przed oczami wyobraźni śmigały mi klatki znanych tytułów. Nie zmienia to faktu, że świat Podlewskiego jest skrupulatnie wykreowany (w dużej mierze logicznie i naukowo uwarunkowany) i interesujący. Tchnie także melancholijnym duchem jakiegoś rodzaju minionego czasu. Być może chodzi o odległe czasy świetności space opery, a może o nieobecność w świecie autora ludzkiej Terry, która stanowi tam jedynie drgającą niepewnością przeszłego istnienia legendę. Dlaczego zniknęła? Tak naprawdę nic nie jest jasne. Nikt nie ma pewności, jak skończymy.
Jakkolwiek streszczenie wydarzeń „Głębi" zmieściłoby się na mniej niż jednej stronie formatu A4, to dużo trudniej byłoby o podobną kondensację w kwestii szkicu psychologicznego bohaterów. Ci bowiem nie dość, że są bardzo zróżnicowani przy pierwszym kontakcie, to niosą nietypowe i równie odmienne bagaże doświadczeń. Trudno przewidzieć ich ostateczne cele i pragnienia, a nawet bieżące zachowania. Wszyscy skrywają dramatyczne lub makabryczne tajemnice. To właśnie oni sprawiają, że nieszczególnie wyszukana i lotna fabuła nabiera kolorów. Tutaj należą się Podlewskiemu szczere gratulacje, bo talent do wiarygodnej konstrukcji bohaterów, to umiejętność nieczęsta.
Inną zaletą „Głębi" jest także próba wykorzystania możliwości języka. Autor prowadzi narrację w niezmiennych formach gramatycznych, ale z różnych perspektyw. Podrozdziały poprzedzają cytaty z różnorodnych gatunkowo dzieł wymyślonych na potrzeby fantastycznego świata – przemówień, zbiorów historycznych, encyklopedii, politycznych dekretów, wykładów. Na uwagę zasługuje także kwestia wspomnianego już języka technologicznego, który pomimo pewnego skomplikowania ostatecznie daje się przyswoić. Poza tym Podlewski stawia jednak na proste, nieskomplikowane opisy i minimalną ilość metafor czy porównań. I bardzo dobrze.
„Głębia" przywołuje gatunek, który najlepsze czasy ma już za sobą – zarówno na gruncie literatury jak i kinematografii. To całkiem zgrabna, nieźle napisana – choć trochę też wyświechtana – historia z doskonale wykreowanymi postaciami. Z kart powieści autor puszcza do czytelnika oko, a to pozostawiając historię Terry niewyjaśnioną, a to umieszczając na jej kartach starzejącego się załoganta o nazwisku Lem. Chociaż „Głębia" oferuje niewiele nowości, to wciąż warto poświęcić jej czas. Choćby po to, by odetchnąć nieco od modnych gatunków. Nawet, jeżeli próbuje się upchnąć tę powieść we wdzianko znanej, rozchwytywanej ostatnio marki, jaką jest postapokalipsa.
Zwiastun horroru "Krampus"
Reżyser Mike Dougherty, który na swoim koncie ma m.in. horror "Upiorna noc Halloween" tej jesieni powróci z kolejnym filmem grozy pt. "Krampus". Tytułowy Krampus, to Zły Duch Świąt Bożego Narodzenia, który zostaje przez przypadek przywołany przez dwunastoletniego Maxa. Chłopiec utracił wiarę w święta i uruchomił lawinę zła, która nawiedziła jego rodzinny dom.
