Rezultaty wyszukiwania dla: czasu
Flash. Póki czas się nie zatrzyma. Tom 2
Drugi tom runu Simona Spurriera to moment, w którym przestaje się zastanawiać, „o co tu właściwie chodzi?”, a zaczyna dostrzegać większy plan. Po pierwszym albumie miałam wrażenie chaosu. Dużo pomysłów, metafizyka na pełnym gazie, postacie wytrącone z równowagi. Tutaj wszystko zaczyna układać się w bardziej czytelny wzór. Nadal jest dziwnie. Nadal jest ambitnie. Jednak tym razem ta dziwność ma sens.
Wally West wciąż zmaga się z rozchwianą Mocą Prędkości i konsekwencjami własnych międzywymiarowych podróży. Central City nie ma lekko – speedsterzy wpadają w tarapaty, Amanda Waller pociąga za sznurki, a rzeczywistość zaczyna się niepokojąco marszczyć. Do tego dochodzą Arkanioły, zgromadzenie Thawne’ów i poczucie, że coś fundamentalnego w strukturze czasu pęka.
Tytułowe „Póki czas się nie zatrzyma” staje się fabułą, a nie tylko hasłem. To motto Wally’ego. Obietnica dana Lindzie. Deklaracja miłości, która ma trwać mimo rozpadu wszechświata. Czas i uczucie – dwa główne filary tej historii.
Spurrier idzie w stronę metafizyki, ale nie zapomina o emocjach. Relacja Wally’ego z Lindą wybrzmiewa naprawdę ładnie, momentami wręcz poetycko. Ciekawie poprowadzono też wątek Barry’ego Allena – jego rola mentora i punktu odniesienia dla Wally’ego zyskuje tu nową głębię.
Największa zmiana? Drugi tom lepiej waży proporcje. W pierwszym miałam poczucie przesytu – zbyt wiele wątków, zbyt wiele dziwnych zachowań bohaterów, które trudno było od razu zaakceptować. Tutaj część z tych decyzji zostaje sensownie wyjaśniona. I nagle wcześniejszy chaos zaczyna wyglądać jak zaplanowana konstrukcja.
Podoba mi się, że Spurrier nie idzie w prostą historię o biciu złoczyńców i ratowaniu dnia. Wprowadza wątek walki wewnętrznej, podważa stabilność Mocy Prędkości, bawi się mitologią Flasha. Reverse-Flash? Obecny, ale wykorzystany inaczej, niż można by się spodziewać. Nie jako oczywisty „wielki zły”, tylko element większej, bardziej złożonej układanki.
Nie wszystko działa idealnie. Niektóre wątki z pierwszego tomu – choćby praca Wally’ego w Terrifictechu – zostają potraktowane po macoszemu. Finałowa konfrontacja z kosmicznymi przeciwnikami zostawia lekki niedosyt. Czasem wciąż bywa zbyt gęsto, zbyt konceptualnie.
Za to warstwa graficzna – bardzo mocna. Ramón Pérez i gościnni rysownicy świetnie oddają dynamikę biegu, ale też tę półpłynną, niestabilną rzeczywistość. Kadry momentami przypominają bardziej oniryczne wizje niż klasyczny komiks superbohaterski. I to pasuje. Ten świat nie ma być stabilny.
„Flash. Póki czas się nie zatrzyma. Tom 2” to ambitna, momentami wymagająca historia. Niekoniecznie najlepszy punkt startowy dla nowych czytelników, ale bardzo ciekawa propozycja dla tych, którzy czują przesyt standardowym superbohaterskim schematem.
Spurrier rozwija postać Wally’ego Westa, ryzykuje, eksperymentuje. Nie wszystko wychodzi idealnie, ale widać wyraźną wizję i konsekwencję. A to w długich runach bywa cenniejsze niż bezpieczne odtwarzanie sprawdzonych motywów. Jeśli lubisz, gdy komiks o Flashu jest bardziej o czasie, tożsamości i relacjach niż o samym biegu – ten tom może cię naprawdę wciągnąć.
