Rezultaty wyszukiwania dla: Dziewczyna z g��r
„Silver – druga księga snów” zadebiutowała niedawno na półkach księgarń!
Liv Silver, bohaterka nowej serii znanej z „Trylogii Czasu” Kerstin Gier, powraca w wielkim stylu! „Silver – druga księga snów” zadebiutowała niedawno na półkach księgarń.
Dziewczyna z Dzielnicy Cudów
Nakładem wydawnictwa Fabryka Słów od jakiegoś czasu ukazuje się cykl spod pióra Anety Jadowskiej opowiadający o przygodach czarownicy - Dory Wilk, mieszkającej w alternatywnym, magiczny Toruniu. Książki zyskały niesamowitą wręcz popularność. Tera fani twórczości pisarki mogą poznać nową serię, której pierwszy tom 14 września ukazał się nakładem wydawnictwa SQN. Czego czytelnicy mogą się po nim spodziewać?
Nikita jest córką przełożonej zakonu zabójców i szalonego ojca, który nie zawaha się przed porwaniem i torturowaniem Nikity (właściwie to już mu się zdarzały takie wybryki). Mimo że wolałaby nie iść w ślady matki, tak właśnie się stało i teraz żyje jako „likwidatorka zagrożeń”, wykonująca zlecenia dla Zakonu Cieni. Dodatkowo życie wiedzie na pograniczu magicznego i realnego świata, otoczona ogromnym kręgiem zarówno wrogów jak i przyjaciół. Gdy pewnego dnia otrzymuje w przydziale nowego partnera, zastanawia się czy nie powinna go zabić, tak jak pozostałych. Ostatecznie jednak go oszczędza - na złość matce. Poza tym Robin w dziwaczny sposób nie pasuje do jej świata. Jest miły i naiwny, a ona nie potrafi przejrzeć jego maski. Czy jest taki naprawdę czy też zasłania się kurtyną doskonałej gry aktorskiej?
Świat wykreowany w powieści, osoby i wydarzenia są zbyt złożone i zagmatwane by napisać o nich w prostych słowach. Tym razem, zamiast magicznego Torunia pojawiają się Wars i Sawa, ale realia fantastycznego świata pozostają bez zmian (jedynie wzbogacone o nowe elementy). W książce pojawia się również ten sam, nieodłączny czarny humor. Fabuła jednak wydaje się być znacznie bardziej dopracowana - nie opisuje skoku na głęboką wodę i czekania na rozwój wydarzeń jak to się działo w przypadku Dory Wilk.
I tym razem Aneta Jadowska stworzyła fajną, surrealistyczną bohaterkę, o której przygodach pisze z humorem i dystansem. Mimo wszystko jednak wiele elementów łączy „Dziewczynę z Dzielnicy Cudów” z pierwszymi książkami przygód Dory Wilk. Bliźniaczo podobne jest chociażby wprowadzenie do magicznego świata. Same bohaterki również, choć z opisu inne, to jednak mają ze sobą naprawdę wiele wspólnego.
„Dziewczyna z Dzielnicy Cudów” to lekka, nieco mroczna, czysto rozrywkowa fantastyka. Nieco magii, jeszcze więcej pop kultury, zwyczajny świat, który przenika się z tym nierzeczywistym. Książka zawiera niesamowicie wciągający misz-masz, który pochłania czytelnika od pierwszej do ostatniej strony.
Wybrana
„Wybrana” Naomi Novik to powieść młodzieżowa, od którego to gatunku raczej trzymam się z daleka. Sami jednak przyznajcie, ile książek przeczytaliście, w których bohater ma tak samo na imię jak wy? A „Wybrana”, to w dodatku powieść zagranicznej autorki.
Na "Wybraną" Naomi Novik zwróciłam uwagę dzięki pięknej okładce Scotta McKowana, przykuła moją uwagę, marketing zadziałał, wysiłki ilustratora nie poszły na marne. Normalnie książki Naomi Novik z cyklu Tremeraire nie wzbudzały mojego zainteresowania, tą też bym się nie zaciekawiła, nawet pomimo pięknej ilustracji, gdyby nie fakt, że bohaterką jest moja imienniczka, i że reklamowana była jako powieść nawiązująca tematyką do baśni polskich.
„Wybrana” opowiada historię pewnego Boru, Smoka i rzeszy niewinnych dziewcząt poświęcanych na rzecz okiełznania złych mocy. Zabrzmiało, jak wstęp do książki o nekromancji lub co najmniej czarnej magii. Żartuję, nie jest tak ciekawie, tzn. okropnie, w końcu to powieść dla młodzieży. Opowieść rozpoczyna się, gdy zgodnie z tradycją Smok - choć niezgodnie z tradycją nie jest łuskowatym gadem ziejącym ogniem, tylko czarodziejem zamieszkującym wieżę na skraju Boru - wybiera z Dwiernika, pobliskiej wioski, młodą dziewczynę na swoją towarzyszkę. Nadal należy pamiętać, że to powieść dla młodzieży. Wszyscy przekonani są, że wybranką zostanie piękna i powabna, przygotowywana do tej roli od urodzenia, Kasia. Jednak Smok wszystkich zaskakuje i wybiera ciapowatą i nierozgarniętą Agnieszkę, dlatego jest to powieść dla młodzieży, w wersji dla dorosłych wygrałaby ta piękna i powabna. Początki współpracy czarodzieja z wybranką, nie mylić z oblubienicą, są dość ciężkie, Smok, pomimo że jest człowiekiem, zachowuje się, jak gruboskórny, łuskowaty gad ziejący ogniem, wydając polecenia, ale niczego nie tłumacząc, a Agnieszka z braku jakichkolwiek wyjaśnień, miota się w roli, w której nigdy nie chciała być obsadzona. W trakcie, gdy bohaterowie próbują się pozabijać, pojawiają się w wieży nowe dramatis personae; Książe Marek oraz matka Kasi. Do akcji wkracza Bór, który stara się zagarnąć dla siebie coraz większy teren. Agnieszka i Smok muszą stawić czoła zamachowi stanu, bezkrólewiu, inwazji Boru, roszczeń Księcia Marka, a nawet uratować Polnię przed zakusami Rusji.
