sierpień 30, 2025

Rezultaty wyszukiwania dla: romans

środa, 13 luty 2013 13:14

Dotyk

Powieść "Dotyk", otwierająca serię o tajemniczym tytule "Denazen", to debiut powieściowy Jus Accardo, która oprócz pisania paranormalnych romansów, pracuje jako wolontariusz w schronisku dla zwierząt oraz jako członek Amerykańskiego Instytutu Kulinarnego - jak sama to określa, objada się za pieniądze.

Główną bohaterką "Dotyku" jest 17-letnia Deznee Cross, imprezowiczka, amatorka mocnych wrażeń i mistrzyni w robieniu na złość własnemu ojcu. Wszystko to jest wynikiem częściowo braku matki, która zmarła przy narodzinach Deznee, częściowo pragnienia, by zapracowany ojciec wreszcie zwrócił na nią uwagę, a częściowo charakteru bohaterki, która przechodzi powszechny ostatnio (i nie tylko) młodociany bunt. Gdy którejś nocy bohaterka wraca z imprezy, u jej stóp (dosłownie) ląduje tajemniczy uciekinier. Niebieskooki przystojniak jest ścigany i nie dość, że nie jest przyjaźnie nastawiony, to jeszcze zabiera Deznee buty, bo sam jest boso. Nastolatka nie zastanawia się długo; pościg kieruje w inną stronę, a nieznajomego zabiera do domu. Kale, bo tak ma na imię chłopak zachowuje się dziwnie. Okazuje się, że pracował dla Denazen Corporation i był jednocześnie przez nich więziony. Sprawa komplikuje się jeszcze bardziej, gdy do domu wraca ojciec Deznee i wychodzi na jaw, że to on stoi za sterami lokalnego oddziału korporacji, która wykorzystuje ludzi o specjalnych umiejętnościach jako broń. Umiejętności Kale'a są wyjątkowo niebezpieczne, ponieważ jego dotyk zabija, obraca w proch. Dosłownie.

Dwójka młodych bohaterów nie waha się ani chwili - uciekają, narażając się na pościg. Przy okazji Deznee poznaje kilka interesujących faktów na temat własnego pochodzenia, swojej rzekomo nieżyjącej matki oraz ojca. Tego wszystkiego dowiadujemy się już na samym początku powieści, więc w sumie można powiedzieć, że autorka rzuca czytelnika na głęboką wodę akcji, nie pozwalając mu się nudzić. Potem historia toczy się sama; pościgi, ukrywanie się, szukanie sojuszników i przydatnych informacji oraz standardowa akcja w stylu infiltracji, w trakcie której nietrudno się domyślić, że to obydwie strony wykorzystują się wzajemnie. Kto kogo wykiwa? I to nietrudno przewidzieć.

Przeglądając, nawet pobieżnie, opis treści książki od razu widać, że to wszystko, gdzieś już było. Pierwszym skojarzeniem, do którego zresztą odwołuje się jeden z bohaterów książki, są oczywiście znani wszystkim X-Meni stworzeni przez Stana Lee i Jacka Kirbyego. To superbohaterowie o przeróżnych umiejętnościach - od telekinezy i jasnowidztwa począwszy, przez umiejętność zmiany struktury żywego organizmu, na władaniu żywiołami skończywszy.

W latach 2006 - 2010 na fali fascynacji ludzkimi mutantami telewizja NBC stworzyła serial "Herosi", podejmujący tę tematykę. W ten sam nurt częściowo wpisywał się również serial o kilka lat wcześniejszy, wyprodukowany przez samego Jamesa Camerona i Charlesa H. Eglee, zatytułowany "Cień anioła". Mówię częściowo, bo bohaterowie byli super-żołnierzami modyfikowanymi genetycznie, jednak już druga seria znacznie poważniej podeszła do tematyki mutantów, jako początkowych etapów eksperymentów, należy dodać niekoniecznie udanych. Problem tolerancji inności znacznie więc przybrał na sile.

Z literackich prób w tym temacie warto wspomnieć o książce "Dotyk Julii", autorstwa M. Tahereh. Historia dziewczyny, której dotyk zabija i której umiejętności chce wykorzystać tajemnicza agencja, bardzo przypomina losy Kale'a.

Czym więc miałaby się wyróżniać książka Jus Accardo? Otóż niczym. Można powiedzieć, że zwyczajnie wpisuje się ona w cały ten nurt. Ludzie, czy to widzowie, czy czytelnicy uwielbiają super-bohaterów z problemami adaptacyjnymi i każda historia w tym temacie będzie przyjmowana podobnie. Oczywiście do czasu, kiedy nie nastąpi zmęczenie materiałem.

W tym przypadku mamy zatem całkiem sympatyczną i przystępnie podaną historię o dziewczynie, która w swoim pragnieniu zwykłości, okazuje się dość niezwykła i chłopaka, który, jak na rządowego zabójcę, okazuje się dość naiwny i niewinny. Znajdzie się miejsce na miłosny trójkąt, wywołany rozterkami Deznee, pościgi, kilka zagadek i zakończenie, które jednak nie jest finalne, bo sam tytuł mówi, że jest to księga pierwsza. Całość czyta się szybko i w ciągu jednego popołudnia. Narracja nie nuży, bohaterowie są tacy, jacy winni być w takich historiach, czyli waleczni, ciekawscy, uparci, bo przecież walczą o lepszy świat dla wszystkich Szóstek.

Trochę szkoda, ze autorka nie pokusiła się o podanie chociażby kilku drobnych przyczyn mutacji tego chromosomu. Może się mylę, ale jak na tak zwyczajny świat, w którym dzieje się akcja, trochę za dużo tych nadnaturalnych umiejętności, które nie powinny się brać znikąd. Jakiś powód musi być.

