Rezultaty wyszukiwania dla: S��owne
Post Scriptum - fragment
Z okazji premiery książki Mileny Wójtowicz "Post Scriptum", zapraszmy do zapoznania się z fragmentem powieści.
– Nie możesz wrzucić zakupu DVD ze wszystkimi sezonami Supernaturala w koszty u zyskania przychodu – jęknął Piotr. W lewej ręce trzymał plik faktur przyniesionych przez Sabinę, prawą zaczynał rwać sobie włosy z głowy.
Jego wspólniczka była zajęta nadawaniem swoim paznokciom idealnie migdałowego kształtu za pomocą szklanego pilniczka. Słysząc to bolesne narzekanie, oderwała się od wykonywanej czynności, przechyliła głowę lekko na bok i zmierzyła Piotra krytycznym spojrzeniem od odzianych w brązowe mokasyny stóp aż po rozczochrany czubek głowy.
– Jak sobie tak zmierzwisz czuprynę, to wyglądasz jak wczesny Małaszyński z lekką nutką buntownika. Ale taką lekką, wiesz, kupuję mleko trzy i dwa procent, a nie zerówkę i czuję ostre YOLO. Nie idź tą drogą, nie pasuje do ciebie.
Wywiad: Veronica Roth
WYWIAD Z VERONIKĄ ROTH
Co oznacza oryginalny tytuł książki (Carve the Mark)?
“Wytnij ten znak” jest to fraza, która powraca w książce i jest wypowiadana przez bohaterów. Odnosi się do rytuału popełnianego po odebraniu komuś życia lub doświadczeniu ogromnej straty. Zwrot ten pojawia się gdy dochodzi do wielkich wydarzeń, chwil transformacji. Miałam poczucie, że ten tytuł w znaczący sposób oddaje historię książki.
Wielka Biblioteka. Atrament i krew
“Atrament i Krew” to pierwszy tom z zaplanowanego przez Rachel Caine cyklu “Wielka Biblioteka”. Pierwszy i od razu doskonale rokujący na przyszłość.
Akcja powieści rozgrywa się w świecie, w którym Wielka Biblioteka Aleksandryjska nie tylko nie spłonęła, ale wręcz przejęła całkowitą kontrolę nad książkami. Tym samym stały się one dobrem luksusowym, niedostępnym dla zwykłych ludzi, szmuglowanym towarem, za który zarówno szmuglerzy jak i kolekcjonerzy tracą życie. W takim świecie, targanym wojną, biedą i zwykłymi ludzkimi problemami, jedynie wąski krąg ludzi ma dostęp do wiedzy. Trudny egzamin, morderczy trening, a wszystko to, by dostać dostęp do wiedzy starożytnych oraz, by chronić ją przed światem. W takie warunki wpadają młodzi ludzie, bohaterowie powieści. Pod czujnym okiem nauczyciela - buntownika przechodzą kolejne próby, dzięki którym przekonają się co znaczy przyjaźń, lojalność i czy oby Wielka Bibliotek jest naprawdę taka, jak ją postrzegają.
Powieść wręcz “czyta się sama”. Autorka ma bowiem doskonały styl i kreuje świat i bohaterów w sposób dla czytelnika najatrakcyjniejszy, nic bowiem nie jest czarno - białe. Nie sposób bowiem zgodzić się z chowaniem książek przed ludźmi (szczególnie molowi książkowemu takiemu jak ja), ale też czyż nie byłoby sensowne chronić za wszelką cenę dzieła starożytnych przed zniszczeniem. A i zastanowić się warto, czy naprawdę przysłużyło się historii to, że ludzkość otrzymała dostęp do wszelkich idei. Brak jednoznacznie dobrych i złych bohaterów, czyni ich po prostu ludzkimi, w całej gamie naszych błędów, rozterek i wątpliwości.
Tom pierwszy jest wspaniałą zapowiedzią całości. Rozstanie z bohaterami następuje w momencie, kiedy ich dalsze losy zdają się być przesądzone, a jednak wiadomo, że zgody u części z nich na tenże los nie ma. Przeplatające się wątki zapewne jeszcze bardziej się zapętlą, krew z atramentem nie raz wymiesza. I dlatego tak niecierpliwie czekam na kolejne części.