Autorka w wywiadzie i w podziękowaniach wspomniała, że inspiracją do napisania książki były jej wspomnienia z dzieciństwa, związane z matką, która czytała jej baśnie Natalii Gałczyńskiej „O wróżkach i czarodziejach”. Jedna z baśni pt. „Agnieszka – Skrawek nieba” zainspirowała Naomi Novik do napisania właśnie „Wybranej”. Polski odbiorca jednak nie odnajdzie poza nazewnictwem żadnych powiązań z Polską, bowiem baśnie, którymi inspirowała się autorka, są tak naprawdę francuskimi baśniami ludowymi. Czytelnicy, którzy spodziewaliby się nawiązań do kwiatu paproci, siedmiu śpiących rycerzy, czy smoka wawelskiego, mocno się rozczarują. Nie będę jednak zbytnim malkontentem, bo nawet tak luźne nawiązania do polskości u autorów zagranicznych, cieszą. Sama powieść przypomina po trosze książki wschodnich autorek, takich jak Gromyko, Izmajłowa, czy Ruda, jednak nie zawiera tego najważniejszego, swobodnego, niewymuszonego humoru. Historia Agnieszki i Smoka porywa, jest lekka w odbiorze, fabuła rozwija się dynamicznie, a czasem nawet zaskakuje. Agnieszka jest bardzo podobna do bohaterek zza wschodniej granicy; impulsywna, przekonana o tym, że świat jest biało-czarny, pełna idei i ukrytych, nierozwiniętych jeszcze talentów oraz wiary w słuszność wyłącznie swoich przekonań. W „Wybranej”, gdyby nie traktować jej jedynie jako lekkiej i przyjemnej powieści, można by odnaleźć wiele problemów, z którymi młodzież się spotyka w czasie dorastania. Agnieszka, jako młoda dziewczyna, zostaje rzucona na głęboką wodę i oddana pod opiekę Smokowi, musi nauczyć się żyć w nowym dla niej otoczeniu, sprostać dorosłym obowiązkom, rozpocząć trudną naukę czarowania, jednocześnie dręczy ją tęsknota za rodzinnym domem, często musi podejmować decyzje kierując się rozumem, a nie impulsywnym uczuciom (nie to, żeby jej to wychodziło), a przez cały czas buntuje się przeciwko autorytetom. „Wybrana” wydaje się być dobrze skonstruowaną, ciekawą powieścią. Pomimo, że fabuła rozwija się we względnie standardowy sposób w mniej więcej znanym kierunku, to koncepcja Boru, tym czym okazuje się on być, jest zaskakująca, oryginalna i okrutna, wzorowana na mrocznych i okrutnych baśniach.
Podsumowując; „Wybrana” Naomi Novik to po prostu dobrze napisana powieść fantasy dla młodzieży, doprawiona szczyptą polskości. Dorosły czytelnik zadowoli się po prostu jej lekką formą i zwięzłą fabułą.
Epidemia
Quinn ma przed sobą trudne zadanie; wraz ze swoim partnerem, Deaconem, wyrwała się z łap Wydziału Żałoby. Uciekając, nie jest pewna, czy może zaufać towarzyszącemu jej chłopakowi. A na drodze do odnalezienia Virginii Pritchard, córki doktora, który rozpoczął to wszystko, nikt nie może jej stanąć. W jej rękach leży odkrycie własnej tożsamości, ale i ocalenie jak największej liczby nastolatków. Mnożą się samobójstwa. Program jest coraz bliżej...
Kolejny tom coraz popularniejszej serii Program, a ja wciąż czuję się urzeczona tą historią. Ze zbyt długimi seriami jest tak, że w którejś już z kolei części nagle zaczyna czegoś brakować. Tego pierwiastka, który wzbudza u nas, czytelników, taką ciekawość. Przerwanie opowieści o Sloane i Jamesie, a co za tym idzie przerzucenie nas na poznawanie losów Quinn i Deacona to świetny pomysł autorki. Dzięki temu mamy szansę poznać początek, życie przed Programem.
Quinn udaje się odnaleźć Virginię, ba, nawet nawiązać z nią przyjacielską więź. Dziewczyna cierpi jednak na swoistą amnezję- zapomina pewne, tragiczne, wydarzenia, m.in. samobójstwa jej przyjaciół. Zaintrygowało mnie to. Wszyscy -z panną McKee na czele- sądzili, że to właśnie w tej brązowowłosej dziewczynie tkwi tajemnica rozprzestrzeniających się samobójstw wśród młodzieży. Ale jak? Czy chęcią na odebranie sobie życia można się zarazić tak, jak wirusem grypy? Virginia Pritchard to jedna z wielu dziewczyn, jakie codziennie kroczą korytarzami szkoły. Dlaczego więc ona miałaby nosić w sobie tę tykającą bombę? Czy to, że jej ojcem jest (znany nam z poprzednich tomów Arthur Pritchard) może mieć z tym związek... ?
Jak już wspominałam wcześniej, nie zawiodłam się. Dalsze losy Quinn oraz Deacona wciągnęły mnie w równym stopniu, co tom pierwszy, rozpoczynający serię. Wciąż jest dużo niedopowiedzeń, jeszcze więcej tajemnic czy zagadkowych postaci. Czasem ciężko stwierdzić, kto z kim pracuje, a kto jest zwyczajnym zdrajcą. Na niejednej zaufanej osobie zawiodła się już główna bohaterka...