Apollo. Świat mitów
Mitologia grecka od zawsze działa jak magnes. Bogowie, którzy są jednocześnie potężni i bardzo ludzcy. Emocje, ambicje, gniew. Seria „Świat Mitów” od początku miała ambitny plan. Jaki? Opowiadać antyczne historie w przystępnej, komiksowej formie, a jednocześnie nie rezygnować z refleksji i kontekstu. Tom poświęcony Apollonowi zapowiadał się szczególnie obiecująco. W końcu mówimy o jednym z najbardziej złożonych bogów Olimpu.
O czym jest książka
Album prowadzi czytelnika przez wybrane epizody z życia Apolla. Od narodzin, przez zabicie Pytona i ustanowienie wyroczni delfickiej, po pojedynek z Marsjaszem. Pojawiają się też wątki związane z Asklepiosem i boską rolą Apolla jako patrona sztuki, harmonii i medycyny. To jednak raczej zbiór punktów na osi czasu niż spójna opowieść. Komiks skupia się na faktach, skrótach, symbolicznych scenach, momentami przypominając mitologiczny konspekt.
Moja opinia i przemyślenia
Tom sprawia wrażenie przygotowanego w pośpiechu. Historie są podane wybiórczo, bez wyraźnego rytmu i bez pogłębienia. Apollo zostaje pokazany jako piękny, wszechmocny, arogancki i mściwy, ale brakuje przestrzeni, by zrozumieć jego motywacje. Relacje z innymi bogami – zwłaszcza z Artemidą – są ledwie zaznaczone albo pominięte. Wątki poboczne, jak historia Asklepiosa, sprawiają momentami wrażenie sztucznego wypełnienia albumu.
Rysunki są czytelne i poprawne, dobrze prowadzą narrację wizualną, ale nie zawsze przekonują. Mimika bywa nienaturalna, a twarze potrafią wyglądać dziwnie, wręcz karykaturalnie. Największym problemem jest rozpoznawalność postaci. Niektórzy bogowie tracą swoją ikonograficzną wyrazistość, co w serii o mitologii jest dość dotkliwe.
Najciekawszym elementem albumu okazuje się… dodatek tekstowy na końcu. Opracowanie naukowe porządkuje przedstawione mity, nadaje im sens filozoficzny i kulturowy, a przy tym jest napisane przystępnie i klarownie. To właśnie ta część realnie podnosi wartość całego tomu.
Podsumowanie
„Świat Mitów. Apollo” to najsłabszy album z dotychczas wydanych w serii. Może sprawdzić się jako szybkie odświeżenie podstaw mitologii greckiej, szczególnie dla osób, które dopiero zaczynają swoją przygodę z tym tematem. U czytelników znających poprzednie tomy pozostanie wyraźny niedosyt. Komiks zostaje w pamięci tylko dzięki części eseistycznej, nie samej historii obrazkowej. Niestety, tak jak całą serię bardzo polubiłam, tak tym razem ciężko mi polecić ten tom.
Nic takiego
Choć i tak już powoli żegnał się z życiem, to ktoś i tak postanowił przyspieszyć jego śmierć. Milioner Tadeusz Bacewicz zostaje zamordowany we własnym domu, w łóżku. Pokój ofiary wygląda jakby przeszło przez niego tornado. A pod łóżkiem mężczyzny leży nóż. Jeśli brak śladów włamania, to czy sprawcą jest ktoś z bliskich zamordowanego? Szczególnie że właśnie tego wieczoru Bacewicz miał ogłosić zmiany, jakie wprowadził w testamencie. Idealny motyw? Być może.
Prokurator Grzegorz Hala dociera na miejsce zbrodni; stara się w pełni uczestniczyć w sprawie, choć jego myśli raz po raz odpływają w równie nieprzyjemne rejony. Mężczyzna bowiem od jakiegoś czasu dostaje anonimy, sugerujące, iż ich nadawca zna tajemnice prokuratora. I nie zawaha się tej wiedzy wykorzystać.
Dla podkomisarz Michaliny Murawskiej śmierć milionera jest jak wygrana w lotto. Kobieta liczy, że rozwiązanie sprawy przyspieszy jej awans. Bo skoro już musiała wrócić do Piaseczna, to niech, chociaż jej się to opłaci! Co prawda informacja o podpięciu do niej nowej partnerki (również podkomisarz) Kai Dalke nie budzi jej entuzjazmu, to postanawia nie dać się wybić z rytmu. Nawet jeżeli Dalke jest dość... specyficzna.