Lampiony
Po długim roku nareszcie trafiła w moje ręce. Jedna z najbardziej oczekiwanych premier książkowych, która została zaplanowana na dzień moich urodzin. Autorka wraz z wydawnictwem sprawili mi niesamowity prezent nawet o tym nie wiedząc. Mówię oczywiście o Lampionach Katarzyny Bondy, która już od dawna należy do grona moich ulubionych autorek. Nadal trudno mi pozbierać moje myśli w sensowne słowa i zdania. Chciałabym przekazać te wszystkie emocje jakie pojawiły się podczas lektury. I po raz pierwszy żałuję, że tego wszystkiego nie zanotowałam.
Znowu wraz z Saszą Załuską wplątamy się w policyjne śledztwo, ale tym razem na tapecie będzie piroman, który niszczy piękną, ale zarazem specyficzną Łódź. Razem z bohaterką poznajemy miasto, którego lata świetności już dawno minęły. Sasza, która po wydarzeniach z Hajnówki, zostaje przejęta na cywilny etat do gdańskiej policji dostaje nowe zadanie. Ma udać się do Łodzi i współpracować tamtejszą komendą i jej pracownikami. Ale nie tylko tajemnicze podpalenia są głównym zmartwieniem tamtejszych funkcjonariuszy. Pomimo tego że Łódź jest miastem wielokulturowym, to mnożą się napady na tle religijnym, bezdomni nie mogą się czuć już bezpiecznie, a staruszkowie muszą bardzo na siebie uważać. Okazuje się że miasto, do którego przybywa bohaterka ma w sobie wiele tajemnic i nic nie jest takie, jakie najpierwszy rzut oka mogłoby się wydawać.
Katarzyna Bonda stwierdziła, że Lampiony, trzeci tom serii o Saszy Załuskiej, jest jej najbardziej polifoniczną czyli wielogłosową książką. I po lekturze mogą w stu procentach się z tym zgodzić. Podczas czytania poznałam wiele nowych bohaterów, przez moją wyobraźnią przewinęło się multum kolejnych postaci i wydarzeń, które w rezultacie tworzyły spójną całość. A najlepszym bohaterem była Łódź. Powtórzę się za panią Kasią – Lampiony to książka o mieście. I nie wyobrażam sobie, aby jakiekolwiek inne miejsce mogłoby aż tak pasować do całej książki. Podczas czytania bardzo rzuca się w oczy jak wiele pracy włożyła autorka w to, aby dokładnie poznać klimat tego miasta, jego tajemnicze zakamarki, bramy kamienic i ludzi. Poznać ich lęki, kompleksy, wady, ale także powody do dumy oraz kim tam naprawdę są. Aby dowiedzieć się jakie tak naprawdę jest miasto trzeba dokładnie poznać jego mieszkańców. I pani Kasi się to udało bardzo dobrze. Chylę przed nią czoła bo z każdą kolejną stroną coraz bardziej wciągałam się w akcję Lampionów i czułam się jakbym naprawdę wraz z bohaterami przemierzała kolejna ulicy Łodzi.
Skoro wspomniałam o głównej i największej (tuż obok Saszy) bohaterce, chcę również napisać o osobach, które chociaż nie grali pierwszych skrzypiec, pojawili się w kilku rozdziałach, to byli dopracowani do perfekcji. To kolejna rzecz, za którą tak kocham książki Katarzyny Bondy. Każdy bohaterów opisanych w tej książce zdaje się być realny i prawdziwy. Każdy z nich ma własną przeszłość, inny charakter, odmienne plany, marzenia i cele. Nie są to postacie papierowe – ale wielobarwne, z charakterem o których przyjemnie się czyta, bo wydają się być rzeczywistymi ludźmi, którzy każdego dnia można spotkać na ulicy. I pomimo że nie wszyscy są dobrzy, mają swoje za uszami to brakuje mi tych ich intryg i kłopotów.
Autorka od pierwszych stron nie da czytelnikowi odpocząć – od razu wciąga w wir akcji, która z każdą kolejną stroną przyśpiesza, a napięcie rośnie. Wraz z Saszą, a także i bez niej, odkrywamy kolejne tajemnice miasta i jego mieszkańców; poznajemy ich prawdziwe plany i staramy się dowiedzieć kto jest piromanem. Tropów jest mało, a jednym z nich są małe zabawki, które odnaleźć można na miejscu wybuchów. I gdy wydawać się mogło że łódzcy policjanci złapali człowieka odpowiedzialnego za paraliż i strach w mieście, autorka funduje nam kolejne „bach”. Nic nie jest takie jak się z początku wydaje. Na jaw wychodzą kolejne fakty, które rozpędzony umysł próbuje połączyć w całość, ściga się z bohaterami, aby pierwszy mógł odkryć prawdę.