Przez cały czas czytania owego tomu miałam w głowie to, czym zajmowała się Quinn, zanim ruszyła w pościg za Virginią. Sobowtór. Ktoś, kto na jakiś czas zastępuje zmarłą osobę w jej codziennym życiu. Ileż to emocji musi nieść ze sobą taka praca... W Epidemii Quinn nie zajmuje się już pocieszaniem bliskich osoby, która odeszła. Teraz ma własną misję- odnaleźć siebie. Całe jej dotychczasowe życie legło w gruzach, gdy dowiedziała się, że tak naprawdę tylko odgrywa zmarłą przed laty Quinn McKee. Ma nadzieję, że wreszcie pozna prawdę o swojej tożsamości. Ale... czy to, jakie imię przybierzemy, ma jakikolwiek wpływ na to, kim tak naprawdę jesteśmy? Niezależnie, czy nazywałaby się Quinn czy Pauline, i tak byłaby sobą. Tą, którą pokochał Deacon. Tą, która jest oparciem dla Aarona.
Właściwie w każdym tomie Programu poznajemy nowe sposoby zniewolenia człowieka. W naszych czasach ludzie uzależniają się od telefonów, serwisów społecznościowych, telewizji. Są więc w pewien sposób zniewoleni. W teraźniejszości Quinn pewna grupa osób postanowiła odebrać społeczeństwu głos, niby chcąc chronić nastolatków przed samobójstwami, ale tak naprawdę krzywdząc ich jeszcze bardziej. Człowiek bez wspomnień jest pustą skorupą. Cieniem samego siebie. Zawsze podczas czytania tego typu książek zastanawiam się, jak będzie wyglądał nasz świat za, powiedzmy, dziesięć czy dwadzieścia lat?
Epidemia to obowiązkowa lektura dla każdego, kto już miał styczność z serią. Osoby, które całą historię mają jeszcze przed sobą, zapraszam do przeczytania tomu pierwszego- Plagi samobójców.
Ostatnia Gwiazda
„Ostatnia Gwiazda” to już trzeci tom trylogii „Piąta Fala”, która opowiada historię nietypowej inwazji kosmitów. Pierwszy tom już doczekał się ekranizacji i debiutu na wielkich ekranach kin, jednak wyłącznie w książkach poznać możemy dalsze losy młodych bohaterów.
Zostanie schwytanym to dla Ringer jedyna szansa by uratować Filiżankę. Ku swojemu własnemu zdumieniu dziewczyna godzi się na to bez wahania. Tym razem jednak nie trafia do oddziału Piątej Fali. W jej mózgu umieszczony zostaje program, który czyni ją nadczłowiekiem. Wielka zagadka zostaje wyjaśniona - kosmitów na Ziemi nie ma, a ocalałych zabijają ludzie, którzy zostali poddani praniu mózgu. Jedyną szansą jaką Ringer widzi na przetrwanie jest zabicie Evana Walkera, który jest nosicielem jedynego błędnego oprogramowania o jakim wiadomo.
Powieść, choć porusza doskonale wszystkim znany motyw, w znacznym stopniu odbiega od typowego SF. Rick Yancey miał swój własny, nieco zagmatwany, ale z pewnością oryginalny pomysł. Do tego dobrze i logicznie udało mu się go zrealizować. Kosmici w tej historii z pewnością nie są tym, czego czytelnik mógłby się spodziewać.
Rzeczą, która nieco drażniła mnie w książce były przeskoki między bohaterami. Gdyby, tak jak w filmie, fabułę obserwowało się wyłącznie oczami Cassie, „Piąta Fala” byłaby znacznie prostsza, stałaby się też zapewne bardziej typową młodzieżówką. Podążając drogą, którą wybrał pisarz, każdorazowo zagłębiamy się w świecie innej postaci, poznając jej profil psychologiczny i próbując podążyć jej tokiem rozumowania. Ma to zarówno dobre jak i złe strony. Przede wszystkim książka w ten sposób straciła swoją lekkość, a zyskała na powadze i złożoności. Powiedziałabym, że to dobra, pozytywna cecha, ale nie w przypadku powieści, której głównym targetem jest młodzież.
Muszę przyznać, że trylogię „Piąta Fala” przeczytałam z prawdziwą przyjemnością. To dobrze napisana, nieco przerażająca i niezwykle zaskakująca powieść, która na równi traktuje akcję z rozważaniami na temat ludzkiej psychiki. Pisarz w ciekawy sposób rozwinął niezwykle w ostatnich czasach popularny wątek postapokaliptyczny. „Piąta Fala” to jednak również nieco cięższa książka, niż te, do których przyzwyczaiło nas wydawnictwo Otwarte. Wielbicielki romansów paranormalnym raczej niewiele w niej dla siebie znajdą, pozostałym czytelnikom jednak trylogię serdecznie polecam.
Dziecko Odyna
Jako zagorzały czytelnik, miałam do czynienia z ogromną ilością książek, lepszych lub gorszych. Nie pamiętam jednak, kiedy jakaś książka wzbudziła we mnie tak skrajne emocje jak „Dziecko Odyna”.
Siri Pettersen na co dzień zajmuje się tworzeniem ilustracji, pisaniem komiksów i stron internetowych. W 2002 roku jej komiks Anti-klimaks wygrał konkurs organizowany przez norweskie wydawnictwo Bladkompaniet. „Dziecko Odyna” to wydana w 2013 roku debiutancka książka tej pisarki, która bardzo szybko zyskała grono fanów, a także zdobyła kilka nagród w jej rodzimym kraju. Niestety, już po kilkunastu stronach książki widać, że to jej pierwsze tego typu dzieło.
Świat stworzony przez Panią Pettersen zwany jest Ym. Zamieszkują go Ætlingowie – ludzie posiadający ogony i wrażliwi na siły życiowe płynące z ziemi - Evnę. Ym jest rządzone przez Radę, służącą Widzącemu przyjmującemu postać kruka i składającą się z 12 członków największych i najsilniejszych rodów.