Czy ta trójka bohaterów jest w stanie ze sobą współpracować? A może każde z nich ukrywa coś, co może zaważyć na toczącym się śledztwie?
Można powiedzieć, że literacko „znam” Katarzynę Puzyńską nie od dziś. Ona lata temu debiutowała „Motylkiem”, czyli pierwszym tomem popularnej sagi o Lipowie, ja natomiast miałam przyjemność go recenzować. Od tamtego momentu sięgałam po twórczość naszej autorki, a wspomnianą już sagę polecam moim bliskim i znajomym do dziś. Trochę sentyment, a trochę i ciekawość sprawiły, że skusiłam się na nowość spod jej pióra, czyli „Nic takiego". Jak sądzicie, jak poszło?
Już na początku muszę napisać, że bardzo ciężko odciąć się czytelniczo- emocjonalno (i wszelako) od sagi o Lipowie. Towarzyszyła mi tak długo, że w pewien sposób „wrosła” we mnie. Szczególnie gdy na tapecie pojawia się kolejna książka Puzyńskiej. Efekt tego jest taki, że do połowy „Nic takiego” nie mogłam się wczuć, bo miałam wrażenie, że czytam kolejny tom Lipowa, tyle że z innymi bohaterami. Cóż, to akurat coś, z czym muszę powalczyć sama - a być może i ci, którzy znają starszą i nowszą twórczość pani Kasi, mają podobne odczucia.
Śledztwo w sprawie morderstwa Bacewicza toczy się wartko, choć nasza trójca niejednokrotnie natrafia na przeszkody. Jedną z nich jest córka milionera, Oliwia Bacewicz, znana persona w środowisku internetowych influencerów, zajmujących się prawdziwymi zbrodniami. Co więcej, każde z nich walczy ze swoimi własnymi demonami i tylko chęć rozwikłania zagadki pcha ich do przodu, zmuszając do odłożenia prywaty na później. Szczerze powiedziawszy, śledztwo niespecjalnie mnie zainteresowało - może ze względu na to, że na 99% było wiadomo, że morderstwa dopuścił się ktoś przebywający w domu. Ponadto czułam się trochę tak, jakbym uczestniczyła w jednym z tych stworzonych przez Agathę Christie. Większe zainteresowanie budziła we mnie przeszłość Michaliny, Kai i Grzegorza.
Co do bohaterów, to właśnie tutaj autorka „zaszalała”, tworząc trio specyficzne w różnym stopniu. Prokurator Hala obsesyjnie dbał o to, by w jego otoczeniu było jak najmniej bakterii oraz zarazków, Kaja zaś z lubością wyciągała kolejne karty tarota w najmniej odpowiednich momentach. W tym zestawieniu jedynie Michalina wydaje się niczym nie wyróżniać na tle pozostałych, oprócz odwagi graniczącej niejednokrotnie z brawurą. Dość wybuchowa mieszanka, trzeba to przyznać.
„Nic takiego” to dobra lektura, aczkolwiek myślę, że fanom Lipowa może zabrać kilka chwil odcięcie się od ulubionej sagi i „przeniesienie” do nowej serii. I jeżeli myśleliście, że główne postacie odkryły wszystkie swoje karty, to jesteście w dużym błędzie. Puzyńska pozostawiła nas bez odpowiedzi w kilku kwestiach, za to z milionem pytań. Nie pozostało nam nic innego jak, tylko wyczekiwać kolejnego tomu. Polecam nie tylko fanom twórczości naszej polskiej autorki, lecz również tym, których kusi rozpoczęcie przygody z jej książkami.
Mity i legendy starożytnego Egiptu
„Egipt był najbardziej samowystarczalny spośród wszystkich krajów starożytnego świata; żył własnym życiem, praktykował własną religię i produkował własne opowieści, niemal całkowicie pozbawione zewnętrznych wpływów, które mogłyby się wywodzić z innych cywilizacji”.
