sierpień 19, 2026

Rezultaty wyszukiwania dla: kryminał obyczajowy

czwartek, 01 październik 2020 23:27

Co, jeśli...

Myślę, że każdy miał w swoim życiu chwile, gdy zastanawiał się „co by było, gdyby...”. Takie gdybanie jest naturalną rzeczą, zresztą – przemyślenie kilku scenariuszy pozwala podjąć najlepszą decyzję lub całkowicie zmienić swoje dotychczasowe życie. „Co, jeśli...” autorstwa Kate Hope Day poniekąd podejmuje ten temat, ukazując zwyczajne życie ludzi, w na pozór zwyczajnym miasteczku, którzy… stają naprzeciw katastrofy.

Pierwszą rzeczą, która rzuciła mi się w oczy w trakcie lektury „Co, jeśli...” jest mnogość bohaterów, którzy przewijają się w swoich historiach wzajemnie. Z początku nieco ciężko było mi odnaleźć się w ich problemach i pasjach, niemniej z każdą stroną coraz bardziej zapadałam się w historii. Książka przepełniona jest wątkami obyczajowymi oraz ludzkimi problemami, które czyta się całkiem przyjemnie, a z niektórymi rozterkami niejeden osoba z powodzeniem się utożsami. Ot, jeden z bohaterów nie jest gotowy na dorastanie syna, inna bohaterka myślami krąży obok piegów swojej koleżanki z pracy (a ma męża i syna), jeszcze inna przeżywa żałobę w swoisty sposób… Od tej strony „Co, jeśli...” jest lekturą naprawdę interesującą i wciągającą, ale – przyznam Wam szczerze – spodziewałam się absolutnie czegoś innego. Wszak lektura w empiku i na LubimyCzytać wisi w kategoriach „kryminał, sensacja, thriller”. Krótko mówiąc, spodziewałam się więc czegoś bardziej tajemniczego i nadprzyrodzonego, bo choć wątki lekko paranormalne się tu przeplatają tak… napięcia jest niewiele. A szkoda.

Szczególną uwagę należy zwrócić w „Co, jeśli...” również na wątki filozoficzne i naukowe, bo i one płynnie tutaj przepływają pomiędzy rozdziałami. Jedna z bohaterek, młoda matka z drygiem do filozofii, zatraca się tutaj w swoim macierzyństwie i zdaje się gubić siebie, swoją pasję, zapominać o planach. Sam motyw „kontrfaktyczności”, który poniekąd rozwija, jest dla mnie tematem fascynującym, o którym chętnie przeczytałabym jeszcze więcej. Nie zdradzę Wam jednak na ten temat za wiele, aby nie psuć Wam przyjemności z odkrywania tej frazy. Dodam jedynie, że w książce ukazana jest również znaczenie zachowanie zwierząt w przewidywaniu zjawisk naturalnych, katastrof. Cieszę się, że w książce, poza odrobiną nadnaturalności, pojawiły się i rzeczy warte przemyślenia, czy też znane już od dłuższego czasu, potwierdzone nauką. Powieść naprawdę wiele na tym zyskuje, bo dzięki interesuje czytelnika na wielu płaszczyznach – nie tylko ludzkich perypetii i myśli.

„Co, jeśli...” to książka zdecydowanie warta uwagi, choć obawiam się, że nie każdemu przypadnie do gustu. Jest według mnie źle skategoryzowana, przez co miłośników thrillerów i kryminałów może zawieść i – co gorsza – nie trafić do grona osób, które faktycznie by się w niej zakochały. Dla mnie to było świetne czytadło, nieoczywiste i otwierające umysł, trochę zachęcające do „gdybania”. Jeśli szukacie nadzwyczajnej książki o – pozornej – zwyczajności i alternatywności, jest to lektura wprost stworzona dla Was. Polecam serdecznie!

Dział: Książki
środa, 30 wrzesień 2020 14:15

Podstęp

Na hasło „skandynawski kryminał” reaguję zawsze tak samo – w głowie majaczą mi charakterystyczne dla tego gatunku obrazy. Spowite mgłą niewielkie miejscowości, wyróżniające się surowym północnym klimatem i wyjątkowymi krajobrazami. Lokalna społeczność – zamknięta, hermetyczna, skrywająca liczne sekrety, których źródłem często są wydarzenia sięgające kilkudziesięciu lat wstecz. Mroczna, gęsta atmosfera narastająca wokół bohaterów i całego śledztwa. Kto lubuje się w nordic noir, z pewnością wie, co mam na myśli. Ponieważ są to elementy, które w książkach szczególnie cenię, nie mogłam przejść obojętnie wobec „Podstępu” Marii Adolfsson. Jednak czy autorce udało się stworzyć historię, która w pełni oddaje specyfikę tego gatunku?

Północny klimat

Nie da się odpowiedzieć na to pytanie jednym zdaniem. Pod wieloma względami książka wpisuje się w skandynawski nurt powieści kryminalnych. Czytelnik z pewnością doceni chłodny, ostry klimat, który roztacza się nad nim już od pierwszych stron. Za miejsce akcji służy fikcyjny archipelag Doggerland leżący na Morzu Północnym między Wielką Brytanią a Skandynawią. Nordycka pisarka wykazała się dużą precyzją w jego wykreowaniu. Świadczą o tym przede wszystkim liczne opisy poszczególnych miejscowości, łączących je szlaków komunikacyjnych, otaczającej przyrody, a także mieszkańców i ich codziennego życia. Odbiorcy nietrudno sobie wyobrazić tak szczegółowo nakreśloną scenerię, która faktycznie trąca egzotyką krajów Północy.