Hirka – główna bohaterka historii - to kilkunastoletnia dziewczyna, która jako dziecko została zaatakowana przez wilki, tracąc w tym starciu ogon. Tam gdzie mieszka, w Elveroi, nikt nie traktuje jej z tego powodu jako odmieńca. Do czasu, gdy nadchodzi czas Rytuału, kiedy to 15-letnie dzieci z całego Ym mają stanąć przed Radą i otrzymać jej błogosławieństwo. Warunek jednak jest jeden – każde z nich podczas uroczystości musi na oczach Rady i samego Widzącego zaczerpnąć Evny. Nagle Hirka odkrywa, że brak ogona to jej najmniejszy problem. Hirka jest ślepa na ziemię, nie potrafi czerpać Evny. Tylko Ślepi, największe zagrożenie Ym, nie potrafią tego robić. Gdy ojciec wyjawia prawdę dotyczącą jej pochodzenia, świat Hirki wywraca się do góry nogami. Okazuje się, że nie może stanąć przed Radą, a jedyne co ją ratuje to ucieczka. Ucieczka, która prowadzi do zachwiania fundamentami istniejącego świata i pozycji Rady w nim. A nawet samego Widzącego.
Przyznaję, bardzo chciałam przeczytać tę książkę. Jej bardzo dobre recenzje oraz to, że miała w sobie łączyć fantastykę z mitologią nordycką, zadziałały na mnie jak magnes. No właśnie, miała. Bez wątpliwości jest to fantastyka, niestety mitologii się tam nie doszukałam. Chyba, że użycie imienia Odyna jest według Pani Pettersen wystarczające. Można tutaj na siłę dorzucić jeszcze Kruczy Dwór – wygląd i temperament jego mieszkańców mogą się co wnikliwszym czytelnikom kojarzyć z wikingami, ale to by było na tyle. Nie twierdzę, że to w jakikolwiek sposób sprawia, że książka jest gorsza, niemniej jest to wprowadzanie czytelnika w błąd. Co innego jednak sprawiło, że mam do tej mieszane uczucia.
Narracja. Najsłabszy punkt tej książki, istna jej bolączka. Przykro mi to stwierdzić, ale Pani Siri Pettersen nie umie pisać narracji. Chciałoby się powiedzieć, że nie umie pisać książek, ale mogłoby to być zbyt krzywdzące. Już po pierwszych kilkunastu stronach miałam ochotę odłożyć ją i nigdy więcej do niej nie wracać. Toporne i niezrozumiałe opisy, kompletnie nietrafione porównania, niepotrzebne, czasem przydługie wyjaśnienia i dublowanie zdań. Składnia i stylistyka również pozostawiały wiele do życzenia. Momentami było to tak źle, że łapałam się za głowę krzycząc „po co? dlaczego?”. Były i takie chwile, gdy musiałam kilka zdań czy nawet cały akapit przeczytać wiele razy, żeby w ogóle zrozumieć, co autorka chciała przekazać. Odniosłam wrażenie, że pisarka chciała na siłę pokazać swój wątpliwy kunszt pisarski, chciała nam na siłę wszystko wyjaśnić i opisać, nie zostawiając czytelnikowi pola do użycia własnej wyobraźni. I niestety, robiła to w bardzo przytłaczający sposób. Z czasem jest chyba z tym lepiej, narracja jakby nabrała lekkości i polotu. Chyba, że to dzięki fabule przestałam zwracać już na to uwagę (choć momentami było ciężko).
No właśnie, fabuła! Tutaj Pani Pettersen zdała egzamin na szóstkę. Początki fabuły błyskawicznie skojarzyły mi się z kultowym już „Eragonem”, później jednak autorka pokazała, że miała swój pomysł na książkę. To, co przedstawia Pani Pettersen jest świeże i bardzo ciekawe. Zupełnie inne spojrzenie na magię, na wiarę, na rolę głównego bohatera. Hirka nie jest sztampowym przykładem „od zera do bohatera”, momentami wręcz przeczy temu wizerunkowi. Akcja toczy się wartko, jest skomplikowana i nieprzewidywalna. Wciąga, bardzo. Tak jak na początku narracja przeszkadzała mi do tego stopnia, że nie zwracałam uwagi na to co się w książce dzieje, tak później narracja zeszła na drugi plan. Akcja była do tego stopnia ciekawa i wciągająca, że obowiązki krzyczały do mnie „odłóż książkę!”, a ja słuchałam cichego głosu gdzieś z tyłu głowy, mówiącego „czytaj”.
Przyznaję, że ogromnie wciągająca i oryginalna fabuła jest tym, co ratuje „Dziecko Odyna”. Mimo początkowego zniesmaczenia słabą narracją, książka bardzo mi się podobała. Siadając do drugiej części serii „Krucze pierścienie” mam ogromną nadzieję, że Pani Siri Pettersen nie straciła zapału ani pomysłu na historię. I że wzięła kilka lekcji pisania książek.
Purgatorium. Wyspa tajemnic
- Daphne, przeszłość jest permanentna
- Co to znaczy?
- Niezmienna. Nie da się jej zmienić. Można jedynie nauczyć się z nią żyć. *
Po traumatycznych przeżyciach czasem trudno powrócić do normalnego życia. Zżera nas poczucie winy, obwiniamy się, że można było temu jakoś zaradzić. I skoro nic nie zrobiliśmy jakie mamy prawo śmiać się, cieszyć oraz oczekiwać od losu? Zżerają nas lęki oraz obawy, które nie raz doprowadzają na skraj przepaści... Czy jest jakiś ratunek przed ostatecznym? Spokój a może zmierzenie się ze swoim strachem?