Zadziwiające, jak bardzo ludzkie wierzenia i legendy prezentują się w podobnej odsłonie bez względu na cywilizacje. Opowieści o bogach, władcach i zwyczajnych ludziach napędzane są ludzką wyobraźnią i historycznymi wydarzeniami. Mieszkańcy Egiptu stworzyli opowieści, pozwalające wyjaśnić ówczesną im rzeczywistość, przekazujące przygody, przepowiednie i zaklęcia. Tam, gdzie brakowało wiedzy i pewności, wkradała się magia, jako czynnik zespalający fakty i mity. Legendy przechowywane ustnie, za pomocą hieroglifów, zwojów spisywanych przez skrybów, kapłańskich opowieści, barwnie wypełniały zbiorową pamięć. Egipska cywilizacja sprzed czterech tysięcy lat fascynuje i zachęca do badań, za sprawą odkryć dawnych budowli i artefaktów, które w mniejszym lub większym stopniu zdołały przetrwać do naszych czasów. Szukamy nici powiązań w mentalności ludzkiej, wspólnych przeżyciach i myślach, bo to sprawia, że lepiej poznajemy samych siebie.
Wyrwane od zagubienia i zniszczenia świadectwa opowieści, często złożone z fragmentów pozyskanych z różnych źródeł, ekscytują i wciągają. Nie tylko przebiegiem i przesłaniami, ale również otoczką tajemniczości, w której obracał się starożytny Egipt. Trzy tysiące lat cywilizacji. A my wciąż mało o niej wiemy, pasjonujemy się nowymi odkryciami i interpretacjami. „Mity i legendy starożytnego Egiptu” przeprowadzają czytelnika przez pustynne warunki kraju, wytyczają naturalną nilową ścieżkę, obrazują ścisłą zależność ludzi od rzeki, wyjaśniają obsesję umierania i życia po śmierci. To zaledwie kontekst, wprowadzenie w klimat i cywilizacyjne osiągnięcia. Głównym nurtem książki są opowieści reprezentujące literaturę powstałą na przestrzeni ponad dwóch tysięcy lat, sięgającą nawet pięciu tysięcy lat wstecz, na bazie ustnych przekazów.
Z zainteresowaniem odświeżam wiedzę z mitologii egipskiej, znaczących bogach i faraonach z boskim naznaczeniem, zwyczajnych ludzi, oraz wzajemnych relacjach. Druga część zawiera opowieści magiczne, w ramach których najbardziej imponuje pragnienie człowieka odkrycia kluczy pozwalających zaczarować niebo i ziemię, poznać język wszelakich stworzeń, a także wizyta w Duat, Krainie Umarłych. Trzecia część to opowieści o przygodach, jak o rozbitku, o tym, jak chciwy robotnik przegrał wszystko z wieśniakiem, buncie palestyńskiej Joppy, greckiej księżniczce Helenie Trojańskiej. I inne. Świat starożytnego Egiptu dawno przeminął, utraciliśmy jego obrazy, czujemy zaledwie echo dawnej potęgi, a jednak coś pozostało w zaprezentowanych opowieściach. Czyta się je z misją zrozumienia świadectw boskich intencji, mocy i duszy, w które mocno wierzyli mieszkańcy Egiptu.
Nie jest to obszerna publikacja, chociaż zawiera także kartę czasu, słowniczek, wyjaśnienia, kto jest kim, mapkę i ilustracje. Propozycja na jeden wieczór czytelniczy, przeniesienie się na chwilę w mistyczny egipski świat zawarty w mitach i legendach.
Garfield tłusty koci trójpak tom 16
I jak tu nie kochać Garfielda? Pozostaję jego wierną fanką od lat. Od jakiegoś czasu nakładem wydawnictwa Egmont ukazuje się seria zbiorcza „Tłustych kocich trójpaków”. W każdy, z nich znalazły się po trzy zeszyty komiksowe z anglojęzycznych wydań. Obecnie w moje ręce trafił już szesnasty tom, w którym znalazły się tytuły: „Garfield zaczyna sypać”, „Garfield dostaje co mu się” należy, „Garfield będzie jadł za jedzenie”.
O czym jest komiks
Czy istnieje ktoś, kto nie zna Garfielda? Rudy kot, który uwielbia lasagne i dręczenie psów, nienawidzi pająków i kocha święta jest jedną z tych postaci, które łączą całe pokolenia. Historyjki obrazkowe z jego udziałem potrafią rozbawić do łez, ale też od czasu do czasu zmuszają do refleksji. Garfield jest ponadczasowy i zawsze warto do niego wracać.