Książkę mogę polecić miłośnikom tematu, choć jeśli będą oni w nim bardziej zorientowani, to raczej nic ich tu nie zaskoczy. Natomiast czytelnicy lubiący sensacyjne historie ze sporą dawką romansu powinni być zadowoleni.

Ze swojej strony nie polecam, ani nie odradzam. Myślę, że najlepiej się przekonać samemu.

Dział: Książki
niedziela, 17 styczeń 2016 06:11

Opposition

Czy Katy i Daemon pozostaną razem? Co dzieje się z Beth? Jaki los czeka Originów? Czy ludzkość w ogóle przetrwa? „Opposition" to piąty i ostatni, długo wyczekiwany tom cyklu „Lux". Nareszcie czytelnicy mogą dowiedzieć się jak to wszystko się skończy.

Gdy bohaterom już zaczęło się wydawać, że są bezpieczni, ujrzeli miliony spadających z nieba świateł. Na Ziemię przybyli Luksjanie i wcale nie byli przyjaźnie nastawieni. Zaczęli na masową skalę zabijać ludzi lub przejmować ich ciała. Najgorsze było jednak to, że Daemon, Dawson i Dee bez słowa dołączyli do swojej rasy. Zupełnie jakby nigdy nie zależało im na swoich ukochanych i przyjaciołach. Tak jakby Katy nigdy nic dla Daemona nie znaczyła.

Jeżeli chodzi o wartość książki jako fantastyki naukowej to jest na bardzo marnym poziomie, jednak gdy spojrzymy na nią jak na paranormal romance, to w cudowny sposób unosi się na wyżyny gatunku. Przyznam, że od kiedy Katy i Daemon wyznali sobie miłość seria straciła nieco uroku. W dalszym ciągu jednak czyta się ją szybko, płynnie i z przyjemnością. Jennifer L. Armentrout stworzyła ciekawą, rozbudowaną fabułę, akcja powieści toczy się wartko, a każdemu wydarzeniu towarzyszy dobry (niekiedy nieco czarny) humor.

Mimo że „Opposition" jest piątym i ostatnim tomem serii Lux, to jednak Jennifer L. Armentrout nie zrezygnowała ze swojego wyimaginowanego świata. Już niebawem, nakładem wydanictwa Filia, ukaże się „Obsesja" opowiadająca o miłości arumianina Huntera do ludzkiej kobiety. W piątej części poznajemy nieco lepiej zarówno jego jak i jego rodzeństwo i dowiadujemy się, że nie wszyscy osobnicy tego gatunku są tak straszni jak ci, którzy na początku seri atakowali Katy.

Ponieważ to już ostatni tom, postanowiłam podsumować całą serię. Uważam, że jest naprawdę niezła. Konstrukcja bohaterów jest barwna i szczegółowa, chociaż nigdy nie podobał mi się chaotyczny sposób w jaki zmienia się Dee. Fabuła powieści jest jednowątkowa, ale za to bardzo rozbudowana. Nie da się ukryć, że romans Katy i Daemona jest w książce motywem przewodnim, ma jednak niezwykle barwne i intrygujące tło. Pisarce można zarzucić nieco śmieszności i zbyt bujną wyobraźnie, swoje pomysły ciągnie jednak konsekwentnie i nie można jej wytknąć braku logiki w tym co stworzyła.

Serię „Lux" czyta się z przyjemnością i nie sposób odmówić jej swoistego klimatu oraz niezastąpionego uroku. Występujących w niej bohaterów również szczerze pokochałam. To lekka, przyjemna beletrystyka, którą warto mieć przy sobie by rozjaśniła te mniej pogodne dni. Zarówno „Opposition" jak i wszystkie poprzednie tomy cyklu serdecznie miłośnikom paranormal romance (czy też po prostu osobom, które lubią lekkie lektury) polecam! To, że niejednokrotnie wywoła uśmiech na twarzy czytelników jest gwarantowane.

Dział: Książki
środa, 30 grudzień 2015 13:57

Pojedynek

„Szczęście zależy od tego, czy jesteś wolna a wolność zależy od odwagi".*

Co wybrać gdy rozum walczy z sercem? Gdy jedno rozwiązanie jest gorsze od drugiego a lojalność wobec bliskich kłuci się z tym co w duszy? Jaką decyzję podjąć by wybrać mniejsze zło?

Kestrel jest Valoriańską córką generała, który wraz z innymi żołnierzami kilkanaście lat temu szturmem zdobył Półwysep Herrański i zniewolił ich mieszkańców. Od tego czasu Herrańczycy muszą służyć i wykonywać wszystkie prace. Pewnego dnia nastolatka udaje się na targ, wyciągnięta przez swoją przyjaciółkę, Jess, gdzie zaczyna się licytacja niewolników i na pierwszy ogień zostaje wystawiony herrański niewolnik. Z niewiadomych sobie powodów Kestrel kupuje go za niebywale wysoką cenę, co wywołuje plotki. Mijają dni i chociaż dziewczyna stara się o nim zapomnieć niezbyt jej to wychodzi, coś ich do siebie przyciąga, coś co nie ma racji bytu.Tym bardziej, że nadchodzą wielkie zmiany. Co wybrać, lojalność wobec swojego narody czy samych siebie?

Sięgając po Pojedynek liczyłam, że będzie mi dane przeczytać coś co mnie pozytywnie zaskoczy i sprawi, że nie będę mogła się oderwać od pochłanianej pozycji. Zapowiedzi głosiły, że jest to coś wspaniałego, blurb nie zdradzał za wiele z fabuły. Czy Marie Rutkoski mnie zachwyciła?