Siedemnastoletnia Daphne nie może wyjść z szoku, że jej rodzice pozwolili jej pojechać z najlepszym przyjacielem na wyspę w czasie wakacji. Zaczyna jednak wszystko rozumieć, kiedy po opuszczeniu samolotu czeka na nich Pani doktor i wyjaśnia, ze pobyt na wyspie będzie połączony nietypową terapią połączoną z tajemniczymi grami. Daph ma plan na te lato, chce odebrać sobie życie więc bez większych oporów zgadza się na wszystko. Jednak kiedy są na miejscu na raz dzieje się tyle rzeczy, że dziewczyna nie wie co robić, bo z jednej strony dawno nie śmiała się tak dużo i szczerze, chociaż nadal targały nią wyrzuty sumienia, a z drugiej co chwilę spotykały ją wydarzenia mogące być zbiegiem okoliczności jak i grą. Nic nie było jasne i trudno było wyznaczyć granicę między tym co złudzenie a realne.
Purgatorium. Wyspa tajemnic przyciągała mnie do siebie nieco mroczną, wzbudzającą niepewność okładką oraz blurbem, któremu doprawdy trudno się oprzeć. Czy jednak było warto poświęcić czas powieści Evy Pohler i czy spełniła ona moje oczekiwania?
Dosłownie przed chwilą mój wzrok zatrzymał się na ostatniej kropce, zamknęłam książkę, westchnęłam i z przerażeniem stwierdziłam, że nie jestem w stanie powiedzieć jednoznacznie czy mi się podobała, czy też wręcz przeciwnie. Powieść ma coś w sobie, wzbudza poczucie niepokoju, niepewności oraz konsternacji, kiedy wraz z bohaterką próbuje się dojść do tego, co jest zaaranżowane, zbiegiem okoliczności a co wymysłem umysłu spowodowane pobytem na tajemniczej wyspie i wysłuchaniem legend o duchach. Przyznać muszę, że Eva Pohler miała ciekawy pomysł na fabułę i w jakimś stopniu ją zrealizowała poprzez stworzenie mrocznego klimatu, zatarciem granic między rzeczywistością a wymysłem wyobraźni, sprawieniem, że w tym wszystkim nie gubi się tylko bohaterka, ale i czytelnik. Z drugiej jednak strony to, co na początku było tak obiecujące gdzieś po drodze zgubiło te napięcie i dreszczyk strachu, by dopiero na końcu na nowo emocje powróciły, chociaż już nie tak duże. Czasami zgrzytał mi język i stylistyka, ale to już bardziej uwagi w stronę tłumacza oraz korekty. Purgatorium. Wyspa tajemnic nie nudzi, tutaj cały czas coś się dzieje, nigdy nic a ni nikt ,nie jest pewne. Wydarzenia mkną, zmieniają się, zaskakują, ale gdzieś po drodze w tym wszystkim zgrzytają małe niedociągnięcia.
Zawsze lubię napisać kilka zdań o bohaterach, ale tym razem chyba nie będzie mi to dane, bo obawiam się, że przy tym zdradzę coś istotnego, czego bardzo bym nie chciała. Ogólnie mogę jedynie napisać, że nie wolno się łudzić iż jakakolwiek postać odsłoni swoją prawdziwą twarz. Kiedy już mi się wydawało, że rozgryzłam kogoś i stwierdziłam, że to osoba godna zaufania ona zawodziła, albo było odwrotnie. Gubiła się nie tylko Daphne, ale i ja... Tylko nie uważam tego za minus a coś koniecznego dla całości fabuły.
Mam mętlik w głowie, bo książka mi się podobała, zostałam wciągnięta w ten szaleńczy wir wydarzeń, przepełniły mnie przeróżne uczucia – od strachu po zagubienie – i z zapartym tchem oraz ogromną ciekawością śledziłam bieg wydarzeń próbując to wszystko jakoś sobie w głowie uporządkować. Nie było to jednak takie proste, słyszałam o terapii w której trzeba zmierzyć się ze swoim strachem poprzez kontakt z tym co nas przeraża, ale to, co wyczyniano na wyspie to jakby igranie z losem, przekroczenie granic wytrzymałości. To mnie gryzło i niepokoiło. Eva Pohler ma bogatą wyobraźnię i to widać, nie można jej też odmówić zmysłu obserwacji i tworzenia scen z dreszczykiem wywołującym ciarki na skórze.
Purgatorium. Wyspa tajemnic to dobrze napisany thriller, który z całą pewnością wzbudzi przeróżne reakcje u czytelników. Osobiście chwilowo czuję lekki chaos w głowie, jednak pomimo to uważam, że warto tej książce poświęcić czas i przygotować się na szereg przeróżnych emocji i niewytłumaczalnych wydarzeń.
Strach sprawia przynajmniej, że docenia się życie.*
*Eva Pohler, Purgatorium. Wyspa tajemnic
Taniec w ogniu
„Taniec w ogniu” to drugi tom trylogii o podróżującej pomiędzy równoległymi światami czarownicy. Jak daleko jest w stanie posunąć się Lilian, by zmusić swoją drugą wersję do objęcia swojego miejsca i uporządkowania spraw w pełnym magii i niebezpieczeństw świecie?
Lily udało się przeżyć. W towarzystwie ukochanego wróciła do swojego własnego świata, ale okazuje się, że on również nie jest wolny od problemów. Dziewczyna zniknęła na trzy miesiące, a w tym czasie sprawą zainteresowało się FBI, które teraz nie daje jej spokoju. Nie zamierza odpuścić również Lilian, która zrobi wszystko, by jej druga wersja powróciła do zamieszkanego przez drapieżne sploty świata i walczyła o jego ocalenie.
W pierwszym tomie niezwykle polubiłam Rowana, tym razem jednak skutecznie mnie do siebie zniechęcił. Twierdzi, że kocha Lily, ale jednocześnie stawia ponad nią zbyt wiele istotnych dla niego spraw. Ma zamiar poświęcić się, nie bacząc na dobro dziewczyny i nie zwracając uwagi, że poświęcając siebie, poświęca również ją. Jego zachowanie wywołało we mnie wiele silnych emocji, a jego osobę jestem w stanie określić jednym, prostym słowem - kretyn.
