Rezultaty wyszukiwania dla: Dziewczyna z g��r
Nieskończone światy Jane
Od śmierci ciotki Magnolii podczas wyprawy na Antarktydę, gdzie kobieta miała robić kolejne piękne zdjęcia, Jane mieszka sama; pracuje, tworzy artystyczne parasolki i tęskni za zmarłą, jedyną jej bliską osobą. Pewnego dnia na jej drodze staje dawna przyjaciółka, Kiran, która zaprasza dziewczynę do jej rodzinnej rezydencji -Tu Reviens- na galę. A że dawno temu Jane obiecała ciotce, iż zaakceptuje zaproszenie do owego domostwa, zgadza się. Zwykły wyjazd, mający oderwać myśli głównej bohaterki od samotności oraz tęsknoty, przeradza się jednak w nieskończoną podróż... Jaki wpływ na dziewczynę ma ogromna posiadłość? Jaki związek z całym tym chaosem ma zaginięcie masochy Kiran, Charlotte?
Obok takiej okładki nie można przejść obojętnie; gdy rozpakowałam paczkę, moim oczom ukazał się mieniący srebrnymi kolorami front, z dużym, wytłoczonym tytułem. Owszem, zdaję sobie sprawę, że nie można oceniać książki po okładce, ale... miałam cichą nadzieję, że historia okaże się równie dobra- jeśli nie lepsza. Teraz z czystym sumieniem mogę rzec, iż Nieskończone światy Jane okazały się strzałem w dziesiątkę.
Od pierwszych stron postać Jane wydaje się nietuzinkowa. Może po trosze przez to jej zamiłowanie do tworzenia naprawdę oryginalnych parasolek, a może przez jej jestestwo. Polubiłam ją; jest taka... prawdziwa, inteligentna i jakby nieskalana złym światem. Zazwyczaj moimi ulubienicami są buntowniczki, ale w tej bohaterce zwyczajnie mnie coś urzekło.
Z tej lektury emanuje magia na sto różnych sposobów, a okładka idealnie to odwzorowała; czary krążą nad całą opowieścią, dodając jej tajemniczości. W normalnym życiu nigdy nie będzie nam dane przeżyć tego, co za sprawą pobytu w Tu Reviens stało się udziałem głównej bohaterki. Duże znaczenie ma fakt, iż rezydencja została zbudowana z fragmentów innych domostw, kryjących różne historie w swych murach.
Przy Nieskończonych światach Jane nie da się nudzić; zgodnie z tytułem dziewczyna trafia w sam środek dziwnych wydarzeń, ludzi, o których nie wie, co sądzić. Ma też możliwość poznać inne światy... Już w Tu Reviens w osobie Ivy odnajduje przyjaciółkę, choć czuje, że bohaterka coś przed nią ukrywa. Nie rozumie, skąd pojawiają się bawiące dzieci, dlaczego po domu niesie się echo płaczu i dokąd wyruszył nocą pewien doktor.
Lektura nietuzinkowa, to mogę przyznać bez dwóch zdań; często gubiłam się w ilości magicznych wydarzeń. Do tej książki nie można podejść na "luzie czytelniczym", ponieważ wystarczy małe odwrócenie uwagi, aby zgubić wątek. Nie bez znaczenia są także liczne powtórzenia pewnych sytuacji, wprowadzające dodatkowy mętlik w głowie. Gdy napotkałam je po raz pierwszy byłam niemal pewna, że podczas druku nastąpił jakiś błąd. Ale... jednak nie. To jedynie przemyślany zabieg pani Cashore, aby dosypać jeszcze odrobinkę magii oraz tajemnic do swojej powieści.