Przyznaję, obawiałam się lektury tej książki, już tyle fantastyki mam za sobą, że trudno jest mnie zaskoczyć i sprawić żeby coś mi się bardzo podobało. Marie nie miała jednak z tym żadnych problemów, od samego początku widać ile pracy i wysiłku włożyła w pisanie. Świat przedstawiony przez nią jest pochłaniający, wszystko jest dopracowane i przemyślane, jakby realne, wymyśliła nie tylko historię ludzi, ale i całe otoczenie. Nazwy, zwyczaje, miejsca. Kawał dobrej roboty. Kolejnym plusem jest sama fabuła - bale, plotki, salonowe gierki, rewolta, niewolnictwo i w tym wszystkim wątek miłosny. Subtelnie nakreślony, prawie niezauważalny a jakże ważny dla całości utworu. Dylematy, pojedynek między tym co się powinno uczynić, a tym co się chce, żadna decyzja nie będzie dobra, bo kogoś się zdradzi. Rutkoski fenomenalnie opisała nie tylko bieg wydarzeń z niespodziewanymi zwrotami akcji, ale i burzę emocji występujących w książce.

Jestem pod ogromnym wrażeniem kreacji bohaterów, szczególnie samej Kerstel, która stała się moją ulubioną nastoletnią bohaterką. Silna, pewna siebie, z umiejętnością taktycznego kalkulowania, ale wewnątrz pełna rozterek, rozdarta między lojalnością a sercem. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że ta walka nie robi z niej głupiej pannicy, która irytuje swoim niezdecydowaniem a młodą kobietę z dylematami,które nie raz targają i nami. Polubiłam jej postać i w pełni rozumiałam z czym musi się zmagać. Brawa dla autorki za postacie z krwi i kości, są realni, wyraziści i pełnowymiarowi.

Pojedynek to książka, której się nie czyta a pochłania z zapartym tchem. Fabuła wciąga od pierwszych stron, intryguje i pochłania bez reszty i nawet gdy trzeba przerwać czytanie myślami jest się przy powieści zastanawiając nad kolejnym krokiem bohaterów, tym co się wydarzy za chwilę. Zżyłam się z bohaterami i wraz z nimi przeżywałam wszystkie wydarzenia, uczucia nimi targające. Bardzo mi się podobał fakt, że wątek romansowy nie jest wysunięty na pierwszy plan i chociaż znaczący został zgrabnie wpleciony w inne, a na pierwszy plan wysuwa się walka Herrańczyków o niepodległość. Z żalem czytałam ostatnie zdanie, tym bardziej, że zakończenie wzbudza jeszcze większy apetyty na sięgnięcie po kontynuacje. Nie mogę się doczekać gdy dobiorę się do Zbrodni.

Fascynujący początek trylogii, który zaskakuje i sprawia, że zapomina się o otoczeniu oraz upływającym czasie. Marie Rutkoski pokazała, że potrafi pisać i jednocześnie postawiła sobie poprzeczkę bardzo wysoko, ale coś mi mówi, że się nie zawiedziemy. Gorąco polecam!

*Marie Rutkoski, Pojedynek

Dział: Książki
sobota, 28 listopad 2015 10:58

Uwodzicielki, skandalistki i seksbomby PRL

Rzuca Ci wymowne spojrzenie, szybko, kokieteryjnie spuszczając wzrok. Długie rzęsy ocieniają zarumieniony teraz policzek, a Ty czekasz na jeden, maluteńki gest z jej strony. Miłość do szklanego ekranu bywa zgubna, czyż nie? Kobiety zazdrościły im wdzięku i talentu, mężczyźni ścielili się u ich stóp, marząc, by mieć taką diwę przy swym boku. Choć czasy PRL nie dla wszystkich kojarzą się pozytywnie, to właśnie w owym okresie zabłysnęły gwiazdy, które na długo zapisały się w pamięci kolejnych pokoleń.

Wspomniane czasy kojarzę dość mgliście, co nie przeszkodziło mi w zdecydowaniu się na utwór pani Kienzler. Ciekawiło mnie, jakie postacie ukaże w swoim "dziecku" i czy którąś z uwodzicielek będę kojarzyć. Powiem Wam, że sięgnięcie po tę pozycję okazało się bardzo dobrym wyborem, ponieważ nazwiska, tak kiepsko przeze mnie kojarzone z konkretnymi twarzami, po lekturze Uwodzicielek, skandalistek i seksbomb PRL wreszcie zyskały twarze. I co więcej, stały się bardziej ludzkie, bo jeśli ktoś spodziewa się cukierkowej opowieści o życiu sławnych i bogatych, ten... cóż, zderzy się z murem. Murem mitów, legend i często krzywdzących plotek. A w rozjaśnieniu mroków przeszłości pomaga nam autorka.

Nie mogłam oddać się, niestety, musiałam zimną być, mieć serce złe.

Spotkamy się tu z historią Niny Andrycz, Kaliny Jędrusik, Agnieszki Osieckiej, Elżbiety Czyżewskiej, Barbary Kwiatkowskiej, Ewy Krzyżewskiej, Teresy Tuszyńskiej oraz Violetty Villas. Poznajemy przeszłość wspomnianych sław, wraz z nimi pokonujemy trudy drogi na sam szczyt, odkrywamy rodzinne tajemnice, bierzemy udział w walkach słownych i... miłosnych. Patrzymy (ze smutkiem, żalem?) na to, jak zgubny dla talentu staje się nieokiełznany nałóg. I czujemy, czujemy, że nieszczęścia nie dotykają wyłącznie nas, szaraczków; są częścią żywota każdego człowieka niezależnie, ile na koncie ma pieniędzy. I powiem Wam szczerze, że spodziewałabym się raczej czegoś, o czym wspomniałam na wstępie- słodkiej, wręcz hollywoodzkiej historii o bajecznym życiu. Niespodzianka! Los nikogo nie traktuje ulgowo. Sami wiecie. Wstyd przyznać, ale z wymienionych nazwisk kojarzyłam tylko dwa- Agnieszkę Osiecką i Violettę Villas (głównie za sprawą afer, poprzedzających jej śmierć). Nigdy nie zgłębiałam ich biografii, nie interesowałam się tym zbytnio, więc gdy czytając natknęłam się na pewne informacje... zdziwiłam się.

