lipiec 17, 2026

Rezultaty wyszukiwania dla: Niezwykłe

sobota, 13 czerwiec 2015 18:00

Premiera: "Dzikie karty"

"Dzikie karty" pod redakcją Georga R.R. Martina, które ukazały się nakładem wydawnictwa Zysk i S-ka, są już dostępne w księgarniach! Gdy po II wojnie światowej obcy wirus zaatakował ludzkość, garstka ocalonych zdobyła nadnaturalne moce. Dzikie karty opowiadają ich historię.

Dział: Książki
środa, 10 czerwiec 2015 17:31

Wszystko jest mitem

Każdy z nas kiedyś umrze- to niezaprzeczalny fakt. Chcielibyśmy wierzyć, że jesteśmy tymi "wybranymi" przez los ludźmi, kimś, kto podbije świat. Niestey, życie pisze inne scenariusze, często bardziej bolesne i smutne. Proza życia, tak niektórzy nazywają to zjawisko. Wszystko jest mitem!

Pierwsze, co rzuca się w oczy przy bliskim spotkaniu z książką Wojciecha Piotrowskiego to mrok, a jednocześnie magnetyczne, dzikie ślepia, wpatrujące się w czytelnika z okładki. Nasuwa mi to skojarzenie z pewnym przysłowiem- "człowiek człowiekowi wilkiem". I jak się okazuje, zbyt wiele prawdy w tych słowach.

Przyciągający spojrzenie front to nie wszystko, co zaintrygowało mnie w owym zbiorze nowel. Jak czytamy opis wydawnictwa: "Dzisiaj już tylko czytelnik 'naiwny' gotów jest uwierzyć w 'szczęśliwe historie'. W czasach postmodernistycznej totalnej samotności jednostki, często narażonej na rozczarowanie, nie ma miejsca na snucie optymistycznych opowieści". Cóż... czyż można odmówić książce, która zaprezentowana została w taki sposób? Nie. W tych słowach kryje się prawda, coś, w co ja osobiście wierzę. A lektura książki tylko utwierdziła mnie w tym, że... Wszystko jest mitem, ba, wręcz fraszką. Nie martwcie się jednak, nie sądzę, aby ów utwór zniszczył czyjś światopogląd.

Zbiór (a właściwie zbiorek, zważywszy na naprawdę małą ilość stron) otwiera nowela pt. "Wózek"; jest to jeden z siedmiu "drobiazgów" i od razu wprowadza czytelnika w sielską atmosferę zwykłego poranka na wsi- aż ma się ochotę powiedzieć "dzień jak co dzień". Niestety, dla niektórych to będzie jedna z wielu leniwie przemijających dób, zaś dla innych... ostatnie chwile. Zwróciłam uwagę na ten utwór nie tylko dlatego, że występuje zaraz po otworzeniu książki- po pierwsze, dzięki niemu wiedziałam, co mogę napotkać w kolejnych nowelach. Po drugie, autor na zaledwie siedmiu stronach zawarł to, co nieustannie (można powiedzieć) mnie martwi: dziś jesteś, jutro Cię nie ma. Nikt nie wie, ile pozostało mu czasu, tu, na ziemskim padole; oczywiście, przecież nikt Kostuchy nie oszuka, nie ma szans. Wyobrażamy sobie jednak, że Ten Dzień, dzień przejścia na Drugą Stronę nadejdzie, gdy będziemy już gotowi- odchowane dzieci, wybrane miejsce na cmentarzu, pozałatwiane ostatnie sprawy. Sami zdajecie sobie sprawę, że to oszukiwanie siebie, prawda? Śmierć nie czeka, nie pyta, zabiera tych, których wyznaczył ktoś na górze. Zastanowiła mnie ta nowela. Dlaczego? Rozmyślałam, czy autor chciał w ten sposób dać nam znać, abyśmy żyli tak, jakby jutro miało nie nadejść? Czy może chodziło mu wyłącznie o przekaz- "umieramy, wszyscy, więc Ty też umrzesz! " ?

Najbardziej do gustu przypadła mi właśnie nowela "Wózek", "Wilki", "Kościół Świętego  Stanisława", "Ślad"; czytając niektóre z nich miałam wrażenie, jakbym czytała o swojej miejscowości- takiej, gdzie to każdy zna każdego, a sąsiedzi lubią wścibiać nos nie w swoje sprawy. Gdzie zazwyczaj nuda paraliżuje młodych. Małe, senne, zdecydowanie zwyczajne. I o tym są te historie- krótkie, życiowe. Siłą tej książki jest to, jak wielki ładunek emocji niesie z pozoru obojętna narracja. Myślimy o kimś "szary, nudny człowieczek, szczęśliwy dzięki błogosławionej niewiedzy o tym, jak wygląda prawdziwe cierpienie". Pan Piotrowski depta te stereotypy, bowiem za każdym ludzkim istnieniem kryje się jakaś historia, mniej lub bardziej smutna, może podnosząca na duchu. Ktoś niepozorny mógł przejść prawdziwe piekło. Ktoś szczęśliwy może codziennie zakładać swoją maskę. Proza życia, proza życia.

Pięćdziesiąt stron to niewiele, ale mi w zupełności wystarczyło, by... poznać tajniki zwykłego życia. Dziwnie brzmi? Autor niczego nie upiększa, nie snuje fantazji; pokazuje ludzki żywot takim, jakim jest. Poznajemy historie kilkorga bohaterów i mimo, że niektóre nowele mają jasne zakończenie, to część jest swego rodzaju prezentem od autora- możemy sami dopisać sobie koniec, nie ma bowiem jednoznacznego rozstrzygnięcia.

Podziwiam pana Wojciecha Piotrowskiego za to, że w tak niewielkiej książeczce umieścił tyle emocji, zmuszając czytelnika nie tylko do przemyślenia tego, co czyta, ale również do refleksji nad własnym życiem. Wszystko jest mitem, być może to prawda; my, ludzie, musimy jednak w tym micie trwać, utrzymując mydlaną bańkę marzeń przy życiu.

Wiem, że zbiory nie należą do ulubionych lektur. Wierzę jednak, że skusi Was okazja przeczytania niezwykłej książki o zwykłym, ludzkim losie.

Dział: Książki

Już 30 maja w Młodzieżowym Domu Kultury w Toruniu ul. Przedzamcze 11/15 (toruńska starówka) odbędzie się Festiwal Komiksu i Kultury Popularnej DWUTAKT. Impreza trwa od godz. 10.00 do 20.00 Zapraszamy!

Dział: Konwenty

Nie boję się śmierci. Boję się procesu umierania. Boję się wypadających włosów, obwisłej skóry i niesłuchających rozkazów stawów; boję się zaników pamięci, ulubionych tytułów, które wydadzą się pierwszy raz spostrzeżone. Boję się pełnych litości spojrzeń, garba, potknięć. Boję się próśb o pomoc i niesamodzielności. I nie przestałabym się bać, gdyby ktoś powiedział: nie martw się, po śmierci znowu obudzisz się jako niemowlak. Znowu będziesz młoda. Chociaż będziesz pamiętała całe swoje niemalże siedemdziesięcioletnie życie. Nie wiem, co byłoby gorsze – umrzeć, czy żyć ponownie z bagażem wspomnień.

Harry August wiódł niezbyt łatwe, a jednocześnie dość przeciętne jak na swoje czasy, życie. Do chwili, gdy okazało się, że śmierć nie zakończyła jego egzystencji, a jedynie rozpoczęła ją od nowa – raz jeszcze Harry się narodził, raz jeszcze uczył chodzić, raz jeszcze patrzył na śmierć bliskich i dokładnie te same ich decyzje. Kilka wcieleń poświęcił na odnalezienie się w nowej sytuacji. Po traumatycznych przeżyciach dołączył także do Bractwa Kronosa, które zrzeszało jemu podobnych. Z jego pomocą Harry wiódłby pewnie próżniacze życie po każdych kolejnych narodzinach. Los miał jednak dlań inny plan. Gdy, jak w każdym z żywotów, umierał na szpiczaka mnogiego, odwiedziła go dziewczynka. „Świat się kończy. – powiedziała – Świat się kończy i nie możemy temu zapobiec. Świat się kończy, bo musi. Ale koniec świata staje się szybszy". I wtedy Harry August znalazł cel.

Nie wiem, kto mógłby pozostać niewzruszony przy podobnym opisie (ten akurat jest mojego autorstwa, jednak linia fabularna i groza sytuacji zostają zachowane w każdym, jak mniemam). Zwłaszcza, gdy dodać do tego niesamowitą okładkę. Niby nie ma w niej nic niezwykłego, zwłaszcza, kiedy przygląda się jedynie jej internetowemu zdjęciu, lecz podejście zmienia się z chwilą chwycenia tomu w dłonie. Zajmujący front obwoluty tytuł jest lekko wypukły i jakby wykonany z brokatu. A może z pyłu? Całość wydaje się nieco rozwiewać, a na granatowo-niebieskiem tle, jaśniejącym w kierunku centrum, przypomina trochę gwiazdy. Z kolei z tyłu, pomiędzy jedną częścią blurbu a drugą, znajduje się ludzka sylwetka. Także wypełniona brokatowym pyłem. Nie potrafię oprzeć się wrażeniu istnienia w tej wizualizacji cudownej, choć nieszczególnie oryginalnej, metafory dotyczącej ludzkiego życia, przemijania i trwania. Jesteśmy częścią większej całości. Jesteśmy zbudowani z atomów. A w przyrodzie nic nie ginie – po śmierci nasze atomy stają się po prostu budulcem dla czegoś innego. Ale przecież umieramy. Rozpadamy się. Zostaje po nas proch i pył.

„Pierwszych piętnaście żywotów Harry'ego Augusta" przez znaczącą część lektury szczególnie nie porywa. Sporym eufemizmem byłoby stwierdzenie, że akcja nieco się wlecze. Ale przecież wlecze się nie bez przyczyny! Harry nie musi nigdzie się spieszyć. Ma nieskończoną ilość żywotów (w teorii). Niejednokrotnie pada z jego ust stwierdzenie, gdy pojawiają się w jego życiu komplikacje, które najprościej byłoby zakończyć samobójstwem, że tylko nuda dzieciństwa zniechęca go do takiego gestu. Cóż to w ogóle za okrutne i bezduszne rozważania! - chciałoby się wykrzyknąć. Ale jakie znaczenie miałoby życie, gdyby się nie kończyło? Czy samobójstwo stanowiłoby jeszcze tak skrajny akt? Ja sama nie wiem, czy za każdym razem chciałabym umierać na złośliwy nowotwór, bez szans na wyleczenie.

Jakkolwiek zrozumiałam ideę historii spisanej przez Claire North, rodzaj odwrócenia ogólnego pojęcia o zjawiskach paranormalnych – wydaje się nam bowiem, że za niecodziennymi zdolnościami czy wydarzeniami zawsze idzie jakaś mroczna historia, pełna akcji i szwarccharakterów – to chwilami naprawdę się nudziłam. Pomimo faktu, że postać Augusta psychologicznie wydawała się ciekawa, to jego poszukiwania sensu, wydawały mi się momentami dość płytko i pobieżnie opisane. North sygnalizowała jedynie pewne działania, nie relacjonując ich w pełni. Byłoby to świetne, gdyby bohater był zupełnie przeciętnym człowiekiem ze zdolnością odradzania się raz po raz (o ile można nazwać przeciętnym kogoś o podobnych umiejętnościach). Tak bowiem działa ludzka pamięć – zaciera się, pozostawiając jedynie ogólny zarys faktów. Harry nie był jednak zwyczajny już jako człowiek, niezależnie od funkcjonowania jako ouroboran (takie miano naszą w powieści osoby, które odradzają się po śmierci – nazwa wywodzi się od Ouroborosa, mitologicznego węża zjadającego własny ogon), gdyż posiadał pamięć absolutną.

Właściwa akcja powieści zaczyna zagęszczać się dopiero po ponad połowie lektury. To trochę późno. Zwłaszcza, że nigdy nie osiąga punktu zenitalnego. Wciąż miałam wrażenie, że nabiera prędkości, by pokazać prawdziwie wartką akcję. Tymczasem na rozwijaniu szybkości się skończyło. Finał przyniósł z kolei ogromne rozczarowanie, które skwitowałabym słowami „Tylko tyle? Naprawdę?!". I nawet piękna klamra semantyczna nie rekompensuje mi tego rozczarowania.

Tak naprawdę powieść skupia się na dwójce bohaterów. Harrym i wspomnianym szwarccharakterze, którego imienia – z racji niechęci do spoilerów – zdradzić nie mogę. A właściwie nie chcę. Moim zdaniem jedna i druga postać może pochwalić się bogatym rysem psychologicznym. Obie reprezentują skrajnie odmienne poglądy, które w pewnym momencie zaczynają się przenikać i dopełniać. Co najlepsze, byłam w stanie wczuć się w pozycję jednego i drugiego. Rozumiałam ich racje.

Język Claire North jest przystępny, lecz nieszczególnie bogaty czy wyrazisty. Klarownie przekazuje historię, jednak skąpa opisowość nie trafiła w mój czytelniczy gust. Autorka skupiła się raczej na samej psychologii i motywie relatywnego upływu czasu dla jednostki. Sporo także mówi o etyce i moralności, chociaż niebezpośrednio (zazwyczaj), co sobie bardzo cenię.

„Pierwszych piętnaście żywotów Harry'ego Augusta" pozostawiło we mnie niewielki zalążek tematycznej refleksji. Zaczęłam zastanawiać się nad motywem zjawisk paranormalnych niepodyktowanych żadnym wyższym celem, żadną wielką wojną. Jakby to było, gdybym nieustannie się odradzała? I tyle? Nic więcej? Po prostu raz po raz przeżywała swoje życie, z zachowaniem pamięci o wszystkich egzystencjach, podejmując nowe decyzje i zmieniając swój los. Znowu jednak dla samej zmiany, bez odgórnego, ważnego celu. Poza tym zaczęłam snuć refleksje nad wielowymiarowością czasu i przestrzeni. Harry August zastanawiał się nad początkiem i końcem – czasu, świata, ouraboran. A jeżeli wszystko dzieje się teraz? Jeżeli jesteśmy pierwsi? Nasze czasy są pierwsze? Jeżeli świat zaczął się wtedy, gdy Harry August narodził się po raz pierwszy, a dopiero później zaczęła się „przyszłość"? Trwał od pewnego momentu, ale bohater był jego końcem i ciągiem dalszym jednocześnie? Mam nadzieję, że jeżeli zdecydujecie się na te lekturę, podzielicie się własnymi spostrzeżeniami na ten temat.

Dział: Książki
środa, 20 maj 2015 01:14

Dziewczyna ognia i cierni

„Dziewczyna ognia i cierni" to pierwszy tom „Trylogii ognia i cierni", który ukazał się na polskim rynku nakładem wydawnictwa Albatros. Jak potoczą się losy, wybranej przez bogów, nastoletniej królewny?

Siostra Elisy rządziła będzie krajem, ale to ona została wybrana. Podczas chrzcin otrzymała boski kamień, a wybrańcy bogów mają do wypełnienia misję. Jeżeli jej się nie uda czeka ją śmierć w młodym wieku. Dziewczyna żyje spokojnie, zgłębiając tajemnice historii i wymarłych języków, do dnia kiedy nagle nie zostaje wydana za mąż, za zupełnie obcego mężczyznę. Okazuje się, że została zmuszona poślubić króla Alejandra, ponieważ ten, lepiej od ojca, może ją chronić.

W powieści wydało mi się niezwykłe, że to nie czytelnik poznaje przedstawiony świat, a sama główna bohaterka. Przez lata zamknięta w złotej klatce i chroniona przez rodzinę oraz nianię Elisa właściwie nic nie wie o zewnętrznym świecie. Nie zdaje sobie sprawy, że może mieć wrogów. Życie nie jest łatwe również w pałacu nowego męża, który, choć otacza ją opieką, nie jest dla niej spełnieniem marzeń. Przede wszystkim jej nie kocha, za to okazuje się, że darzy uczuciem zupełnie inną kobietę, a to mocno wpływa na szczere uczucia nastoletniej królewny.

Książka przypomina mi nieco serię spod pióra Alison Croggon „Kroniki Pellinoru". Nie chodzi tu o zbieżność fabuły, ale o sam sposób pisania i przedstawienia fantastycznego świata. I chociaż jest naprawdę piękny i bardzo literacki, to jednak powieść pozbawiona została lekkości czytania. Twórczością Rae Carson można się zachwycić, można w niej zatonąć, ale z pewnością jej proza nie należy do takich pozycji od których nie można się oderwać czy takich książek, które czyta się z zapartym tchem. Fabuła oczywiście jest ciekawa, a przedstawiony świat starannie dopracowany, ale podczas czytania nie rozwija się skrzydeł, a głowy nie wypełniają setki marzeń. Zabrakło tu tego nieuchwytnego elementu, który posiadają jedynie nieliczne, cudowne, powieści. Bardzo często, by zauroczyć, nie muszą być nawet w połowie tak dobrze napisane jak „Dziewczyna ognia i cierni". One po prostu posiadają „to coś" czego tutaj brakuje.

Elisa nie jest typową bohaterką. To nie śliczna dziewczyna, która nie zdaje sobie sprawy ze swojej urody. To pulchniutka, inteligentna królewna o dobrym sercu i niskim poczuciu własnej wartości, która z rozdziału na rozdział coraz bardziej dojrzewa. Trudno jej nie polubić, ale gdy samemu posiada się zupełnie odmienny charakter, to naprawdę również trudno ją zrozumieć. Śledziłam jej losy z przyjemnością, po drodze jednak, kilkukrotnie mając ochotę po prostu jej przyłożyć, żeby się opamiętała.

Nie byłabym sprawiedliwa, gdybym stwierdziła, że powieść mnie nie zainteresowała. Rae Carson miała dobry pomysł i sądzę, że z powodzeniem go zrealizowała. Jednak mimo ciekawej fabuły i w miarę wartkiej akcji, historia nie sięga do najczulszych strun. Mam nadzieję, że w kolejnych tomach pisarka się rozwinie i oprócz doskonałego warsztatu tchnie w swoją twórczość również nieco więcej serca.

Dział: Książki
poniedziałek, 11 maj 2015 11:15

Assassin's Creed #02: Aquilus

"Assassin's Creed" - piękne historie, wartka akcja i wzniosłe słowa - tego nigdy nie brakowało w tej serii. Wydawnictwo Sine Qua Non zapewniło to wszystko polskim fanom, tym razem na kartach komiksu. Za pomocą obrazów i słów, po raz kolejny mogliśmy przeżywać niesamowite przygody skrytobójców. Pierwsza pozycja z tej serii nosiła tytuł „Desmond" i była świetnym wprowadzeniem do cyklu. Pokazała czego możemy się spodziewać. Drugi tom opowiada o Aquilusie - przodku Desmonda. Jak radzili sobie kiedyś asasyni?

Pierwsza część serii zaprezentowała nam już Aquilusa podczas nieudolnej próby zabicia rzymskiego generała. 46 stron historii w obrazkach pokaże nam, że tytułowy skrytobójca przeżył dzięki Accipiterowi - jego kuzynowi (o którym będzie trzeci tom z tego cyklu). Śmierć, sprint po dachach, fantastyczne akrobacje oraz przedmiot, który nie może wpaść w niepowołane ręce - tego nie zabraknie. Oczywiście nie możemy zapominać o Desmondzie, dzięki któremu poznajemy tak niebywałych ludzi. Jego życie również nie jest sielanką. Templariusze starają się mu uprzykrzyć egzystencję jak tylko mogą, a najlepiej ją zakończyć. Lecz wraz z poznawaniem swej przeszłości, Miles odkrywa w sobie niezwykłe umiejętności.