Moja opinia i przemyślenia
Komiks został pięknie wydany. Ma twardą, lakierowaną oprawę, a wydrukowany został na świetnej jakości, doskonałej gramatury papierze. Przyznam, że z tym, że mam na półce całą kolekcję, czuję się naprawdę wspaniale. Kiedy mam gorszy humor lubię sobie wracać do dobrze znanych pasków z Garfieldem, zawsze mi go poprawiają.
Szesnasty „Tłusty koci trójpak” to kolejna porcja klasycznego, niepodrabialnego Garfieldowego humoru. Lekki, przerysowany, momentami zaskakująco czuły – dokładnie taki, jakiego się oczekuje. Ten tom trzyma poziom poprzednich i świetnie wpisuje się w całą serię, pokazując, że urok wiecznie głodnego kota nigdy się nie starzeje. Bardzo mnie cieszy, że komiksy o Garfieldzie mogę czytać z córką, która kocha go tak samo mocno jak ja.
Choć Garfield od lat pozostaje tym samym, lekko złośliwym, zawsze głodnym i pełnym niewymuszonego uroku kotem, mam wrażenie, że im jestem starsza, tym bardziej doceniam jego humor. Kiedyś śmieszyły mnie głównie miny i lenistwo, dziś widzę w tych paskach znacznie więcej. To ciepło relacji z Jonem, drobne życiowe obserwacje, lekki komentarz do codziennych absurdów. Ten tom świetnie to pokazuje, bo obok gagów znajdziemy tu scenki, które po prostu przyjemnie się czyta. W moim przypadku działa to trochę jak spotkanie ze starym znajomym. Zawsze wiem, czego się spodziewać, a i tak bawi mnie to za każdym razem.
Podsumowanie
Jeśli jesteś fanem Garfielda (albo po prostu lubisz komiksy, które potrafią odciążyć głowę po ciężkim dniu), ten tom powinien się znaleźć na Twojej półce. Gdy już tam stanie, prędzej czy później i tak po niego sięgniesz – z sympatii, z sentymentu albo po prostu dla poprawy nastroju. Garfield to klasyk, który zostaje w pamięci na długo, a ten tom tylko to potwierdza. Bardzo podoba mi się bycie właścicielka tak fantastycznej, przepięknie wydanej kolekcji.
Zapowiedź: Wieczny pokój
Powieść zdobyła nagrodę Hugo, Nebula i Johna W. Campbella.
Siły Sojuszu toczą niekończącą się wojnę z rebeliantami z krajów Trzeciego Świata. Jej przyczyny są odwieczne: nierówny dostęp do zasobów i bogactw.
Venom
Venom powraca – i to w zupełnie nowej odsłonie. Pierwszy tom cyklu w ramach serii Marvel Fresh to świeże spojrzenie na postać Eddiego Brocka i jego symbionta, w którym scenarzyści Al Ewing i Ram V postanowili pójść o krok dalej niż ich poprzednicy. Zamiast kolejnej opowieści o brutalnym antybohaterze, dostajemy historię, która balansuje między kosmiczną sagą science fiction a zagmatwanym dramatem rodzinnym.
Po wydarzeniach z „Króla w Czerni” Eddie Brock staje się władcą roju symbiontów. Ta nowa rola otwiera przed nim drzwi do niemal boskiej władzy, ale też do ogromnej odpowiedzialności – Eddie musi poruszać się po osi czasu i konfrontować z tajemniczym Meridiusem, figurą o niepokojąco wielkich ambicjach. Tymczasem na Ziemi Dylan, jego syn, uczy się żyć z symbiontem i mierzy z własnym gniewem, stratą oraz manipulacjami Fundacji Życia. Te dwa światy – kosmiczny i ziemski – splatają się, tworząc historię monumentalną, ale przy okazji też zaskakująco osobistą.