Tło społeczno-obyczajowe

Ze wszystkich opisów i wątków, które są mniej lub bardziej związane z samym śledztwem, wyłania się obraz społeczeństwa dalekiego od ideału, skrywającego problemy pod płaszczem pozorów i niedopowiedzeń. Bohaterowie są niejako odbiciem tych problemów – realnych, ale bardzo często deprecjonowanych przez władze. Adolfsson bardzo dużo uwagi poświęca tu, chociażby kwestii nierównego traktowania kobiet oraz układom w szeregach policji. Natomiast zwykli mieszkańcy Doggerlandów jawią się jako zamknięta, zazdrośnie strzegąca swoich sekretów wspólnota, nieufna w stosunku do innych osób, zwłaszcza tych o odmiennym pochodzeniu etnicznym czy przekonaniach kulturowych.

Doggerlandzkie śledztwo

Główny trzon fabuły stanowi dochodzenie związanego z morderstwem Susane Smeed, byłej żony naczelnika wydziału kryminalnego. Z oczywistych względów Jounas Smeed nie może uczestniczyć w śledztwie, dlatego sprawę przejmuje 49-letnia Karen Eiken Hornby. Ze względu na skomplikowane relacje z szefem i brak wyraźnego poparcia wśród pozostałych członków zespołu ma przed sobą niełatwe zadanie. A im więcej czasu mija od momentu popełnienia zbrodni, tym większy dyskomfort odczuwa policjantka. Zwłaszcza że na horyzoncie nie pojawia się zbyt wiele punktów zaczepienia.

Śledztwo toczy się bardzo powoli, a nawet skłaniałabym się ku stwierdzeniu „ślimaczy się”. Czytelnik obserwuje poszczególne działania podejmowane przez policjantów, a w międzyczasie bliżej poznaje życie prywatne bohaterów, ich zwyczaje, troski i radości. Wątek kryminalny schodzi niejako na dalszy plan. Ciężko tutaj mówić o dynamicznej akcji, przynajmniej na pierwszych 250 stronach. I nie byłoby w tym nawet nic złego – w końcu wielowarstwowa fabuła z wyraźnie zarysowanym tłem społecznym to znak rozpoznawczy nordic noir – gdyby nie fakt, że owa płaszczyzna jest tu zdecydowanie za mocno rozbudowana i nie do końca umiejętnie. Przez wszystkie opisy – domów, ulic, otaczającej natury – po prostu ciężko przebrnąć. W wyniku tego całe napięcie ulatuje z czytelnika niczym powietrze z przekłutego balonu.

Dopracowani bohaterowie

Na wysokim poziomie stoi kreacja bohaterów, zarówno pierwszo-, jak i drugoplanowych. Postacie są żywe, realne, idealnie wkomponowane w panujący w powieści klimat, zróżnicowane pod względem charakteru czy podejścia do życia. Czytelnik poznaje cały wachlarz najróżniejszych osobowości, z ciekawością zagłębiając się w ich prywatne sprawy i usianą różnymi problemami codzienność.

Nietuzinkowo została przedstawiona postać Karen, która musi zmagać się nie tylko z obecnym śledztwem i nieprzychylnością współpracowników, ale również z pewną tajemnicą z przeszłości, która wywiera ogromny wpływ na jej życie. Chociaż policjantka ma za sobą bolesne przeżycia, pozostaje silną, niezależną kobietą, która wie, czego chce, i uparcie dąży do celu. Autorka może nie przeciera tu żadnych nowych szlaków, ale do tego szablonowego rozwiązania wnosi nieco oryginalności, świeżości.

Początek końca

Kiedy już czytelnik „wgryzie się” w całą historię, zacznie wysnuwać własne wnioski i kierować podejrzenia na tego czy innego bohatera, wówczas Maria Adolfsson szybko sprowadza go na ziemię. Na ostatnich kilkudziesięciu stronach dzieje się coś, czego nikt nie mógł podejrzewać. Finał jest niezwykle emocjonujący i uzmysławia odbiorcy, jak łatwo dał się zmanipulować autorce, opierając swoje domysły na fałszywych przesłankach. Nie spodziewałam się, że wydarzenia potoczą się w takim kierunku, ale to dobrze – efekt zaskoczenia został osiągnięty. Tytuł – „Podstęp” – idealnie tu pasuje.

Czyli że co?

Chociaż książka nie jest pozbawiona wad, warto spojrzeć na autorkę nieco łaskawszym okiem. „Podstęp” jest bowiem jej literackim debiutem. Trzeba przyznać, że jak na początek pisarskiej przygody Maria Adolfsson poradziła sobie całkiem dobrze. Skomplikowana fabuła, starannie uknuta intryga, wprawna kreacja bohaterów i emocjonujące zakończenie to plusy tej powieści kryminalnej. Gdyby nie przegadany wątek społeczno-obyczajowy, w którym aż roi się od długich opisów, można by powiedzieć, że to naprawdę świetny debiut. Mimo wszystko myślę, że warto dać szansę autorce. W przygotowaniu jest już kolejny tom serii, a ja mam cichą nadzieję, że okaże się lepszy niż część pierwsza.