Dlaczego warto kupić ten komiks? Po pierwsze: ideały. Walka dobra ze złem - było tu, był tam i będzie jeszcze w wielu miejscach. Oklepane, ale nieśmiertelne. Wystarczy ubrać to w niesamowitą historię, a twórcy Assassin's Creed wyśmienicie tego dokonali. Corbeyran pisząc scenariusze do komiksów z tej serii w pełni odrobił lekcje i jego działa wiernie podtrzymują klimat oraz wartości. Jeśli w danym dziele znajdziemy przynajmniej jeden cytat, który można sobie wytatuować, trafi na koszulkę lub kubek, bądź będzie pod Aquilusem na tapecie naszego komputera, to ja w takiej sytuacji jestem w pełni zadowolony. „Orły nie boją się sępów, ale muszą nauczyć się ostrożności." Pamiętajcie, że po nasunięciu kaptura na głowę i dążeniu do czyjejś śmierci, która jest potrzebna musicie postępować z rozwagą.* Po drugie: fabuła. W drugiej odsłonie komiksowej serii akcja nie leci tak mocno na łeb, na szyję. Można odnieść takie wrażenie, gdyż pozycję połyka się w kilkanaście minut, gdyż jest świetna. Powoli otrzymujemy elementy układanki oraz łakniemy nowych. Poznajemy przygody Desmonda jak i jego przodka. Wszystko dzieje się naprzemiennie, co wyszło naprawdę fajnie. Po trzecie: rysunki. Djillali Defali w bardzo dobrym stylu przedstawia na papierze pomysły scenarzysty, co równa się z czwartym powodem, aby zaopatrzyć się w to dzieło, czyli klimatem. Rysownik doskonale przedstawia akcję. Skaczące postaci czy pędzące auta wyglądają jakby zaraz miały uciec z komiksu. Tym razem nie dostrzegłem felernego odrastającego palca, ale za to zapraszam na stronę dziesiątą. Scena bitwy ukazana została wyśmienicie. Jeśli chodzi o kolory, to tym razem zajął się nimi Alexissen Tenac. Nie mam do tego pana żadnych zastrzeżeń. Jest żywo lub mroczno dokładnie wtedy, kiedy tak być powinno. A! i nie zapominajmy o okładce, która wygląda zachęcająco.

Komiks "Assassin's Creed: Aquilus" wprost urzeka klimatem. Aż chce się wsunąć noże do smarowania masła pod rękawy i skakać po taboretach. No może trochę przesadziłem - wystarczy ukryć twarz pod kapturem, lekko podnieść ramiona, i pochylić głowę. Wtedy każdy będzie wiedział z kim ma do czynienia. Scenariusz, rysunki, kolory - nie mam do nich żadnych zastrzeżeń. Te trzy elementy złożyły się na dzieło, które powinien posiadać każdy przeciwnik Templariuszy. Plusem jest też to, że w każdym momencie można podejść do półki i przeżyć ponownie niesamowite historie.

* Autor tego tekstu nie namawia do naśladowania wyczynów oraz zachowań z serii Assassin's Creed. Mimo, iż jest to genialna seria, a odzież i gadżety z niej wyglądają świetnie i sam chciałby posiadać kilka, to wpychanie noża do czyjegoś gardła jest niehumanitarne i może nieść ze sobą niemiłe konsekwencje. Zaleca się jedynie granie, czytanie, a także bieganie po dachach znajdujących się co najwyżej metr nad ziemią.

Dział: Komiksy
czwartek, 30 kwiecień 2015 02:44

Rok 1356

„Rok 1356" to już czwarta powieść z serii, którą łączy ten sam bohater - Thomas z Hookton. Bernard Cornwell, pisarz, którego chyba nikomu nie trzeba już przedstawiać, ma upodobanie do tworzenia cykli powieści historycznych, których akcja rozgrywa się w różnych latach. Od wikingów poprzez krucjaty krzyżowe, do czasów prawie zupełnie nowożytnych.

Tym razem niezwykła, historyczna powieść brytyjskiego pisarza kończy się bitwą pod Poitiers w tytułowym, 1356 roku. Thomas z Hookton, weteran z pod Cercy i wielu innych bitew, jest dowódcą kompani najemników. Wspólnie pustoszą ziemie na wschód od Gaskonii. Edward, książę Walii, później znany również jako Czarny Książę, zbiera armię do ponownej walki z Francją. Jednak nim Thomas stawi się na wezwanie broni musi wypełnić jeszcze jedno, niezwykle ważne zadanie - odnaleźć miecz świętego Piotra. Nie jest jednak jedynym, który go poszukuje.

Powieść jak zwykle została świetnie napisana. Ma dynamiczną akcję i rozbudowaną, przemyślaną fabułę, w której Mistrz z prawdziwym wyczuciem wykorzystuje historyczne fakty. W doskonały sposób zostały również przedstawione realia ówczesnego życia oraz potężne wpływy Kościoła. Biedni, bogaci, książęta, rycerze, najemnicy i chłopi - wszyscy oni mają swoje miejsce w tej barwnej powieści.

„Rok 1356" to książka, którą można czytać jako osobną powieść, mimo wszystko polecam jednak sięgnąć po „Trylogię Świętego Graala", która rzuci nieco więcej światła na życie i problemy Thomasa z Hookton. Bohaterowie Bernarda Cornwella nigdy nie byli postaciami bez skazy, zawsze mieli ciekawe motywy swojego postępowania i mocno rozbudowane charaktery. Tak jest i tym razem. Thomas Hookton to postać nietuzinkowa, przyciągająca uwagę i z pewnością zdolna do tego, by w prosty sposób zaintrygować czytelnika.

Dzięki udanemu połączeniu historii i fikcji Bernard Cornwell stał się w krajach anglosaskich jednym z najpoczytniejszych autorów powieści historycznych. Jako ciekawostkę dodam, że w dowód uznania dla jego twórczości, królowa Elżbieta II, z okazji swoich osiemdziesiątych urodzin, w czerwcu 2006 roku nadała Bernardowi Cornwellowi Order Imperium Brytyjskiego.

Powieść „Rok 1356", jak zawsze, została świetnie napisana, dopracowana pod względem warsztatu oraz pomysłów fabularnych i rozgrywek batalistycznych. Bernard Cornwell posiada ogromną wiedzę historyczną i w doskonały sposób potrafi ją wykorzystać. Jego książki są barwne i niezwykle wciągające. „Rok 1356" to lektura, od której nie sposób się oderwać. Polecam! Osoby nie znające twórczości tego niezwykłego pisarza naprawdę wiele tracą.

Dział: Książki
czwartek, 23 kwiecień 2015 15:41

Anna Maria Przybyło - Biały Kruk

Wróciłem. Przez lata starałem się jak najdalej omijać to miejsce. Tym razem nie mogę uciekać. Muszę pożegnać ostatniego bliskiego mi człowieka. Bliskiego jeszcze z tamtych, dawnych lat. Kilkanaście lat spokoju. Kilkanaście lat samooszukiwania się. Nic się nie stało, nic się nie wydarzyło. Nie ma do czego wracać... Nie ma do czego...

Edgar umył twarz. Woda sączyła się wąskim strumieniem. Spękania szkliwa na zlewie, przywiodły mu na myśl złamane życie wuja. Umarł nieszczęśnik, nie dowiedziawszy się prawdy. Na komodzie w salonie od niepamiętnych czasów stało zdjęcie Amandy. Śliczna, roześmiana blondyneczka ściska urodzinowy prezent, pluszową małpkę. Oczy dziecka iskrzą, by wkrótce zgasnąć. To jej ostatnia fotografia. Dzień później Amanda ginie, przepada bezpowrotnie. Zaczyna się rodzinna gehenna. Trwają poszukiwania. Życie w miasteczku zamiera na chwilę. Wszyscy szukają Amandy, jeden dzień, drugi, trzeci... Amanda nie wraca.

W domu wuja od lat nie nic się zmienia. Edgar jednak nie czuje się swobodnie, z trudem zasypia. Sny ma ciężkie, czarnobiałe. Łóżko wuja skrzypi złośliwe, jak dobrze że umarł w szpitalu. Gałęzie zdziczałej jabłoni tłuką o szyby okien. Wiatr wzmaga się i mężczyzna czuje jego powiew. Szczeliny okna przepuszczają zimno, a deszcz przybiera na sile. Edgar czuje lęk, to absurdalne, ale on się boi. Zaraz ukarze się mała duszyczka roześmianej Amandy, albo jeszcze gorzej - duch starego wuja. Nad ranem deszcz ustaje, a Edgar czuje ulgę. Prócz paru pająków, tej nocy nie nawiedził go nikt więcej.

Ludzie nabożnie milczeli. Ciało wuja spoczęło w ziemi, obok jego przedwcześnie zmarłej żony. Rok po zaginięciu Amandy, jej matka postanowiła zakończyć życie. Powiesiła się w stajni obok domu, znalazł ją mały.... Edgar lubił stare domostwo. Często tam bywał i tego dnia również postanowił się tam pobawić. Przyjechał na rowerze i począł szukać wuja. Ciotka go nie interesowała. Zazwyczaj siedziała w domu otępiała z bólu. Odkąd Amanda zaginęła, ciotka pogrążyła się w świecie ciszy. Wuj nie przeszkadzał żonie w nostalgii. Dzielnie znosił trudy dnia codziennego, zajmował się domem i gospodarstwem, wszystkiego doglądał. Czasami pomagał mu Edgar. Właściwie to się pętał po nogami, ale wuj to tolerował. Stracił jedyne dziecko, a obecność siostrzeńca dawała mu pociechę. I właśnie tego ranka, Edgar zajrzał do stajni. Trwali tam razem, oboje nieruchomi – ciotka w objęciach śmierci a Edgar sparaliżowany strachem. Jaka straszna jest twarz trupa - nienaturalna i diaboliczna. Wuj wyszedł z domostwa na chwilę, miał sprawę do załatwienia obok u sąsiada. Wiedziony złym przeczuciem, po chwili wrócił do domu. Zauważył rower i wszedł do stajni. Chwycił chłopca, chciał zakryć mu oczy, ale było za późno. Edgar zdążył już poznać oblicze śmierci. Wdzierała się w każdy zakątek jego dziecięcej duszy. Jak demon oplotła jego ciało, trzymała w mocnym uścisku, wessała przerażony umysł, na zawsze obiła swoje piętno. Od tego dnia Edgar nie spał spokojnie i miewał tylko czarnobiałe sny.

Wrócił wyczerpany i położył się na łózko. Ten dom, to miasteczko, ta aura wokół tego miejsca ciążyły mu już bardzo. Chciałby czym prędzej wyjechać. Niestety wuj go uraczył spadkiem i ma tu jeszcze wiele do załatwienia. Edgar wpatruje się w okno. Musi przyciąć te cholerne gałęzie, nie będą drugą noc tłukły mu w szyby. Mężczyzna uspokoił myśli i wreszcie mógł się wyciszyć. Jednak na krótko. Do okna zaczął dobijać się ptak.  Wyglądał dziwnie, nienaturalnie. Edgar przysiągł by, że to kruk, tyle że biały. Ptaszydło waliło dziobem w szybę jak oszalałe. Mężczyzna zerwał się by je przepłoszyć. Ptak poderwał się i zniknął w gałęziach jabłoni. Edgar nie wiedział czy to kolejny ze złych snów, nazbyt przemęczony, czuł jak dusze zmarłych ciążyły mu aż nadto. Bez względu na to czy to jawa czy sen - Edgar wiedział,  biały kruk to zły znak.

Notariusz wymownie kręcił głową. Sprawa spadku nie jest taka oczywista. Wuj wskazał na Edgara, jako jedynego spadkobiercę, jednak sprawa Amandy dotąd nie miała swego finału i rzekoma śmierć dziewczyny pozostaje w sferze domysłów. Brak aktu zgonu stoi na przeszkodzenie nabycia spadku, co utrudnia dalsze działania mężczyzny. Zresztą, Edgarowi odkąd tylko tu przyjechał, wszystko idzie jak krew z nosa. Minoł zaledwie tydzień, a ten jest wyczerpany jakby spędził tu co najmniej rok. Edgar czuł jakby te przeklęte miejsce, wsysało go i nie chciało już wypuścić. Mimowolnie, czterdziestolatek powracał do wspomnień, migawek dawnych, koszmarnych chwil. Pragnął się stąd wyrwać. Powrócić do  swego bezpiecznego domu, gdzie czekają na niego dwa stęsknione psy i ona. To właśnie dzięki niej Edgar jeszcze nie zatracił się całkowicie w mroku. Dzwonił do niej codziennie, czasem nie odbierała, oddana swojej pracy realizowała swój sen o karierze.

Edgar trząsnął ze wściekłości drzwiami. To go kochany wujaszek urządził. Co ma teraz z tym wszystkim zrobić? Zostać? Walczyć o spadek czy porzucić stary dom na pastwę losu. Nie chciał tu dużej być. Pragnął wyjechać z tego obłąkanego miejsca pełnego martwych i żywych dusz. Postanowił przeszukać dom, zabrać co wartościowsze rzeczy i zamknąć chałupę na cztery spusty. Grzebał w szafach, komodach, szufladach, unikał przy tym wzroku Amandy. Zdjęcie pozostawił nietknięte, tego na pewno życzył by sobie wuj. Sterty dokumentów, papierów, listów - od rodziny, przyjaciół. Tomy pożółkłych książek, jakieś bibeloty, nic wartego uwagi. Tylko przeszłość do jakiej Edgar nie chciał wracać. Zostały jeszcze albumy, mężczyzna otworzył tylko jeden z nich. Pamiętał złotą okładkę albumu jeszcze z dzieciństwa. Wiedział że na zdjęciach będzie on sam. Ojciec Edgara był zapalonym fotografem i często fotografował syna razem z Amandą. Edgar w skupieniu przeglądał kolejne zdjęcia, na nich oprócz niego i ciotecznej siostry widniała jeszcze jedna osoba - Zoja. Zapomniał ją, czy może wyparł z świadomości? Drobne, niepozorne dziecko o przenikliwych oczach. Nawet z tych zdjęć można wyczytać coś nienaturalnego, coś co Edgar wychwytywał będąc w pobliżu Zoji - jakąś złowrogą energię, zagadkową aurę. Jako mały chłopiec czuł się przy niej nieswojo. Ona sama nie garnęła się do zabawy, zostawała biernym obserwatorem zdarzeń. Edgar wzdrygnął się na wspomnienie pewnego wrześniowego popołudnia. Jak nagłe olśnienie, powróciło naraz do jego pamięci. Klika tygodni po zaginięciu Amandy, miał nadzieje zastać siostrę w miejscu ich częstych zabaw. Skupisko suchych topoli było tym szczególnym, magicznym miejscem. Nierzadko wbrew woli rodziców, palili tam ogniska. Grzebali patykami w popiele, drażnili ogień, wdychali woń pieczonych jabłek i ziemniaków. Edgar na nowo poczuł więź jaka łączyła go z Amandą.

- Jestem twoją starszą siostrą – śmiała się. – Zawsze musisz się mnie słuchać – powtarzała.

Tego dnia wiedziony tęsknotą chłopiec, zbliżył się do ukrytego wśród obumarłych drzew pogorzeliska. Nie spodziewał się zastać tam Zoji. Siedziała na piasku i bawiła się maskotką. To co zobaczył Edgar, uderzyło go. Zoja bawiła się małpką – urodzinową zabawką Amandy. Skąd ją miała? Edgar patrzył krótko, Zoja zaraz wbiła w niego wzrok i w milczeniu wydała mu rozkaz milczenia. Dzieciak poczuł ten sam strach jaki czuł, widząc martwą ciotkę. Stał się uczestnikiem jakiegoś upiornego paktu, jakieś niezwykłej zmowy. Po raz drugi poczuł siłę gotową go zmiażdżyć. - Musisz milczeć – słyszał. – Musisz milczeć. Chłopiec uciekł z miejsca zabaw by więcej do niego nie powrócić. Zapomniał o pluszowej małpce, o przerażającej go Zoji, zapomniał o ukochanej siostrzyczce, zapomniał o tragedii ciotki i wuja, a nawet o  rodzinnym domu - zapomniał o dawnym życiu...

Edgar gorliwie szukał w garażu sekatora. Nieco już pordzewiały, nadawał się jeszcze do pracy. Zbliżał się wieczór, więc miał niewiele czasu. Poprzysiągł jednak sobie, że pościna te cholerne gałęzie. Jabłoń z jakąś zaciekłością się broiła. Edgar mocował się z nią dłuższy czas. Wiedział jak wuj dbał o posesję i nie chciał zostawić po sobie bałaganu. Schylił się by pozbierać opadłe na ziemię gałęzie i wtedy je dostrzegł. Wraz z konarami pozbierał białe pióra.

Co się stało z Zoją? Ona również jak większość kobiet w jego rodzinie przedwcześnie umarła. Jakaś dziwna choroba, najpierw anemia a potem przewlekłe otępienie. Jakieś tam problemy  z psychiką. Tyle wiedział. Przez lata reszta go nie interesowała. Rodzice wyjechali z miasta i nie musiał tu wracać. Miał wyrzuty sumienia wobec wuja, że go nie odwiedzał. Na dowód pamięci, przysyłał czasem drobne upominki, listy. Oboje konsekwentnie pomijali temat Amandy. Tylko jeden raz wuj napisał: - Amanda nie żyje. Czuję to. – Edgar nie dopytywał wuja skąd te przypuszczenie. Nie chciał odkryć tej zagadki. Teraz jednak, pod dachem wuja pokutuje za zdradę Amandy. Wyrzekł się jej ze swej pamięci. Wyrzekł się jej bo chciał żyć normalnie. Tak mu wstyd. Jednak jak żyć ze świadomością, że na świecie dzieją się rzeczy złe, straszliwe, niewytłumaczalne? Jak wyjaśnić zniknięcie słodkiej, radosnej dziewczynki? Jak wyjaśnić niezwykłą naturę Zoji? Dlaczego o niej teraz pomyślał, dlaczego właśnie o niej? Zoja...te imię budzi w nim lęk. Osierocone dziecko przybranych rodziców z sąsiedztwa. Pragnęli mieć dziecko i wreszcie po latach nadarzyła się okazja. Ktoś w środku nocy porzucił dziecko. Dziecko bez historii, bez imienia. Niemowlak zawinięty w lnianej chuście. Sąsiedzi decydują się przygarnąć dziecko. Początkowa radość ustępuje trosce i zmęczeniu. Dziewczynka nie chce jeść, nie je prawie wcale. Nie płacze, niczego się nie domaga. Praktycznie na nic nie reaguje. Zawsze leży spokojna wpatrzona w jeden punkt. Zoja - tak dali jej na imię, na cześć cesarzowej bizantyńskiej. Dziecko rośnie, ale czy się zmienia?

- Jest jakaś dziwna. Nie zachowuje się jak normalne dziecko. Własna matka boi się z nią zostawać – ojciec Edgara zjada się zupą. Chłopak bawi się niedaleko, chciwie wyłapuje słowa ojca.

- Własna? – Matka dolewa ojcu zupy. – Bóg jeden raczy wiedzieć jaką to dziecko ma matkę i ojca. Nie wiem czy powinna tu przychodzić. Może wpłynąć na Edgara, nawet doktor nie wie co jej jest.

- Nie możemy zabronić jej tu przychodzić. Nie mogę zrobić tego dla Artura. Pomyśli, że ich odtrącamy – oponuje ojciec.

- Martwię się o Edgara, może to jakaś choroba – Matka siada do stołu.

- Jest nieszkodliwa, tyle że milczy. Zawsze milczy i mało je. Jest z nimi Amanda. Co może im się stać? To tylko dzieci – uspokaja matkę ojciec.

Edgar wie jednak, że Zoja to coś – ktoś więcej jak dziecko. Zoja ma moc. Zoja nie musi mówić by móc coś powiedzieć, bezgłośnie stwierdza i pyta. Świdruje umysł, pokonuje korytarze myśli. Zoja nie musi jeść, ona karmi się czymś innym. Jest zagadkowa, jest inna. Nie odnajdzie się nigdy wśród świata żywych bo ona sama jest jak półżywa. Zoja widzi inne światy, słyszy inną muzykę, inaczej widzi. Widzi dużo, słyszy więcej, ale milczy. Ona nie musi z niczego się tłumaczyć, to inni tłumaczą się jej. Wbrew ich woli, efemeryczna Zoja wnika w ich umysły, jest ponad.

Losy Zoji nie potoczyły się pomyślnie. Nie mogąc nawiązać więzi z przybranymi rodzicami, Zoja wyrasta na młodą dziewczynę. Trafia od jednej szkoły do drugiej, w żadnej się nie odnajduje. Tajemnicza choroba zaczyna toczyć jej ciało. Początkowo lekarze wskazują na ciągły brak apetytu. Zoja miewa przewlekłe stany apatii. Liczne pobyty w szpitalu kończą się powrotem do domu. Tam Zoja młodo umiera. Lekarze głowią się co wpisać w akt zgonu. Na co właściwie cierpiała Zoja? Edgar jako jeszcze jako student odbiera list, krótka wiadomość: Zoja nie żyje. Edgar nie pojedzie jednak na pogrzeb, on woli pozostać w świecie żywych.

Czeka na telefon i bawi się białym piórkiem. Ona nie dzwoni już drugi dzień. Pewnie zajęta jest wernisażem tego przystojniaka. Czuje złość. Pobyt tutaj jest totalnie bez sensu. U notariusza nie wiele da się wskórać, praw do majątku trzeba będzie dochodzić w sądzie. Sprzedałby to wszystko by mieć tylko święty spokój, by zrzucić z siebie ten ciężar. Kolejna noc również była ciężka. Tym razem nie obyło się bez duchów przodków. Edgarowi śniła się ciotka, siedziała w swoim fotelu i na kolanach trzymała bawiącą się kłębkiem włóczki Amandę.