„Venom” w tym wydaniu jest wyjątkowo ciekawy. Ma w sobie swoistą głębię, która przyjemnie kontrastuje z lekką akcją. Walki i efektowne starcia są obecne, ale służą raczej za tło dla pogłębionej refleksji nad dziedzictwem, tożsamością i konsekwencjami dokonywanych wyborów. Eddie Brock, dawniej postać impulsywna, tu staje się niemal tragiczną figurą, której siła odcina go od człowieczeństwa. Dylan natomiast to bohater dopiero poszukujący siebie, wciągnięty w świat, którego nie rozumie, ale w którym musi nauczyć się działać. To zestawienie ojca obarczonego boską rolą i syna szukającego własnej drogi daje komiksowi drugie dno.
Warto zwrócić uwagę na rysunki Bryana Hitcha. Mroczne, pełne detali i monumentalne kadry idealnie oddają klimat opowieści. Od brudnych zaułków, po psychodeliczne podróże przez czasoprzestrzeń. Symbionty wyglądają tu naprawdę groźnie, a nowe postacie, takie jak Bedlam czy Meridius, budzą respekt od pierwszego spojrzenia. Bardzo też lubię akurat te konkretne wydania od Egmontu, bo mimo że pozbawione twardych opraw, to nie są też zeszytowe jak amerykańskie komiksy.
„Venom. Tom 1” to mocne otwarcie, które redefiniuje jedną z najpopularniejszych postaci Marvela. Komiks łączy widowiskową akcję z ambitniejszą, wielowarstwową narracją, otwierając nowy rozdział w historii symbionta. To lektura obowiązkowa dla fanów Venoma i świetny wybór dla wszystkich, którzy lubią, gdy superbohaterskie opowieści wychodzą poza schemat.
Piaseczniki
„Ale prawda jest zimna, pusta i straszna, a kłamstwa bywają piękne i pokrzepiające”.
Czytanie twórczości George R.R. Martina sprawia wiele przyjemności i radości, dotyczy to krótkich i długich form literackich. Na antologię „Piaseczniki” zwróciłam uwagę wiedziona pragnieniem ponownego spotkania z niezwykłymi niby insektami, jakże mocno wkraczającymi w znajomość psychiki człowieka. Osobliwe stworki, będące odbiciem myśli i czynów gatunku ludzkiego, zaimponowały mi już wiele lat temu. Chętnie do nich powracam, gdyż opowiadanie ma wszystko to, co lubię w solidnie napisanej fantastyce, świetny pomysł na fabułę, znakomitą prezentację twórczej wyobraźni, rewelacyjnie sportretowanego złego bohatera, garść ciekawych refleksji do podchwycenia. Zachęcam gorąco do poznania, wejścia w klimat ubarwiony thrillerem, mroczną odsłoną konsekwencji czynów, szczególną aurą obcego kosmicznego życia.
Bardzo spodobało mi się „W Domu Robaka”, akcja nasycona sensacją, mrokiem i wilgocią podziemnych korytarzy, bezwzględną walką o przetrwanie, frapującą przemianą obcych ras. Cenne, że utwór zachęcał do poświęcenia chwili na myśl, że zemsta może prowadzić ku temu, co dotąd było niezrozumiałe. Z kolei, „Mroźne kwiaty” przenikały lodowatym zimnem, przedziwnym letargiem pragnień i marzeń, światem iluzji łapiącym w pułapkę wymieszania prawdziwości i nieprawdziwości, wampirów i wiatrowilków. Autor frapująco oddał wątek samotności i ponownie, odbicia walki o życie. Rewelacyjnie od strony psychologicznej poprowadził z jednej strony unikalną, z drugiej całkiem zwyczajną, przewrotną grę wymieszania kłamstw i prawd, wiary i niewiary, herezji i prawowierności. A wszystko w kosmicznej otoczce klimatycznej.
Koncepcja rozwijania wyjątkowych zdolności przez człowieka, podstaw powstawania nowego gatunku, pragnienia przemierzania wszechświata w zdobywaniu wiedzy i władzy, pojawiła się w „Szybkich pomocnikach”. Zamysł roli anielicy jako odpowiedzi na samotność w pozaziemskiej podróży ciekawie ubarwił opowiadanie, podobnie jak spotkanie energii i materii, ale nie w pełni przekonał. Wędrówka po gwiazdach, po pajęczynie czasu i przestrzeni, zatrzymanie się na skrzyżowaniu kosmicznych szlaków, wejście w długie cienie „Kamiennego miasta” wyrzutków, poznanie lisoludków, przyciągnęło uwagę od strony narodzin, trwania i przemijania światów różnorodnych cywilizacji. Nie poczułam się wygodnie w towarzystwie „Gwiezdnej Pani”, jednak doceniłam pomysłowość pisarza na zobrazowanie gwiezdnych slumsów i utrzymanie się przy życiu w skrajnie niesprzyjających warunkach.