Mały Książę
Odkąd zaczęłam prowadzić bloga recenzje wszystkich filmów pisałam w dzień, dwa, góra trzy po ich obejrzeniu. Dlatego przypadek „Małego Księcia" jest tak wyjątkowy oraz bezprecedensowy, ponieważ ten tekst powstaje w 3 tygodnie po odbyciu seansu francuskiej animacji. Myślę, że miałam ogromną nadzieję, że ta produkcje stanie się dla mnie tą najważniejszą w życiu, zajmie miejsce tuż obok „Króla Lwa" czy „Jumanji". Niestety, nawet po tak wielu dniach moje uczucia nadal pozostają bardzo mieszane, a film nie wykracza poza słowa "poprawny", "uroczy" oraz "obiecujący".[dropshadowbox align="right" effect="lifted-both" width="250px" height="" background_color="#fac311" border_width="3" border_color="#a3312b" ]W skrócie: Ta opowieść najlepiej wybrzmiewa nadal w formie książki i wydaje mi się, że naprawdę udanej ekranizacji nigdy się nie doczekamy.[/dropshadowbox]
Mała Dziewczynka wkracza w kolejny etap swojego dorastania. Musi dostać się do elitarnej szkoły, co jest marzeniem jej matki, więc obie przeprowadzają się w jej okolice. Pomimo całej perfekcyjności owych przedmieść, traf chciał, że zamieszkały akurat obok ekscentrycznego staruszka, który przedstawia się po prostu jako Pilot. Mama Małej Dziewczynki planuje jej całe wakacje, minuta po minucie, a sama całe dnie spędza w korporacji. Dlatego Mała Dziewczynka nawiązuje kontakt z pilotem, który opowiada jej o swoim dawnym przyjacielu, który mieszkał na asteroidzie – Małym Księciu.
Mark Osborne postanowił włożyć baśniową przypowieść o małym chłopcu w bardziej nowoczesne, uniwersalne ramy. Wydaje mi się, że to jedynie pomogło wydobyć z kultowej już historii jej prawdziwą głębię oraz pewne wartości, które żywo symbolizuje. Motywy korporacyjności, wyścigu szczurów, nieobecności rodziców, planowania przyszłości bardzo dobrze wybrzmiewają, choć niekiedy miałam wątpliwości, czy z pewnością dotrze do przeciętnego młodszego odbiorcy.
O ile do połowy filmu jest naprawdę cudownie zarówno jeśli chodzi o pewną symbolikę, jak i realizację produkcji, o tyle końcówka boleśnie rozczarowuje. Zaczyna umykać owa baśniowość, którą w jakiś sposób udało się na ekran przenieść. Twórcy zdecydowali się na dopisanie dalszego ciągu historii Małego Księcia oraz odbiec od oryginału. W dodatku, w jednym z ostatnim ujęć ukazuje się nam ten uwielbiamy przez pokolenia chłopiec już nie w animacji kukiełkowej, a właśnie komputerowej. Widok dorosłego Małego Księcia nieco mnie przeraził, skonfudował, tym bardziej, że ostatnie sekwencje filmu przypominają typową, przeciętną animację, w której akcja w końcu musi przyspieszyć, a postacie muszą się podzielić na te złe i dobre.
Pomieszanie dwóch rodzajów animacji wyszło tylko filmowi na plus. Mały Książę w kukiełkowej stylistyce wygląda jak żywcem wyjęty z kart powieści Antoine'a de Saint-Exupery'ego, za to komputerowo zaanimowana Mała Dziewczynka z pewnością celnie trafi w serca młodszego widza. Taki zabieg dodatkowo uwypuklił to, że „Małego Księcia" należy odbierać jako przypowieść pełną symboli oraz utajonych metafor.
Reżyser doskonale wydobywa wartości, którym hołdował autor książki i które chciał przekazać swoim odbiorcom. Ostatecznie to niezwykle pouczająca opowieść, a historia Pilota oraz Małej Dziewczynki pogłębia znaczenie „przyjaźni", „miłości" czy „bezinteresowności". W dodatku przeniesiona na grunt naszej rzeczywistości wiecznie nieobecnych rodziców, zbyt ambitnych oraz marzących o wspaniałej przyszłości dla dzieci może być nauczką bardziej dla dorosłych niż dla ich pociech i przypomnieć, co tak naprawdę jest w życiu ważne.
W adaptacji Osborne'a niby duch oryginały zostaje zachowany, jednak wydaje mi się, że ostatnie sekwencje zniszczyły odbiór całości filmu lub, jak powiedziała moja przyjaciółka, za mało było Małego Księcia w „Małym Księciu. Ta opowieść najlepiej wybrzmiewa nadal w formie książki i wydaje mi się, że naprawdę udanej ekranizacji nigdy się nie doczekamy.