- Czy wiesz gdzie jest moja małpka? – zapytała dziewczyna.

Edgar stoi i nie wie jaką ma dać odpowiedź. Nie jest małym chłopcem, jest dużym Edgarem. Pytanie Amandy go zawstydza. Nie dopilnował siostry, ona była starsza ale on się nią opiekował.

- Znajdę ją. Znajdę małpkę – obiecuje Edgar i sen się kończy.

Grób Zoji nie jest zaniedbany, widać ktoś tu przychodzi, ktoś o to dba. Edgar zostaje chwile w zadumie, kładzie białe róże. Kolor kwiatów przywodzi mu na myśl białego ptaka, gościa z jego już teraz ogrodu. Jaka była Zoja? – zamyśla się.

- Znał pan ją? – Edgara z zadumy wyrywa męski, ochrypły głos.

- Znałem w dzieciństwie – pada szybka odpowiedź.

- Biedna dziewczyna – starzec oparł się na grabiach. Ma okazję zrobić sobie chwilę przerwy. Zaprzestaje sprzątać cmentarz i wyciąga papierosy. Edgar jakiś czas temu rzucił nałóg, ale mimo to zgadza się zapalić.

- Takie to już ma człowiek przeklęte szczęście, czasem przesrane ma od urodzenia – starzec zaciąga się i kontynuuje. – Dziewczyna całe życie chorowała i to krótko żyła. Nie wdzieli co jej jest. Gadali że anemia, zawsze taka blada, chuda. Pamiętam ją z kościoła. Ale i z główką nie było wszystko w porządku...

- Co ma Pan na myśli? – Edgar poczuł pieczenie gardła, nikotyna wyraźnie mu nie służyła.

- A no była jakaś dziwna. Dogadać się z nią nie można było. Nie ta psychika...

Edgar opuścił pospiesznie cmentarz. Przypomniało mu się jak Amanda kiedyś mu mówiła:

- Wiesz, że Zoja widzi umarłych? – jeszcze wtedy tego nie rozumiał.

- Skąd wiesz?

- Piesek wujka nie żyje od dwóch dni, ale Zoja go widzi.

Edgar czuł, że odcięcie od przeszłości to jakieś pomieszane świata.  Nie chciał być dłużej tym zlęknionym chłopcem, naocznym świadkiem rodzinnych tragedii. Opuścił to miejsce w nadziei, że będzie normalnie żyć. A teraz to od czego uciekał, dopadło go i ze zdwojoną siłą przytłacza. Dlaczego myśląc o Amandzie, przychodzi mu zaraz na myśl Zoja? Jaką to tajemnicę powierzyło to małomówne dziecko jego siostrze. Czego był świadkiem w dniu zniknięcia Zoji? Czy oby to wydarzyło się na pewno? Czy faktycznie widział jak Zoja krzyczy do Amandy:

- To być sekret! Dlaczego mu powiedziałaś? – Po czym Zoja ucieka, a Amanda usiłuje ją dogonić. Czym takim siostra uraziła tego i tak poranionego ptaka? Rzadko kiedy coś mówi, ale kiedy już dzieli się czymś osobistym, intymnym, przyjaciółka ją dotkliwie zawodzi.

Edgar czeka na telefon. Niech przerwie tą ciągłą ciszę. Niech jej glos rozerwie te wszechobecne mgły, niech przegoni deszczowe chmury i ukoi jego duszę. Wyciąga ze zbiorów wuja, album przyrodniczy. Zbiór setek ptaków przyprawia go o zawrót głowy, w końcu znajduje opis: biały kruk. A jednak istnieje, to nie mara.

Białe kruki nie mają szansy przetrwać w przyrodzie. Ich własne matki, pożerają je jak te wyklują się z jaja. Co sprawia, że krucze matki nie tolerują własnych dzieci? Ta inność. Inność dzieląca białego kruka od tych „normalnych", czarnych kruków. Ta różnica, która kuje w oczy. Musimy mieścić się w pewne ramy, wszyscy mamy ten sam program. Ta partia odstaje, ona się różni, jest inna. Biały kruk, jeśli już przeżyje, z czasem zostanie odrzucony, pozbawiony praw czarnych kruków, nie znajdzie wśród nich dla siebie miejsca. Te dwa światy nigdy się nie porozumieją, świat  wyrzutka jest biały, świat „normalnych" jest czarny. Te dwa kolory się nie łączą. Edgar myśli o Zoji. I ona była białym krukiem. Porzucona przez „swoich", przybyła znikąd, bez prawa do dziedziczenia swojej historii. I Zoja jak białe kruki, była na zawsze skazana na samotność, w końcu gdzie by miała znaleźć drugiego, białego kruka? Edgar bał się, że biały ptak jest tylko ułudą, zjawą, omamem. Ale nie, białe kruki takie „nierealne", faktycznie istnieją. Kto ma „szczęście" je spotykać, doświadcza kaprysu - ironii gorzkiego losu.

Rozmowa z nią jest krótka – wszystko w porządku, udany wernisaż. Tak była z nim na drinku, ale to wszytko. Edgar zanurza się między jawą a snem. Scena druga. Amanda dogania Zoję. Kłócą się. Edgar pierwszy raz słyszy jak Zoja krzyczy, ma taki cienki glos.

- Miałaś mu nie mówić! Zabroni mi tu przychodzić! – Zoja trzęsie się. - Po co mu mówiłaś! Nie uwierzy mi! Karze mi się stąd wynosić. Wiem co o mnie myślicie, co wszyscy myślicie!

Amanda usiłuje uspokoić Zoję. Ta w złości chwyta małpkę przyjaciółki i ją wyszarpuje. Dziewczynka traci równowagę i po chwili słychać plusk wody i krzyk. Zoja przerażona tkwi w bezruchu. Dopiero teraz Edgar widzi, że dziewczynki stały na kładce. Nie powinny tam być. Zakazano im się tu zbliżać. Kładka była niezabezpieczona a woda wkoło to głębokie i muliste bagno. W nim znika Amanda i scena kończy się. Edgar budzi się zlany potem. Milczenie jest zmową – strach i milczenie. Śmierć nakazuje milczeć, nie lubi rozgłosu, śmierć zawsze skrywa tajemnice: gdzie, po co, kto i dlaczego?  Mijają miesiące i mały Edgar rośnie, wzbiera się w nim odwaga. Znajduje wuja w stajni, ten pociesza się trunkiem. Wujaszek po alkoholu robi się gadatliwy, Edgar chce to wykorzystać.

- O jakiej tajemnicy Zoji, powiedziała ci Amanda?

Stary człowiek zamyśla się. Wpatruje się jakby w głąb siebie, poszukując właściwej odpowiedzi.

- Chcesz wiedzieć co mówiła Zoja? – smutno się zaśmiał. – Ta mała wariatka mówiła, że widzi Helenę. Moją Helenę... Helena chciała z nią rozmawiać... - w głosie wuja zabrzmiała ironia. - Może Amandę też widziała... - Edgar zostaje z wujem jakiś czas choć nienawidzi tego miejsca. To tutaj udręczona ciotka Helena wyrzekła się życia. Z kolei wujek to twarda sztuka, on nie boi się śmierci, duchów, boi się tylko niewiedzy i wątpliwości, które ogłuszą bardziej jak alkohol.

Edgar myśli o białych krukach. Czy to dobrze, że matki je pożerają? Czy jest w tym jakaś mądrość, jakiś ukryty sens, a może tylko okrucieństwo ziemskiego życia? Deszcz tego dnia daje za wygraną i niebo się wypogadza. Edgar kieruje się ku starym topolom. Nie wiele z nich zostało. Czas nadgryzł to miejsce, ale nie oddał go jeszcze w ręce człowieka. Nadal pozostawało dzikie, nietknięte. Edgar znalazł ten szczególny punkt między drzewami gdzie nie wdzierały się chaszcze, a piasek miał kolor złota. Mężczyzna rozpoznaje jedną topolę, suchy pomnik jego traumatycznego dzieciństwa. Jak to możliwe, że to miejsce się uchowało?  Tyle lat, a Edgar przysypuje w palcach ten sam piasek, ma nad głową to samo wielkie niebo. Tylko jego dłoń jest dużo większa, z trudem przeciska się przez korę drzewa. Wnętrze dziupli jest nieco wilgotne, a jama głęboka. Co może kryć w sobie zmurszały drapak? Edgar chwyta ręką szczątki tego co zostało, bada palcami i po chwili wyjmuje. Jest już tego tylko odrobinka - para plastikowych oczek, strzępy nitek jakie zostały z brązowego futerka. Stara topola dzielnie strzegła swego skarbu, skrywając przez lata urodzinowy prezent Amandy – pluszową małpkę. Dopiero teraz Edgar może odejść z tego miejsca, opuścić dom wuja i mglistą przeszłość.

W drodze powrotnej, Edgar zastanawia się - czy krucze matki dobrze robią, eliminując swoje „inne" dzieci? Czy te odmieńce zaburzają naturalny rytm, porządek świata? Stają się przyczyną anomalii i nieszczęść? Czy ptasie dzieciobójczynie wiedzą, rozumieją coś więcej? A może właśnie odrzucenie, izolacja odmieńców, kaleczy ich samych i wszystko inne wokół? Zaś wyrok śmieci wydany na pisklętach przez kruczą matkę jest aktem łaski, wyzwolenia. W końcu nie ma okrutniejszego więzienia jak samotność.

Dzwonił i ona będzie tam czekać, a wraz nią utęskniona normalność. Biały kruk Edgara, został, wśród tamtejszych dusz znalazł schronienie w ogrodzie wuja.


* opowiadanie bierze udział w konkursie http://secretum.pl/konkursy/item/282-konkurs-na-fantastyczne-opowiadanie

Dział: Opowiadania
czwartek, 23 kwiecień 2015 14:22

Katarzyna Poczewska - Dienaves

Pospiesznie wyruszyli z domu, zabierając ze sobą tylko latarnie. Młodzieniec szedł za ojcem, spoglądając na jego nerwowe ruchy. Mężczyzna odwracał się w stronę syna, spoglądał na niego smętnie, po czym mrucząc coś niewyraźnie pod nosem zwiększał dystans pomiędzy nimi. Ku zdziwieniu młodego prowadził ich prosto do pobliskiego lasu. Czym bardziej się w niego zagłębiali, tym świat dookoła zdawał się mroczniejszy. Nawet promienie księżyca, który świecił jasno na niebie, zdawały się nie docierać do tego miejsca.

Latarnia, którą trzymał młodzieniec zaczęła mrugać, promień stawał się wyraźny, wysoki by po chwili niemal całkowicie zniknąć. Zdziwiony przyjrzał się zbiornikowi z naftą, był w połowie pełny.

- Ojcze, gdzie zmierzamy? – zapytał po dłuższej chwili, kiedy oddalili się znacznie od miasta.

Nie było odpowiedzi.

Podniósł wyżej latarnie, próbując przegnać otaczającą ich ciemność. Rozglądał się nerwowo dookoła, a jego wzrok wychwytywał najmniejszy nawet ruch. Kilkakrotnie zdawało mu się, że coś przemknęło pomiędzy drzewami, uciekając od żółtego światła.  Przyspieszył kroku, niemal zrównując się z ojcem.

Kilka minut później weszli na niewielką polanę. Mężczyzna ogarnął teren wzrokiem, po czym ruszył przed siebie, w stronę ciemnego kształtu pośrodku przesieki. Światło jego latarni odsłoniło z ciemności postać starszego mężczyzny siedzącego na ściętym pniu drzewa. Młodzieniec zdążył zauważyć niewielkie zawahanie w krokach ojca, po czym mężczyzna ruszył szybciej w stronę nieznajomego.

- Panie Zefer – powiedział jego ojciec. – Wedle umowy przyprowadziłem mojego pierworodnego.

Latarnia ponownie zamigotała, a światło niemalże zniknęło z zamoczonego naftą knota.

- Bardzo dobrze Filipie – odezwała się postać. Jego głos był niski i silny, niepasujący do starszego mężczyzny. – Twoje życzenie zostanie spełnione.

Młodzieniec spojrzał na starca, którego oczy zalśniły krwistą czerwienią. Latarnia zgasła.

***

Słoneczne, wiosenne popołudnie. Irena stanęła przed wiekowym domem, którego lata świetności przeminęły dekady temu. Otworzyła furtkę na zawiasach trzymającą się na słowo honoru i weszła na niewielką, kamienną dróżkę prowadzącą pomiędzy zapuszczonymi rabatami, niegdyś porośniętymi dywanami kwiatów. Postawiła na ziemi dużą walizkę i transporter z kotem, po czym przyjrzała się swojej spuściźnie.

Dom w stylu klasycystycznym, oceniła. Odnawiany po wielokrotnych pożarach. Od części frontowej portyk zachował się w stanie zadawalającym, czego nie można było powiedzieć o samych ścianach, elewacja przeżyła czasy drugiej wolny światowej i teraz obnażała znajdujące się pod nią lico cegieł. Irena odhaczyła, zaraz po furtce, kolejną rzecz do remontu i obawiała się, że będzie tego znacznie więcej, co w rezultacie znacznie przytnie jej i tak już skromny budżet. Okna solidne, drewniane. Bez pośpiechu będzie można je później wymienić na wszechobecne plastiki, kwestia dachu również pozostaje do dalszych wydatków. Zabrała swoje rzeczy i podeszła do drzwi wejściowych, wyciągnęła z kieszeni pęk kluczy, wybierając z nich ten największy i najcięższy. Zamek w dębowych drzwiach szczęknął i kobieta naparła bokiem na wrota, otwierając je na oścież. Do jej nozdrzy dotarł zapach pleśni i wilgoci, pomieszany z wonią antycznych mebli, na podłodze zaś zalegała gruba warstwa kurzu. Wszystko było w nienaruszonym stanie, jak za czasów, kiedy mieszkała tutaj babcia Agata.

- Potrzebny będzie gruntowny remont, ale jakoś damy radę – powiedziała w stronę kota. Za kratek w transporterze spojrzały na nią zielone oczy, po czym po korytarzu rozeszło się pełne zdegustowania miauknięcie. – Och nie marudź! Tutaj przynajmniej masz gdzie buszować, nie to, co w starym mieszkaniu.

Postawiła transporter na ziemi i otworzyła drzwiczki. Ruda kulka powoli wyszła z wnętrza, rozglądając się dookoła. Stąpając po kurzu delikatnie, jakby chodząc po śniegu, kocur przeszedł kawałek, po czym odwrócił się w stronę właścicielki i rzucił jej spojrzenie, które prawdopodobnie miało wyrażać jego pogardę do tego miejsca.

Irena nie zwracała już na niego uwagi, weszła do salonu. Rzuciła okiem na przykryte prześcieradłami antyki, podeszła do okna i mocując się z nim przez moment, otworzyła na oścież, wpuszczając do środka świeże powietrze. Przesiąknięte wilgocią firanki zafalowały na wietrze. Zadowolona kobieta wróciła na korytarz. Kot nastroszył puszysty ogon i prychnął w stronę salonu. Irena wyłapała kątem oka cień po przeciwległej stronie pokoju, kiedy się jednak odwróciła, na ścianie tańczyły jedynie promienie słońca. Zdezorientowana, wzruszyła ramionami, uznając to za przewidzenie.

***

Ściany w salonie świeciły pustką, nie było na nich ani jednego obrazu, chociaż ciemne ślady na białej farbie wskazywały, że takowe musiały kiedyś tam wisieć. Irena wspięła się po zakurzonych schodach na poddasze, miała zamiar sprawdzić, czy jej babcia nie schowała jakiś na strychu. Stanęła na niewielkim korytarzyku, mając po lewej i po prawej stronie parę drzwi. Podeszła do tych pierwszych, bliżej schodów, jednak po naciśnięciu klamki poczuła opór, zdziwiona spojrzała na zamek, w którym brakowało klucza. Stwierdziła, że później go poszuka pomiędzy pękiem różnych kluczy i kluczyków, które miała na dole. Drugie drzwi nie były zamknięte. Mieszczący się za nimi strych skrywał za sobą całą historię domu. Irena znalazła tam ułożone pod ścianą portrety rodzinne. Zalegała na nich gruba warstwa kurzu, jednak po ich oczyszczeniu, ku zdziwieniu kobiety, okazały się być w bardzo dobrym stanie. Zapakowała wybrane z nich w pudło i zniosła na dół do salonu, miała zamiar zapełnić nimi puste ściany, aby przypominały o długiej historii tego domu, o dobrych i złych chwilach spędzonych wśród jego ścian.

Czyściła któryś z kolei portret, kiedy wychwyciła ruch obok siebie, niewielki cień przemknął z korytarza do salonu. Odwróciła się w tamtą stronę, jednak nic nie zobaczyła. Stwierdzając, że tak jak poprzednio się jej przewidziało, podniosła portret swojego pradziadka i powiesiła go na ścianie. W tym samym momencie na stolik obok niej wskoczył rudy kocur, Irena aż podskoczyła niemal przewracając miskę z wodą.

- Kira! Ty paskudo, nie strasz mnie! – zawołała, jej serce zatrzymało się w okolicach krtani.

Kocur wyciągnął się prezentując swoje puszyste futro. Spojrzał na właścicielkę swoimi zielonymi oczyma, po czym naprężył się, zeskoczył ze stołu i pobiegł w przeciwną stronę. Kobieta wyciągnęła z pudła kolejny portret, z niego również spoglądała na nią ponura twarz, żadna z przedstawionych osób się nie uśmiechała, na ich twarzach gościła przesadna powaga.

Schyliła się do miski z wodą, opłukując zakurzoną ścierkę, kiedy poczuła za sobą czyjąś obecność. Włosy zjeżyły się na jej głowie, przełknęła ślinę i powoli odwróciła głowę do tyłu. Jej wzrok wychwycił ciemną sylwetkę stojącą za nią, na karku zaś poczuła jej zimny oddech. Zamarła z przerażenia.

Po dłuższej chwili, która wydawała jej się wiecznością dziwna obecność ustąpiła, a w domu rozległ się dzwonek do drzwi. Irena upuściła ścierkę z powrotem do wody i niemal biegiem udała się w stronę drzwi.

- Matko, jako paskudna pogoda! – przywitała ją ciotka Elżbieta. – Cały dzień tylko leje. Pomóż mi skarbie.

Podała jej torebkę i parasol, po czym zniknęła jej z oczu, wracając z pudłem w rękach. Położyła je na schodach w korytarzu i uściskała swoją siostrzenicę.

- Jak dobrze ciebie widzieć skarbie – powiedziała radośnie, po czym spojrzała na Irenę. – Jesteś blada jak ściana, coś się stało?

- Nie, nic ciociu. – powiedziała Irena, nie miała zamiaru mówić kobiecie o dziwnych rzeczach, które działy się w tym domu. Szczególnie, iż Elżbieta była najbardziej sceptycznie nastawioną osobą z całej rodziny do tego rodzaju zjawisk i jedyne, co by usłyszała w odpowiedzi, to coś w stylu: „Na wszystko jest racjonalne wyjaśnienie".

- Twoja matka nadal nie rozumie, dlaczego chciałaś przeprowadzić się do tej rudery, przecież mogłaś zamieszkać z nami – powiedziała ciotka, wchodząc w głąb korytarza i rozglądając się dookoła – Twój ojciec chciał ją kiedyś sprzedać, ale babka kategorycznie odmówiła, do końca swego życia mieszkała tutaj.

Przejechała palcem po okurzonej balustradzie i zmarszczyła nos ze wstrętem wycierając rękę w powieszony na poręczy ręcznik.

- Owszem potrzebuje remontu, ale to nasz rodzinny zabytek – odparła jej Irena. Spojrzała na stojące na schodach pudło. – Co w nim jest?

- Stwierdziłam, że skoro jesteś aż tak zafascynowana rodzinną historią, to się ci to przyda – stwierdziła zadowolona z siebie. – Znalazłam to podczas porządków, należało chyba do naszej prababki.

Irena podniosła karton i zaniosła do salonu, stawiając na wiekowym stole. Ciotka zdjęła płaszcz i dołączyła do niej. Sprawdziła sofę zanim na niej usiadła, po czym przyjrzała się nieskończonej pracy bratanicy. Kobieta w tym czasie zniknęła w kuchni, sąsiadującej z salonem.

- Pamiętasz Konrada Nowaka, brata Emilii? – zapytała ciotka.

- Tą czarną owce w rodzinie? Jej ojciec chciał go wydziedziczyć, prawda?- odparła, wstawiając wodę na herbatę.

- Dokładnie – potwierdziła kobieta, rozmasowując sobie stopy. – Parę dni temu jego ojciec nazywał go jeszcze zakałą rodziny, a na łożu śmierci zapisał mu cały majątek.

- Ojciec Emilii nie żyje?- zapytała zdziwiona Irena, siadając naprzeciwko ciotki.