Dział: Książki
poniedziałek, 29 czerwiec 2020 01:44

Wywiad z Alkiem Rogozińskim

Alek Rogoziński - pisarz, twórca komedii kryminalnych i powieści obyczajowych, dziennikarz. Karierę zawodową zaczynał w połowie lat 90. w Rozgłośni Harcerskiej, potem pracował m.in. w Radiu Plus i warszawskim Radiu Kolor.Jego literackim debiutem była wydana w marcu 2015 roku komedia kryminalna Ukochany z piekła rodem, która dotarła do pierwszego miejsca na liście bestsellerów kryminalnych EMPIK.com. Dwie jego powieści, Jak Cię zabić, kochanie? i Do trzech razy śmierć, zostały nominowane w prestiżowym plebiscycie "Książka roku" portalu Lubimy Czytać. Za książkę Lustereczko, powiedz przecie nagrodzony w 2017 roku pierwszą nagrodą w plebiscycie "Zbrodnia z przymrużeniem oka". Ponownie zdobył tę nagrodę w 2018 roku za Zbrodnię w wielkim mieście i w 2019 roku za Raz, dwa, trzy... giniesz ty!. Ta ostatnia powieść doczekała się znakomicie przyjętej inscenizacji na deskach stołecznego Teatru Druga Strefa. Książki sygnowane jego nazwiskiem rozeszły się już w nakładzie ponad ćwierć miliona egzemplarzy. Prywatnie Alek jest warszawiakiem, pasjonatem historii Starożytnego Rzymu, fanem Madonny i Jima Morrisona, a jego hobby są podróże po świecie.

Dział: Wywiady
piątek, 19 czerwiec 2020 14:46

Zgadnij kim jestem

Odgłos kroków brzmiał obco. Pamiętała tylko tę myśl, że jest za późno…

„Zgadnij kim jestem” to moje pierwsze spotkanie z twórczością pani Kamili Cudnik. Nie miałam przyjemności poznać wydanych w 2019 roku, również przez wydawnictwo Zysk i S-ka, „Historii miłosnych”. Z poniższej opinii dowiecie się, czy będę miała ochotę tę zaległość nadrobić. 

Zarys fabuły

Po raz pierwszy Iza i Robert spotykają się, gdy kobieta stoi za barierką mostu i, jak sądzi policjant, szykuje się do samobójczego skoku. Mężczyzna jest zaintrygowany nieznajomą i coraz częściej zaczynają się spotykać. Ktoś jednak najwyraźniej czyha na życie Izy i nie zamierza dać jej spokoju. Czy przy pomocy nowo poznanego policjanta uda jej się ujść z całej tej sytuacji z życiem?

Moja opinia i przemyślenia

Książkę czyta się lekko i szybko, ale w fabule niewiele elementów zaskakuje. Wątek kryminalny jest ciekawy i dobrze skonstruowany, jednak brak mu oryginalności. Warsztatowi literackiemu pani  Kamili Cudnik nie można niczego zarzucić. Sądzę jednak, że lepiej odnalazłaby się w powieściach obyczajowych niż kryminałach. Nigdy jednak nic nie wiadomo. To pierwszy kryminał, jaki ukazał się spod jej pióra, a jak powszechnie wiadomo, ćwiczenie czyni mistrza. Być może swoją następną książką zupełnie mnie zaskoczy. 

Historia jest niezwykle ponura. Z bohaterami, szczególnie z Izą, ciężko się polubić. Mimo przytrafiających się jej złych rzeczy nie potrafiłam jej współczuć. Za to trzeba przyznać, że jeżeli taki właśnie był zamysł Autorki, to postać została doskonale wykreowana. Również mroczny klimat, gęsta atmosfera i sieć niedomówień stworzone zostały w powieści pierwszorzędnie. 

Odpowiadając na pytanie ze wstępu, z miłą chęcią sięgnę po „Historie miłosne”, pierwszą książkę spod pióra Autorki, by przekonać się, czy faktycznie podczas tworzenia powieści obyczajowej, pani Kamila Cudnik, czuje się jak ryba w wodzie. 

Podsumowanie

„Zgadnij kim jestem” to książka, którą z przyjemnością polecę wielbicielom mrocznych, ponurych historii. Tym czytelnikom, którzy lubią, gdy bohaterowie są gnębieni, a w ich życiu pojawiają się zaledwie niewielkie promyczki słońca. Polubią ją także osoby czytające książki obyczajowe. Odradzam ją natomiast czytelnikom, którzy pochłaniają kryminały jeden za drugim. Myślę, że tu raczej nie znajdą tego, czego w powieściach szukają. 