Oprócz dokładnych biografii otrzymujemy także garść ploteczek (a autorka skrupulatnie podkreśla, iż to wyłącznie niepotwierdzone informacje), niekiedy bardzo ciekawych (jak to plotki). Rzekłabym, że niektórych nie powstydziliby się współcześni celebryci! Mamy ogniste kłótnie małżeńskie, ciągnące się latami romanse, huczne imprezy, gdzie alkohol leje się strumieniami... zawiść, zazdrość, wytykanie palcami. I mitomanię! Osiem kobiet, niby tak różnych, ale ostatecznie- tak do siebie podobnych. Niezłomnie szły przed siebie, dążąc do spełnienia marzeń, a chęć pokazania światu talentu rozsadzała ich serca. Na pewno miały wiele naśladowczyń, bezwstydnych kopii. Ale czy można nauczyć się bycia damą, uwodzicielką czy seksbombą? Otóż nie, z tym trzeba się urodzić.

Bardzo intrygująca biografia znanych w PRL artystek. Jak już wspomniałam, odkrywa wiele sekretów, często neguje plotki, a czasem przytacza pikantne szczegóły. Jeśli jeszcze nie znacie, to na co czekacie?

 

Dział: Książki
sobota, 21 listopad 2015 17:46

Aplikacja

„Ile razy mi się zdaje, że już dochodzę do prawdy, przekonuję się, że mam tyle, co nic". [1]

Chyba każdy czasem ma dzień kiedy zupełnie nie wie co ma robić, jak postępować, w co się ubrać, jak się zachować w danej chwili i chciałby żeby ten jeden raz mu doradzono, podjęto decyzje za niego. Co gdyby faktycznie ktoś a raczej coś mówiło nam cały czas co jest dla nas najlepsze, kierowało nami mówiąc jacy powinniśmy być, z kim się zadawać, co czytać, czego słuchać a nawet co jeść? Czy chcielibyśmy aby decydowała za nas jakaś aplikacja?

Mamy rok 2032. Postęp technologiczny jest na bardzo wysokim poziomie i każdy człowiek posługuje się nią, bo to jest według nich właściwe. Nie mogą sobie wyobrazić jak ktoś mógłby funkcjonować bez handheldu służącego do tego co dla nas dzisiejsze telefony, ale jeszcze bardziej nie mogą pojąć jak ktoś może obejść się bez aplikacji Lux, która pomaga podjąć decyzje, te życiowe lub związane z codziennymi sprawami. Jedną z takich osób jest Rory Vaughn, szesnastolatka nie rozstaje się ze swoim urządzeniem a z Luxa korzysta niemal co chwile. Wszystko jednak zmienia się gdy gdy trafia do upragnionej elitarnej szkoły Theden. Co takiego odkryje nastolatka i co zrobi z poznaną prawdą?

Feeria Young jest jednym z moich ulubionych wydawnictw, bo niemal zawsze trafia w mój gust czytelniczy. Jeszcze chyba ani razu nie zdarzyło mi się abym była jakoś bardzo rozczarowana tym, co wyszło spod ich skrzydeł. Aplikacje chciałam przeczytać jak tylko ukazała się jej zapowiedź, blurb mnie zaintrygował i czułam, że na tym tytule z pewnością się nie zawiodę. Jak było w rzeczywistości?

Zastanawiam się czasem skąd autorzy czerpią swoje pomysły, szczególnie ci którzy potrafią pomimo tego, że już chyba wszystko zostało wymyślone zaskoczyć czymś nowym albo chociaż innym spojrzeniem na jakiś temat. Lauren Miller jest jedną z tych autorek, zaskoczyła mnie, sprawiła, że z zapartym tchem przewracałam kolejne strony, ale zanim to nastało początek nie był tak kolorowy. Aplikacja zaczyna się trochę nudnawo i pierwsze kilkadziesiąt stron może się dłużyć, ale im więcej było za mną tym bardziej rozkręcała się fabuła. I przyznać muszę, że Miller doskonale wszystko sobie przemyślała. Zobrazowała przerażającą wizję świata, w którym jesteśmy uzależnieni od technologii (nawet teraz ciężko jest nam bez telefonu czy dostępu do sieci), ale również stworzyła wątki z intrygami, tajemnicami z przeszłości, niebezpieczeństwem i ciągłą próbą odkrycia prawdy. Dla chwili oddechu jest też wątek romansowy, ale w tak małych ilościach, że prawdę mówiąc czasem go wręcz nie wyłapywałam, z czego się cieszę ponieważ mnie drażnił swoją sztucznością. To i początek są jedynymi minusami powieści.

Jestem pod ogromnym wrażeniem pomysłowości Lauren Miller i tego, że nie pogubiła się w tych wszystkich zawirowaniach. Pląta, utrudnia, zaskakuje, zachęca do tego by wraz z bohaterką łamać sobie głowę nad łamigłówkami, poszukiwaniem odpowiedzi i poznaniem prawdy. Po średnim wstępie akcja nabiera prędkości i powoduje liczne komentarze Co? Ale jak to? Bo to, co wydawało się, że wiem było na pokaz lub fikcją.