- Zmarł dwa dni temu. Nikt niedowierzał jego ostatnim słowom, a Emilia postanowiła wytoczyć bratu sprawę sądową o sfałszowanie testamentu.

Czajnik zaczął po chwili wściekle gwizdać, Irena wstała i zalała dwa kubki mocnej, czarnej herbaty. Ojciec jej przyjaciółki wyglądał raczej na realistę twardo stąpającego po ziemi, aż wierzyć się nie chciało, że oddał majątek, na który pracował całe życie osobie, która roztrwoni go w kilka miesięcy.

Irena położyła kubek przed ciotką, dokładając jeszcze talerz z ciastkami i otworzyła pudło, sięgając do jego wnętrza. Stare albumy ze zdjęciami, medale wojskowe pradziadka, plik listów związanych niebieską wstążką i kilka rulonów z portretami przodków. Kobieta rozwinęła każdy z osobna, wpatrując się w ponure twarze jej rodziny. Jeden z nich poturlał się po stole i upadł na podłogę, podniosła go i rozwinęła. Z zakurzonego obrazu spoglądała na nią zarumieniona twarz młodego mężczyzny o bujnych brązowych włosach, falami opadających na jego ramiona. Z wyraziście miodowych oczu biła duma i pewność siebie.

- Kto to jest? – zapytała swoją ciotkę, pokazując jej portret

- Jak się nie mylę, to jeden z naszych przodków Sebastian Scultetus – zastanawiała się kobieta, przyglądając twarzy młodzieńca. – Jego historia jest znana w naszej rodzinie.

- Mianowicie? – zapytała zaciekawiona.

- Jeśli wierzyć temu, co mówiła mi kiedyś babka, to jego ojciec Filip Scultetus popadł w jakieś wielkie długi i miał stracić cały swój majątek. Sebastian udał się z ojcem na rozmowę z wierzycielem, jednak nigdy nie wrócił do domu. Kilka lat później zmarł również Filip. Z listów jego matki Urszuli wynikało, że własny rodzic w zamian za dług miał poświęcić życie swego syna. Jak było naprawdę, tego nikt nie wie. Jedno jest jednak pewne, z powodu braku męskich spadkobierców ich córka Krystyna wyszła za jakiegoś bogacza, który w spadku otrzymał cały majątek, oprócz tego domu.

- On tutaj mieszkał? – zapytała podekscytowana.

- Chyba tak – powiedziała beznamiętnie ciotka.

***

Po kilku nieprzerwanych deszczowych dniach, w końcu wyszło słońce. Kobieta odsłoniła kotary, otworzyła okno, wpuszczając do pokoju świeże powietrze. Radosny śpiew ptaków rozniósł się po pomieszczeniu. Ruda kulka podniosła łepek z posłania i nastroszyła uszy, następnie wyciągnęła się na łóżku, by chwilę później siedzieć już na parapecie i wypatrując przyszłej ofiary. Irena wciągnęła na siebie robocze ubrania z myślą, że najwyższy czas wziąć się za zaniedbany ogród. Na początku miała zamiar wypielić rabaty dookoła domu. Zabrała z szopy za domem potrzebne jej narzędzia i zabrała się do roboty w zachodniej części ogrodu, całkowicie nieświadoma, iż stała się obiektem obserwacji.

***

Mężczyzna stał przy oknie na poddaszu, skupiając wzrok na pracującej w ogródku kobiecie. Jej długie włosy w odcieniu ciemnej czekolady lekko połyskiwały w promieniach wiosennego słońca. Była młoda, na oko dwudziesto paroletnia. Zawzięcie wyrywała porastające rabaty chwasty, co jakiś czas mrucząc pod nosem przekleństwa. Mocowała się właśnie z dużym mleczem, kiedy w połowie przełamany korzeń wyskoczył z ziemi, a kobieta wylądowała na swoich czterech literach. Na twarzy mężczyzny pojawił się nieznaczny uśmiech, który zniknął równie szybko, jak się pojawił.

Promienie słoneczne umknęły przed pochłaniającą je ciemnością. Mężczyzna odwrócił się w stronę pokoju, spoglądając na zakapturzoną postać stojącą przy drzwiach. Zarys istoty rozmywał się lekko w czarnej mgle, która ją otaczała. Pod kapturem nie było nic, kompletna pustka

- Jestem tutaj dopiero od paru dni – powiedział mężczyzna ponownie odwracając się w stronę okna.

- Wiemy – odparła postać, jej głos odbił się echem, jakby jego właściciel stał daleko. – Obserwujemy ciebie.

- Ach, nie wątpię – powiedział znudzony. – W czym problem?

- Zefer przypomina o postanowieniach kontraktu – odparła postać.

- Od dwustu lat raczej nic się w jego zapisach nie zmieniło – stwierdził mężczyzna.

Postać nie skomentowała tej wypowiedzi.

- Twój nowy klient – powiedział zakapturzony. Machnął prawą ręką i skórzana księga leżąca na łóżku uniosła się w powietrzu nad mężczyzną. Po chwili otworzyła się i przekartowała na ostatnią zapisaną stronę.

- Ewa Zielińska... - przeczytał mężczyzna. – Kto to?

- A czy to ważne?

- Nie, niezbyt...

- Dzisiaj o dziewiątej ... - powiedział, po czym po prostu zniknął razem z dziwną mgłą.

Wiosna ponownie zawitała do pokoju. Mężczyzna spojrzał na kobietę, po czym westchnął głośno. Szykowała się kolejna przepracowana noc.

***

Irena wróciła z miasta trzymając w dłoni siatkę z zakupami i nowe wydanie lokalnej gazety. Przemierzając miejskie ulice, stwierdziła, że nie zaszkodziłoby zdobyć aktualne informacje, o tym, co się ostatnio działo. Wchodząc do kuchni, odłożyła na bok letnią kurtkę, po czym wypakowała na stół zawartość torby. Większość z tego stanowiły środki czystości i jedzenie dla kota, zaś niewielka część była dla niej, w tym siatka ze sklepu diecezjalnego. Spojrzała na karmę, łososia, tabliczki czekolady i butelkę wina, po czym powiedziała do siebie:

- Nie ma to jak posiłek silnej, niezależnej kobiety... - westchnęła.

Kot wskoczył na stół i zamiauczał przeciągle domagając się swojej porcji jedzenia. Kobieta otworzyła gazetę i zaczęła ją przeglądać kątem oka jednocześnie nakładając kocurowi karmę na miskę. Położyła ją na podłodze i wróciła do lektury.

Rekordowa wygrana w lotto (...) Jeden z mieszkańców naszego miasta skreślił szczęśliwą szóstkę, wygrywając 50 milionów złotych.

- Takiemu to dobrze – powiedziała kobieta w stronę kota. – Przydałyby mi się takie pieniądze na remont tego domu.

Przekartkowała dalej.

Tragedia podczas prac drogowych (...) 48 letni mężczyzna zginął pod walcem drogowym. Do tragedii doszło podczas kładzenia nowego asfaltu na ulicy Mickiewicza. Według świadków zdarzenia, mężczyzna pojawił się znikąd zaraz przed pojazdem. Kierowca maszyny nie zdążył zauważyć ofiary, policja przypuszcza samobójstwo. Zenon Z. zostawił swoją żonę i dwójkę dzieci.

Irena przejrzała pobieżnie resztę stron, na każdej była informacja o czyjejś niewyjaśnionej śmierci lub zniknięciu, wszystkie sprzed ostatniego tygodnia.

Postawiła czajnik na gazie i wtedy to zobaczyła, niski cień stojący przy wejściu do korytarza. Zdążyła mrugnąć i ciemny kształt zniknął, po chwili usłyszała kroki na schodach i radosny śmiech dziecka. Zamarła. Odkąd zamieszkała w tym starym domu, już kilka razy przydarzyło się jej coś podobnego. Przemykające cienie, dziwne rozmowy, których źródeł nie mogła zlokalizować. Z początku uznała, że ma przewidzenia, jednak z każdym kolejnym dniem, zdawała sobie sprawę, że nie jest jedynym lokatorem tego domu.

Kiedy doszła do siebie, złapała za siatkę z logo sklepu diecezjalnego i udała się w stronę głównego wejścia. Nigdy nie była zbyt religijna, jednak aktualna sytuacja w domu zaczynała ją przerastać. Zamiast od razu łapać za słuchawkę od telefonu i błagalnym głosem wzywać pomocy u lokalnego księdza, wolała dostępnymi jej środkami sama rozwiązać problem. Wyciągnęła z komody młotek i gwoździe, po czym wypakowała z siatki jeden z zakupionych krzyży. Stanęła na krześle i wbiła gwóźdź nad wejściem do domu, po czym zawiesiła na nim wizerunek ukrzyżowanego Jezusa. Czynność niby banalna, jednak Irena od razu poczuła ulgę, może podbudowała się tym na duchu lub też symbol ten miał w rzeczywistości jakieś niezwykłe właściwości obronne, wszystko miał pokazać czas.

W ten sam sposób zabezpieczyła najważniejsze pomieszczenia w domu, aż w końcu przyszedł czas na ganek przed budynkiem. Wyciągnęła z szopy niewielką drabinę i pomaszerowała z nią w stronę portyku. Wzięła w dłonie największy z krzyży i szybkimi uderzeniami przybiła gwóźdź, na którym powiesiła symbol chrześcijański.

- Szczęść Boże! – usłyszała za sobą.

Zdziwiona odwróciła się do tyłu, zauważając pulchną sąsiadkę z zakupami w ręku. Nie za bardzo wiedząc, co miałaby jej odpowiedzieć powiedziała niepewnie:

- Dzień dobry.

- Piękną mamy dzisiaj pogodę na prace domowe, prawda? – zapytała radośnie kobieta.

- Rzeczywiście pogoda dzisiaj sprzyja – potwierdziła Irena, zastanawiając się, co sąsiadka może od niej chcieć.

- Ech, miło mieć w sąsiedztwie młode małżeństwo – powiedziała po chwili kobieta. – Chociaż pani męża rzadko widać.

- Męża? – zapytała zdezorientowana Irena.

- Ano, wcześniej udało mi się go przyuważyć w oknie, kiedy pieliła pani rabaty – wskazała na poddasze. – Milusi, chociaż muszę przyznać dziwny ma styl ubioru, ale dzisiejsze pokolenie już takie jest, prawda? Muszę już lecieć, bo obiad mi się przypali. Niech pani pozdrowi ode mnie męża! – powiedziała, po czym oddaliła się w pośpiechu.

Irena spojrzała na wejście do domu, westchnęła głośno, po czym uderzyła ostatni raz w główkę od gwoździa, jakoby przypieczętowując koniec swojej pracy. Chwiejnym krokiem zeszła z drabiny i odłożyła ją na bok, po czym niepewnie weszła do środka. Dom wydawał się spokojny, rozejrzała się dokładnie dookoła, jednak nigdzie nie zauważyła niczego niepokojącego. Wzięła z komody pęk ciężkich kluczy, z niepokojem stając przed schodami.

- Kira! – zawołała.

Z kuchni wyszedł kocur, usiadł w progu i spojrzał pytającym wzrokiem na swoją właścicielkę.

- Chodź sprawdzimy poddasze – powiedziała w jego stronę, wolała mieć za towarzysza jakąś żywą duszę, kiedy będzie penetrować nieznaną część domu.

Kocur spojrzał najpierw na nią, później w górę na szczyt schodów, po czym wydał z siebie odgłos przypominający prychnięcie i zawrócił swój kuper w stronę kuchni.

- Wracaj tutaj tchórzu! – krzyknęła, po czym zdała sobie sprawę, że to właśnie ona na niego wychodzi, a jej zwierzak był chyba jedyną racjonalnie myślącą istotą w tym domu.

***

Jak przypuszczała, żaden z kluczy nie pasował do zamka. Próbowała naprzeć na drzwi ciałem, jednak po kilku minutach nabawiła się tylko bólu w ramieniu, a wejście nadal pozostawało zamknięte. Długo szukała w sobie odwagi, aż w końcu stwierdziła, że nie może odpuścić, miała dziwne przeczucie, że cokolwiek działo się w jej domu, źródło tego wszystkiego znajduje się za tą drewnianą ścianą. Po kilku minutach wróciła na górę z łomem w ręku. Włożyła końcówkę pomiędzy framugę a drzwi i całą siłą naparła, powtórzyła czynność kilkakrotnie, aż zamek puścił.

Wchodząc do środka spodziewała się zagraconego pokoju, zakurzonego, jak wszystkie pomieszczenia w domu, jednakże to, co znalazła znacznie różniło się od jej wyobrażeń. Pomieszczenie było praktycznie puste, oprócz niewielkiego łóżka i krzesła stojącego przy oknie, nie było w nim nic. Na dodatek w całym pokoju nie znalazła ani grama kurzu, a w powietrzu nie wyczuwała wszechobecnej stęchlizny.

- Co do cholery... - powiedziała cicho do siebie.

W tej samej chwili zauważyła leżącą na łóżku księgę, nie myśląc za długo, podeszła do posłania. Przyjrzała się jej. Oprawiona w ciemną skórę, na okładce zaś widniał czerwony kamień, który emanował lekkim światłem. Wyciągnęła w jej stronę dłoń, szybko ją jednak cofnęła. Rozejrzą się po pomieszczeniu, upewniając się, że nikogo w nim nie ma, po czym pochwyciła ją, oglądając z każdej strony. Kiedy tylko książka znalazła się w jej rękach, na ścianach zaczęły pojawiać się i znikać cienie, do jej uszu natomiast dochodziły głosy.

- To jego własność...

- Dienaves...

- Dawca życzeń...

- Zostaw! Nie dotykaj!

- Wróci...

- Niezadowolony...

Przestraszona, przycisnęła księga do piersi i uciekła z poddasza, zbiegła po schodach na dół, zatrzymując się w salonie. Przystanęła i odwróciła się w stronę korytarza, zerkając raz na ciemność kryjącą się w przedpokoju, raz na wiszący przy wejściu krzyż. W momencie, kiedy korytarz i salon rozświetliły promienie słońca, a dziwne uczucie czyjejś obecności zniknęło, Irena uspokoiła się. Usiadła na kanapie i spojrzała na swoją zdobycz.

Zaciekawiona rozwiązała rzemyk i zajrzała do środka. Każda strona zaopatrzona była w portret wykonany tuszem, wypełniona danymi osobowymi, przy których znajdowała się krótka notka. Irena przekartowała do ostatnich wpisów i zamarła. Jej wzrok przemykał po ostatnich notatkach.

Konrad Nowak – spadek rodzinny, 11 lat.

- Co to ma być? – zapytała na głos, rozpoznając twarz brata Emilii.

Michał Kozłowski – wygrana w loterii, 10 lat.

Ewa Zielińska – zemsta na mężu, 17lat

Irena przypomniała sobie nagle artykuły z lokalnej gazety. Niewyjaśnione śmierci, wygrane na loterii, sprawa jej przyjaciółki z dzieciństwa, wszystkie te historie pokrywały się z zamieszczonymi w księdze wpisami. Jak wielki musiałby to być zbieg okoliczności? Kiedy się nad tym zastanawiała, poczuła w dłoni lekkie pulsowanie, cykliczne, co pewien okres czasu. Zamknęła księgę. Przejechała palcem po czerwonym kamieniu... tabum!, usłyszała wyraźnie. Zdziwiona podniosła książkę do ucha. Po chwili do jej uszu doszło charakterystyczne bicie, bicie czyjegoś serca, bicie, które dochodziło do niej z wnętrza kamienia. Zerwała się z kanapy, upuszczając księgę na podłogę. Ta księga żyła.

***

Na poddaszu pojawił się cień, jego zarys stawał się coraz wyraźniejszy, po czym nabrał ostrości i barw, zmieniając się w mężczyznę. W jednej chwili zauważył brak księgi, którą zostawił na posłaniu oraz wychwycił wzrokiem otwarte drzwi. Przez jego miodowe oczy przebił się czerwony poblask, a brwi niebezpiecznie się do siebie zbliżyły. Promienie słońca zostały wypchnięte na zewnątrz i w pomieszczeniu ponownie zagościł mrok. Cienie na ścianach zatańczyły niespokojnie.

- To ona...

- Zabrała...

- Ostrzegaliśmy... Nie słuchała...

- Cisza! – powiedział stanowczo mężczyzna. – Mam dosyć waszego zrzędzenia.

Po chwili poczuł piekący ból w okolicy piersi, złapał się za bok. W jednej chwili był w pomieszczeniu, w następnej jego postać rozmyła się i zniknęła.

***

Zerkający do salonu kot, wygiął nagle grzbiet, głośno prychając. Irena spojrzała zaniepokojona w jego stronę, po czym zauważyła stojącą przed sobą postać. Zamarła, po raz kolejny tego dnia. Mężczyzna nie wyglądał na ducha, a przynajmniej nie spełniał odpowiednich kryteriów, aby go tak nazwać. Nie unosił się nad ziemią, jego ciało nie było przezroczyste, a wzrokiem nie błądził po pomieszczeniu, tylko skupiony był na leżącej na ziemi księdze. Jego ubiór zdradzał jednak, że nie należy do tej epoki. Pożółkła koszula niemal zlewała się kolorystycznie z jasnobrązową kamizelką, zaś szerokie spodnie podtrzymywały na jego biodrach szelki, guzikami przypięte do odzieży.

- Kim jesteś i co robisz w moim domu? – zapytała lekko się jąkając.

Mężczyzna nie odpowiedział. Irena próbowała zapanować nad strachem, jednak za każdym razem, kiedy spoglądała w jego miodowe oczy, traciła pewność siebie. Było w nich coś mrocznego. Kiedy podniósł na nią wzrok, instynktownie zrobiła dwa kroki w tył. Po chwili doszło do niej, że zna tą twarz, że już ją widziała. Spojrzała na znajdujący się na ścianie portret młodego mężczyzny, po czym na nieznajomego. Wychwyciła uderzające podobieństwo z jedną różnicą, portret przedstawiał rumianego młodzieńca a mężczyzna przed nią miał skórę w odcieniu szarości.

- Sebastian... - powiedziała niepewnie, gdy w jej głowie wirowały gwałtowne myśli i pytania.

- Masz niedobre nawyki Ireno – powiedział po chwili.

Gdzieś głęboko w niej zapaliła się iskra odwagi, ta niebezpieczna odrobina szaleństwa, która kazała jej pochwycić znajdującą się pod jej stopami księgę. Tak też zrobiła, zdając sobie po chwili sprawę ze swojego błędu. Miodowe oczy mężczyzny zmieniły kolor na jasno wiśniowy, a zbliżone brwi i ściągnięte usta, jednoznacznie wskazywały, że był wściekły.

- Więc to ty jesteś odpowiedzialny za to wszystko? – zapytała, podnosząc księgę. – Przez ciebie brat Emilii zdobył rodzinną fortunę, a teraz ona sama musi walczyć z nim w sądzie, o to, co jej się prawnie należy? Te wszystkie zgony, to też twoja sprawka? – to było bardziej oskarżenie niż pytanie.

Buzująca w niej adrenalina napędzała potok oskarżeń, które wydobywały się z jej ust. Oczy Sebastiana wróciły po chwili do normalności, a on sam spojrzał na nią ze względnym spokojem.

- Emilia, aniołek rodziny a na sumieniu ma więcej niż setka diabelskich pomiotów – odparł lekceważąco. – Jedyne, czego się dopuściłem, to dałem doświadczonemu przez los mężczyźnie szansę do odegrania się na siostrze, a ofiarom przemocy, zaoferowałem zemstę.

- Znam Konrada, to zadufany w sobie egoista, który nie zasłużył na to, czym go obdarowałeś.

- Każdy ma prawo do szczęścia – powiedział. – Każdy czegoś pragnie i nie nam decydować, czy jest to dobre czy złe.

Jej przodek nie był już tym pełnym energii do życia młodzieńcem, spoglądającym na nią ze starego portretu. Wyglądał na znudzonego życiem, dla którego ludzki żywot nie ma wartości.

- Nie pomyślałeś czasem, że twoje „dobre" uczynki uruchomią tylko łańcuch niekończących się nieszczęść? – zapytała. – Tak po prostu się z tym zgadzasz?

- „Życiem kieruje szczęście, nie mądrość". Nie mi osądzać ludzką głupotę i wszechobecny egoizm – odparł.

- „Jest cechą głupoty dostrzegać błędy innych, a zapominać o swoich." – odparła mu.

- „Nie ma nic bardziej nieznośnego, niż głupiec, któremu się powodzi". Możemy tak przez całą noc cytować Cycerona. – powiedziała znudzony – A teraz oddaj mi księgę Ireno. – Wyciągnął dłoń w jej stronę.

Kobieta chciała mu ją podać, gdy nagle cofnęła rękę.

- Oddam ci ją, jeśli odwrócisz to, co zrobiłeś tym ludziom.

- Czasu nie da się cofnąć – odpowiedział jej – Zapłata została pobrana.