Dział: Książki
poniedziałek, 20 kwiecień 2020 09:45

Zostawić ślad

Paulina Gudejko z zawodu jest dziennikarką, acz aktualnie bezrobotną; otrzymanie wypowiedzenia zmobilizowało ją do poważnego podejścia do stworzenia własnej powieści, na co zbierała się już od dłuższego czasu. Nie zastanawiając się długo rezerwuje domek w małej miejscowości o nazwie Mory, zabiera swojego psa, pakuje trochę rzeczy i rusza w podróż. Na miejscu odbiera klucze i spokojnie przenosi swoje rzeczy do niewielkiego domku. Nie dane jest jej jednak skupić się na przyszłym dziele- już następnego ranka puka do niej policja pytając, czy nie widziała niczego podejrzanego. Okazuje się, że w lesie, przy nazwanym przez miejscowych Jeziorze Filipka (przez wzgląd na utonięcie chłopca, do którego doszło kilka lat wcześniej), odnaleziono ludzkie zwłoki. Ktoś zamordował jednego z mieszkańców, odcinając mu prawą dłoń. Dla małej społeczności Mor morderstwo jest niecodziennym, szokującym zdarzeniem; każdy zna każdego, nikt na pierwszy rzut oka nie miał powodu, aby pozbawiać życia właściciela miejscowej piekarni. Sprawcą musi być więc ktoś przyjezdny, ale... czy na pewno? Paulina czuje "dziennikarskie przyciąganie", wie, że opisanie tak specyficznej sprawy prosto z miejsca zdarzenia mogłoby pomóc jej w znalezieniu pracy w swoim fachu. Dlatego tak bardzo cieszy się, gdy może dołączyć do jednoosobowego (do tej pory) zespołu lokalnej gazety. Gudejko czuje, że to sprawa dla niej. Nie wie, że ktoś skrupulatnie odnotowuje każdy jej krok.

Nie ma to jak mała miejscowość, w której dochodzi do morderstwa: społeczność jest w szoku, solidarnie bronią siebie nawzajem (no chyba, że mieszka tam jeszcze jakiś dziwak, którego zazwyczaj obarcza się winą za całe zło tego świata), a strzałę podejrzliwości kierują przeciwko obcym, przyjezdnym. Pochodzę ze wsi i pewnie gdyby w mojej miejscowości doszło do morderstwa, a policja nie miałaby żadnych śladów, to zapewne również mieszkańcy zrzucaliby winę na przyjezdnych. Wiecie, działa wspomniana już zasada, że każdy zna każdego i gotów jest poręczyć własnym życiem za czyjąś niewinność. No chyba, że akurat trafi na osobę, z którą się jest w odwiecznym konflikcie- wtedy może być różnie. Dziennikarka Paulina Gudejko i tak miała szczęście, że nie znalazła się na celowniku mieszkańców Mor- w końcu do morderstwa doszło krótko po jej przyjeździe. I kobieta od razu wie, że powieść będzie musiała jeszcze zaczekać, bo oto niespodziewanie otworzyła się przed nią szansa na powrót do pracy zawodowej; wystarczy tylko skontaktować się z właścicielką miejscowej gazety i podsunąć własną kandydaturę. 

Przyznam szczerze, że choć książka ma niecałe trzysta stron, to czytałam ją o wiele dłużej niż inne pozycje o tej objętości. Dlaczego? Otóż historia jakoś mnie nie wciągnęła, czegoś było mi ciągle brak- może tego magicznego dreszczyku emocji, zgrozy? A już na pewno jakiejś solidnej intrygi, która wprawiłaby mnie w stan ekscytacji. Tutaj wszystko idzie zgodnie z planem, jest bardzo wyważone, jakby pisane w zgodzie z konspektem, bez nadmiernych szaleństw. Nawet atak na Gudejko nie był jakiś szalenie zatrważający czy trzymający w napięciu. No dobrze, zasadniczo Zostawić ślad posiada wszystkie elementy thrillera, aczkolwiek brak w tym jakiejś emocjonalności, umiejętności budowania napięcia. Jak już wspomniałam, ta historia po prostu się toczy, a my razem z nią. I nawet zakończenie (choć muszę przyznać, że nie stawiałabym na tę akurat osobę) nie jest szokujące, a motywu - po dostarczeniu nam przez autorkę kilku fragmentów- możemy domyślić się sami. Sprawca nie jest jakimś wytrawnym spiskowcem, choć wodzi za nos miejscowych stróżów prawa. Pióro pani Wilmowskiej jest przyjemne, nie rażą po oczach żadne błędy składniowe (co niestety zdarza się coraz częściej w innych książkach), choć rzekłabym, że bliżej mu do powieści obyczajowych, niż thrillerów. Ale przecież każdy może spróbować swoich sił w danym gatunku, prawda?

Reasumując, Zostawić ślad jest owszem, thrillerem, ale bardzo lekkim. Osoby o słabszych nerwach mogą bez strachu sięgnąć po tę pozycję, bo nawet brutalnie okaleczone zwłoki jakoś nie odstręczają tak, jak dotychczas. Jeżeli ktoś "siedzi" w owym gatunku, to raczej poczuje niedosyt- radziłabym skierować uwagę gdzieś indziej. 

 

Dział: Książki
czwartek, 09 styczeń 2020 13:40

Cicha noc. Świąteczne opowiadania kryminalne

Świąteczny klimat sprzyja nie tylko rodzinnym spotkaniom przy suto zastawionym stole, ubieraniu choinki czy śpiewaniu kolęd, ale i tajemnicom, zagadkom i niejasnym zdarzeniom. Przestępcy właśnie czekają na naszą nieuwagę, by wykraść rodowe klejnoty, zdefraudować pieniądze ze zbiórki czy nawet poderżnąć gardło. „Cicha noc. Świąteczne opowiadania kryminalne” to antologia opowiadań kryminalnych spod piór największych klasyków złotego wieku kryminałów!