Podczas lektury coraz bardziej poznajemy bohaterkę, odkrywamy jej prawdziwą twarz, ale czułam że Sasza w tej części oddała główne skrzypce Łodzi. Czytając, miałam wrażenie że Załuska odsunięta jest na dalszy plan, ale wcale mi to w lekturze nie przeszkadzało. Jak wiemy, kobieta jest bohaterką którą można polubić, ale jej charakter czasami czytelnika irytuje i delikatnie denerwuje. I za to ją kocham. Sasza należy do grona moich ulubionych bohaterek książkowych bo chociaż tak naprawdę jest delikatna, to potrafi stawić czoła kłopotom. Nie jest idealna i nieomylna. Takich bohaterek brakuje w książkach. Silnych, odważnych, ale jednocześnie potrzebujących bezgranicznej miłości i ciepła, bo bez tego otaczają się jeszcze grubszym murem. Katarzyna Bonda stworzyła kogoś z krwi i kości. Każdy może w niej odnaleźć coś z siebie – nie tylko zalety, ale także wady.
Lampiony to jazda bez trzymanki, bez pasów i jakiegokolwiek zabezpieczenia. Ta książka wbija w fotel, wzbudza wiele emocji, podnosi poziom adrenaliny we krwi. Jesteście na to gotowi? Chcecie, żeby książka wzbudziła w was strach, lęk, podniecenie, złość, miłość? Wytrzymacie aż tyle? Ta książka jest jak ogień. Mocna i bezwzględna. Ja już czekam na kolejny tom.
Banita
Fabuła może i nieskomplikowana jak budowa podogonia, ale za to jakie wykonanie. Jednak to przecież Jacek Komuda, prawda? Komuda, który, niczym Stephen King, potrafi wziąć pozornie mało interesujący temat i przekuć go w zajmującą powieść.
Bo i cóż tu mamy? Grupkę przemyskich ladacznic, wynajmujących karczemnego zabijakę do pozbycia się pewnego magnata, który zabija sobie czas zabijaniem koleżanek tychże po fachu. Widziałem to co najmniej w jednym filmie, westernie nawiasem mówiąc. I jeżeli dobrze zrozumiałem autorską notkę dziękczynną na końcu książki, być może szykuje się też jakiś rodzimy, filmowy eastern – ja jednak nie o kinematografii chciałem dywagować, a o książce właśnie przeczytanej (proszę, oto prawdziwa magia prozy Komudy – zaczęło mi się udzielać stylistycznie).
Do rzeczy. Bohatera powieści znamy już z innych ksiąg tego Autora. To nie kto inny, jak sam Jacek Dydyński, stolnikowic sanocki, były towarzysz husarski, którego na zupełnie innym froncie stopniowo poznajemy w „Samozwańcu” t.1 i t. 2. Tutaj mozoli się z trudną rolą tytułowego banity. Właśnie co opuścił starościński loszek, obity i ograbiony, słowem goły niczym przysłowiowy święty turecki. Z zazdrością spogląda na konnych panów braci – on ma jeno szablę, przytroczoną do pasa zwykłym sznurkiem, i nic poza nią. Jest w potrzebie. Nic zatem dziwnego, że propozycja frywolnych pań jest zadaniem pomyślanym wprost dla niego.
Choć akcja obraca się w XVII wieku, czyli w czasach pod względem respektowania prawa zdecydowanie mało chlubnych, to jednak jakieś prawo istnieje i nawet ktoś taki jak hrabia Mikołaj Potocki nie może się wynosić ponad nie. Owszem, szczególną przyjemność sprawia mu mordowanie ladacznic, ale każdy z tych czynów z własnej i nieprzymuszonej woli odpokutowuje, czy to odbywając karę w wieży starosty, czy leżąc krzyżem przed kościelnym ołtarzem – można by rzec: krynica praworządności. Dziwną miarą, pań lekkich obyczajów to nie wzrusza i nie życzą sobie być mordowanymi. Zlecają Jackowi Dydyńskiemu o tyle trudne zadanie, że sam musi je wykonać zgodnie z literą prawa. A to nie jest takie proste, bo jeśli się nie postąpi według pewnych procedur, zamiast spędzić kilka tygodni w lochu, odda się głowę katu.