Jeśli chodzi o bohaterów, to spotkałam się z opiniami, że zachowanie Rory bywało irytujące. Faktycznie, patrząc z punktu dwudziestokilkulatki miałam ochotę czasem nią potrząsnąć, ale to przecież nastolatka. Ma prawo do błędów, zmienności i niepewności. Dopiero kształtuje swoją osobowość, a przecież nic kompletnie głupiego nie zrobiła. Na swój sposób ją lubię. Nie opiszę szczegółowo innych postaci ponieważ mogłabym tym zbyt dużo zdradzić. Pewne jest jednak to iż Lauren Miller stworzyła je po mistrzowsku. Są inndywidualni a co najważniejsze nie do przejrzenia. Kilkakrotnie zostałam zaskoczona nagłym obrotem sprawy, bo bohater pokazał zupełne inne oblicze.

Jak pewnie już widać Aplikacja bardzo mi się podobała, pochłonęłam ją w mgnieniu oka i z zapartym tchem. Autorka zawładnęła moim czasem i umysłem. Sprawiła, że wraz z bohaterką poszukiwałam prawdy i przeżywałam wydarzenia nie mniej niż Rory. Lauren Miller miała pomysł i udało jej się go wykorzystać, napisała powieść wciągającą, zaskakującą i przedstawiającą przerażającą wizję przyszłości.

Jeśli tylko lubicie młodzieżówki i dystopie z mieszanką thrillera, to Aplikacja jest z pewnością dla was. Lauren Miller pokazała się z jak najlepszej strony, szybka akcja, tajemnice i intrygi – tego tutaj z pewnością nie zabraknie. Polecam z czystym sumieniem!

[1]Lauren Miller, Aplikacja

Dział: Książki
czwartek, 05 listopad 2015 12:43

Klejnot

„- Nadzieja to cudowna rzecz (...). - A jednak nie doceniamy jej, póki nie zniknie". [1]

To że mamy wolność wyboru i jak wszystkim należy nam się prawo do zabawy, szczęścia, miłości, do bycia wolnym jest dla nas czymś oczywistym. Zastanawialiście się jednak jak by to było gdyby zostało to nam odebrane, a my musielibyśmy pogodzić się ze świadomością, że nie widzi się w nas człowieka a jedynie rzecz, która ma doprowadzić do upragnionego celu?

Violet Lasting w wieku dwunastu lat trafia do Magazynu, gdzie do osiemnastego roku życia będzie uczona jak być idealną surogatką, by potem jakaś arystokratyczna rodzina z Klejnotu – najbogatszej części Starego Miasta – kupiła ją na Aukcji. Okazało się bowiem, że kobiety z najbogatszych rodzin nie mogą mieć własnego potomstwa a jeśli już któraś urodzi dziecko jest w znacznym stopniu niepełnosprawne. Z kolei te z najbiedniejszej części – Bagna – posiadają pewne moce umożliwiające im urodzenie zdrowego dziecka. Właśnie z tego powodu powstały Magazyny i Aukcje, dlatego tylu dziewczynkom, a później już kobietą odebrano wolność i możliwość wyboru. Co stanie się z Violet, która trafia do domu bezwzględnej Diuszesy Jeziora?

Klejnot zaciekawił mnie opisem, okładką, oraz faktem, że to debiut autorki, a ja debiuty bardzo lubię. Pomimo ciekawości nie oczekiwałam od książki czegoś wspaniałego, bałam się, że będzie to powtórzenie tego co już było, tylko w innych szatach. Jak było w rzeczywistości?

Okazało się, że miałam rację, Klejnot to po trochu zlepek Igrzysk śmierci, Niezgodnej i Rywalek, ale posiadający w sobie coś swojego, może niekoniecznie nowego, ale pozwalającego by odebrać ją pozytywnie bez uwierającego stwierdzenia, że to już przecież było. Amy Ewing stworzyła ciekawy obraz świata antyutopijnego, dbając o szczegóły i detale, zobrazowała obraz Starego Miasta, jego podział, to jak się żyło w różnych jego częściach. Opisała Klejnot a raczej arystokracje, ich działania i motywy kierowane pragnieniem władzy lub bycia najlepszym. Kłamstwa, intrygi, okrucieństwo i dwulicowość są na porządku dziennym.

Autorka poruszyła również poważny temat odbierania wolności człowiekowi, istocie myślącej oraz czującej i traktowanie jej tylko jako rzecz, coś co jest potrzebne do osiągnięcia celu a potem już zbędne. I chociaż po opisie może wydawać się, że powieść nie wyróżnia się pośród innych tego typu, to nie jest tak oczywiste. Ewing sprawia, że czyta się ją szybko i z prawdziwą przyjemnością. Fabuła ciekawi, tym bardziej, że pomimo wątku romansowego pojawiającego się gdzieś na końcu prym wiedzie temat surogatem, zabierania wolności i próba przetrwania w okrutnym i pozbawionym skrupułów Klejnocie.

Prawdziwy problem mam z bohaterami, z jednej strony widać ich indywidualizm, potrafią zaskoczyć i wywołać mętlik w głowie swoim zachowaniem, ale z drugiej wydawali mi się tacy papierowi. Brakowało mi w nich iskry, która by ich ożywiła. Chyba, że autorki zamysłem było by tylko jak najlepiej poznać Violet, spojrzeć na wszystko z jej punktu widzenia, przekonać się co ona czuje i jak widzi całą resztę. Lubię Violet, jest twarda, harda i faktycznie może coś zmienić, tylko pytanie czy nic jej nie złamie.

Debiut Amy Ewing ma wady, jak i zalety, ale nie można powiedzieć, że jest to powieść zła. Pomimo tego, że początkowo trudno było mi się wczuć w Klejnot (Violet w pierwszych stronach nie przekonywała mnie jako narratorka) i widać tutaj pewne schematy historia intryguje, a im bliżej końca byłam tym bardziej byłam ciekawa biegu wydarzeń. Ewing miała ciekawy pomysł na fabułę i jak na pierwszy raz spisała się bardzo dobrze, powieść jest do pewnego stopnia wciągająca, przedstawiony przez nią świat jest ciekawy i przerażający a zakończenie sprawia, że koniecznie trzeba sięgnąć po kontynuacje. Mam tylko nadzieję, że czymś zaskoczy w drugiej części.