Sama Lily również nie należy do najbystrzejszych osób. Chroni się przed Lilian jakby ta miała zrobić jej pranie mózgu. Osobiście na miejscu bohaterki chciałabym poznać całą prawdę, a dopiero później o czymkolwiek decydować niż błąkać się po omacku, kierując się, jak już Lily zdążyła wcześniej wykazać, nieco zawodną intuicją.
Bohaterowie Josephine Angelini nie są perfekcyjni, za to fabuła robi się coraz bardziej zagmatwana i coraz bardziej intrygująca. Jestem niezwykle ciekawa jak pisarka wybrnie z niektórych wątków i nie mogę już doczekać się lektury trzeciej części. Powieść jest pełna okrucieństwa, bólu i trudnych spraw. To jedna z tych książek, w których ważą się losy świata, a w równoległej rzeczywistości przetrwać udało się jednemu na setki tysięcy jego lustrzanych odbić.
Powieść niezwykle mnie wciągnęła. Jest ciekawa i dobrze napisana, ale wydawnictwo mogłoby postarać się o uważniejszą korektę. Pojawiają się nie tylko rażące literówki, ale błędy można znaleźć nawet w opisie z tyłu okładki. „Taniec w ogniu” to książka, która broni się sama, na jakość wydania można jednak wyłącznie pomstować.
Przeczytałam, zostałam wciągnięta do pełnego magii świata i z niecierpliwością czekam na ostatni tom trylogii. Mam nadzieję, że Josephine Angelini w zgrabny sposób rozwiąże wszystkie dręczące bohaterów problemy i w jakiś sposób uratuje ich świat. Polecam, bo naprawdę warto!
Achaja, t.1
„Achaja” to jedna z najgłośniejszych powieści Andrzeja Ziemiańskiego. Pierwszy tom trylogii ukazał się w 2002 roku, a jednak historia ta nadal wzbudza wiele kontrowersji i wywołuje gorące dyskusje wśród czytelników. Choć autor sam klasyfikuje się jako pisarz science fiction, w „Achai” znajdziemy również, a może przede wszystkim, elementy fantasy.
W pierwszym tomie akcja podzielona jest na trzy wątki, które pozornie nie mają ze sobą nic wspólnego. Przeplatają się one na zmianę w kolejnych rozdziałach. W kolejnych tomach wątki te są kontynuowane, jednak rozdziały są dłuższe i wątki się przenikają. Najpierw poznajemy główną bohaterkę, tytułową Achaję, piętnastoletnią księżniczkę, jedyną córkę Archentara, jednego z siedmiu Wielkich Książąt Królestwa Troy. Jest dziewczyną niezwykle inteligentną, piękną, wykształconą i wysportowaną. Mogłoby się więc wydawać, że czeka ją wspaniałe, dostatnie życie. Nic bardziej mylnego. Młodsza od niej macocha dzięki sprytowi i wpływowej rodzinie sprawia, że Achaja najpierw trafia do wojska jako zwykły rekrut, a następnie dostaje się do niewoli. Od tego momentu jej życie zmienia się diametralnie – delikatna księżniczka zostaje niewolnicą z wypalonym na pośladku znakiem, czyli zgodnie z ówczesną mentalnością nikim. W obozie niewolników przechodzi metamorfozę – po kilku latach poznajemy nową Achaję – silną jak kilku mężczyzn, klnącą jak szewc i bardziej niebezpieczną w starciu niż najbardziej jadowity wąż. W końcu ucieka na wolność, ale nie jest jej dane cieszyć się szczęściem. Za każdym razem gdy mogłoby się wydawać, że już je znalazła, coś lub ktoś staje jej na drodze.
Kolejnymi bohaterami jest dość niezwykła para – stary skryba świątynny Zaan i były galernik Sirius. Do ich spotkania dochodzi w momencie, gdy w zasadzie żaden z nich nie ma nic do stracenia i szybko nawiązuje się między nimi prawdziwa przyjaźń. Największym marzeniem Zaana jest, by jego imię zostało zapamiętane przez wieki, a nadzieję na jego realizację widzi w Siriusie. Wspólnie dokonują oszustwa tak wielkiego, że aż nieprawdopodobnego, a które zmieniło losy całego świata.
Trzeci wątek to historia Mereditha, czarownika na dworze Archetara, który po spotkaniu z jednym z bogów, podejmuje się szaleńczej misji i który poszukuje demonów, by w końcu znaleźć jednego w najmniej oczekiwanym miejscu.
Akcja powieści toczy się, jak stwierdzają to sami bohaterowie, w ‘antyku’ na planecie bardzo podobnej do Ziemi. Skąd wiemy, że nie jest to Ziemia? Pojawia się tu motyw Ziemców, czyli innymi słowy nas, mieszkańców innej planety, największe zło wszechświata… Choć jest to powieść zaliczana do gatunku fantasy nie znajdziemy tu ani elfów, ani krasnoludów, jedynie plemię Potworów niewiele różniących się od ludzi, i kilku czarodziejów, których najlepsze lata już minęły. Choć nie ma tu wielu państw, zaskakuje bogactwo kulturowe i różnorodność systemów władzy. Mamy więc Królestwo Troy, składające się z siedmiu Wielkich Księstw, ogromne i potężne Cesarstwo Luan z systemem niewolniczym, haremami i Wielkim Imperatorem, który skojarzył mi się z sułtanem z dalekiego wschodu, maleńkie państwo Luan, gdzie panował matriarchat, a wszelka władza i wojsko spoczywa w rękach kobiet oraz kraj Chorych Ludzi za Wielkim Lasem, ojczyznę wielu niezwykłych wynalazków.