- Ty naprawdę nie masz w sobie żadnych uczuć, żadnego poczucia winy? – zapytała niedowierzając.

Odwrócił się od niej i podszedł do okrągłego, dębowego stolika, pamiątki po pradziadkach.

- Jestem istotą egzystującą gdzieś pomiędzy człowiekiem a zjawą – powiedział po chwili, delikatnie muskając palcami płatki róż stojące w wazonie. – Żyję, ponieważ odbieram ludziom lata ich życia, w sensie mego bytu nie ma czegoś takiego, jak uczucia.

- Co wydarzyło się tej nocy, kiedy wraz z ojcem udaliście się do wierzyciela? – zapytała nagle Irena. – Jakim cudem stałeś się tym, czym teraz jesteś?

Nie odpowiedział od razu. Przez dłuższą chwilę muskał w dłoniach płatki kwiatu. Kiedy wrócił pamięcią do tamtego felernej nocy, na jego twarzy pojawił się grymas wściekłości.

- Mój ojciec spotkał na swojej drodze niewłaściwą istotę i tyle – stwierdził zgniatając w dłoniach pąk kwiatu. – Jego umiłowanie w hazardzie doprowadziło naszą rodzinę do ruiny. Widziałem wszystko, co działo się po moim odejściu. Ojciec zmarł dwa lata później a matka załamała się i straciła dawny zapał i radość z życia – płatki w jego dłoniach zwiędły i rozsypały się na podłogę. Spojrzał po chwili na wiszące na ścianie portrety. – Ty i Agata jesteście tak samo uparte w kwestii tych portretów.

- Znałeś moją babkę? – zapytała zaskoczona.

- Tak, obserwowałem każdego mieszkańca tej kamienicy. Twoja babka za to była jedyną, która próbowała wmówić mi swoje rację, jak i ty teraz to robisz. Nie sprzedała tego domu, chociaż tyle razy ją o to proszono.

- Dlaczego tak bardzo nie lubisz tych portretów? Przypominają ci o przeszłości, której się wstydzisz? – za wszelką cenę chciała znaleźć powód jego postępowania.

W jednej chwili znalazł się przed nią, odbierając swoją własność.

- To portrety duszy – powiedział takim tonem, jakby tłumaczył coś małemu dziecku. – Ich lokatorzy są strasznie irytujący.

Przypomniała sobie nagle rozmowy, które słyszała w domu.

- Potrafisz rozmawiać z duchami? - zapytała podekscytowana.

- Tak podobna do babki - powiedział spoglądając prosto w jej nieskazitelnie zielone oczy. – Przychodziła do mnie codziennie wypytując o moje życie – mówił dalej przechodząc wzdłuż portretów. – Proponowałem jej zmienienie nieszczęśliwego żywota, jednak zawsze odpowiadała „Każdy jest panem swojego losu".

W pokoju nagle zrobiło się jakby mroczniej, chociaż na dworze była przepiękna wiosenna pogoda. Irena odwróciła wzrok w stronę okien i aż odskoczyła ze strachu. Przy oknach stała jakaś postać a raczej jej ciemny zarys, była zakapturzona a spod kaptura spoglądała na nią pustka, nicość, jakby nikogo tam nie było, chociaż wyraźnie czuła jak ktoś na nią spogląda. Sebastian również spojrzał w jej stronę, nie wyglądał jednak na przestraszonego, raczej na znudzonego.

- Muszę iść – powiedział nagle.

- Ale gdzie? – zapytała.

- Mam swoje obowiązki – otworzył księgę, przyjrzał się jej zawartości, po czym ją zamknął.

Zarówno on, jak i zakapturzona postać zniknęły, rozpływając się w ciemnej mgle. W pokoju ponownie zrobiło się jaśniej.

***

Dochodziła dwudziesta ciepłej majowej nocy i kawalerkę na trzecim piętrze zakryła już ciemność. Ukryta w jej ramionach, przy oknie stała Daria, przyglądając się blokowi naprzeciwko. Po chwili w jednym z mieszkań zapaliło się światło. Dziewczyna drgnęła. Wesołe głosy dochodziły do niej przez uchylone lekko okno. W salonie, w zasięgu jej wzroku pojawił się nagle wysoki blondyn, zdjął lekką kurtkę i niedbale rzucił na sofę. Daria zbliżyła się do okna a jej piwne oczy zalśniły z podekscytowania. Za nim do pomieszczenia weszła brunetka, jej okrągłych kształtów i smukłej talii pozazdrościłaby niejedna kobieta. Rzuciła się mężczyźnie na szyję, całując namiętnie w usta. Daria zrobiła krok do tyłu, wzdychając głośno, spuściła wzrok i usiadła na oparciu fotela.

- „Dopiero późną nocą, przy szczelnie zasłoniętych oknach gryziemy z bólu ręce, umieramy z miłości". – usłyszała męski głos z głębi pokoju.

Odwróciła się, zauważając ciemny zarys sylwetki, siedzącego na sofie mężczyzny. Jak na zaistniałą sytuację, zareagowała spokojem. To jego głos działał na nią dziwnie kojąco, jak morfina dla umierającego człowieka.

- Jeśli jesteś złodziejem, to niestety muszę cię zmartwić, nie mam żadnych pieniędzy – powiedziała beznamiętnie Daria.

Wstała, ponownie skupiwszy wzrok w stronę mieszkania naprzeciwko. Para przeniosła się do sypialni obok, oddając się namiętności. Daria złapała ciężkie, ciemne zasłony i jednym, szybkim ruchem odgrodziła radosną chwilę uniesienia od swojej ponurej rzeczywistości.

- Co teraz ze mną zrobisz? – zapytała po chwili – Pobijesz, zgwałcisz, a później wyniesiesz, co cenniejsze?

- Chciałem raczej zaproponować ci kontrakt – powiedział spokojnie, wstając.

Był wysoki i szczupły, a sposób, w jaki światło latarni przebijało się przez szpary pomiędzy zasłonami i padało na jego ciało sprawiał, że nieznajomy zdawał się dosięgać głową sufitu. W jego niezwykłej urodzie było coś tajemniczego, minęła chwila zanim odwróciła wzrok od jego bujnej czupryny.

- Kontrakt? – zapytała, po czym nerwowo się zaśmiała.

- Czego najbardziej pragniesz Dario? – zapytał, podchodząc bliżej.

- Skąd znasz moje... - rozsądek mówił jej, żeby nie ufała nieznajomemu, jednak jego głos był zbyt urzekający.

- Co sprawi, że będziesz szczęśliwa? – zbliżał się do niej, wabiąc ją swym głosem.

- Adam ... - wyszeptała po chwili.

- Chcesz, żeby był twój? – pytał, zrównując się z nią, jego miodowe oczy świeciły lekko w ciemności. – Chcesz być na miejscu tej powabnej brunetki?

- Chcę! – powiedziała niemal krzycząc.

- Chcesz spędzić z nim resztę swego życia? Zamieszkać w domku z ogródkiem, wychowywać jego dzieci?

W jej głowie pojawiła się nagle bajeczna wizja niewielkiej chałupki nad jeziorem, gdzie w ogórku przy pięknej wierzbie płaczącej bawiła się gromadka roześmianych dzieci. Ona wraz z mężem siedzieli na werandzie i przyglądali się swoim pociechom, przytuleni do siebie. Obraz był tak realistyczny, że Daria poczuła po chwili powiew lekkiej bryzy znad wody, promienie słońca na jej jasnej skórze i usłyszała radosny śmiech dzieci, biegających po trawie.

- Chcę! – krzyknęła oczarowana tą wizją.

- Wystarczy poprosić Dario, a spełnię twoje życzenie – odpowiedział.

- Spełnisz? To niemożliwe żebym była z Adamem, on nie zwraca na mnie nawet uwagi – powiedziała tracąc entuzjazm.

- Dla mnie nie ma rzeczy niemożliwych. Wystarczy sobie zażyczyć.

- Tak od razu, bez niczego? – zapytała podejrzliwie. – A gdzie haczyk?

- Piętnaście lat – odparł.

- Lat? – zapytała nie rozumiejąc, co ma na myśli.

- Piętnaście lat, za całe życie z Adamem, tyle będzie ciebie kosztował ten kontrakt.

- Pietnaście lat to kupa czasu – odparła oburzona. – Kim ty w ogóle jesteś? Diabelskim pomiotem?

- Mów mi Dienaves – odparł, po czym uśmiechnął się do niej i mówił dalej. – Czym jest kilkanaście lat za ofertę życia z ukochaną osobą? – zapytał, spoglądając na nią swoimi nieziemskimi oczyma.

- Nawet jeśli będę z nim, to pietnaście lat ...

- To skrócenie twojej męki po jego śmierci. Mężczyźni żyją krócej niż kobiety, chcesz przez piętnaście lat czekać, aż w końcu przyjdzie po ciebie kostucha i zabierze z tego świata, a w międzyczasie opłakiwałabyś ukochanego, codziennie składając kwiaty na jego grobie? – tym razem pokazał jej ponurą wizje żałoby, po czym złapał jej dłoń, zbliżając do swoich ust. – Zastanów się Dario, piętnaście krótkich lat i do końca życia Adam będzie twój, a ty już dzisiaj zamienisz się miejscami z tą brunetką.

- Nie jestem tego pewna... Nie, to jest złe. Sama spróbuję go w sobie rozkochać – powiedziała pewna siebie.

- Jak chcesz – powiedział po chwili, puszczając jej dłoń i odwracając się w stronę ciemnego pokoju. – Powinnaś jednak przy następnej okazji złożyć mu gratulacje, dzisiaj wieczorem twój ukochany oświadczył się tej brunetce.

Nim zdążyła cokolwiek powiedzieć, po prostu rozpłynął się w ciemności.

- Oświadczył? Nie, to niemożliwe – powiedziała ze łzami w oczach. – Nie, nie, nie, tak nie miało być!

- Chcesz to zmienić? – zapytał nagle, pojawiając się za nią. Odsłonił zasłony, wskazując w stronę mieszkania naprzeciwko – Chcesz zająć jej miejsce? – dopytywał wskazując tym razem w stronę sypialni.

- Tak, chcę – powiedziała ze łzami w oczach.

- Zgadzasz się na kontrakt?

- Zgadzam! – odparła z zawziętością, odwracając się w jego kierunku. Otarła łzy z oczu i stanęła prosto – Oddam ci 15 lat mojego życia, jeśli tylko sprawisz, że Adam będzie mój.

Wyciągnął w jej stronę dłoń, którą bez namysłu pochwyciła. Zacisnął długie, blade dłonie na jej ciepłej skórze, w ciemności jego oczy zmieniły kolor na krwistoczerwony. Daria poczuła po chwili mrowienie w okolicy nadgarstka, wszystko jednak minęło równie szybko, jak się pojawiło.

- Kontrakt zawarty – odparł, po czym znikł.

Chwilę później z salonu naprzeciwko doszły do niej odgłosy kłótni i seksowna brunetka z płaczem opuściła mieszkanie.

***

Kilka godzin po zniknięciu mężczyzny, Irena nie opuściła salonu. Wpatrywała się w  portret, zastanawiając się, czego tak właściwie była właśnie świadkiem. Nigdy nie była sceptycznie nastawiona do spraw nadprzyrodzonych, jednak, co innego o tym dyskutować i posiadać jakieś zdanie na ten temat, a co innego przeżyć coś takiego na własnej skórze. Sebastian Scultetus, jej daleki przodek, osoba, która od 200 lat powinna nie żyć, a jednak pojawiła się w jej domu. Czym się stał? Dlaczego wrócił do tego domu? Kim była zamaskowana postać? Do jej głowy napływało coraz więcej pytań, na które nie znała odpowiedzi.

Nim się zorientowała, słońce zaszło za horyzont, a pokój zakryła ciemność. Krążące wokół salonu cienie umknęły na poddasze, żałośnie zawodząc. Znajdujące się przed domem zwierzęta, małe gryzonie, roślinne szkodniki oraz rudy kocur opuściły w pośpiechu teren popędzane przez wrodzony instynkt samozachowawczy. Chwilę później przed budynkiem zaczęła gromadzić się gęsta mgła. Krzyż wiszący nad wejściem upadł na ziemię, po czym pochwycony niewidzialną ręką, wylądował w pobliskich krzakach.

Irena pochłonięta rozmyśleniami, wstała z kanapy i ruszyła w stronę wyjścia. Nabrała nagle niepohamowanej ochoty zaczerpnięcia świeżego powietrza, przejścia się i przemyślenia wszystkiego na zewnątrz. Wodzona tą myślą, wyszła przed dom, udając się w stronę pobliskiego parku. Jej wzrok był nieobecny a ruchy mechaniczne. Omijała przechodzących obok ludzi, w ogóle nie zwracając na nich uwagi, oni natomiast wskazywali na nią palcami. Wyszła bowiem z domu, bez nakrycia, ubrana w spodnie od dresu i wyciągniętą bluzkę z krótkim rękawkiem.

Kilka minut później stąpała już po utwardzanej ścieżce pomiędzy drzewami. Zatrzymała się dopiero, kiedy znalazła się na niewielkim placu z kamienną fontanną po środku. Ocknęła się, podchwytując szczątki rozmowy. Zdezorientowana rozejrzała się dookoła. Na fontannie przed nią siedział chłopiec, na oko dziesięcioletni. Prowadził konwersację ze stojącym przed nim mężczyzną, przy czym to ten drugi głównie mówił, zaś chłopiec, co jakiś czas wtrącał się do monologu. Zaciekawiona, co taki malec o też porze robi w parku, podeszła bliżej. Mężczyzna obok niego nie wyglądał na jego opiekuna. Irena ruszyła do przodu z zamiarem zwrócenia chłopcu uwagi i dopiero w połowie drogi zdała sobie sprawę, że mężczyzna lekko się mu kłania, nie spoglądając na jego oblicze. Nim zdążyła się nad tym dłużej zastanowić, chłopak pochwycił jej wzrok. Jego oczy były krwistoczerwone, miejsce źrenic zajmowały szparki. Irena zdusiła w gardle krzyk. Odwróciła się z zamiarem ucieczki, stając naprzeciwko mężczyzny, który ułamek sekundy temu, znajdował się przy dziecku.

- Czekałem na ciebie Ireno – powiedział chłopiec. Jego głos był zbyt dojrzały, jak na ciało, z którego się wydobywał. – Podejdź bliżej, nie dawaj Victorowi pretekstu, żeby cię do tego zmusił.

Kobieta spojrzała na mężczyznę, jego twarz pokryta była bliznami, zaś oczy były w całości czarne, pozbawione białka. Przełknęła ślinę i chwiejnym krokiem ruszyła w stronę chłopca. Wyglądał na zadowolonego, chociaż uśmiech na jego twarzy skazywał na pogardę. Kiedy na niego spoglądała wydawał się wyższy niż w rzeczywistości był, a aura, która go otaczała, sprawiała, że na jej ciele pojawiła się gęsia skórka. Umysł mówił, jej to tylko dziecko, zaś instynkt wołał UCIEKAJ !!! Ona sama nie mogła się ruszyć, nigdy w życiu nie była tak przerażona. Chłopak się do niej uśmiechał a ona miała wrażenie, jakby stała pod ścianą, czekając na egzekucję.

- Ciekawą osobę wybrał sobie Sebastian za obiekt zainteresowań – powiedział po chwili chłopak. – Chociaż będąc szczerym, jest mi to całkowicie nie na rękę. Widzisz bowiem Ireno, osobiście preferuję, żeby ludzie nie wiedzieli o naszym istnieniu. Społeczeństwo ludzi nauki jest dla nas bardziej atrakcyjne, niż irytujące osoby broniące się modlitwami i świętymi obrazkami. Jak myślisz, których łatwiej złapać w nasze sieci?

Irena nie odpowiedziała, szczerze bała się odezwać.

- Sebastian i jemu podobni mają proste zadanie, zawarcie kontraktu, zebranie zapłaty i wymazanie z pamięci ich spotkania, nic więcej nic mniej. – skierował wzrok w stronę, z której przyszła. – Ty jednak, Sebastianie zapomniałeś o trzeciej zasadzie.

Irena spojrzała w bok. Na placu pojawił się jej przodek, spoglądał na nią i chłopca nie wykazując żadnych emocji albo też się z nimi skrzętnie ukrywał.

- Zefer – powiedział po chwili, nieznacznie się kłaniając.

- Widzisz Ireno, Sebastian jest moim najzdolniejszym pracownikiem, jednakże ostatnimi czasy wykazuje zbyt duży, jak na mój gust indywidualizm. Zawsze zaś indywidualizm był u ludzi zarzewiem buntu, a ja nie mam zamiaru do takowego dopuścić – spojrzał na mężczyznę, a w jego wzroku nie było ani grama sympatii, tylko zimna tyrania. – Ty zaś kobieto mi w tym pomożesz.

Niby jak? zapytała w myślach, w tym samym momencie, kiedy poczuła jego lodowate dłonie, które pochwyciły jej nadgarstek. Sebastian poruszył się nerwowo, jednak przystanął w momencie, kiedy pojawiła się przed nim zakapturzona postać. Irena natomiast poczuła na skórze ciepło, które narastało, po chwili krzyknęła z bólu, kiedy w okolicach nadgarstka pojawił się wypalony dziwny znak. Chłopiec puścił jej dłoń, po czym uśmiechnął się do niej, to był najbardziej diabelski uśmiech, jaki w życiu widziała.

- Będę dziś wspaniałomyślny – powiedział Zefer. – Dam ci wybór kochana, albo zostaniesz jednym z moich żeńskich Dienaves albo poprosisz swojego krewnego o spełnienie życzenia, w tym wypadku pozbycie się znamienia. Powiedzmy, że wycenimy to życzenie na... - poczuła jakby przeszywał ją wzrokiem na wylot. - ... 20 lat.

Spojrzał na Sebastiana, a jego oczy zalśniły czerwienią. Mężczyzna nie wytrzymał i zawołał w jego stronę.

- Ty sukinsynie! Diabelski pomiocie!

- Mów mi tak jeszcze – Zefer przymknął oczy z przyjemnością. – Dziewczyna decyduje, a ty się dostosujesz. Macie czas do wschodu słońca. – spojrzał ponownie na Irenę. – Radzę długo się nie zastanawiać kochana, nim wzejdzie słońce, piętno na nadgarstku doprowadzi do twojej śmierci, a wtedy na zawsze będziesz moja.

***

Mężczyzna odstawił ją do domu. Usiadła na fotelu, wpatrując się, jak Sebastian chodzi w tą i z powrotem po salonie. Na twarzy miał grymas wciekłości. Co jakiś czas przygryzał paznokcie, jak małe dziecko zastanawiając się nad jakaś błahą zagwozdką. Znamię, które otrzymała, piekło ją niemiłosiernie, próbowała jednak nie myśleć o tym bólu, zastanawiając się nad wyborem, do którego zmusił ją Zefer. W głowie kłębiło się mnóstwo pytań, a próbując rozważać każde z nich, doprowadziła do tego, że koniec końców, wróciła do początku, czyli nie wiedziała, co zrobić.

- Co według ciebie powinnam wybrać? – zapytała po chwili.

Mężczyzna zatrzymał się nagle, spoglądając na nią z niedowierzaniem.

- Nie widzisz, że on się mną bawi? – zapytał Sebastian, jakby to było tak oczywiste, jak fakt, że słońce wschodzi na wschodzie a zachodzi na zachodzie.

- Wystarczy, że wybiorę... - zaczęła.

- W tym rzecz Ireno, że to ślepa uliczka. Zostając Dienaves zaprzedajesz swoją duszę Zeferowi. On bardzo dobrze wie, że nigdy na to nie pozwolę, nie pozwolę, żeby członek mojej rodziny stał się taki, jak ja, nie pozwolę, żebyś ty się taka stała! Zostając Dienaves – Dawcą Życzeń, nie jesteś ani człowiekiem, ani demonem, tylko czymś pomiędzy. Nie należysz do żadnego świata, nikt ciebie nie akceptuje, stajesz się narzędziem w ręku takich jak Zefer.

- W takim razie zostaje mi życzenie – powiedziała pewna siebie. – Zapłacę 20 lat i zapomnę o naszym spotkaniu, tak?

- Nigdy nie wchodź w układy z demonem – powiedział posępnie. – Druga opcja to podstęp, Ireno.

Wyciągnął dłoń do przodu, jak na wezwanie pojawiła się na niej księga. Przekartowała się na aktualnego klienta, po czym Sebastian odwrócił je wnętrze w stronę kobiety. Oprócz jej portretu, były zapisane jej cechy wyglądu, typ życzenia do zrealizowania oraz na samym dole...

- Lata życia... - przeczytała i zamarła.