Książka, nad którą muszę się naprawdę intensywnie skupić, aby wyłapać sens, to świetny prezent od jej twórcy. Autorka nie podaje nam wyjaśnień na tacy, rzuca nas za to w wir wydarzeń uważając zapewne, że damy sobie z nimi radę. I musimy, gdyż tylko wówczas czeka nas świetna zabawa. Pani Cashore zgrabnie lawiruje między postaciami czy wydarzeniami, tu dodając, tam odejmując. Każdy ze stworzonych przez nią bohaterów nosi w sobie jakiś charakterystyczny rys- jednych polubicie mniej, drugich bardziej. Jeszcze inni będą stanowić tło, choć również istotne. Zapraszam Was więc na szalony bieg do rozwiązania tajemnicy Tu Reviens...
Dziewczyna z kabiny nr 10
„Widzimy ludzi i rzeczy nie takimi, jakimi są, ale takimi, jakimi my jesteśmy” – te słowa Anthonego de Mello wydają się doskonale oddawać rzeczywistość wykreowaną przez Ruth Ware. Czy rzeczywiście pewne wydarzenia miały miejsce, czy stanowiły tylko projekcję chorego, wylęknionego umysłu bohaterki? Czy zasłyszany krzyk był tylko wspomnieniem, senną marą czy rzeczywistością? Czy plusk ciała uderzanego o wodę to tak naprawdę fale rozbijające się o burtę? Czy krew na balustradzie, to tylko optyczne złudzenie?
Na te pytania odpowiedzi poszukuje Lo Blacklock, dziennikarka zatrudniona w podróżniczym czasopiśmie „Velocity”. W wyniku splotu różnych okoliczności, dostaje ona szansę zastąpienia przełożonej, podczas rejsu luksusowym, norweskim statkiem wycieczkowym Aurora Borealis. Jedna z nielicznych przepustek prasowych, jakie otrzymała, to dla kobiety szansa, by wreszcie wybić się ponad przeciętność, by wreszcie pisać swoje teksty z podróży, zamiast ograniczać się w pracy do wykonywania rutynowych i mało kreatywnych czynności. Pech chce, że przed wyruszeniem na wyprawę życia Lo przeżywa włamanie do mieszkania, w wyniku którego zupełnie traci poczucie bezpieczeństwa, wracają ataki paniki, z których się w przeszłości leczyła, zaczyna cierpieć też na bezsenność.
W obliczu fatalnego samopoczucia Jo mogłoby się wydawać, że butikowy statek, udający się w swój dziewiczy rejs po norweskich fiordach, będzie stanowił odskocznie od rzeczywistości i od wspomnień o włamaniu. Tyle tylko, że pełen przepychu świat w jaki wkracza wcale nie koi jej lęków. Co więcej, podczas pierwszej nocy w podróży Jo słyszy krzyk dobiegający z apartamentu obok, a następnie odgłos rozpryskującej się wody. Widzi też krew, która kilka minut później – po zgłoszeniu niepokojących wydarzeń personelowi – znika. Co więcej, na pokładzie statku nie brakuje żadnego pasażera, nikt inny nie może potwierdzić tego, że słyszał jakiekolwiek hałasy dobiegające z kabiny numer 10. Czy zatem wszystko było wytworem wyobraźni Jo? Czy wspomnienia z włamania, w połączeniu z alkoholem i antydepresantami, które kobieta zażywa, mogły wywołać taką jej reakcję? W jaki sposób szukać mordercy, skoro najwyraźniej morderstwo było złudzeniem?
Przekonamy się o tym w mrocznej, klaustrofobicznej wręcz książce pt. „Dziewczyna z kabiny Nr 10”. Opublikowana nakładem Wydawnictwa Prószyński i S-ka powieść to porywająca przygoda, która już od pierwszych stron wzbudza w nas niepokój. Konstrukcja książki – kolejne części przerywane wpisami ze stron internetowych i forum, dotyczącymi zaginionej Jo – pozwalają spodziewać się najgorszego i przygotowują nas na przewidywalny rozwój wypadków. Nic bardziej mylnego, bowiem szybko okazuje się, że Ware zwodzi czytelnika, że igra z nim i wciąga go w skomplikowaną grę, której reguł odbiorca powieści nie zna. Intrygujące zakończenie i szereg związanych z nim niedopowiedzeń, tylko pobudzają wyobraźnię i sprawiają, że książka zapada w pamięć, zaś czytelnik zyskuje pewność, że po każdą kolejną książkę autorki sięgnie bez wahania.