Jak już wspomniałam, akcja powieści toczy się, gdy antyk chyli się ku upadkowi. Sami bohaterowie kilkukrotnie wspominają, że oto kończy się epoka i nic nie będzie takie jak dawnej. Największą rewolucję wprowadziła broń palna – muszkiety, pistolety i armaty, ale możemy też dostrzec inne współczesne przedmioty – gdzieś mieszczanka pcha dziecięcy wózek, weteran jedzie na wózku inwalidzkim, żołnierz pali papierosa, a w trakcie zarazy prowadzi się badania statystyczne.
„Achaja” pełna jest przemocy i okrucieństwa, jesteśmy świadkami nie tylko wojny, ale także tortur, czy wręcz sadyzmu. Również język, jakim posługuje się większość bohaterów wielu razi – jest bardzo prosty i pełen przekleństw. Ma to jednak swoje uzasadnienie – nie usłyszymy nic gorszącego od księżniczek czy czarowników, jednak nie można oczekiwać, że prości żołnierze będą mówić do siebie piękną polszczyzną. Cóż, gdyby usunąć wszystkie przekleństwa, z wielu dialogów niewiele by zostało, na tym jednak polega atmosfera tej książki. Ziemiański udowadnia nam, że świat nie jest idealny, a wręcz przeciwnie, że jest pełen zła, nienawiści i intryg, a władzy nie da się sprawować bez ubrudzenia sobie rąk. Liczą się tylko pieniądze i znajomości, a przysłowiowe „ręka rękę myje” jest jak najbardziej prawdziwe. Wszystko można załatwić, nawet zatuszowanie zabicia na ulicy przy świadkach wrogich sobie ludzi, co widać w przedstawionym poniżej raporcie, który jednocześnie pokazuje humor, z jaką jest napisana powieść:
Pięciu z nich zastrzeliło się z własnych kusz, w tym trzech za pierwszym razem nie wycelowało dobrze i musieli ponownie założyć bełty, by nimi się razić. A jeden to strzelił do siebie aż cztery razy, zanim wycelował dobrze i się ubił... (...)
Jeden natomiast z obcokrajowców musiał czuć do siebie szczególny żal. Najpierw sam raził się z kuszy, chcąc pewnie ugodzić się w samo serce, ale nie wycelował dobrze, raniąc swą nogą od tyłu w łydkę. Następnie zaczął okładać się kolbą kuszy, a potem zadał sobie siedemnaście ciosów własnym nożem, godząc w klatkę piersiową, ale głównie właściwie, to w plecy... (…)
... następnie wyrwał z płotu pozłacaną sztachetę i dalejże się nią okładać okrutnie, co zeznali jak następuje świadkowie...(...)
... następnie zawzięty okrutnie na swój żywot samobójca wdrapał się na mur okalający park i skoczył na trawę oddając ducha...
Jak wszystko jest względne, gdy w grę wchodzą pieniądze, dobrze obrazuje także epizodyczna historia chłopa, któremu uprowadzono córkę. Cierpiał okrutnie pokrzykując A córeczka taka dobra, taka robotna była, jednak szybko zmienił zdanie, kiedy dowiedział się, że za jej ratunek musi zapłacić No… Ale córa za dobra to nie była. I do roboty nieskora.
Ziemiański stworzył bardzo ciekawe główne postacie, barwne i wielowymiarowe, mające w sobie wiele dobra, ale równie wiele, a może nawet więcej zła. Każda z nich przechodzi metamorfozę, czy są to przemiany wiarygodne i realne? Niezupełnie (choćby przykład Achai), ale to naprawdę nie ma znaczenia, bo w trakcie czytania po prostu nie zwraca się na to uwagi.
Ponadto „Achaja” ma jeszcze jeden niesamowity plus, a mianowicie „szermierzy natchnionych”. Tego pomysłu muszę autorowi szczerze pogratulować, bo jestem nim zafascynowana. Szczegółów zdradzać nie będę, trzeba to po prostu przeczytać.
No dobrze, czy więc znalazłam w tej powieści coś, co mi się nie spodobało. Otóż tak i to niestety niejedno… Przede wszystkim „Achaja” jest bardzo niespójna. Pierwszy tom czyta się rewelacyjnie, historia jest ciekawa i dynamiczna, budzi naprawdę duże nadzieje. Tom drugi też jest niezły, choć różni się pierwszego stylem, jest zdecydowanie najbardziej wulgarny biorąc pod uwagę słownictwo. Trzeci tom jest zdecydowanie najsłabszy, nie dość, że tempo akcji spada, to jeszcze autor zbyt często wybiega w przyszłość. Był w nim również fragment, który po prostu ominęłam, bo nie byłam w stanie czytać – opis pocisku wchodzącego w ciało, który zajmował kilka stron. Zupełnie niepotrzebny i nie pasujący do reszty tekstu. Jestem także zawiedzona tym, że autor poruszył kilka wątków, jednak potem całkowicie je porzucił, np. wątek Ziemców i Cichych Braci.
Nie spodobała mi się jeszcze jedna rzecz, a mianowicie przedstawienie kobiet w powieści. Owszem mamy tu całą plejadę różnych osobowości, od prostych chłopek, przez żołnierzy, nałożnice, aż po księżniczki. Jedne są odważne, inne tchórzliwe, piękne i brzydkie, bogate i biedne. Wszystkie jednak, niezależnie od inteligencji i wykształcenia, okazują się momentami po prosty głupiutkie. Bo jak inaczej określić oddział elitarnej kobiecej jednostki żołnierskiej, która po wtargnięcia do wrogiego miasta, zamiast wykonywać rozkazy, na widok pięknych sukien rzuca karabiny i zaczyna się wielkie strojenie? No ręce mi opadły…
Zastanowiło mnie także zakończenie losu Achai. Mam wrażenie, że autor zapomniał o pewnym szczególe, który dokładnie opisał w tomie drugim, a na koniec nie dość, że go zignorował, to jeszcze całkowicie mu zaprzeczył. Brzmi to niejasno, nie chcę jednak psuć zakończenia powieści.