Klejnot jest udanym początkiem serii, który spodoba się fanom antyutopii. Autorka pisze lekko, ciekawie kreuje wymyślony przez siebie świat i co najlepsze, nie skupia się na wątku romansowym, co jest miłą odmianą. Czas spędzony z tym tytułem uważam za udany i już wyczekuję polskiego wydania The White Rose.

[1]Any Ewing, Klejnot, s. 267

Dział: Książki
wtorek, 03 listopad 2015 13:50

Eperu

„Miłość jest jak herbaciane liście. Nawet gdy z czasem odparuje z nich woda i pokryją się kurzem, wrzucone do wrzątku z powrotem odzyskują barwę, zapach i smak. Zasuszone uczucie pod wpływem gorącego wspomnienia też nabiera kolorów". *

Mówi się, że miłość potrafi przenosić góry, że gdy kochamy nic nam nie jest straszne. Bo jeśli kochamy szczerze, do szaleństwa i bez ograniczeń wszystkie przeciwności, bariery są niczym w porównaniu do łączącej dwoje osób więzi, która pokona wszystko. Miłość jak z bajki, ale jednak realna.

Dziewiętnastoletnia Anna Wilk jest Polką, ale od kilku lat wraz z mamą, swoją przyjaciółką Eiką i jej mamą mieszka za granicą. Dziewczyny właśnie ukończyły szkołę i z tej okazji ich matki zaplanowały wyjazd do Francji. W tym czasie w Cannes ma się odbyć festiwal filmowy, na który Wika chce bardzo się udać by na własne oczy zobaczyć słynnego Leo Blacka, po wielu namowach udaje jej się namówić Annę by wybrała się wraz z nią. W momencie gdy pojawia się Leo i zaczyna rozdawać autografy dzieje się coś nieprawdopodobnego, z morza osób mężczyzna zauważa właśnie Annę i zaprasza ją w dość nietypowy sposób na spotkanie. Dlaczego właśnie ona, co nim kierowało i czy ich historia będzie miała ciąg dalszy?

Augusta Docher swoją debiutancką powieścią weszła na nasz rynek czytelniczy z dość dużym przytupem, zdobywając sympatię czytelników nie tylko poprzez książkę, ale i swój sposób bycia: sympatyczna, otwarta na wszelkie uwagi, dzielnie przyjmująca konstruktywną krytykę. Eperu zbiera różne, czasem nawet dość skrajne opinie, a jak będzie w moim przypadku?

Po opisie może się wydawać, że to romans jakich wiele, ale to tylko pozory. Docher stworzyła fabułę z wątkiem paranormalnym – bez obaw, nie ma tu wilków, wampirów, zmiennokształtnych lub elfów – który idealnie łączy się z tym romansowym. Podoba mi się zamysł autorki, to w jakim kierunku poszła pisząc o Wędrowcach, widać, że ma pomysł i go realizuje, przemyca w treści informacje o nich (czasami dość szczątkowe, co pewnie jest zamierzone przez Augustę i w kolejnym tomie ujawni więcej), mówi o pochodzeniu, ich umiejętnościach a raczej talentach, wyjaśnia na czym polega ich wyjątkowość. Pod tym względem się wyróżnia, bo nie poszła utartą drogą. Jeśli chodzi o temat romansu i on nie jest taki zwykły, autorka plącze i daje popalić bohaterom, gmatwa ich losy nie tylko przez wzgląd na pochodzenie Leo, ale i zwykłe codzienne problemy, przy czym pozwala im zobaczyć jak mocne może być prawdziwe uczucie.

Treść Eperu w moim odczuciu jest dopracowana i przemyślana. W przypadku tego tytułu nie ma mowy o nudzie czy też znużeniu, cały czas coś się dzieje, na ile to możliwe poznajemy coraz to nowsze fakty, a wszelkie niewiadome pobudzają tylko ciekawość. Podoba mi się styl pisania autorki, jej spojrzenie na różne sprawy, pomysłowość no i oczywiście, to jak opisuje rodzące się uczucie.

Plusem są też bohaterowie, a raczej ich charakterystyka. Docher nadała im szereg przeróżnych cech, indywidualność i osobowość, co sprawia, że w książce na próżno szukać dwóch identycznych postaci. Wyróżniają się na tle pozostałych a co ważniejsze swoim zachowaniem, kierowaniem się rozsądkiem oraz emocjami sprawiają, że są bardziej rzeczywiści, realni. Prym oczywiście wiedzie nieśmiała i urocza Anna oraz Leo ze swoją romantyczną duszą. Wiele ich różni, ale pomimo tego wspólnie się uzupełniają.

Obawiałam się gabarytów tej publikacji, ale gdy tylko zaczęłam czytać i wsiąkłam w poznawaną historię wszystko przestało mieć znaczenie. Losy Anny i Leo absorbują, sprawiły, że bezwiednie się z nimi zżyłam i z zapartym tchem śledziłam bieg wydarzeń. Kibicowałam im, wraz z nimi przeżywałam wzloty i upadki. Zafascynowana czytałam fragmenty o Wędrowcach, denerwując się przy tym dlaczego tak mało gdy ja chcę więcej i więcej. I zastanawiając się nad tematem reinkarnacji, jakby to było odradzać się i pamiętać poprzednie wcielenia. Augusta Docher na kilka godzin odcięła mnie od rzeczywistości, przeniosła do świata bohaterów i wywoływała przeróżne emocje, dostarczyła mi niesamowitych wrażeń i pozostawiła z wielkim znakiem zapytania co dalej?!, takie zakończenia powinny być zakazane, jak żyć pozostawionym w takim zawieszeniu? Skoro to jest debiut, to już nie mogę doczekać się kolejnych jej książek.