Boże Narodzenie jest motywem przewodnim piętnastu opowiadań, które znalazły się w tym zbiorze. Nie wszyscy są znani, ale spośród nich można by z pewnością wymienić sir Arthura Conana Doyle’a, ojca Sherlocka Holmesa czy J. Jeffersona Farjeona i Ethel Liny White, którymi inspirował się np. Alfered Hitchcock podczas kręcenia swoich filmów. Sylwetki autorów doskonale przybliża krótka notatka biograficzna poprzedzająca każde z opowiadań, z dodatkowym wyjaśnieniem przytoczonego opowiadania. Dzięki temu czytelnik poznaje zawiłości literatury złotego wieku powieści kryminalnych i może prześledzić charakterystyczne dla okresu tematy, styl pisania oraz sposób budowania napięcia.

Choć są tu opowiadania autorstwa najlepszych pisarzy gatunku to, po pierwsze, nie zawsze są one ich najbardziej znanymi z dorobku. Często, jak choćby „Salonowe sztuczki”, to wyszperane perełki, o których najlepsi biografowie nawet nie wiedzieli. Po drugie ich poziom także jest różny. Jedne wciągają i nie można się od nich oderwać, inne zaskakują, jeszcze inne są dość pospolite i nie porywają. Trudno się nie uśmiechnąć po lekturze „Farszu”, gdzie złodziej przypadkowo i dla siebie nieszczęśliwie zostaje Janosikiem, gdyż łup trafia nie w jego ręce, a do pewnej młodej, biednej pary. Trudno nie drżeć ze strachu jak bohaterka „Figur woskowych”, kiedy w nocnej ciemności widzimy jej oczyma cienie i nie wiemy, czy to jej umysł płata jej figle, czy jednak to prawda, że w muzeum coś niepokojącego zabija ludzi. Wreszcie są opowiadania, które pokazują kunszt dedukcji (jak „Niebieski karbunkuł”), umiejętności logicznego myślenia (jak w „Szczęśliwym rozwiązaniu”) czy spostrzegawczości (jak w „Perłowym naszyjniku” i „Imieniu na szybie”). Do tego potrafią zaskoczyć zakończeniem, wciskając wręcz czytelnika w fotel, jak było w przypadku opowiadania „Chińskie jabłko”.

Dla mnie historie te mają jeszcze jeden ciekawy aspekt. Dowiadujemy się bowiem sporo o niekoniecznie znanych w Polsce tradycjach bożonarodzeniowych. O tym jakie potrawy były kiedyś tradycyjnie serwowane na wigilijną kolację czy obiad, co to jest Boxing Day, jak spędzała czas świąteczny arystokracja, jak strojono pomieszczenia, jakie prezenty były ekstrawaganckie, jakie przesądy związane były z Bożym Narodzeniem czy wreszcie co poza biesiadowaniem zajmowało ludzi w czasie spotkań bożonarodzeniowych. Poznajemy zabawy, gry, piosenki. To całkiem ciekawe zderzenie kulturowe.

Zdecydowanie zachęcam do sięgnięcia po ten zbiór opowiadań kryminalnych, choćby po to, aby przekonać się, w jakim stylu przed laty konstruowano kryminalne zagadki. Warto razem z autorami szukać rozwiązań morderstw, kradzieży i innych niewyjaśnionych sytuacji. Lektura z pewnością nie tylko wzbogaci wiedzę o kryminale retro, ale i pozwoli miło spędzić bożonarodzeniowy czas, który nie musi być zarezerwowany tylko dla powieści obyczajowych z pięknymi okładkami i pozytywnym zakończeniem.

Dział: Książki
poniedziałek, 16 wrzesień 2019 21:30

Grass Kings. T. 3

Niekiedy wydarzenia z przeszłości stają się zapalnikiem dla zdarzeń mających dopiero nadejść. Gdy zło zaczyna krążyć w krwiobiegu małej społeczności, sprawia, że nakręca się spirala pochłaniająca wszystko na swej drodze. By ocalić siebie i swoje miejsce na ziemi trzeba podjąć radykalne środki, tylko czy zraniona duma pozwoli ci prosić o pomoc? Tom trzeci Grass kings zwiastuje finał, czy równie wyrazisty i klimatyczny, co cała seria?

Chaos, mrok, agresja. Każde z tych słów jest w stanie opisać to, co dzieje się zarówno w Królestwie Traw, jak i przylegających miasteczkach. Tyle lat minęło od pierwszego znalezionego ciała, śledztwo wciąż tkwi w martwym punkcie, choć ciał przybywa, a świadomość, że gdzieś wśród mieszkańców ukrywa się seryjny morderca, zaczyna ciążyć niczym najcięższy kamień u szyi. Walka trwa na dwóch frontach. Pójście na wojnę z federalnymi i wewnętrzne konflikty zbliżają nas do finału, ale jest to droga wybrukowana agresją i złem. Bracia muszą znaleźć wspólny język, by wygrać ostateczną bitwę o swój azyl i spokój ducha.

Czy im się to uda? Kto zginie, a kto dotrwa do rozwikłania zagadki? Czy chcemy wiedzieć, kim jest morderca?