- Nie masz do zaoferowania tylu lat Ireno. Zefer i Dievanes przenikają swoich klientów, znają ich przyszłość i ilość lat, które im została. Oferty za życzenia są dostosowane do danej osoby. W twoim wypadku Ireno, zapłata za to życzenie, oznacza jednocześnie twoją śmierć. – powiedział poważnie. – Zefer jest demonem, słodkie słówka to tylko przykrywka dla jego prawdziwej natury. Zrobił to z premedytacją, to miała być dla mnie nauczka.

Kobieta zbladła. Kiedy doszedł do niej sens jego słów, stwierdziła, że nigdy tak bardzo nie żałowała powrotu do tego miasta, jak teraz. Myśląc, że to przeznaczenie ją tutaj sprowadziło, nie przypuszczała, że rzeczywiście ukrywała się pod nim kostucha. Zastanawiała się, czy to właśnie ten moment, kiedy człowiek widzi urywki scen ze swojego życia. Ona nie widziała nic. Zamiast radosnych, kolorowych wizji Irena miała przed oczyma czerwone ślepia z czarnymi szparkami i ten pełen pogardy uśmiech, którym demon wydał na nią wyrok. Wiedziała, że ma tylko jedno wyjście, nawet jeśli wybrałaby inaczej, Sebastian nie pozwoliłby jej na to. Zanim jednak zdecydowała się podzielić się z nim swoją decyzją, chciała znać odpowiedź na jedno pytanie.

- Powiedź mi Sebastianie, jak umrę? – zapytała po chwili.

Mężczyzna odwrócił się w jej stronę, na jego twarzy zawitała powaga.

- Rak kości... - powiedział krótko.

- Rozumiem – odpowiedziała, próbując zachować zimną krew. – Czyli mogę wybrać śmierć z twojej ręki, albo męczarnie na szpitalnym oddziale.

Mężczyzna nie odpowiedział.

- Mogę dodać własne życzenie do kontraktu?

- Mianowicie? – zapytał.

Kiedy myślała o swojej śmierci, od razu przed oczyma pojawiła się jej rodzina, która opłakiwała jej odejście. Jednocześnie również nie chciała, żeby do takiej sceny doszło. Jej ojciec zawsze powtarzał, że rodzice nie powinni chować swoich dzieci. Dlatego też jedyne wyjście, jakie jej przychodziło do głowy to...

- Możesz wymazać moje istnienie z tego świata?

- Wymazać? Jesteś tego pewna? – zapytał, Irena pierwszy raz widziała na jego twarzy wyraźne zdziwienie.

- Jeśli moja rodzina nie będzie o mnie pamiętać, nie będą opłakiwać mojej straty.

- Teoretycznie jest to możliwe... - powiedział, przygryzając paznokieć od kciuka.

- W takim razie, to moje życzenie. Wystarczy mi, że ty o mnie nie zapomnisz. – powiedziała wymuszając uśmiech.

Sebastian przez dłuższą chwilę stał w ciszy, po czym wyciągnął w jej kierunku dłoń.

- Nigdy o tobie nie zapomnę Ireno – powiedział tym zawsze poważnych tonem.

- Mógłbyś się chociaż uśmiechnąć – odparła, po czym pochwyciła jego dłoń.

***

Wschodzące słońce oświeciło opuszczony dom, na którego progu siedział samotny rudy kocur.


* opowiadanie bierze udział w konkursie http://secretum.pl/konkursy/item/282-konkurs-na-fantastyczne-opowiadanie

Dział: Opowiadania

ŚWIAT SNU JEST PIĘKNY, LECZ TO WIĘZIENIE

Świat Snu był niemalże rzeczywistością. Jezioro było jeziorem, las lasem. Ale mógł stać się górą. A jezioro mogło przemienić się w wypełnioną złotem jaskinię, jeśli tylko tego chcieli.

Nie istniał tu czas, nie wiedzieli, czy tkwią tu od godziny, czy może od wielu lat. Ale dla nich i tak była to wieczność. Przebywali w Świecie Snu, snując się po nim i nie wiedząc co robić, oczekując, aż ktoś ich wybawi od tego bezsensownego nieistnienia. Mgliście pamiętali krótkie chwile przebudzenia, na które pozwalał im Nieznany. A i wtedy nic nie wydawało się rzeczywiste. Leżeli w ciemności, patrząc tylko w sufit lub w złowrogie czerwone oczy Nieznanego, który stał nad nimi obserwując, słuchając, obserwując.

Oślepiający rozbłysk – i znowu znajdowali się w Świecie Snu, gdzie sami kształtowali swoje nierealne życie tak, aby zadowolić Nieznanego. Zazwyczaj udawało im się, lecz kiedy go zawodzili, zsyłał na ich materialne ciała nieznośne fale bólu, który wnikał do ich umysłów i prześladował nawet w Świecie Snu przez wiele godzin, dni i nocy, dopóki Nieznany nie przypomniał sobie, że nie może ich dręczyć, jeśli chciał, aby żyli i dalej byli jego obiektami badań.

Wszyscy stracili już nadzieję, że kiedykolwiek zostaną uwolnieni od tego sennego koszmaru, lecz nie Aurianna. Dziewczyna wciąż liczyła, że ktoś kiedyś pokona Nieznanego, wyzwalając ją i jej towarzyszy ze Świata Snu.

Aurianna patrzyła na wysokiego chudego Fryna, który siłą woli bezmyślnie kształtował pagórek po drugiej stronie srebrnej rzeki. Wiatr zwiał jej na twarz kosmyk długich rudych włosów. Nie chciała wiatru. Wyciągnęła w górę zaciśniętą pięść.

– Wietrze, ustań! – zawołała, chociaż nie było to konieczne. Mogła w myślach wypowiedzieć swoje życzenie.

Odwróciła się i napotkała gniewny wzrok Afrit. Blondynka stała nieruchomo na pniaku i ponownie przywoływała wiatr. Aurianna nie chciała kłócić się z nią, więc zrezygnowała z dalszych prób uciszenia żywiołu.

Afrit zawołała coś do Fryna. Chłopak spojrzał na nią przelotnie i odsunął się, kiedy zeskoczyła z pniaka i wzniosła się w powietrze, mknąc przed siebie wraz z wiatrem.

Mogli robić tu wszystko i nic. To był Świat Snu. Tu nie panowały żadne zasady. Tak żyli, odkąd Nieznany pojmał ich i umieścił ich podświadomość i świadomość w niekończącym się śnie.

Aż pewnego dnia pojawiło się coś, co w przeciwieństwie do ich świata nie dawało się ukształtować. Czarna kreatura, której cień skrzydeł przysłonił ich urojone bezpieczeństwo.

Nieznany nazwał go Karasu.

Karasu pojawiał się nagle, niespodziewanie, niczym siejące spustoszenie tornado. Wisiał w powietrzu nad ich małą prowizoryczną wioską i nieustannie szeptał, aby wyrzekli się swojego materialnego ciała i na zawsze pozostali w Świecie Snu.

Wszyscy żyjący w Świecie Snu byli młodzi. Tylko takich wybierał Nieznany, aby mieć pewność, że będą na tyle silni, aby przetrwać, a jednocześnie na tyle słabi, aby mógł ich kontrolować.

Afrit, Fryn i kilku innych ludzi należeli do najbliższego otoczenia Aurianny. Można by rzec, że zaprzyjaźniła się z nimi, lecz nawet oni nie chcieli jej pomóc z poszukiwaniu drogi do wolności. A Aurianna tak rozpaczliwie pragnęła uwolnić się ze Świata Snu, że tylko te pragnienia sprawiały, że zdołała przetrwać już tyle. Pewnego dnia pojawiła się szansa. Pojawił się ktoś nowy.

DROGA KU NIEZNANEMU MOŻE PROWADZIĆ DO CZEGOŚ DOBREGO

Niebo pociemniało, ciężkie chmury wisiały nad zrujnowanym miastem, w którym było cicho i spokojnie, choć wszystko dookoła żyło własnym życiem.

Budynki pragnęły opowiedzieć historie o swoich mieszkańcach, którzy ukrywali się w nich przed nadchodzącą katastrofą. Drzewa szeptały o rozgrywającej się tutaj bitwie, która niegdyś zniszczyła to miasto.

Wysoki mężczyzna gestem zatrzymał swoich dwóch towarzyszy, bowiem poczuł w pobliżu obecność osobliwej magii. Przykucnął i przyjrzał się szarawemu głazowi, który tkwił w tym miejscu od lat, porośnięty brunatnozielonym mchem. Zdjął rękawicę i dotknął kamienia. Był ciepły i emanowała z niego energia, którą tylko on potrafił wyczuć.

– Którędy mam iść? Jak znajdę Nieznanego? – Skierował to pytanie po części do siebie, a po części do kamienia.

Odpowiedział mu cichy głos, który dźwięcznie rozbrzmiał w jego głowie, powodując, że mężczyzna aż zadrżał.

– Rozejrzyj się. Jesteś już blisko. Nie poddawaj się. Śniący są w wieży. Pójdź do nich, a poznasz...

Wstał, prostując się dumnie, i zawołał ku otaczającym go drzewom, głazom, zniszczonym budynkom:

– Ja, Xeneth Amarish, zaprowadzę ich do Nowej Rzeczywistości. Wskażcie mi drogę.

Kontury budynków zaczęły się rozmywać, jakby Xeneth zyskał nagle zdolność widzenia przez ściany. Spoglądał poprzez nie na ponurą wieżę z lekko okopconym dachem. Ruszył w tamtym kierunku, nadal patrząc przez budynki i wybierając drogę pomiędzy rumowiskiem. Po drodze cicho instruował towarzyszy, co powinni zrobić podczas jego nieobecności. Do wieży poszedł już sam.

Budowla była otoczona polem ochronnym. Xeneth wziął głęboki oddech i bez chwili wahania wkroczył w barierę, która pochłonęła go, niczym wściekła, spieniona toń spadającej wody.

Wirował gdzieś ponad czasem i przestrzenią, słysząc niezrozumiałe szepty, które intrygowały go i przyciągały, lecz musiał je zignorować, aby skupić się na powrocie do rzeczywistości.

Ocknął się w mrocznym pomieszczeniu; słabe światło lamp oliwnych nie było w stanie rozproszyć całej zalegającej wszędzie ciemności, która przylgnęła do tego miejsca i uparcie trzymała się każdego kąta.

Przed Xenethem stał sam Nieznany. Wysoki, odziany w sięgający do ziemi czarny płaszcz, patrzył na niego straszliwymi pałającymi czerwonym blaskiem oczami.

– Ja, Xeneth Amarish, przyszedłem was uwolnić. Nić życia połączy mnie z rzeczywistością. Nie zaginę podczas mojej misji – rzucił w myślach ku spoczywającym w przezroczystych kapsułach siedmiu ludziom, zanim Nieznany cisnął w niego swoją najmroczniejszą mocą.

Oślepiający rozbłysk. Xeneth stracił poczucie czasu i rzeczywistości, ale przez ciemność, w której się pogrążał, przeciągnął cienką jaśniejącą nić, łączącą go z realnym światem.

KIEDYŚ POJAWIA SIĘ SZANSA

Aurianna i sześciu pozostałych ludzi obserwowali Świat Snu w swoim najbliższym otoczeniu, który istniał poza czasem i przestrzenią, tylko w ich śniących, połączonych ze sobą podświadomościach. Mroczna sylwetka potwora Karasu unosiła się ponad nimi; jego wielkie pierzaste czarne skrzydła zasłaniały słońce, raz po raz bijąc powietrze. Wyjątkowo nie szeptał swoich przerażających gróźb, lecz czekał wraz z nimi na to, co mogło się wydarzyć, łypiąc pomarańczowymi ślepiami na wody srebrnej rzeki.

Tysiące kropel wystrzeliło w powietrze, mieniąc się wszystkimi kolorami tęczy i ukazując w niezwykłej poświacie postać mężczyzny, który wyłaniał się ze srebrnej toni, prostując się władczo i ukazując swoją dobrze zbudowaną sylwetkę w całej okazałości. Był wysoki i przystojny, jego długie jasne włosy ociekały wodą, a bystre spojrzenie zlustrowało wszystko dookoła, aż w końcu spoczęło na grupce ludzi.

Kołysz mnie, wietrze, kołysz. Wodo, oczyść mój umysł. Ogniu, rozgrzej mój zapał do działania. Ziemio, nakarm mnie swoimi plonami dającymi mi siłę. Życie, ja – twój uniżony sługa – błagam cię o wyzwolenie.

Aurianna i pozostałe trzy dziewczyny aż westchnęły, gdy zobaczyły tak uderzająco przystojnego przybysza. Nikt nie mógł się poruszyć, jego spojrzenie przyszpilało do ziemi. Aurianna sięgnęła w głąb swojego umysłu, przywołując wyobrażenia o swoim ideale mężczyzny. Ona jako jedyna w Świecie Snu była samotna i nie wiedziała, jak to jest się zakochać. Nie znała tego uczucia, nie miała kiedy go poznać, mgliście przypominała sobie, że kiedy została pojmana przez Nieznanego, była prawie jeszcze dzieckiem. Nie wiedziała, ile czasu upłynęło już od tego wydarzenia – w tym świecie nie sposób było liczyć mijające dni, lata – lecz zdawała sobie sprawę, że prawdopodobnie jest już dorosła. W krótkich chwilach przebłysku świadomości w realnym świecie nie mogła tego stwierdzić.

Tymczasem nowy przybysz niespiesznie zbliżał się ku grupce. Aurianna zapatrzyła się w jego przystojną twarz, miała wrażenie, że zatraci się w jego zielonych oczach i uśmiechu, który posłał jej ukradkiem. Świat Snu stawał się przyjemniejszym miejscem, kiedy on tu był.

– Macie tu kogoś, kto jest przywódcą waszej grupy? – zapytał niby to obojętnie.

Barczysty Zayan odsunął się od obejmującej go Afrit i stanął przed nieznajomym, przybierając groźną minę. Ten mężczyzna uważał, że nimi dowodzi, lecz tak naprawdę nie robił nic, prócz pouczania reszty na temat kształtowania Świata Snu. A nikt nie potrzebował takich pouczeń; każdy robił, co chciał.

– To ja – oznajmił Zayan. – Widzę, że jesteś tu nowy. Czyli i ty znalazłeś się pod władzą Nieznanego?

– Tak jakby. – Przybysz zerknął na unoszącego się ponad nimi Karasu i ściszył głos do szeptu. Wszyscy stłoczyli się obok niego i Zayana. – Jestem tu z władnej woli i przyszedłem, aby wyciągnąć was z tego świata.

Aurianna wstrzymała oddech. Wychyliła się ponad ramieniem dziewczyny o imieniu Billy, aby dokładnie słyszeć, co powie nieznajomy.

– Nazywam się Xeneth Amarish i chcę was przywrócić do rzeczywistego świata – powiedział spokojnie.

Zayan gniewnie wypuścił powietrze.

– To niemożliwe. Nieznany nigdy na to nie pozwoli.

– Najpierw musimy pozbyć się tego potwora. – Xeneth znów spojrzał na Karasu. – On jest oczami i uszami Nieznanego na tym świecie. Lecz potrzebna mi wasza pomoc. Ta kreatura – tak, jak wszystko – jest wytworem Świata Snów. Można ją ukształtować, a nawet sprawić, że zniknie.

– Już tego próbowaliśmy – odezwała się Afrit. – To niemożliwe. Karasu nie może zniknąć, jeżeli tego zachcemy. On tu jest i już.

– Bo trzeba to zrobić wspólnymi siłami – odparł ze spokojem Xeneth. – Ale najpierw chcę lepiej poznać Świat Snu i to, co potraficie tu robić. Przyda mi się pomoc.

– Nie możemy ci pomóc, radź sobie sam – stwierdził Zayan. – Jeśli sprzeciwimy się Nieznanemu, ześle na nas przeraźliwy ból.

Kiedy Zayan uznał, że powiedział już wszystko, gestem nakazał reszcie grupy odejść. Podążyli za nim jak stado grzecznych owieczek za pastuszkiem, ignorując Xenetha. Nawet Karasu znudził się obserwowaniem i rozpłynął się w powietrzu, które rozbłysło czarnym blaskiem. Tylko Aurianna stała w miejscu i wpatrywała się w Xenetha. Wreszcie mężczyzna zwrócił ku niej zielone oczy, więc dziewczyna zdobyła się na odwagę i rzekła nieśmiało:

– Ja ci pomogę. Chyba jako jedyna wierzę w to, że możemy się uwolnić od tego koszmaru.

– Przeciągnąłem na ten świat nić łączącą mnie z rzeczywistością. Mogę w każdej chwili się obudzić, lecz życie w prawdziwym świecie nie ma już sensu.

– Dlaczego tak uważasz?

– Bo świat został zniszczony. – Xeneth spuścił głowę i zapatrzył się w malutki kamień, który powoli przekształcał się w kwiat. – Jeżeli chcemy tam żyć, musimy odnaleźć Nową Rzeczywistość. To właśnie dlatego tu jestem, bo tylko poprzez Świat Snu można ją odnaleźć.

– Nie wiem jak, ale chcę ci pomóc. – Głos Aurianny wreszcie zabrzmiał tak, jak chciała.

– I chyba będziesz musiała.

POCZĄTEK DROGI KU LEPSZEJ RZECZYWISTOŚCI

Aurianna zachłysnęła się oddechem, kiedy udało jej się wyrwać z tego dziwnego stanu, w który wprowadziła się dokładnie tak, jak poinstruował ją Xeneth.

Sny w Świecie Snu. Osobliwe doświadczenie.

– Nic – rzekła do wpatrzonego weń Xenetha. – Mówiłam ci, że w Świecie Snu nie można kontaktować się z prawdziwymi osobami.

– Da się. Musisz próbować dalej. To ważne, jeśli chcemy się wydostać. W końcu ci się uda.

Xeneth chyba za bardzo w nią wierzył. Chciał poznać drogę do Nowej Rzeczywistości, lecz tylko poprzez sny można było uzyskać kontakt z kimś, kto z owego miejsca pochodzi.

Wreszcie po wielu próbach Aurianna zrobiła to. Jej podświadomość dryfowała wśród obrazów pięknej krainy, gdzie tajemniczy mężczyzna imieniem Kenzoo wyjawił jej sekretną drogę do Nowego Świata.

Idź na północ przez ciemny bór, gdzie Czarne Drzewo sięga aż do chmur. Weź je ze sobą, a wskaże ci drogę, podążaj ze światłem, a Biała Góra stanowi bramę.

Xeneth długo zastanawiał się nad tymi słowami, siedząc na czubku wykreowanego przez siebie wysokiego poskręcanego drzewa i obserwując kątem oka potwora Karasu. Pewnego dnia nie mógł już wytrzymać wpatrzonych w niego pomarańczowych ślepi i wraz z Aurianną przekształcił Karasu w mały kulisty krzaczek, który następnie zalał czarną wodą i posadził w tamtym miejscu bujne niebieskie tulipany. To było łatwe. Przecież to był Świat Snu.

Teraz wreszcie Xeneth mógł spokojnie myśleć nad tajemniczymi słowami Kenzoo, ale jego rozważania nie przynosiły efektu, dlatego postanowił działać.

Sięgnął ku świetlistej nici łączącej go z rzeczywistością i wypowiedział słowa, które były dla niego jak modlitwa.

Kołysz mnie, wietrze, kołysz. Wodo, oczyść mój umysł. Ogniu, rozgrzej mój zapał do działania. Ziemio, nakarm mnie swoimi plonami dającymi mi siłę. Życie, ja – twój uniżony sługa – błagam cię o wyzwolenie.

Była wtedy noc i żywa ciemność całkowicie zapanowała w pomieszczeniu w wieży Nieznanego. Sam Nieznany stał wówczas przy długim blacie pod ścianą i pieczołowicie formował coraz to większą kulę mocy. Teraz już mu się nie przyda.

Xeneth jednym potężnym kopniakiem rozwalił otaczającą go kapsułę. I wtedy czas zwolnił. Xeneth był jego panem, będąc tak szybki, że jego działania nie zajęły nawet sekundy.

Rozwalenie kapsuły: pierwszy krok. Dobycie noża: drugi krok. Doskoczenie do Nieznanego: trzeci krok. Wbicie noża w plecy Nieznanego: czwarty krok. Potężny cios magicznej pięści: piąty krok. Usunięcie się przed upadającym martwym ciałem: szósty krok.

Sekunda. I byli wolni.

A Xeneth znów powrócił do Świata Snu, a gdy w rzeczywistości nastał dzień, sięgnął po świetlistą nić i obudził się.

Natychmiast odnalazł swoje ubranie i broń. Włożył na siebie bluzę, skórzaną kamizelę, spodnie i wysokie buty, przypasał krótki miecz i topór. A potem spojrzał na piękną twarz Aurianny, która nieruchomo spoczywała pod szklaną kapsułą. Tę dziewczynę pierwszą obudził.