Powieść o nienawiści, ale i o miłości, i to nie byle jakiej, takiej na zabój. Powieść o oddaniu ale i o zdradzie. Czyta się ją jednym tchem, kartki niemalże się same obracają, a finał zbliża się na podobieństwo cwałującej „Czwórki” z obrazu Józefa Chełmońskiego i tylko żal się robi coraz większy, że takie to małogabarytowe i że za chwilę się skończy. Nim się człowiek zdąży zatracić w barwnym świecie kontusza i szabli, już się musi z nim żegnać. Mimo to polecam szczerze choćby dla tych kilkunastu godzin świetnej zabawy. Można też pójść na sposób i dawkować ją sobie stopniowo, powiedzmy rozdział dziennie – jak kto uzna za stosowne.
Szeptucha
Szukacie bezpretensjonalnej, lekkiej i zabawnej lektury na te powoli kończące się wakacje? Oto ona - „Szeptucha” Katarzyny Bereniki Miszczuk, czyli słowiańskie country fantasy.
Tuż przed wakacjami stwierdziłam, że potrzebuję dobrze zaakcentować tą radosną chwilę, jakąś przyjemną, niegłupią, ale lekką lekturą. Szczęśliwie mój wybór padł na „Szeptuchę”, która zaintrygowała mnie pomysłem Polski pogańskiej, tym bardziej, że akurat byłam po lekturze Elżbiety Cherezińskiej „Koronie śniegu i krwi”. Z Katarzyną Bereniką Miszczuk dotąd literackich dróg nie skrzyżowałam, choć jej „Gwiezdny Wojownik” nadal czeka na półce gdzieś pomiędzy Nealem Stephensonem, a Danem Simmonsem – nie powiem, zacne i przyciężkawe towarzystwo. Sięgając po powieść spodziewałam się Polski nasiąkniętej słowiańskimi wierzeniami, pełnej magii i mitycznych istot. A jak było naprawdę?
„Szeptucha” to historia Gosławy Brzózki, lekarki, no prawie lekarki. Gosia skończyła studia i właśnie odebrała dyplom ze swojej uczelni, a także skierowanie na praktykę, na daleką prowincję, gdzieś, gdzie według Gosi nie dotarła jeszcze cywilizacja. Dziwnym trafem okazuje się, że zostaje skierowana do matczynej, rodzinnej miejscowości w Kielecczyźnie, do Bielin, pod skrzydła lokalnej szeptuchy. Gosia do Kielc trafia wraz ze swoją przyjaciółką Sławą, po czym udaje się na praktykę do Jarogniewy, po drodze spotyka przystojnego Mieszka, który na dobre zagości w jej życiu, ratując ją z wielu opresji, a czasem jeszcze głębiej ją w nie wpakowując. Biedna Gosława, która jest ateistką, wierzy w prawdziwą, naukową medycynę, cierpi na fobię czystości, zmuszona zostanie do zweryfikowania swojej wiedzy o otaczającym ją świecie, co zresztą będzie robiła z godnym podziwu oportunizmem i beztroską ignorancją.Cytując za główną bohaterką: „Jakimś tajemniczym sposobem ja- pragmatyczna hipochondryczka – wpadłam w sidła przygody. Nie podobało mi się to. Supełnie mi się to nie podobało, chociaż w bonuie dostałam seksownego władcę, którego kręcą koronki”. Bielińska przygoda rozpoczyna się na dobre, a na drodze głównej bohaterki staną słowiańscy bogowie, żercy, rusałki, utopce i wiele wiele innych mitycznych postaci.
Nie ma co się łudzić, „Szeptucha”, to stereotypowa powieść z typu, napisałabym, urban fantasy, ale akcja toczy się na prowincji, to może country fantasy (?), z elementami słowiańskich wierzeń i romansu. Przyznam, że zauroczył mnie motyw Polski słowiańskiej, zacnej i potężnej, gdzie nadal wierzy się w Swarożyca i Peruna. Niestety pomysł nie został wykorzystany prawie w żadnym stopniu. Autorka sprytnie wybrnęła przed koniecznością mocnego zarysowania świata przedstawiona dzięki faktowi, że Gosława tak naprawdę jest ateistką. Dzięki takiemu zabiegowi elementy zostały wrzucone do fabuły, a nie fabuła została mocno osadzona w świecie. W fabuke z resztą też nic nadzwyczajnego się nie dzieje; główna bohaterka staje się centralnym punktem, wokół którego toczą się wszystkie wydarzenia, pojawia się oczywiście zagrożenie, pomocnicy i rycerz na białym koniu. Wszystko boleśnie przewidywalne. To dlaczego mi się podobało i szczerze polecam tę książkę? Ponieważ powiela ona dobrze znane i lubiane motywy, które okraszone może prostym, ale lekkim, humorem, naprawdę daje dużo przyjemności podczas czytania. Gdybym miała porównywać „Szeptuchę” do innych książek z tego gatunku, to wspomniałabym o cyklu Patricii Briggs o Mercedes Thompson, z którą wspólny ma pomysł na wykorzystanie lokalnych wierzeń, czy o Aleksandrze Rudej i Oldze Gromyko, do których podobna jest w poczuciu humoru. Niestety zabrakło ambicji Anny Brzezińskiej, z cyklu o Wilżyńskiej Dolinie, która potrafiła solidnie zakorzenić akcję książki w lokalnym folklorze, dzięki przaśnemu językowi i barwnym charakterom ludzkim.