Grass kings urzekło mnie kreską i fabułą, które połączone w zaskakującą całość dawały mi czytelniczą przyjemność już dwukrotnie. Trzeci tom serii niesie za sobą smutek i żal końca, ale i rozwiązanie zagadki, która spędzała sen z powiek zarówno mi, jak i mieszkańcom Królestwa traw. Czy finał dał mi to, czego oczekiwałam?

Trzeci tom Grass kings to chyba najlepsza część całej trzytomowej serii, która choć krótka, to bardzo intensywna. Dzieło Matta Kindt'a i Taylora Jenkinsa to kwintesencja tego, jak wiele można przekazać powieścią graficzną. Czytelnik od pierwszych chwil wyczuwa klimat niewielkiej społeczności i małomiasteczkowość, jaką odznacz. Bez problemu możemy zżyć się z bohaterami, poczuć ich rozterki i zrozumieć postępowanie. Z ciekawością przesuwamy wzrokiem po pojedynczych obrazkach, które spójnie tworzą nietuzinkową całość.

Kreska nakreślająca trzeci tom niewiele różni się od poprzednich odsłon, poza tym, że przez wzgląd na kierunek, w jakim kroczy nieubłaganie fabuła, jest ona nieco mroczniejsza, grubsza i bardziej podkreśla przemiany zachodzące w miasteczku i jego mieszkańcach.

Mroczność widoczna w kresce, która nabrała nowego wymiaru, widoczna jest również w kreacji bohaterów. Przez to, z czym przyjdzie się im zmierzyć, poddają się oni zmianom, które nie pozostaną obojętne dla czytelnika. Matt Kindt zadbałby smutek, jaki można odczuwać z powodu finału serii, został zagłuszony świetnym finałem, który nie tylko zaskakuje, ale i trzyma w napięciu do samego końca.

Niepewność miesza się z ciekawością, realizm z małomiasteczkowością. Kreacja bohaterów przyciąga na myśl pełną dramatyzmu i mrocznej aury serialową otoczkę, która jest na najwyższym poziomie i z radością przyjęłabym jej zekranizowanie. Jeśli, choć przez chwile w poprzednich tomach coś mi nie grało, to trzeci tom nie pozwala na żadne, ale. To czysta przyjemność dla każdego czytelnika, który doceni wartość graficzną i fabularną. Grass kings to finalny produkt, który spowalnia czas i daje ogromną satysfakcję z dreszczykiem w tle.

Dział: Komiksy
poniedziałek, 20 maj 2019 18:51

Grass Kings 2

Małe miasteczko to przede wszystkim ludzie, którzy je tworzą. Ich życie to często historia miejsca, w którym tworzą swoją małą, zgraną społeczność. Takie skupisko często przesiąka sobą nawzajem, wiedząc o sobie wszystko. Tylko czy na pewno tak jest? Jesteś w stanie poznać każdego wraz z jego tajemnicami? Chcesz wiedzieć, co skrywają inni?

Powrót do Królestwa Traw i jego mieszkańców to przede wszystkim tajemnice z przeszłości i wciąż nasuwające się nowe pytania. Niedawna walka pozostawiła w ludności królestwa niepewność, jednak starają się ją przekuć w codzienność. Maria, przez którą doszło do walk dalej mieszka u Roberta, najstarszego z braci, który wciąż uznawany jest za przywódcę ich społeczności. Bruce stara się dowiedzieć, ile prawdy jest w słowach ich największego wroga o mordercy kryjącym się wśród ich sąsiadów. Gdy wraz z bratem rozpoczyna śledztwo, nie zdaje sobie sprawy, jak łatwo może doprowadzić do zniszczenia tego, co tak skrzętnie budowali. Powroty do przeszłości odkryją tajemnice, brudy i ściągną niebezpieczeństwo nie tylko na Bruce'a i Roberta. Czy widmo skrywającego się seryjnego mordercy będzie tym, co zniszczy Królestwo Traw?

Nawet nie wiecie, jak bardzo tęskniłam za światem komiksów, a szczególnie przedstawionym przez duet Kindt- Jenkins. Wystarczyła chwila, przewrócenie jednej strony, by na nowo zanurzyć się w świecie wyrazistej, nieco mrocznej kreski i małomiasteczkowej opowieści pełnej tajemnic. Drugi tom dał radę?

Nie miałam żadnych wątpliwości, że dalsze losy mieszkańców Królestwa Traw wywrą na mnie mocne wrażenie. Grass Kings to historia z tych wielkich, które czyta się jednym tchem i natychmiast oczekuje kontynuacji. Bez problemu na powrót wkręciłam się w wydarzenia, jakie obecnie mają miejsce w nadmorskim miasteczku. Początkowo tempo jest spokojne, niczym Królestwo, które odradza się po ostatnich wydarzeniach. Nie radzę jednak odkładać książki w kąt, bo skrywa ona mnóstwo akcji, która wywoła sporo emocji w każdym czytelniku.

Drugi tom Grass Kings to przede wszystkim bohaterowie, którzy ewoluują na naszych oczach. Podejmują ryzyko, by odkryć czające się tajemnice i odgonić mrok, który zagraża ich miejscu na ziemi. Muszą zdecydować, co jest dla nich najcenniejsze i czy są w stanie poświęcić wiele, w zamian za niepewny sukces.