Aurianna była zdezorientowana. Gdy próbowała wstać, miała trudności z utrzymaniem równowagi. Nie mogła uwierzyć, że wybudziła się z koszmaru. Jej prawdziwe ciało nie było takie lekkie i nieograniczone, jak to senne. Minął jakiś czas, zanim udało jej się nad nim zapanować. A wtedy w owalnym lustrze zobaczyła siebie.

Zmieniła się od czasu, kiedy ostatni raz się widziała. Nie była już dzieckiem, lecz prawie dorosłą dziewczyną. Jej rude włosy wcale nie miały już koloru świeżej marchwi. Teraz jej się podobały, bo stały się długie i gęste. I ona sama była ładniejsza, niż się tego spodziewała. Już wiedziała, kogo widział w niej Xeneth, kiedy wpatrywał się w nią tymi swoimi zielonymi oczami.

Xeneth obudził też resztę. Afrit, Zayan, Fryn, Billy i dwójka pozostałych również czuli się na początku tak, jak Aurianna. Siedzieli na krawędziach posłań, nie wiedząc, co mają robić.

A młody mężczyzna, który ich wybawił, wyszedł z wieży i rozejrzał się po zniszczonym mieście. Owinęła się dookoła niego chłodna wstęga śmierci, otulając go jak szal i poprowadziła Xenetha prosto pod karłowate uschnięte drzewko.

Leżał tam Bradd, jeden z jego towarzyszy, z którymi wcześniej tu przyszedł, jakby rzucony bezładnie niczym niechciana szmaciana lalka. Jego włosy koloru mroku były posklejane krwią. Bradd nie żył już od co najmniej dwóch dni.

Xeneth wzniósł oczy ku niebu i wtedy nadbiegł Calder, wyrywając przyjaciela z krótkiej zadumy nad kruchością życia. Przywitali się bez słowa i przez chwilę razem stali nad ciałem kompana. W końcu Xeneth zapytał Caldera, czy ten przygotował to, o co prosił go wcześniej. Wysoki łysy mężczyzna, najczęściej milczący, potaknął i odszedł, a kiedy wrócił, taszczył ze sobą wór najróżniejszych ubrań i rzeczy osobistych, który wniósł do wieży.

– Wybierzcie, co na was pasuje i ubierzcie się – rzekł Xeneth do siedmiu ludzi, których właśnie uwolnił ze Świata Snu i wyszedł, aby im nie przeszkadzać.

Wreszcie Aurianna wyłoniła się zza drzwi, wyglądając tak ślicznie, że Xeneth nie mógł się nie uśmiechnąć. Objął dziewczynę ramieniem i pochylił się ku niej, mówiąc:

– Rozejrzyj się dookoła i powiedz, co widzisz.

– Widzę ruiny starego miasta – zaczęła niepewnie. – Wśród nich rosną drzewa...

– Nie tak należy patrzeć na rzeczywistość. – Xeneth wyciągnął rękę przed siebie i pokazywał jej otoczenie. – Kwiaty uśmiechają się do ciebie. Drzewa szepczą, że jesteś piękna. Ptaki śpiewają o wolności, a chmury na niebie płyną tylko po to, aby odsłonić dla ciebie słońce.

I od tej pory Aurianna widziała wszystko inaczej.

– Dlaczego znane mi miasto zostało zniszczone? Co tu się stało, kiedy leżałam tam zamknięta, uwięziona w Świecie Snu? – zapytała później.

– Ponad dwa lata temu czterech potężnych władców rozpoczęło wojnę. Każdy z nich potrafił władać jednym z żywiołów. Ogień, woda, powietrze i ziemia zniszczyły prawie cały świat, a przynajmniej wszystkie miejsca, które widziałem, kiedy tu szedłem. Przetrwała tylko garstka ludzi, a stary mag zwany Kenzoo odnalazł miejsce, które nie zostało zniszczone i zabrał tam większość tych, co przetrwali.

– A ty, skoro zdołałeś przetrwać, dlaczego nie poszedłeś z nimi?

– Byłem magicznie zawoalowany. Nie wiedziałem, co dzieje się dookoła i nie wychwyciłem dnia, kiedy bitwa między żywiołami się skończyła. Kiedy powróciłem, było już za późno.

Aurianna nie zrozumiała, lecz nie poprosiła o wyjaśnienie. Dowiedziała się również, że czterej władcy zginęli i nie zagrażają już światu.

CZARNE DRZEWO JEST PIERWSZYM CELEM

Kiedy słońce było już wysoko na niebie, wreszcie byli gotowi do wyruszenia w drogę ku nowemu życiu. Xeneth poprowadził ich na północ tam, gdzie powinien znajdować się ciemny bór ze słów Kenzoo. Aurianna szła po prawej stronie mężczyzny, dotrzymując mu kroku, a reszta podążała za nimi, jak milczące cienie; każdy niepewny swojej przyszłości.

Pogrążali się w las, ciemność gęstniała dookoła, zewsząd dochodziły odgłosy, które przyprawiały Auriannę o gęsią skórkę, więc dziewczyna starała się iść jeszcze bliżej Xenetha. Wędrowali niestrudzenie, od czasu do czasu zatrzymując się na odpoczynek i posiłek, aż w końcu zaczął zapadać zmrok i musieli rozłożyć obóz na noc.

Wypatrzyli niewielką polankę, która wydawała się być bezpieczna, chociaż w lesie właśnie budziło się wiele nocnych stworzeń, lecz tam właśnie Calder rozpalił ognisko, a reszta rozłożyła dookoła niego koce lub śpiwory.

Kiedy Xeneth rozsznurowywał swoje ciężkie buciory, aby dać w nocy odpocząć stopom, podszedł do niego barczysty Zayan i odezwał się dość niemiło:

– Może wreszcie powiesz mi, gdzie nas prowadzisz i jaki to ma sens?

Xeneth, nie przerywając wykonywanej czynności, odparł ze spokojem:

– Mówiłem, że do Nowego Świata, gdzie będziemy mogli wieść normalne życie.

– Tak po prostu zjawiłeś się i kazałeś nam iść za sobą nie wiadomo gdzie?! Myślisz, że jesteśmy tacy naiwni, że nie zainteresujemy się, co chcesz z nami zrobić? A może jesteś jak Nieznany i tylko chcesz nas do czegoś wykorzystać?

– Myśl sobie co chcesz. Reszta twoich przyjaciół najwyraźniej mi zaufała i nie pytają o nic.

– Bo może się ciebie boją! – wybuchnął Zayan, gniewnie łypiąc na swojego rozmówcę. – Boją się, że jeśli się sprzeciwią, to użyjesz tej twojej paskudnej mocy i zrobisz im coś złego.

W tym momencie do Xenetha zbliżyła się Aurianna i położyła dłoń na jego ramieniu, pokazując mu tym gestem, że całkowicie zawierzyła mu swoją dalszą przyszłość.

– Jeśli coś ci się nie podoba, to możesz odejść – rzekła do Zayana.

– Jesteś głupia! – wrzasnął tylko, jakby zabrakło mu argumentów i oddalił się ku czekającej w pobliżu Afrit.

– Chodźmy już spać – powiedział Xeneth do Aurianny, a dziewczyna ziewnęła i życzyła mu dobrej nocy.

Rankiem, kiedy tylko zjedli śniadanie i już mieli pakować swoje rzeczy, do ich obozu wpadł podniecony czymś Xeneth, który wcześniej wyruszył rozejrzeć się po okolicy.

– Znalazłem! – krzyknął, a kiedy wszyscy zwrócili na niego uwagę, powtórzył: – Znalazłem Czarne Drzewo! Rośnie tam – wskazał – prawie przy tej polanie.

– No to gratulacje – mruknął pod nosem Zayan. – Wreszcie jakieś osiągnięcie.

Xeneth zignorował jego zaczepkę i pospiesznie zapakował swój plecak, a Aurianna podbiegła do mężczyzny, chcąc towarzyszyć mu drodze do Czarnego Drzewa.

Drzewo było niemalże tak wysokie, że jego gałęzie zdawały się tonąć w chmurach. Jego chropowatą czarną korę przecinały srebrzyste żyłki, które lśniły, kiedy tylko padał na nie promień słońca. Xeneth i Calder od razu wyczuli osobliwą magię dookoła tajemniczego drzewa.

– Witaj, młody wędrowcze. – Usłyszał Xeneth w swojej głowie, a potem Czarne Drzewo powitało też innych.

– Idź na północ przez ciemny bór, gdzie Czarne Drzewo sięga aż do chmur. Weź je ze sobą, a wskaże ci drogę, podążaj ze światłem, a Biała Góra stanowi bramę – odezwał się Xeneth, cytując przekazane mu przez Auriannę słowa Kenzoo.

– To nie jest takie proste – odparło Drzewo. – Pomogę ci, ale najpierw musisz spełnić jeden warunek.

– Jaki?

– Na północny-wschód od tego miejsca jest obozowisko grupki ludzi. Musisz dotrzeć tam i zabrać ich ze sobą do Nowej Rzeczywistości. Dopiero wtedy część mnie wskaże ci dalszą drogę.

– Zrobię jak każesz.

– Dobrze, a więc weź mnie ze sobą i kiedy wykonasz zadanie, objawi ci się droga do mojego brata, Piaskowego Ptaka.

I Xeneth ułamał czarną gałązkę Czarnego Drzewa.

Kolejnego dnia, oprócz Caldera i siódemki ludzi uwolnionych ze Świata Snu, za Xenethem podążało też trzech mężczyzn w średnim wieku oraz kobieta z małym dzieckiem i jej mąż. Starsze małżeństwo odmówiło pójścia za resztą; z uwagi na swój podeszły wiek mogli by nie podołać trudom podróży.

Kiedy Xeneth dotknął gałązki Czarnego Drzewa, ta rozjarzyła się srebrnym blaskiem i Xeneth doznał wizji, która ukazała mu się wraz ze słowami:

Dalej na północ: droga daleka, a na końcu jej Piaskowy Ptak strzeże kolejnej tajemnicy.

KŁOPOTY I PIASKOWY PTAK

Równiny rozciągały się jak okiem sięgnąć, nagie skały raz po raz sterczały pośród traw. Kiedy Xeneth prowadził pośród nich grupę, te zdawały się ożywać i unosiły się ze swoich miejsc, wytyczając pomiędzy sobą drogę. Na lekko zachmurzonym niebie kołowało kilka ciemnych kształtów; z tej odległości trudno było rozpoznać czy to ptaki, czy może coś innego, lecz Calder z niepokojem zerkał w górę. W końcu rzekł do Xenetha przyciszonym głosem:

– To gargulce. Jeśli nas wypatrzą, możemy mieć kłopoty.

I nagle – jak na potwierdzenie słów Caldera – ciemny kształt runął ku nim z zawrotną szybkością.

Zapanował chaos. Kolejny gargulec dołączył do poprzedniego, zanim Xeneth zdążył nałożyć strzałę na cięciwę swojego łuku. Rozległ się przeraźliwy wrzask którejś z kobiet. Mężczyzna nie zwlekał, lecz raz po raz wypuszczał śmiercionośne bełty, które za każdym razem trafiały z potwory. Jeden z nich runął, ustrzelony przez Xenetha, a drugi przez Caldera. Dwaj towarzysze zdążyli trafić też kolejne, zanim nadleciały ku grupie. Potężne cielska runęły na ziemię, warcząc skrzekliwie. Walka zakończyła się niemal tak szybko, jak zaczęła.

Xeneth podbiegł ku ludziom, którzy otaczali ranną osobę. Była to Billy, którą uwolnił ze Świata Snów wraz z innymi. Jej lewa noga została rozorana przez potężne szpony gargulca. Dziewczyna leżała z głową wspartą na kolanach Fryna, a tuż przy niej siedziała Aurianna, próbując ją uspokoić.

– Trzymaj się, Billy – szeptała. – Nie umrzesz od tego.

A Billy jak w amoku wymawiała słowa, które nie mogły zadziałać w tym świecie: – Ulecz się, ulecz się.

Xeneth przyjrzał się ranie i nie zwlekając wyciągnął z plecaka jedną ze swoich koszul, którą następnie rozdarł i sprawnie obwiązał nogę dziewczyny. Następnie dotknął jej skroni i wyszeptał:

– Mannifith noeniv khedae dwhja. – To tajemnicze zaklęcie sprawiło, że ból nie był już tak dokuczliwy, a Billy zasnęła.

Kiedy podnosili się z ziemi, Xeneth dostrzegł na ich drodze stojący na kamiennym piedestale posąg przedstawiający drapieżnego ptaka w locie. Sam posąg nie był z kamienia, lecz z drobniutkiego piasku, którego cząsteczki unosiły się blisko siebie, tworząc całość. Wszyscy byli pewni, że wcześniej nie było tutaj tej tajemniczej rzeźby.

– Zwycięsko przeszedłeś moją próbę. – Usłyszał Xeneth w swojej głowie. – Weź mnie ze sobą, a wskażę ci drogę do mojego brata Wielkiego Kwiatu.

I mężczyzna sięgnął ku posągowi, a jego dłoń wniknęła weń i kiedy ją wyciągnął, miał pełną garść złocistego piasku.

Podążaj w kierunku, gdzie zachodzi słońce, a rośliny wabią swoimi kolorami barwne motyle, znajdziesz Wielki Kwiat, który jest kluczem.

NOWE UCZUCIE – LECZ, CZY ZRODZIŁO SIĘ W SERCACH?

Ta dwójka czuła do siebie coś więcej, niż tylko sympatię. Często, idąc obok siebie, patrzyli sobie w oczy: jego – zielone, jej – szare, wyczytując w nich wzajemne uczucia. Nawet Calder szedł dwa kroki za nimi, nie chcąc im przeszkadzać w cichych rozmowach.

Aurianna próbowała nazwać uczucie, jakie żywiła do Xenetha. Czy to była miłość? Nie potrafiła tego powiedzieć. Tak długo tkwiła w Świecie Snu, że nie wiedziała, jak powinno to wyglądać.

Calder, Zayan, Afrit, Fryn niosący na rękach Billy, oraz reszta, podążali za Xenethem, który nieustannie prowadził ich według otrzymanych wskazówek, które tylko on zdołał zrozumieć.

Ciężkie chmury gromadziły się ponad nimi, aż w końcu rozpadało się i nie wyglądało na to, żeby prędko miało przestać. Nie mogli podróżować w deszczu. Byłoby to nieprzyjemne i jeszcze ktoś rozchorowałby się z przemoczenia.

Ale Xeneth był bystry i wypatrzył jaskinię, w której się schronili. Okazała się obszerna i sucha. Mężczyzna zostawił grupę pod rozległym sklepieniem tuż przy wejściu, a sam poprowadził Auriannę za wyrastającą ze ściany jaskini skałę, nieco w głąb, gdzie było przyjemnie i przytulnie. Położyli swoje plecaki i Xeneth wetknął zapaloną wcześniej pochodnię w szczelinę w skale. A potem ujął dłonie Aurianny.

Stali tak przez chwilę; migotliwy blask pochodni odbijał się w oczach dziewczyny i sprawiał, że jej rude włosy zdawały się niemal płonąć.

I w końcu Xeneth pocałował Auriannę. Tak, jak sobie wyobrażała, że będzie to wyglądać. Powoli, cudownie i rozkosznie.

Lekko ścisnął obie dłonie dziewczyny i wysłał poprzez nie maleńką iskierkę swojej tajemniczej magii, która dotarła aż do jej umysłu i rozgościła się tam, dając jej poznać nowe uczucie: pożądanie.

– Tak, Xenecie, o tak... – Niemalże zachłysnęła się oddechem, kiedy znów ją pocałował.

Ułożyli się na śpiworze. Xeneth obiecał, że będzie delikatny. I był.

To było coś niesamowitego, coś czego dziewczyna nie doświadczyła nigdy wcześniej. W pewnym momencie mężczyzna pochylił się i wyszeptał jej do ucha:

– Daję ci poznać miłość fizyczną, Aurianno, lecz prawdziwą miłość – uczucie, musisz sama w sobie obudzić. Tylko wtedy zdołasz pokochać kogoś i zaczniesz inaczej postrzegać życie. Będzie dla ciebie wspanialsze i piękniejsze, będziesz mogła cieszyć się nim u boku ukochanego.

Przez myśl przeszło jej jedno pytanie: czy kocha Xenetha? A potem kolejne: czy to aby na pewno ten właściwy mężczyzna?

WIELKI KWIAT SIEJE NOWY CEL

Wielki Kwiat rósł pośród wielu innych, równie barwnych kwiatów w niemalże magicznym egzotycznym ogrodzie. Xeneth odnalazł go dzięki osobliwej magii, którą już wcześniej wyczuwał wokół poprzednich wskazówek. Chciał wiedzieć, co ich dalej czeka, dlatego ostrożnie wyciągnął dłoń i zbudził Kwiat, który roztulił swój pąk i ukazał fioletowoniebieskie wnętrze.

– Wyrzeknij się bogactwa, Xenecie...

– Co?

– Wyrzeknij się bogactwa, Xenecie. Pieniądze nie są jedynym szczęściem, jakie posiadasz. Musisz nauczyć się cieszyć z rzeczy, które nie są materialne.

Xeneth spojrzał na Auriannę. Dziewczyna patrzyła w Wielki Kwiat jak zahipnotyzowana. Nie chciał tego zrobić. Ale musiał.

Wyciągnął z kieszeni garść monet o różnych nominałach.

– Co mam z nimi zrobić? – zapytał, wpatrując się w wnętrze Kwiatu, prawie tak duże, jak jego głowa.

– Wyrzuć.

Mężczyzna wziął głęboki oddech, odgarnął z czoła długie jasne włosy i rzucił monety daleko w gąszcz. Natychmiast tam, gdzie upadły, wyrosły oszałamiające tęczowe kwiaty, które rozbrzmiały tysiącem cichych dźwięków, niczym małe dzwoneczki.

Wpatrywali się w to zjawisko jak urzeczeni i wtem Wielki Kwiat znów się odezwał, obracając się ku milczącemu Calderowi.

– Musisz zrobić to samo. Wyrzeknij się bogactwa, Calderze.

Mężczyzna aż zamrugał ze zdumienia i otarł pot z gładko wygolonej głowy, szybko sięgając do kieszeni i z bólem serca odrzucając od siebie cały swój majątek.

„Co dostanę w zamian? Co wynagrodzi mi stratę?" – zastanawiał się w myślach.

A tymczasem Wielki Kwiat rzekł do Xenetha:

– Weź mnie ze sobą, a wskażę ci drogę do Srebrnej Pajęczyny, gdzie zostaniecie poddani próbie. – I Xeneth delikatnie zerwał najmniejszy listek z liściastej łodygi Wielkiego Kwiatu.

I już wiedział, że powinni kierować się na północ, aby dotrzeć do Srebrnej Pajęczyny, która będzie przełomowym momentem w ich wędrówce.

– Jak długo będziemy jeszcze iść, zanim trafimy do Nowej Rzeczywistości? – zapytał Xeneth Wielkiego Kwiatu, kiedy już mieli ruszać w dalszą drogę. Dostał cichą odpowiedź, lecz nie zrozumiał jej.

- Istnieję poza czasem i przestrzenią. Jestem materią, lecz tylko na tym świecie. Magią jestem wszędzie.

SREBRNA PAJĘCZYNA PRÓBĄ PRZED PRZEJŚCIEM

Zbliżał się świt, kiedy Xeneth obudził się i przeciągnął na niezbyt wygodnym posłaniu. Obok spała Aurianna; mężczyzna nie mógł się powstrzymać, aby nie odgarnąć kosmyka rudych włosów dziewczyny, który zasłaniał jej piękną twarz.

Reszta grupy również spała wokół ogniska, które przez noc już wygasło. Nikt nie musiał trzymać wart, bo w odludnej okolicy nic nie wskazywało na pojawienie się potencjalnego niebezpieczeństwa. Byli już nieco znużeni nieustanną wędrówką, bo już ponad tydzień szli i szli nie znajdując niczego, poza tajemniczymi magicznymi wskazówkami.

Ich dalsza droga pięła się pod górę wśród szarych skał, po lewej stronie ziała stroma przepaść, lecz ścieżka nie była na tyle blisko, aby ktoś mógł potknąć się i spaść ze szlaku.

Xeneth co jakiś czas wkładał rękę do kieszeni i dotykał liścia Wielkiego Kwiatu, który emanował magiczną energią, sprawiając, że młody mężczyzna natychmiast doznawał krótkiej wizji dalszego kierunku podróży.

Według słów Wielkiego Kwiatu powinni dotrzeć za niedługo do Srebrnej Pajęczyny, cokolwiek to było. Jak się później przekonali, rzeczywiście była to ogromna pajęczyna rozciągająca się przez sam środek szlaku i uniemożliwiająca dalszą drogę.

Lecz dalej nie było już ścieżki, tylko strome urwisko, więc i tak nie mieliby gdzie iść.