Oczywiście polecam, jeśli ktoś lubi połączenie fantastyki i romansu, do tego debiuty, to z pewnością nie zawiedzie się na Eperu. Augusta Docher dba o detale, o opisy i przekaz emocji. Ponadto finałem wywołuje szok i konsternacje, niepewność tego co będzie dalej. Czytajcie, zapewniam, że nie pożałujecie!

„Czasami życie musi człowieka przeczołgać, aby go wzmocnić, aby dać mu siły do dalszych zmagań z rzeczywistością, z tym wszystkim, co jeszcze go spotka". *

*Augusta Docher, Eperu

Dział: Książki
niedziela, 25 październik 2015 21:06

Crimson Peak. Wzgórze krwi

Tylko po dwóch filmach w życiu odczuwałam fizyczny ból zawodu. Pierwszym z nich był „Prometeusz", drugim okazało się „Crimson Peak". Po ciosie ze strony Ridleya Scotta czekałam kilka dni nim napisałam recenzję. Dałam sobie czas na żałobę, na przetworzenie wszystkich złych emocji. Pozwoliłam sobie cierpieć i opowiadać o swoim cierpieniu. Chciałam być mniej emocjonalna w swoim tekście, chciałam wszystko sobie poukładać i możliwie najobiektywniej opisać to, co zobaczyłam. Nie powtórzę tego błędu w przypadku „Crimson Peak". Egoistycznie zamierzam przelać ten ból na innych. Wlać w tę recenzje wszystkie moje oczekiwania i nachalne wtłaczanie do umysłu podczas seansu mantry: to nie jest takie złe, to nie jest takie złe, to nie jest takie złe, to nie jest...

Edith Cushing (Mia Wasikowska) jest początkującą młodą pisarką, wiodącą dostatnie życie. Gdy wkracza w nie Thomas Sharpe (Tom Hiddleston) wszystko staje na głowie. Jednak ojciec (Jim Beaver) nie jest przychylny temu związkowi – kawaler nie ma bowiem nic do zaoferowania. Dla skazanego na porażkę związku przychodzi ratunek w najtragiczniejszej z form. Kiedy ginie ojciec dziewczyny, para pobiera się i wyprowadza do włości Sharpe'a i jego siostry. Zrujnowany dom okazuje się skrywać wiele tajemnic, tak jak i jego właściciele. Wkrótce Edith odkrywa najmroczniejsze z jego sekretów.

To kostiumowy melodramat czy po prostu film kostiumowy? Kostiumowy dramat psychologiczny pełen omamów? A może jednak horror tak, jak zapowiadał to Guillermo del Toro? Gdyby zdecydować się na pierwszą z propozycji i ukierunkować fabułę zupełnie inaczej, pozbawiając ją horrorowego wątku i sekretów rodzeństwa, który stanowi dla widza jedynie tajemnicę Poliszynela, jakże oczywistą od pierwszych minut intrygę, może dałoby się rzecz uratować. Najlepszą bowiem sceną „Crimson Peak" jest romantyczny dramat z początków obrazu. W obecnej formie to po prostu kiepskie kino o niejasnej gatunkowości, w którym stracono wszystkie z szans i zmarnowano solidny potencjał – aktorski, scenograficzny, fabularny a nawet klimatyczny. Nielogiczna, zupełnie nieskomplikowana, a na domiar wszystkiego nudna historia, to jednak tylko kropla w morzu łez, jakie chciałoby się wylać nad tą produkcją.

Niełatwo powiedzieć, czemu przyznać pałeczkę pierwszeństwa, gdy chodzi o zadawanie ciosów i wydzieranie widzowi serca. Z pewnością trudno przełknąć niewykorzystaną przestrzeń kadrów, które mogłyby nawet odwrócić uwagę od niedoskonałości scenariusza, gdyby zamiast zepchnąć je na najdalszy z planów pozwolić im w filmie faktycznie zagrać. Zrujnowane zamczysko pośrodku niczego; pełne mrocznych, gotyckich zdobień i kolców; ukryta pod nim kopalnia, stanowiąca niemal odrębny, miękki i kleisty byt, sugerujący rozkład; przeciągi ożywiające ogień; trzeszcząca złowieszczo winda oraz pomieszczenia o nietypowej konstrukcji ścian, które przypominają ogromnych rozmiarów trumnę i, największy z niewykorzystanych atutów, śnieg barwiony miedzią na krwistoczerwony kolor. Tymczasem dobrych i klimatycznych efektów działań operatora można naliczyć raptem kilka. Nastrój, który powinien stworzyć się sam, bez szczególnej ingerencji ekipy filmowej, skonał na moich oczach.

Nie pomogła mu także, mająca zwykle władzę nad życiem niczym dosercowa adrenalina, muzyka, opierająca się właściwie na powtarzaniu jednego tylko, krótkiego utworu. Idealnie pasowałby on może do kina kostiumowego o średnim budżecie, kolejnej ekranizacji Jane Austen lub innego romansu. Tutaj, gdy te same nuty rozbrzmiały po raz kolejny, miałam wrażenie, że oglądam rodzaj skeczu; że ktoś sobie ze mnie żartuje; że właściwe „Crimson Peak" dopiero się rozpocznie.

Podobne uczucia budziła we mnie gra aktorska, zwłaszcza Toma Hiddlestona, który sprawiał wrażenie, jakby miał zaraz wybuchnąć śmiechem. Szczególnie tragiczna w sensie beznadziejności okazała się scena zbliżenia bohaterów, gdy ostatecznie poddałam się zażenowaniu i goryczy. Nie tylko ja. W kinowej sali dało się słyszeć na siłę tłumiony chichot. Nie popisała się także Mia Wasikowska, której rozwinięcie skrzydeł z pewnością utrudniła stylizacja, łudząco podobna do tej, jaką zaprezentowała w „Alicji z krainy czarów". Wszyscy jednak aktorzy z miejsca skazani byli na porażkę. Dialogi były bowiem tak sztywne, tak nienaturalne i tak przekombinowane, że ostateczny efekt należy uznać za sukces.