Zerknijcie również na wrażenia po spotkaniu z innymi książkami George R.R. Martina „Gra o tron” (marzę, aby wreszcie wpadła w moje ręce jej komiksowa wersja), „Starcie królów”, „Nawałnica mieczy: stal i śnieg”, „Nawałnica mieczy: krew i złoto”, „Panowanie smoka” (pierwszy tom ilustrowanej historii dynastii Targaryenów), „Aforyzmy i mądrości Tyriona Lannistera”, a także odrębną powieścią, choć także z gatunku fantastyki, „Światło się mroczy”. Natomiast miłośnikom krótkich form literackich utrzymanych w klimacie fantasy proponuję spotkanie z „Księgą magii”.
Witajcie w moim Piekle
Jacek Piekara to nazwisko, którego polskim fanom fantastyki przedstawiać nie trzeba. Autor znany głównie z Cyklu Inkwizytorskiego postanowił sięgnąć do swoich literackich początków i oddać w ręce czytelników drugi już tom wczesnych opowiadań – Witajcie w moim Piekle. To powrót do lat 80. i 90.. Czasów, kiedy polska fantastyka szukała własnej tożsamości, a krótkie formy publikowane w czasopismach były czymś na wagę złota.
O czym jest książka
Zbiór prezentuje opowiadania, w których jak w soczewce skupiają się lęki tamtych czasów – strach przed totalitaryzmem, zniewoleniem jednostki, obłędnymi ideologiami, które potrafią pociągnąć za sobą tłumy. To fantastyka „bliskiego zasięgu”: światy, które przypominają naszą codzienność, tyle że poprzetykaną groźnymi systemami i eksperymentami społecznymi. Bohaterowie tych historii próbują ocalić własną wolność, buntują się przeciw opresji albo – przeciwnie – ulegają jej i płacą za to wysoką cenę. W tomie znajdziemy zarówno teksty znane, drukowane przed laty, jak i zupełne premiery, nigdy wcześniej niepublikowane.
Moja opinia i przemyślenia
Czytając Witajcie w moim Piekle, miałam poczucie obcowania z surową, ale niesamowicie szczerą literaturą. To nie są dopracowane, rozbudowane historie na kilkaset stron – to krótkie, mocne uderzenia. Pisarz nie owija w bawełnę, nie bawi się w półtony. Pokazuje człowieka poddanego presji systemu, zderzonego z ideologią, która depcze indywidualność. I choć część opowiadań można potraktować jako ciekawą wprawkę pisarską, inne uderzają z siłą, która do dziś potrafi poruszyć.
Zdecydowaną zaletą jest różnorodność – raz lądujemy w kosmosie, innym razem w alternatywnej rzeczywistości, by za chwilę znów wrócić na ulice, które wyglądają podejrzanie znajomo. Widać, jak autor eksperymentował z konwencją, szukał języka i tematów, które z czasem doprowadziły go do powstania słynnego Cyklu Inkwizytorskiego. Jednak widać też, że od początku interesował go człowiek i pytania o granice wolności, moralności i lojalności wobec samego siebie.
Nie wszystkie opowiadania są równe – to naturalne przy tego typu antologii – ale nawet te słabsze mają swój klimat i miejsce w całości. Najciekawsze zaś zostają w pamięci na długo, skłaniając do refleksji, jak łatwo jednostka może stać się ofiarą systemu i jak cienka jest granica między wolnością a zniewoleniem.