„Szeptucha” Katarzyny Bereniki Miszczuk, to fantastyczna, lekka lektura na letnie wieczory. Trzeba pogodzić się, że nie stworzono w niej naprawdę słowiańskiej atmosfery i że pomysł na prawdziwą polską magię został zaprzepaszczony. Pomimo tego z utęsknieniem wypatruje jesieni, na którą ma się pojawić drugi tom - „Noc Kupały”.
The Book of Unwritten Tales
Osobiście bardzo lubię wszelkiego rodzaju baśnie i historie fantasy. Czytam książki i oglądam filmy poruszające tę tematykę. To mój ulubiony sposób spędzania wolnego czasu. Czy jednak może być coś fajniejszego od rzeczywistego wcielenia się w jednego z ukochanych bohaterów, podążania za nim przez świat, chwytając jedną przygodę za drugą i obmyślając, jak wydostać się z kolejnej opresji? Taką właśnie możliwość przedstawili nam twórcy fantastycznej, pełnej humoru gry „The Book of Unwritten Tales".
Na dobry początek wcielasz się w rolę wesołego elfa, który jest świadkiem porwania. Uprowadzony został gremlin – archeolog, ponieważ odkrył miejsce położenia pewnego niezwykle cennego artefaktu. Nasz bohater – elf (a raczej elfka) – bez namysłu rusza za porwanym, wślizgując się niepostrzeżenie na zeppelin. Tak oto zaczyna się przygoda. Jak się zakończy, zależy jedynie od gracza.
Zdecydowanym plusem tej przygodówki są postacie - ich różnorodność oraz pełne humoru profile. Gracz może przełączać się pomiędzy bohaterami, którzy znajdują się w jego drużynie. Przyznaję, że nie jestem wyjadaczką gier komputerowych, ale w kilka tego typu pozycji już grałam i zawsze „prowadziło się" jednego bohatera, więc takie rozwiązanie to dla mnie zupełnie zaskakująca nowość. Zadania, wbrew pozorom (i oznaczeniu PEGI na okładce 12+), wcale nie są proste i trzeba nad nimi nieźle pokombinować. Za to logiki z pewnością im nie brakuje. Nie są na siłę i w dziwny sposób utrudnione lub przekombinowane – twórcy po prostu mieli na nie dobre, sensowne pomysły.
Grafika gry jest typowo baśniowa, aczkolwiek bardziej mroczna niż kolorowa i radosna. Przyznaję jednak z lekkim żalem, że bohaterowie są raczej zabawniej niż ładniej narysowani. Na przykład księżniczka elfów swoją urodą nie ma szans nikogo zachwycić. Sam klimat rozgrywki natomiast trzyma się ściśle gatunków steampunkwych. W treści gry pojawia się również wiele nawiązań do motywów popkulturowych, na przykład znanych już wszystkim MMORP w stylu „World of Warcraft". Jako ścieżki dźwiękowej użyto dwudziestu pięciu utworów, których bardzo przyjemnie się słucha. Jest to coś, co z pewnością umili, co najmniej kilkunastu godzinny, czas gry.
Wytwórnia King Art Games stworzyła już wiele tytułów – między innymi współpracowała przy kreacji znanej gry „Simon the Sorcerer". „The Book of Unwritten Tales" jest pozycją kolejną, a więc możemy się również spodziewać, że lepiej dopracowaną i ciekawszą. Niestety nie mam porównania, gdyż nie znam jej poprzedniczek, ale gra sama w sobie stoi na wysokim poziomie i mocno podnosi poprzeczkę kolejnym przygodówkom, jakie może mieć w planach wytwórnia.