„Crimson Peak" to produkcja przewidywalna i rażąca kiczem w stylu „Zamczyska w Otranto". Być może w XIX wieku ktoś wziąłby ją na poważnie, jednak teraz da się o niej myśleć jedynie jako o niewypale. Ogrom zmarnowanego potencjału sprawia fizyczny ból i zostaje z widzem długo po seansie. Wielomiesięczne oczekiwanie i pozytywne nastawienie, brutalnie zduszone już w pierwszych minutach, to kolejna szpila prosto w serce. Niestety, najwyraźniej ostatni walc Guillermo del Toro z kampem, kiczem i pastiszem, musiał dać efekty uboczne. Oto i one, w całej swojej okazałości, czyli „Crimson Peak".

Dział: Filmy
poniedziałek, 28 wrzesień 2015 18:59

Serce ze szkła

Kiedy ojciec proponuje Juli, by przerwę świąteczną spędzili na odciętej od lądu wyspie Martha's Vineyard, dziewczyna nie jest zachwycona, tym bardziej, że jej rola polegałaby na dotrzymywaniu towarzystwa synowi pana domu, prywatnie szefa jej taty. Chłopak niedawno przeżył śmierć narzeczonej i przyda mu się jakaś przyjazna dusza u boku. Nie chcąc sprawić przykrości ojcu, Juli zgadza się i w ten sposób wkracza do świata, gdzie przeszłość nadal jest bardzo żywa, a miejscowa legenda żyje w świadomości mieszkańców wyspy.

Do napisania Serca ze szkła, będącego pierwszą częścią trylogii, zainspirowała autorkę słynna powieść Daphne de Maurier Rebeka. Ta licząca dziś blisko 80 lat powieść, utrzymana w mrocznym gotyckim stylu, nadal zachwyca twórców filmowych i teatralnych.
W bardzo podobnym klimacie jest utrzymana powieść Kathrin Lange. Piękna wyspa, o skalistym wybrzeżu, na którym dawno temu rozbił się statek. Samotny w swej żałobie David, który po tragicznej śmierci narzeczonej zamknął się w sobie i nie pozwala sobie pomóc, a nawet podsyca wrogość otoczenia wobec własnej osoby. Indiańska pokojówka, która wciąż mówi o starych przesądach. I nieświadoma zagrożenia dziewczyna z zewnątrz, z miejsca dająca się zauroczyć głównemu bohaterowi.

Przede wszystkim od razu przypadł mi do gustu klimat tej historii. Piękne stare domostwo z mnóstwem tajemnic, wyspa odcięta od świata w czasie śnieżycy, samotny w swym bólu David i pragnąca poznać sekrety tego miejsca Juli. Nad wszystkim zaś unosi się, trochę jakby kpiąco, duch zmarłej Charlie, która była po prostu naj, jednak przy bliższym poznaniu jej życia, okazuje się, że może jednak nie do końca i nie we wszystkim. Te wszystkie sekrety i niedomówienia są elektryzujące.
Sceptyczna i trzeźwo patrząca na świat Juli, zostanie poddana ciężkiej próbie, gdy okaże się, że w starciu z otoczeniem, zaczyna tracić zmysły. Słyszy szepty, ma coraz większy mętlik w głowie i luki w pamięci. Czy to żądny zemsty duch zmarłej dziewczyny? Czy może stara klątwa Madelaine? A może jeszcze coś innego?
Rozwiązanie tej zagadki okaże się dość trudne i właściwie do samego końca trudno stwierdzić, ile w tym działań nadnaturalnych, a ile ludzkich.

O ile klimat powieści jest wręcz wzorcowy, jak dla tego gatunku, o tyle sam wątek romansowy wzbudził pewne moje wątpliwości. Jakoś nie byłam do końca przekonana o sile uczucia Juli do Davida. Chodzi mi o to, że początkowo bohaterka jest zirytowana grubiaństwem chłopaka i złości ją to, a niedługo potem przyznaje, że się w nim zakochała. Poczułam się trochę, jakby mi coś umknęło, bo o rozwoju uczuć bohaterki mamy tu naprawdę mało.
Mimo tego drobnego mankamentu, książkę czytało mi się świetnie i w sumie cieszę się, że to jeszcze nie koniec. Nie wyjaśniono wszystkich tajemnic bohaterów, nie zażegnano niebezpieczeństwa na amen. Chętnie wraz z bohaterami wrócę na Martha's Vineyard i odkryję kolejne sekrety mieszkańców.

Serce ze szkła to dobra lektura na jesienną pluchę. Przyjemna mieszanka tajemnicy, grozy i romansu rozgrzeje i pozwoli się rozmarzyć. Polecam!

Dział: Książki
poniedziałek, 21 wrzesień 2015 11:41

Premiera "Plagi samobójców" coraz bliżej

Nasze życie składa sięc ze wspomnień: dobrych złych i nawet tych pośrednich. Wspomnień, które nas kształtują i są częścią naszej przeszłości. Co jednak gdyby zabierano nam je, bo są uważane za "zarażone" i zagrażające naszemu życiu. W świecie gdzie dochodzi do coraz liczniejszych samobójstw wśród nastolatków mieszka Sloane, która sama walczy z ogarniającą ją depresją uważa, że powstały Program mający na celu ratować nie do końca się sprawdza... Jaki będzie finał tejże historii?

Dział: Patronaty