Niesłabnące zainteresowanie. To właśnie ono jest tym, co dostaniecie, sięgając po ten tytuł, który z każdą odsłoną pokazuje inne oblicze mieszkańców, trzyma w napięciu i zapiera dech jakością wykonania. Płynnie spisana historia połączona z niezwykle sugestywnymi obrazami, których kreska zachwyca i bez problemu zabiera nas w podróż. To niesamowita, klimatyczna i trzymająca w napięciu historia, którą pokochają miłośnicy opowieści z charakterem. Z niecierpliwością czekam na kolejne tajemnice, porywające zwroty akcji i tak uwielbianą przeze mnie formę graficzną, której nie da się oprzeć.

Dział: Komiksy
niedziela, 24 marzec 2019 17:36

Pamiętaj o śmierci

- Bo podobno powstał na zamówienie jakiejś tajnej sekty czy grupy, może nawet loży masońskiej – odparła Marta z błyskiem w oku – której członkiem był także nieznany nam dziś z nazwiska twórca obrazu. Był nim ponoć sławny ówcześnie malarz, tylko nie wiemy o kogo chodzi. Dzieło miało zawierać wskazówki prowadzące do ukrytego skarbca „ostatniego templariusza” ze Skarszew, dożywającego swoich dni na naszych terenach, słynnych z tego, że schronienie mogli tutaj znaleźć wszelkiej maści heretycy, wygnańcy i inni prześladowani buntownicy religijni.

Siadając do pisania tej recenzji nie do końca wiedziałam, jak mam ująć w słowa to, jakie uczucia pojawiały się podczas czytania „Pamiętaj o śmierci”. Teoretycznie książka Pani Anny Klejzerowicz posiada wszystko, co dobry kryminał powinien mieć. Są morderstwa, spisek i tajemnica, która ciągnie się od setek lat. Jest wielki skarb i walka o to, kto zdobędzie go jako pierwszy. To wszystko jest w tej książce, a mimo to była ona nijaka, bez polotu i jakiegoś konkretnego pomysłu na to jak ciekawie poprowadzić fabułę. Widać pomysł, to nie zawsze wszystko.

Fabuła „Pamiętaj o śmierci” zaczyna się w momencie zamordowania dwóch mężczyzn, którzy na pierwszy rzut oka wyglądają jak członkowie jakiegoś gangu. Policja dość szybko zaczyna myśleć, że być może były to zwykłe porachunki lokalnej mafii z jakimiś innymi bandziorami. Wszystko zmienia się, kiedy pojawiają się kolejne trupy, którym towarzyszy zagadkowa kartka umieszczona na ciałach z równie tajemniczym napisem „Memento”, a poszczególne poszlaki i domysły prowadzą do owianego tajemnicą templariusza ze Skarszew i jego skarbu. Do sprawy, za prośbą policji włącza się gdański dziennikarz śledczy – Emil Żądło, były policjant oraz jego partnerka – Marta Zabłocka, muzealniczka. Przypadkiem zostaje w to wszystko wplątany również jego syn – Bartek.

Jak widać na pierwszy rzut oka, książka wydaje się naprawdę ciekawa i porywająca. Ale niestety taka nie była. Przez cały czas miałam wrażenie, że dla głównych bohaterów ważniejsze było grzebanie w historii, niż faktyczne znalezienie sprawców. Oraz gotowanie. Serio, co kilka stron Emil wraz z rodziną siedział przy stole i coś jadł. Ewentualnie pił. I o ile rozumiem umieszczanie takich normalnych scen w powieściach, o tyle robienie to w takiej ilości, jaką zaserwowała nam Pani Anna, robiło się odrobinę nudne. Dodatkowo dość negatywnym w odbiorze jest fakt, że policja po tym jak poprosiła o pomoc Emila Żądło, kompletnie nie robi nic już w związku ze sprawą. Jedynym plusem całości jest chyba to, że czyta się to dość lekko i w miarę przyjemnie. Tylko co mi po tym, skoro fabuła wieje nudą, a potencjał został kompletnie nie wykorzystany.

Co do samych głównych bohaterów. No tutaj też niestety nie jest jakoś szalenie dobrze. Według mnie postacie są płytkie, bez wyrazu. A dialogi, które się pomiędzy nimi toczą są tak naprawdę o wszystkim i o niczym. Oczywiście te dialogi, które w jakiś sposób nie dotyczą sprawy. Generalnie da się ich lubić, bo są sympatyczni, ale brakowało mi w nich jakiegoś takiego pazura. Szczególnie w postaci Emila, który jako były policjant powinien posiadać w sobie jakąś charyzmę, jakiś ogień, który prowadzi go do rozwiązania sprawy. A nie być nijakim człowiekiem, który nie do końca wie, jak ma zabrać się do szukania rozwiązania i praktycznie w całości polega na tym, co wygrzebie z przeszłości jego partnerka.

Podsumowując. „Pamiętaj o śmierci” miało potencjał. Potencjał, który niestety został zmarnowany. Bo sam wątek skarbów templariuszy był całkiem fajny, ciekawy intrygujący. Prawdę powiedziawszy chyba tylko ta część spowodowało, że doczytałam tę książkę do końca. W innym przypadku pewnie w połowie rzuciłabym ją w kąt. Coś co miało być kryminałem o zabarwieniu sensacyjnym, okazało się ciepłymi kluchami o obyczajowych odcieniach. Za mało akcji, za dużo codzienności. Nie tego szukam w tego typu książkach.