Wymagania sprzętowe nie są zbyt wygórowane, ale nie polecam gry dla osób posiadających laptopa z zintegrowaną kartą graficzną. Niestety komputer musi należeć do tych nieco nowszych. Minimalne wymagania sprzętowe to: Windows XP/ Vista / 7; Procesor Pentium 2GHz; Pamięć operacyjna 1GB; 6GB miejsca wolnego na dysku, karta graficzna 128 MB, kompatybilna z DirectX 9c.
Jeżeli ktoś lubi gry przygodowe, to „The Book of Unwritten Tales" jest tytułem jak najbardziej godnym polecenia. Zacząć będzie można również od "The Critter Chronicles", prequelu „The Book of Unwritten Tales", który również ukazał się w Polsce (pod patronatem Secretum). Podsumowując, przygodówka zbiera naprawdę wiele pochlebnych opinii i są one jak najbardziej uzasadnione. Jeżeli ktoś lubi tego rodzaju gry, to nie powinien się wahać, czy sięgnąć po ten tytuł. Natomiast jeżeli ma to być jego pierwsza styczność, to może mieć pewność, że „The Book of Unwritten" do gatunku – jako takiego – go nie zniechęci.
Córka łowcy demonów
Kiedy zobaczyłam okładkę "Córki łowcy demonów" wyszłam z założenia, że recenzowana przeze mnie pozycja, będzie kolejną powieścią, o nastoletniej, seksownej łowczyni, która broni świata przed podziemiem i wszelkimi okropnościami, które z niego wychodzą. Nie dawałam książce wielkich szans na wybicie się w moich oczach. Nie pomyliłam się bo, fabuła rzeczywiście opowiada o nastoletniej łowczyni, jednak jej autorka miała w stosunku do swego dzieła ambitniejsze plany, niż zakładałam.
Jana Oliver mieszka w Atlancie, a swój wolny czas spędza na badająniu legend, spacerach po wiekowych cmentarzach oraz buszowaniu wśród starych książek i map. Autorka w swojej powieści porusza wszystkie te kwestie, co powoduje, że pisanie, z którego się utrzymuje, uważa za najlepszą pracę na świecie. Powstanie pierwszego tomu "Łowców demonów" zawdzięcza między innymi swojej przyjaciółce i pisarce P. C. Cast.
Jest rok 2018. Ludzkość jeszcze nigdy nie była tak zróżnicowana i zagubiona. Atlanta, podobnie jak wiele innych części świata jest biednym, rozpadającym się regionem, którego mieszkańcy ledwo wiążą koniec z końcem. Zmartwienia codziennego życia są jednak niczym z chwilą, kiedy na powierzchnię wychodzą słudzy Lucyfera. Teraz, podczas największego osłabienia mieszkańców ziemi, wysłannicy piekła zdają się być najsilniejsi.
Gildia Łowców Demonów to instytucja współpracująca z Kościołem, zajmująca się łapaniem demonów i szkoleniem wszystkich, którzy są chętni do niej dołączyć, nawet kobiet.
Riley Blackthorne, córka słynnego łowcy Paula Blackthorne'a, postanawia pójść w ślady ojca, nie licząc się z jego zdaniem na ten temat. Dziewczyna jest dopiero uczennicą Gildii, jednak stara się być jak najlepsza, a im mocniej się stara, tym gorzej wszystko jej wychodzi. Film, ukazujący jej najnowszą klęskę przy łapaniu demona, który krąży po Internecie wydaje się być punktem kulminacyjnym w jej życiu. Nie to jest jednak najgorsze. Jakiś czas potem siedemnastolatka dowiaduje się, od partnera Paula, że jej tata zginął podczas polowania na demona. Straciła już matkę, a teraz ostatnią osobę, która ją kochała, i której na niej zależało.
Denver Beck spędzał z ojcem Riley więcej czasu, niż ona sama. To właśnie Paul pokazał chłopakowi, że nie musi podzielać losu matki alkoholiczki i prostytutki. To Paul Blackthorne nauczył go jak polować i to temu mężczyźnie Denver zawdzięczał wszystko. Paul zmarł z imieniem swojej córki na ustach. Okrucieństwem losu byłoby, gdyby dziewczyna została teraz sama, bez opieki. Beck przyrzekł umierającemu przyjacielowi, że się nią zajmie. Problemem jest fakt, że dziewczyna stale przyciąga do siebie kłopoty, a każdy demon, nawet najniższej klasy, zna jej imię.