– Witajcie niestrudzeni podróżnicy – odezwał się łagodny cichy głos, który każdy usłyszał w swoim umyśle. – Kenzoo zapowiedział mi, że nadejdziecie.

– Co tym razem mamy zrobić, aby móc iść dalej? – zapytał Xeneth.

– To przełomowy moment waszej wędrówki. Przeniosę was do pewnego specjalnego miejsca, skąd łatwo traficie do Białej Góry, lecz każdy z was zostanie poddany pewnej próbie.

– Co to za próba?

– To próba waszych uczuć, waszych przekonań, sprawdzian waszej motywacji i chęci dążenia do dobrych rzeczy. Każdy z was powinien teraz usiąść i zastanowić się, czy jest godny przejścia przeze mnie, bo później nie będzie już odwrotu. Ludzie, którzy nie są prawi i dobrzy, będą straceni na zawsze.

Xeneth, Aurianna, Fryn, Billy, Zayan, Afrit, matka z dzieckiem i jej mąż oraz reszta osób tkwili nieruchomo na skale, wpatrując się w Srebrną Pajęczynę, która szeptała do każdego osobno o tym, co złego zrobili w ciągu swojego życia.

– Nie oddałeś pożyczonych pieniędzy... Odbiłaś przyjaciółce chłopaka... Uderzyłeś natrętnego handlarza.

W końcu każdy z nich wiedział już, czy powinien podejmować próbę przejścia przez Srebrną Pajęczynę. Nikt nie odezwał się słowem, całą grupą zostali wciągnięci w białe jaskrawe światło poprzez srebrzyste nitki Pajęczyny.

Lecieli z wiatrem. Ścigali się ze światłem. Sunęli po tęczy wraz z kolorowymi kroplami połyskującej mgły. Lecieli poza snem i poza jawą. Upajali się ciepłym blaskiem...

A potem stanęli tuż przy zwartej ścianie nieprzeniknionego mrocznego lasu, mając przed sobą rozległą taflę błękitnego jeziora.

Lecz w grupce zapanowała panika. Okazało się, że dwie osoby zniknęły podczas przebytej właśnie niesamowitej podróży.

Jasnowłosa Afrit nerwowo rozglądała się dookoła, ocierając z oczu łzy.

– Zayan? – wołała. – Zayan!

Lecz Zayana nie było. Został na wieki skazany na to, na co sobie zasłużył. Afrit nie znała prawdziwego oblicza tego mężczyzny. Dla niej był zawsze dobry i miły, lecz Aurianna, Fryn, Billy i pozostała dwójka mogłaby powiedzieć coś innego.

Do Afrit podszedł Calder, starając się uspokoić dziewczynę. Chciał ją objąć, lecz odtrąciła jego ramię.

Skazany na wieczność. Ukarany za swoje postępki. Na zawsze poza światem.

Xeneth pozwolił reszcie odpocząć i pożywić się, a sam udał się nad brzeg jeziora. Kiedy tylko się pochylił, ponad wodą uniosła się przezroczysta postać kobiety wielkiej urody, która przenikliwym wzrokiem zaglądała wprost w duszę Xenetha.

Patrzyli na siebie w milczeniu, aż w końcu Xeneth uśmiechnął się i cicho wyszeptał słowa, które były dla niego jak modlitwa.

Kołysz mnie, wietrze, kołysz. Wodo, oczyść mój umysł. Ogniu, rozgrzej mój zapał do działania. Ziemio, nakarm mnie swoimi plonami dającymi mi siłę. Życie, ja – twój uniżony sługa – błagam cię o wyzwolenie.

I woda oczyściła jego umysł, dając mu poznać, że oto stoi przed samą Panią Jeziora, istotą strzegącą dalszej drogi ku Białej Górze.

UCZUCIE BUDUJĄCE SOLIDNY MOST

– Ty, Xenecie Amarishu, przybyłeś spotkać się ze swoją panią. Ty, Xenecie Amarishu, przebyłeś tak długą drogę, a teraz stoisz przede mną, drżąc ze strachu przed czekającą na ciebie niewiadomą przyszłością?

Dookoła rozległ się melodyjny głos półprzezroczystej istoty, kiedy wypowiadała słowa przeznaczone tylko dla młodego mężczyzny stojącego nad brzegiem jeziora. Wpatrywał się w Panią, jak zaczarowany, wpatrywał się w nią, niezdolny nawet do najmniejszego ruchu.

– Kim jesteś? – wydukał wreszcie po cichu, bo żadne inne pytanie nie przyszło mu do głowy.

– Jestem wodą i jestem ogniem. Jestem życiem i jestem śmiercią. Jestem stworzeniem i jestem zniszczeniem. Żyję i jednocześnie nie żyję. Chociaż widzisz mą postać, nie istnieję, lecz dla ciebie objawiłam się jako Pani Jeziora. A ty? Kimże jesteś, żeby stawać przed moim obliczem?

Xeneth drgnął, jego zielone oczy spoglądały zdecydowanie na tkwiącą przed nim magiczną istotę.

– Jestem tym, który chce zaprowadzić tych ludzi – wskazał na grupę, która czekała nieco dalej – do Nowej Rzeczywistości, aby mogli rozpocząć tam lepsze życie poza zniszczoną częścią świata. Jestem ich nadzieją i jestem ich siłą. Jestem Xeneth Amarish.

Pani Jeziora unosiła się w milczeniu ponad taflą wody, migotliwie połyskując tysiącami kropelek. Xenethowi kręciło się w głowie, ciemność zamroczyła jego pole widzenia, a kiedy ocknął się z tego krótkotrwałego dziwnego stanu, tuż za nim stała cała grupa, którą tak nieustraszenie prowadził.

– Czeka cię ostatnia próba, drogi chłopcze – odezwała się Pani Jeziora głosem tak melodyjnym, jak śpiew słowika, jak szum spadającej wody, jak szepty lasu. – To próba miłości i tylko od ciebie zależy, czy zdołasz przeprowadzić ludzi na drugi brzeg tego jeziora, gdzie mieści się wejście do Nowego Świata.

– Co więc mam zrobić? – zapytał Xeneth.

Pani Jeziora uniosła przezroczyste ramię i oplotła nim stojącą nieopodal Auriannę. Zawirowało i zaszumiało, jak setki malutkich tornad, i dziewczyna zniknęła. Xeneth rozglądał się dookoła i zdumiał się wielce, kiedy rozpoznał na przeciwległym brzegu sylwetkę jej znajomej postaci.

– Zbuduj most ze swojej miłości do Aurianny. Pokaż, że to, co do niej czujesz, to nie tylko pożądanie. Pójdź za głosem swojego serca i zaufaj mu, a zdołasz przejść. Lecz jeśli nie jest to prawdziwe uczucie, utoniesz w moim jeziorze i już wszystko będzie stracone.

Xeneth znów zapatrzył się w srebrzyste oczy Pani Jeziora, która cierpliwie czekała na jego pierwszy krok. Obejrzał się na grupkę i stojąc tuż przy krawędzi, postąpił naprzód.

Z wody wystrzelił tęczowy blask pełen migotliwego blasku i utworzył niewielki odcinek drogi przed Xenethem. Mężczyzna zrobił kolejny krok i postawił nogę na magicznym moście. Miał wrażenie, jakby stał w powietrzu, wisiał ponad wodą, do której w każdej chwili mógł wpaść.

Zbuduj most ze swojej miłości do Aurianny – dźwięczało mu w głowie. Stojąca na drugim brzegu dziewczyna obserwowała go uważnie, licząc na to, że do niej dotrze.

„Aurianna jest najwspanialszą osobą, jaką kiedykolwiek poznałem. Dzięki Auriannie odnalazłem chęci do dalszego życia. Już nigdy nie będę samotny, Kocham tę dziewczynę i wiem, że ona kocha mnie. Będziemy razem żyć szczęśliwie w Nowej Rzeczywistości" – myślał, kiedy powoli szedł ponad wodą, ostrożnie stawiając stopy na niewidocznym przejściu, które z każdym jego krokiem zamieniało się w świetlisty most.

Był już w połowie, kiedy do jego głowy wkradła się niepożądana myśl:

„Pożądałem jej, zrobiliśmy to z naszego pragnienia, to było przypieczętowanie naszej miłości."

I właśnie wtedy Xeneth zachwiał się na moście, który ukruszył się przed nim i gdyby w porę nie odzyskał równowagi, runął by w ciemne głębiny.

Gdzieś obok dał się słyszeć krótki dźwięczny śmiech Pani Jeziora. A Xeneth nieprzerwanie parł naprzód, widząc już błyszczące szare oczy Aurianny i to, jak szczególnie na niego patrzy. Wreszcie postawił nogę na brzegu i uradowany skoczył ku dziewczynie, biorąc ją w ramiona, tuląc i całując. Za nim po moście, bez żadnych problemów przeszła reszta grupy.

Calder klepnął Xenetha w ramię i pogratulował dobrej roboty, a uczepiona jego boku blondynka Afrit posłała mu niepewny uśmiech.

– To gdzie teraz, panie przywódco? – zapytała rozradowana Aurianna.

Xeneth spojrzał w blask toni wodnej, gdzie spokojnie unosiła się Pani Jeziora.

– Wiesz już, jaką siłę mogą mieć uczucia – powiedziała. – Wykorzystaj to dobrze i żyj w szczęściu i dostatku w krainie, do której teraz mogę wskazać ci drogę. Tak więc weź mnie ze sobą, a Biała Góra rozstąpi się przed wami.

I Xeneth nabrał w złączone dłonie wody z jeziora i napił się jej, a cudowny płyn rozlał się w jego wnętrzu i napełnił nieopisanym szczęściem, że oto jego misja zbliża się ku końcowi i wreszcie będzie mógł żyć w spokoju razem ze swoją ukochaną Aurianną.

A BIAŁA GÓRA ROZSTĄPI SIĘ PRZED WAMI...

Kamienista ścieżka wiła się przez las, prowadząc ku łańcuchowi zwykłych szarych gór, pomiędzy którymi widniała ta jedyna, ta szczególna Biała Góra. Nie była porośnięta żadnymi roślinami, nic nie mąciło nieskazitelnej połyskliwej bieli masywnej skały, wznoszącej się pomiędzy niższymi szczytami.

Szli szybko, widząc kres swojej wędrówki tak niedaleko. Xeneth ściskał dłoń Aurianny, która dorównywała mu kroku, kiedy z uśmiechem podążali ku Białej Górze.

Kraina, w którą weszli, kiedy tylko przekroczyli Srebrną Pajęczynę wydawała się inna, bardziej tajemnicza i bezpieczna. Nie była zniszczona przez rozgrywającą się przed kilkoma laty bitwę żywiołów. Nawet tutaj można by się osiedlić, lecz owo miejsce było tylko tak jakby przedsionkiem przed Nową Rzeczywistością, do której tak wszyscy pragnęli dojść.

W lesie spotkali niewielką grupkę ubogo odzianych mężczyzn i kobiet, którzy przeszli przez wszystkie próby wymyślone przez Kenzoo i teraz również zdążali do Nowego Świata. Wymienili pozdrowienia z Xenethem i resztą, i zapytali, czy mogą się przyłączyć. Od tej chwili gromada powiększyła się o kolejne sześć osób.

– Zamieszkamy w uroczym domku i będziemy codziennie leżeć w ogrodzie i patrzeć w błękitne niebo, a w nocy będziemy liczyć gwiazdy. – Xeneth snuł wizje wspólnej przyszłości z Aurianną. – Dookoła nas będą mieszkać inni, którzy też będą cieszyć się z nowego życia i razem stworzymy lepszą społeczność.

Biała Góra z każdym krokiem była coraz bliżej. Już dokładnie widzieli jej połyskliwy masyw, zdawał się być na wyciągnięcie ręki. Xeneth i Aurianna poszli przodem i stanęli tuż przed wspaniałym magicznym tworem, który emanował niezwykłą potęgą i tajemniczą mocą.

– Witam was w imieniu mojego stwórcy, potężnego czarodzieja Kenzoo, który odnalazł niezniszczoną krainę i utworzył w niej Nową Rzeczywistość – przemówił do nich mocny potężny głos, który zdawał się dochodzić z samego wnętrza góry, chociaż rozbrzmiewał tylko i wyłącznie w ich głowach. – Przeszliście jego próby, które ustanowił, aby nikt nie mógł zakłócić spokoju jego Nowego Świata. Stanęliście przed Panią Jeziora, która przepuściła was, a teraz stoicie przede mną. Kenzoo obserwuje was moimi oczami i widzi, że jesteście godni przejścia przez Białą Górę.

Xeneth niecierpliwie czekał na to, co mogłoby się wydarzyć, na to co jeszcze powie ów tajemniczy głos, ściskając dłoń Aurianny i wpatrując się w nieskazitelną biel magicznej skały. Lecz Biała Góra odezwała się dopiero po chwili, jej władczy ton sprawił, że Xenethowi i Auriannie zjeżyły się włoski na karku.

– Co zamierzacie robić, kiedy wejdziecie do mojej krainy? – To był głos samego wielkiego czarodzieja Kenzoo, który przemawiał do nich magicznie.

– Będziemy żyć w zgodzie ze wszystkimi ludźmi i z naturą. Będziemy pracować dla siebie i dla dobra i pożytku innych. Wspólnymi siłami zbudujemy od fundamentów nasze szczęście i naszą przyszłość – odpowiedział Xeneth bez chwili wahania.

Nagły powiew wiatru rozrzucił długie jasne włosy młodego mężczyzny i sprawił, że zalegające w na podłożu suche liście zawirowały i zatańczyły przed dwójką przybyszy, a potem osiadły gdzieś w skalnych szczelinach.

– Podoba mi się twoja odpowiedź, Xenecie – huknął głos z wnętrza Białej Góry. – A ty, Aurianno, co chcesz osiągnąć, kiedy zamieszkasz w Nowej Rzeczywistości?

Dziewczyna odgarnęła za ucho pasemko długich rudych włosów i przelotnie zerknęła na Xenetha, który mocniej ścisnął jej dłoń. Odkaszlnęła i odpowiedziała:

– Chcę być szczęśliwa u boku mojego ukochanego i poznać, czym jest prawdziwe uczucie miłości. Chcę wraz z nim odkrywać piękno świata, w którym zamieszkamy.

– Bardzo dobrze, Aurianno. – Biała Góra nie powiedziała nic więcej, bowiem do Xenetha i Aurianny zbliżyła się reszta grupy, z Calderem i Afrit na czele.

Kiedy tylko stanęli swobodnie obok siebie, przyglądając się migotliwemu blaskowi białej skały, czarodziej Kenzoo znów odezwał się niesamowitym magicznym głosem, tym razem kierując swoje słowa do reszty grupy.

– Właśnie rozmawiałem z waszymi przyjaciółmi i pytałem ich, co będą robić, kiedy zamieszkają w upragnionej krainie. Teraz wasza kolej na odpowiedź.

Każdy mówił coś, czego nie słyszeli inni, lecz Kenzoo doskonale znał ich słowa i pragnienia.

– Chcę zbudować dom i założyć rodzinę – odpowiedział jakiś mężczyzna.

– Chcę potrafić zakochać się w Calderze tak, jak on zakochał się we mnie – wyszeptała Afrit ze zwieszoną głową. – Żebyśmy razem mogli być szczęśliwi. Wcale nie kochałam Zayana...

– Razem z mężem zbudujemy dom i wychowamy naszego syna – powiedziała kobieta z dzieckiem na rękach.

Młody, wysoki i chudy Fryn również wyznał szeptem swoje plany dotyczące dalszego życia, słysząc obok niezrozumiałe słowa Billy.

Billy, która została zraniona w nogę podczas ataku gargulców, miała się już dobrze. Kiedy przechodzili po magicznym moście nad wodą, Pani Jeziora przelotnie dotknęła dziewczyny i jej rana natychmiast została uleczona. Billy i Fryn również chcieli iść razem przez drogę życia.

Kiedy każdy zakończył swoje wyznania, Biała Góra, poprzez którą przemawiał do nich Kenzoo, stwierdziła, że wszyscy są godni przejścia przez tajemną drogę. Ci niegodni zostali już wcześniej wyeliminowani przez Srebrną Pajęczynę.

Gdzieś ponad ich głowami niebieskawa błyskawica przecięła niebo i huk nie z tej ziemi wstrząsnął gruntem. Powietrze zdawało się wibrować od głośnego dźwięku, który narastał gdzieś od strony Białej Góry. Xeneth, Aurianna, Calder i reszta ukryli głowy w dłoniach, zatykając uszy, bo wydawać by się mogło, jakby ów dźwięk był zdolny rozsadzić od wewnątrz ich czaszki. Kiedy zdawało się, że stanie się nie do zniesienia, ustał nagle.

Przed grupą ludzi otworzyło się przejście w potężnym masywie Białej Góry. Ruszyli tamtędy, zagłębiając się w nieprzeniknione mroki jaskini. Zrobiło się tak ciemno, że prawie nic nie widzieli, musieli iść bardzo powoli, żeby się nie potknąć, bowiem nie mieli ze sobą pochodni, ani żadnego źródła światła.

– Xenecie – odezwała się cicho Aurianna, lekko szarpiąc mężczyznę za rękaw. – Wiem, co powinieneś zrobić, abyśmy mieli choć trochę światła.

– Co takiego? – zapytał chłopak, spoglądając na nią z ukosa, czego nie mogła zobaczyć w ciemnościach.

– Wykorzystaj piasek, który zabrałeś od Piaskowego Ptaka – powiedziała nieswoim zmienionym głosem. Xeneth przeraził się odrobinę, kiedy go usłyszał. – Potem wyciągnij dłoń przed siebie i wypowiedz zaklęcie.

– Jakie zaklęcie? – zapytał, zanim pojął, o co chodzi. Włożył rękę do kieszeni i zebrał tyle piasku, ile tylko zdołał. Przystanął i wyciągnął przed siebie dłoń ze słowami: – Einorg nringo en vossa.

Magiczny piasek pofrunął przed siebie, każde ziarenko rozjarzyło się niesamowitym zielonym blaskiem, uformowały świetlistą linię, która prowadziła w jedno z rozgałęzień jaskini. Dopiero w słabej poświacie widzieli, że jaskinia ma jakieś odgałęzienia. W ciemności na pewno nie trafiliby w to właściwe.

– Skąd wiedziałaś? – spytał Xeneth Aurianny, kiedy ruszyli w dalszą drogę.

Dziewczyna pokręciła głową.

– Nie wiem – odparła swoim normalnym już głosem. – Tak jakoś samo przyszło do głowy...

Szli za jarzącymi się na zielono ziarenkami magicznego piasku, korytarzem we wnętrzu Białej Góry, a skaliste ściany zdawały się połyskiwać srebrzyście. W pewnym momencie natrafili na ścianę złocistego blasku przed sobą – wyjście z jaskini.

Każdy z nich zatrzymał się na chwilę i wziął głęboki oddech, przygotowując się do tego, co za chwilę mieli ujrzeć. Xeneth ujął dłoń Aurianny i jako pierwsi przeszli przez blask, który rozświetlił ich sylwetki. Zniknęli w tęczowym świetle, które rozlało się wokół nich i natychmiast zostali porażeni nowymi barwami.

Stali na porośniętym trawą pagórku, ponad doliną, którą przecinała błękitna wstęga rzeki. Słońce odbijało się w jej wodach i rzucało ciepły blask na cudowną wioskę, która powstała w otoczonej górami dolinie. Gdzieś dalej przy rzece stał młyn, drewniane chatki porozrzucane były wszędzie, lecz przy każdej z nich znajdował się duży ogródek. Z tej odległości i wysokości ludzie i zwierzęta byli tylko małymi punkcikami.

Xeneth i Aurianna zostali napełnieni takim szczęściem, że mieli ochotę od razu pobiec w dół trawiastego pagórka, śmiejąc się i radując jak małe dzieci, chcąc jak najszybciej wkroczyć w świat Nowej Rzeczywistości.

Lecz zamiast tego tkwili w miejscu i patrzyli, oniemiali z zachwytu, a tymczasem reszta grupy wyłoniła się ze świetlistego wylotu jaskini. Niespodziewanie wyrosła przed nimi wysoka postać o długich srebrzystych włosach i bystrym spojrzeniu ciemnych oczu, ubrana w rozwiane szaty o rozmaitych barwach.

– Witajcie w Nowej Rzeczywistości, drogie dzieci. Od teraz to również wasza kraina, więc radujcie się i bądźcie wraz z nami szczęśliwi – przemówił do nich Kenzoo władczo, lecz łagodnie i poprowadził ich w dół pagórka ku spokojnej wiosce w dolinie.


* opowiadanie bierze udział w konkursie http://secretum.pl/konkursy/item/282-konkurs-na-fantastyczne-opowiadanie

Dział: Opowiadania