Podsumowanie
Witajcie w moim Piekle to książka, którą warto przeczytać nie tylko jako ciekawostkę dla fanów Jacka Piekary, ale też jako dokument pewnego czasu w polskiej fantastyce. To zbiór różnorodny, mocny i pełen niepokoju, który pokazuje początki autora, ale też udowadnia, że jego obsesje – wolność, władza, ideologia – to tematy ponadczasowe. Jeśli lubicie krótką formę i nie boicie się literatury, która potrafi wbić szpilkę, ten tom na pewno was zainteresuje.
Skóra
„Człowiek jest uczniem, cierpienie jest jego nauczycielem”.
Alfred Louis Charles de Musset
Szkarłatny kryminał. Szybko się w nim poruszałam, frapująco penetrowałam tajemnice zbrodni i docierałam do tożsamości mordercy. Autor dość luźno trzymał w niepewności poznawania i stawiania właściwych hipotez. Na plus, podczas śledztwa morderca narzucał policji wyjątkowo silną presję czasu, tylko zastanawiałam się, czy to fizycznie byłoby wykonalne. Liczne makabryczne zbrodnie sprawiały, że poruszałam się w brejowatej masie okrucieństwa i sadyzmu. Uszczegółowiony krwawy opis zbrodni zachęcał do zajrzenia w najmroczniejszą sferę ludzkiej natury.
Intrygująco bawiłam się podczas prób typowania nazwiska seryjnego mordercy, ale tylko do pewnego momentu. Tuż przed połową książki wpadłam na właściwy trop, chociaż Piotr Kościelny zastosował ciekawą zmyłkę obocznego wątku, a przy tym podsuwał fałszywe ślady i dowody. Doceniłam mnogość różnorodnych postaci zręcznie wprowadzanych do akcji od początku powieści. Często przeszkadzało mi schematyczne podejście do obstawionych ról w opowieści i niska skala emocjonalnych przeżyć. Napotykałam nieścisłości w zachowaniu bohaterów. Przykładowo w dziennikarskiej odsłonie, w decydującym momencie kariery i braku narzędzia komunikacji. Nie do końca byłam w stanie uwierzyć w zachowanie kobiety, chociaż domyślałam się, czym kierował się autor, by wzmocnić napięcie w kolejnych odsłonach krwawej historii. Także rażąca niespójność profesjonalizmu i niedomyślności w aspekcie niemowlaka, czy wyładowania komórki we wrażliwym momencie, nie brzmiały wiarygodnie. Zupełnie nie mogłam uwierzyć w postać Marty, żony Majchrzaka, odebrałam jako hymn pochwalny wzmocniony marzeniem o idealnej partnerce. Pokazową akcję antyterrorystów uznałam za przesadzoną. Zawiodłam się na końcowej motywacji czarnego charakteru. Liczyłam na wnikliwsze społeczne i psychologiczne uzasadnienie, aby przekonać się do źródeł zwyrodnienia i podłoża motywów.
Komisarz Władysław Majchrzak, as wydziału zabójstw, legenda w policyjnym środowisku, okazał się człowiekiem o silnej osobowości, bezwzględnie dążącym do rozpracowania nieprzeciętnie skutecznego psychopaty. Niekoniecznie polubiłam przejaskrawione szarżowanie śledczego wobec świadków i przełożonego, lecz do pewnego stopnia postawa miała uzasadnienie w przekonaniach mężczyzny. Interesujący wydał się sposób powiązania ze sobą ofiar dokonany przez sprawcę inscenizującego zbrodnie, próbującego dotrzymać kroku spaczonej wyobraźni i żądzy krzywdzenia. Szkoda, że autor potraktował ten motyw nieco taśmowo, mniejszy ilościowo a bardziej osadzony w prowokacji robiłby większe wrażenie. Podobne odczucia miałam wobec grupy specjalnej, żałowałam zmarnowanego wątku, można było więcej wycisnąć napięcia. Wszystko zaczęło się od przypadkowego natrafienia nad brzegiem rzeki na ludzkie szczątki. Makabrycznego odkrycia dokonało ośmioletnie dziecko podczas wędkowania z dziadkiem. Nie tyle seryjny zabójca nad Wisłą, jak pomyślał nadkomisarz Piotr Nowacki, ile seryjny zabójca nad Odrą. Wrocławski wydział zbrodni mierzył się z brakiem świadków, motywu i dowodów procesowych. Rozwiązanie sprawy wydawało się odległym punktem na horyzoncie.