Główną bohaterką "Córki łowcy demonów" jest nastoletnia Riley Blackthorne, jedyna dziewczyna w Atlancie, która jest członkinią Gildii Łowców Demonów. Młoda uczennica, w porównaniu do innych postaci podobnych książek, nie jest wysportowaną, umięśnioną siłaczka, ani też dziewczyną, której zależałoby na łamaniu chłopięcych serc. Riley jest skromną, trochę niezdarną osóbką, której zależy na osiągnięciu czegoś naprawdę wielkiego. Po śmierci ukochanego ojca jej ambicje rosną. Jednak nie rzuca się ona z zamiarem zemsty na przywódcę podziemia, jak zrobiłoby to wielu na jej miejscu. Riley stara się przeżyć, zebrać pieniądze na czynsz oraz uchronić zmarłego ojca od wskrzeszenia. Jest to naprawdę uparta osoba, jednak wcale nie taka twarda, jak jej się zdaje, poza tym jest przytłoczona całą sytuacją, potrzebuje ciepła i troski drugiej osoby.
W kręgu drugoplanowych bohaterów książki, spotykamy się z różnymi charakterami. Każdy z nich jest inny i ma na fabułę inny wpływ. Jana Oliver wprowadziła do swojej książki postać typowego twardziela, którego charakter ukształtowały życiowe doświadczenia, komputerowego maniaka, pobożnego świętoszka, a nawet grupę szkolnych dziewczyn, dla których najważniejszy jest dobry wygląd. To duże atuty powieści, jednak najważniejszym są same demony. To w końcu Piekielne Nasienie buduje całą atmosferę tej powieści.
W tym względzie autorka kompletnie mnie zaskoczyła. Słudzy Lucyfera są różni, zależnie od klasy. Im wyższa klasa tym groźniejszy demon. Te z najniższej, wyrządzające najmniejsze szkody są za to najbardziej komiczne. Od małych stworków z odstającymi uszami, w przebraniach wojowników ninja, do tych owłosionych, śliniących się i mogących rozerwać człowieka na kawałki w kilka sekund. Jest w czym wybierać!
Świat w 2018 roku nie jest niczym rewelacyjnym, wręcz przeciwnie. Autorka przedstawiła jak stopniowo zmierza do samozniszczenia. Ludzkość nie stała się bardziej nowoczesna czy ulepszona. Jedyną dużą zmianą, wraz z pokazaniem się demonów, jest przyjęcie do świadomości istnienia magii. Rytuały, nekromanci, wskrzeszanie zmarłych, aby stali się bezmyślnymi niewolnikami, czarownice - to świat wykreowany przez J. Oliver.
Przy oryginalnej treści najczęściej dużym problemem są błędy popełniane przez debiutującego pisarza, gdyż nie wszystko można osiągnąć od razu. Nie inaczej jest w przypadku J.Oliver. Mimo że powieść jest lekka i przyjemna w odbiorze, to momentami opisy sytuacji wydawały mi się zbyt proste i banalne.
Autorce zdarzają również takie potknięcia jak błędy chronologiczne, niespodziewana zmiana nazewnictwa, np. w przypadku nazw broni, co budzi w czytelniku poczucie dezorientacji i zagubienia.
Nie jest to jednak nic, czego nie można by naprawić. Przy lekturze dwóch pierwszych rozdziałów następnej części, dołączonych do tego wydania, można zauważyć, że autorka dysponuje lepszą jakością wypowiadania się, jednak potknięcia przy kolejnościach scen są nadal widoczne, nawet przy tak krótkim fragmencie.
Mimo tych drobnych błędów, pierwsza wydana książka Jany Oliver zauroczyła mnie. Ilustrację zamieszczoną na obwolucie powieści postrzegam jednak jako zbyt poważną w stosunku do zawartości tomu. Kobieca twarz z mocnym makijażem może wprowadzić czytelnika w błąd na korzyść lub niekorzyść pozycji.
Książka jest dla osób, które szukają luźnej, nieskomplikowanej rozrywki, nie kolejnego romansu paranormalnego - choć w "Córce łowcy Demonów" wątki miłosne też się znajdą. Powieść spokojnie można polecić choćby fanom twórczości Ricka Riordana, ze względu na to, że obaj autorzy łączą świat fantasy z rzeczywistym w zabawnej formie.
Zombie.pl
Większość z nas zna ból dnia wczorajszego, potocznie zwany... kacem. Nie obcy był on również Karolowi i Jankowi, którzy cały wcześniejszy wieczór spędzili na oblewaniu kolejnego sukcesu w restauratorskiej karierze Karola. Mężczyzna otworzył kolejną restaurację, tym razem w Gdańsku. Popijawa kończy się za szybko, a następny dzień przynosi same złe wieści. I uwierzcie, morderczy ból głowy to najmniejszy z problemów restauratora, bowiem... Gdańsk został opanowany przez zombie. Hordy wygłodniałych potworów wylęgają na ulicę, uderzają martwymi dłońmi o szyby, chcą mięsa. Ludzkiego.