Dział: Książki
sobota, 17 marzec 2018 21:18

Wind River. Na przeklętej ziemi

„Statystyki zaginionych prowadzi się dla każdej grupy demograficznej. Wyjątek stanowią indiańskie kobiety. Nikt nie wie, ile z nich jest zaginionych” – ta zaskakująca informacja rodzi pytania o przyczyny takiego stanu rzeczy. Czy dzieje się tak dlatego, że te kobiety są traktowane jako inne, gorsze? Czy też wśród Indian panuje zmowa milczenia? A może wypchnięci poza nawias społeczeństwa, zamknięci w rezerwatach Indianie nie wierzą, że biały człowiek jest w stanie im pomóc, że chodzi mu o sprawiedliwość i uchwycenie sprawców? Pewne jest, że władze stanowe nie prowadzą takiej sprawozdawczości, jakby rezerwaty, w tym rezerwat Wind River, położony w centralnym regionie stanu Wyoming, będący domem dwu plemion: Północnych Arapahów i Wschodnich Szoszonów, nikogo nie obchodziły.

Życie w rezerwacie nie należy do łatwych, zaś panujące tam warunki klimatyczne czynią je jeszcze trudniejszym. Właśnie tam, w tym zapomnianym przez Boga i ludzi rejonie, Taylor Sheridan umieścił akcję swojego filmu, pt. „Wind River. Na przeklętej ziemi”. Debiutujący na wielkim ekranie w charakterze reżysera Sheridan, trwale zapisał się tą produkcją w świadomości widza, który uzna artyzm filmu, doceni siłę wyrazu minimalizmu, a także wciągającą fabułę i sam sposób przedstawienia poruszanego problemu. Ośnieżone szczyty gór są dodatkowym bonusem, bowiem zdjęcia krajobrazów budzą zachwyt, mimo iż naznaczony jest on tragedią, jaka rozegrała się w Wind River.

To właśnie tam, podczas rutynowego obchodu terenu, tropiciel dzikich zwierząt Cory Lambert (w tej roli znakomity Jeremy Renner), odnajduje przysypane śniegiem ciało młodej Indianki, córki swojego przyjaciela. Kobieta zmarła z wychłodzenia, ale wcześniej została brutalnie zgwałcona, przebyła też wiele mil biegnąc po śniegu i to bez obuwia. Śledztwo w tej sprawie prowadzi FBI, choć o podejściu do tego morderstwa świadczy osoba funkcjonariuszki – na pustkowie zostaje wysłana młoda, nieskażona jeszcze systemem agentka, Jane Banner (w tej roli znana m.in. z filmu „Avengers: Czas Ultrona” Elizabeth Olsen). Specyfika rezerwatu, brak doświadczenia w pracy w tak trudnych warunkach sprawiają, że kobieta zmuszona jest poprosić o pomoc Cory'ego. Wspólnie ruszają tropem zbrodni, choć nie będzie łatwo dociec prawdy. Cory dąży jednak niestrudzenie do rozwiązania zagadki, bowiem śmierć dziewczyny budzi w nim wspomnienia rodzinnej tragedii, jaka dotknęła go w przeszłości. Wraz ze śledztwem wracają nie tylko bolesne wydarzenia, zwiększa się też motywacja, by odnaleźć zabójcę, a także wymierzyć sprawiedliwość...

Mimo iż fabuła krąży wokół samego morderstwa i wąskiego grona bohaterów, to ta prostota robi niezwykłe wrażenie. Choć obraz można zakwalifikować jako kryminał, to – z uwagi na zaangażowanie emocjonalne, skomplikowane doświadczenia życiowe bohatera, a także fakt, iż przedstawione w filmie wydarzenia miały miejsce, wymyka się on schematom. Staje się swego rodzaju dokumentem, filmem obyczajowym, pomnikiem wzniesionym z bólu po stracie dziecka i niesprawiedliwości, którą było wyrzucenie indiańskich kobiet poza nawias. Znamienne jest to, iż prostota fabuły przekłada się również na minimalistyczne dialogi – prawdziwe wrażenie robi to, co dzieje się pomiędzy słowami, a także niezwykła muzyka, która wprowadza napięcie, równocześnie pozwalając skoncentrować się na akcji.

Mocną stroną tej produkcji – poza fabułą i znakomitymi ujęciami – jest gra aktorska. Surowy, wycofany Lambert o smutnej duszy, doskonale sprawdza się w roli samotnego wilka, myśliwego, który wciąż zmaga się z demonami przeszłości. Również wybór Elizabeth Olsen, o anielskiej urodzie i naiwności w oczach sprawia, że grana przez nią postać niedoświadczonej agentki Banner, która wciąż nie może pogodzić się z okrucieństwem tego świata i której doświadczenie nie odebrało jeszcze umiejętności okazywania emocji, wypada tak autentycznie.

Tym samym film „Wind River. Na przeklętej ziemi”, można uznać za obraz wyjątkowy, który w pełni zasługuje na pochwały, jakie odbiera. Odarty z efektów specjalnych, czy szybkich zwrotów akcji, obraz broni się doskonale, zarówno swoją głębią, jak i mistrzowską jego realizacją. Pozostaje życzyć sobie więcej takich filmów, które długo pozostają w pamięci widza, wywołując niesłabnące emocje.

Dział: Filmy