Trzeci tom zamyka trylogię o Achai, „ale nie jest to koniec historii jej życia”, jak. czytamy na ostatniej stronie. Ziemiański długo czekał z kontynuacją, jednak już w marcu tego roku ma się ukazać pierwszy tom serii „Pomnik Cesarzowej Achai”, na który czekam z niecierpliwością.
Podsumowując, mimo pewnych niedociągnięć i zgrzytów, powieść uważam za rewelacyjną. Polecam i zapewniam, że lektura „Achai” jest warta tych kilku nieprzespanych nocy.
Jad
„(...) przed światem zakładamy różne maski i nigdy nie pokazujemy swojej prawdziwej twarzy."*
Wiedziesz spokojne życie, masz mamę - trochę inną niż pozostałe matki, ale co z tego? Masz przyjaciółki, właśnie się zakochałaś, w szkole też nie pojawiają się najmniejsze problemy. Wszystko jest tak, jak powinno, ale do czasu. Bo może się okazać, że zjawi się ktoś, kto będzie chciał ci to odebrać, krok po kroku, patrząc jak się miotasz i cierpisz. I będzie czerpał z tego wielką radość.
Katy jest właśnie taką dziewczyną. Gdy wszystko zaczyna się układać, w życiu szesnastolatki pojawia tajemnicza Genevieve, łudząco podobna do bohaterki. Ich przypadkowe spotkanie przemienia życie Katy w koszmar. Nowa dziewczyna zapowiada szesnastolatce, że zrobi wszystko, by odebrać jej życie - przyjaciół, chłopaka, a nawet sympatię nauczycieli. Szybko okazuje się, że nie są to tylko puste słowa i Gen sprawia, że życie bohaterki zmienia się na gorsze, a ona nie wie początkowo, jak sobie z tym poradzić. Jednak do czasu, bowiem wraz z przyjacielem z dzieciństwa rozpoczyna śledztwo, którego wyniki przechodzą jej najśmielsze oczekiwania. Kim jest tajemnicza Genevieve i czemu obrała sobie za cel właśnie Katy? Co takiego odkryła nastolatka w trakcie poszukiwań?
Już dawno nie miałam okazji czytać żadnego thrillera psychologicznego, dlatego bardzo chętnie sięgnęłam po „Jad" Hayes. Ten gatunek literacki cechuje się głównie dziwnymi i trudnymi do wyjaśnienia wydarzeniami oraz wgłębieniem w zawiłą ludzką psychikę, zarówno ofiary, jak i napastnika. Dziwne, czasem straszne, nie do przyjęcia wydarzenia. Czy „Jad" sprostał moim oczekiwaniom?
Muszę przyznać, że S. B. Hayes miała bardzo ciekawy pomysł na fabułę książki. Tajemnica, która ciągnie się przez całą opowieść, odkrywana kawałek po kawałku, jest największym jej atutem. I choć w połowie tej historii mogłam się już domyśleć, kim są dla siebie te dwie dziewczyny, to nadal nie rozgryzłam, czemu stało się tak, a nie inaczej. Ciekawym posunięciem było według mnie wodzenie czytelnika za nos w związku z dziwnymi sytuacjami, które aż się proszą o powiązane z magicznymi umiejętnościami. Autorka nie podaje wyjaśnień na tacy, tylko wymaga, byśmy sami doszli do właściwych wniosków. Fabuła jest przemyślana, akcja powieści toczy się dość szybko, a postaci nie są szablonowe. S. B. Hayes próbuje pokazać, co może się stać, gdy ktoś podejmuje decyzje pochopnie i pod wpływem chwili oraz ilu ludzi może przez to ucierpieć.
Dużym plusem było opisanie relacji między Katy a Genevieve, przedstawienie ich psychiki oraz motywów postępowania. Ciekawiła mnie postać tej drugiej dziewczyny, jej tajemnicza aura i to coś, co miała w sobie - przez chwilę naprawdę byłam gotowa uwierzyć, że nie jest zwykłym człowiekiem. Z kolei główna bohaterka nie wzbudzała we mnie jakichś głębszych emocji. Było widać jej przemianę w biegu wydarzeń, ale czasami jej zachowanie było bardzo irytujące. Ogólnie widać, że autorka starała się przy tworzeniu postaci, szczególnie tych grających pierwsze skrzypce.
Jeśli mam być szczera, mimo zalet książka nie wzbudziła we mnie żadnych wielkich emocji. Odkładałam ją bez żalu, gdy musiałam, a wracałam do czytania, bo nie lubię porzucać rozpoczętych powieści. Nie mogłam wczuć się w sytuacje bohaterów i jakoś szczególnie nie przejmowałam się tym, co akurat się dzieje. Przez większą część książki czytałam, aby przeczytać. Fakt, ciekawiło mnie to, czy moje podejrzenia co do rozwiązania sprawy były słuszne i jak autorka zamierza to zakończyć. Okazało się, że miałam rację, ale mimo wszystko samo zakończenie zaskoczyło mnie i to bardzo, bo takiego obrotu sprawy się nie spodziewałam. Jednak, jak widać, ciekawa fabuła i w miarę dynamiczna akcja to nie wszystko, by stworzyć coś naprawdę dobrego. Zabrakło mi tu emocji i strasznie drażnił mnie styl pisania Hayes, który momentami był sztuczny, a nawet trochę i dziecinny.
Książka jest dobra pod wieloma względami, ale do mnie niestety nie do końca trafiła. Co nie znaczy, że w przypadku innych czytelników będzie tak samo. Jest skierowana do młodszego grona czytelników i to, co mi wydaje się być mankamentem dla innych może okazać się plusem. Ogólnie mówiąc uważam iż „Jad" mimo wielu niedociągnięć spodoba się niejednemu nastolatkowi, ale liczę też na to, że kolejna książka autorki będzie o wiele lepsza.
*str. 394