Tematyka ożywionych zmarłych nie jest obca właściwie żadnemu czytelnikowi, uwielbiającemu horrory. I choć na przestrzeni ostatnich lat te gnijące monstra przeszły pewne -acz nie tak wielkie, jak w przypadku wampirów, wilkołaków, etc.- zmiany, mające je wykreować na bohaterów pozytywnych (mam tutaj na myśli książkę Wiecznie żywy), to zazwyczaj w literaturze czy filmach pojawiają się jako człapiące, bezmyślne i wygłodniałe istoty o morderczych zapędach. Przyznam, że o ile z lekturą historii o zombie nie mam żadnych problemów, tak wciąż nie potrafię przekonać się do filmów tego rodzaju. Dlaczego? Ot... boję się. Przeraża mnie myśl, że w dobie dzisiejszej technologii do takiej apokalipsy może dojść, że to nie tylko ludzka wyobraźnia. Cóż...
Główny bohater, Karol, musi radzić sobie ze śmierdzącymi potworami w pojedynkę, gdyż jego partner znajduje się już po drugiej stronie. Co robić w takiej sytuacji? Gdzie się skryć? Ano, najlepiej na samym początku opuścić miejsce, w którym obecnie się znajdujesz, czyli hotel. Nie żeby otwarta przestrzeń była takim cudownym pomysłem. W każdym razie, jak to się dzieje w tego rodzaju historiach, mężczyzna trafia na grupkę ocalałych, do której natychmiast przystępuje. A grupa jest niezwykle zróżnicowana- od zakonnika, po tancerkę go go. I mimo, że powinna ich połączyć wspólna walka o ocalenie życia, tak się nie dzieje. Każdy chroni własny interes, żadna nowość, prawda?
Ciężko mi cokolwiek sensownego o tej książce powiedzieć; miałam wrażenie, że zaserwowane nam przez autorów obrazy już gdzieś kiedyś były. No ale bądźmy poważni, ciężko jest stworzyć coś nowego, od razu rzucającego na kolana. Zombie.pl to mimo swego rodzaju powtarzalności intrygująca lektura, osadzona w polskich realiach. Byłam ciekawa, czy Karol jakimś sposobem dotrze do swojej rodziny, do Poznania. Niestety, ta sprawa nie zostaje rozwiązana, a zakończenie daje nadzieję na kolejne tomy. Za bardzo duży plus uznałam zróżnicowanie postaci, jakie na swej drodze spotykają uciekający. Nie mogę zdradzić zbyt wiele, jednak przygotujcie się na coś, czego chyba nigdy nie spodziewalibyście się w historii o nieumarłych!
Może to zwykła książka, mająca napędzić nam niemałego stracha, ale niesie też ze sobą pewne przesłanie, o którym delikatnie wspominałam wcześniej. Mówi się, że człowiek człowiekowi wilkiem, co często zostaje uzupełnione przez: a zombie zombie zombie, ha. Tam, gdzie ożywieni -choć totalnie bezmyślni- potrafili zsynchronizować się (bo "dogadać" to trochę za wiele powiedziane), by ramię w ramię ruszyć do ataku na niewielką grupkę ludzi, tam człowiek, uważany za niewiadomo jaki cud boski etc. etc. woli... pozostawić słabszych własnemu losowi i brać nogi za pas. Moi mili, czy to nam grozi? Totalna dezintegracja? Uderzenie zamiast wyciągnięcia pomocnej dłoni? Tacy jesteśmy my, Polacy, czy cały świat? Nie od dziś wiadomo, że mało kto biegnie, by nieść pomoc potrzebującym i o tym autorzy dają nam dobitnie znać. Sami przyczyniamy się do własnej zagłady.
Nie wiem, co w tym przypadku doprowadziło do apokalipsy. Nie wiem, dlaczego większość społeczeństwa stała się zombie, podczas gdy garstka nie została opanowana przez tajemniczy wirus. Wiem natomiast jedno- każdy "wytrawny" horroromaniak musi mieć Zombie.pl na swoim czytelniczym koncie, nie ma zmiłuj.
Dark elements. Tom 1
Tom 1 bestsellerowej serii "Dark Elements". Premiera już 9 marca!
Pierwszy pocałunek może być tym ostatnim.