Demon Luster
Jakiś czas temu miałam okazję przeczytać powieść Martyny Raduchowskiej „Szamanka od umarlaków”, która okazała się bardzo przyjemnym i sprawnie napisanym urban fantasy, ale jednocześnie wydawała się zaledwie spokojnym wstępem do większego cyklu. Kontynuacja – „Demon luster” – pozwoli sprawdzić, czy rytm pierwszego tomu miał na celu uśpienie czytelnika, czy to cecha charakterystyczna powieści Raduchowskiej.
Na pierwszy rzut oka uwagę przykuwa okładka, utrzymana w podobnej stylistyce co oprawa graficzna pierwszej części, a jednocześnie unikająca powtarzalności. O ile „Szamanka od umarlaków” była zielona, to „Demon luster” razi agresywną czerwienią. Ciekawe, na ile kolor okładki jest związany z dynamiką przedstawionych w utworze wydarzeń...
Na samym początku powieści znów spotykamy znaną z pierwszej części Idę Brzezińską, szamankę od umarlaków, czyli „kogoś między medium a banshee” odpowiedzialną za duszę osoby, której śmierć przepowie. Ida zdążyła się pogodzić ze swoją rolą i z faktem, że przyjdzie jej się parać magią zamiast studiować wymarzoną psychologię. Po zdarzeniach z poprzedniego tomu, częściowo nie z własnej woli bohaterka, dołącza do zespołu Wydziału Opętań i Nawiedzeń, w skrócie WON, gdzie poznaje całą galerię specyficznych umagicznionych agentów, w tym obdarzonego skomplikowaną przeszłością łowcę demonów Kruchego, wiedźmę Rudą oraz właścicielkę jeziora i poniekąd alternatywnego wymiaru, Kornelię. Wspólnie z nowymi kolegami z pracy oraz niezastąpioną Teklą, Idzie przyjdzie rozwiązać sprawę Kusiciela zwanego Demonem Luster – potężnej istoty opętującej i mordującej kobiety o określonym wyglądzie. Magiczne śledztwo wykazuje, że sprawa jest nie tylko skomplikowana, ale i wyjątkowo niebezpieczna – jednak skoro już Ida postanowiła pomóc, nie zamierza się wycofywać.
Przy pierwszym tomie zdarzało mi się narzekać na brak dynamiki i ciągnącą się akcję. Z perspektywy „Demona luster” mogę z całą pewnością przyznać, że poprawiło się. I to bardzo. Można odnieść wrażenie, że cała „Szamanka od umarlaków” była zaledwie długą ekspozycją, a od „Demona luster” zaczyna się akcja właściwa. Drugi tom cyklu to pełnokrwisty kryminał urban fantasy z masą barwnych charakterów, wydarzeń i nieoczekiwanych zwrotów akcji. Chociaż cały czas coś się dzieje i nie sposób się nudzić, nie cierpią na tym bohaterowie – Raduchowska sprawnie wplata w fabułę osobowość i historie postaci drugoplanowych, tak że czytelnik dostaje o nich naprawdę dużo informacji, a jednocześnie nie traci z oczu głównego wątku: polowania na Kusiciela. Także Ida rozwija się jako bohaterka – nie jest już tą sfrustrowaną i przytłoczoną swoją nową rolą młodą dziewczyną. Bycie szamanką nadal nie wzbudza w niej entuzjazmu, ale stara się pokojowo koegzystować z magią, rozwija także empatię wobec otaczających ją osób i żywo interesuje się ich losami. Postać Brzezińskiej to przykład bohaterki w bardzo sympatyczny sposób dorastającej na kartach cyklu.
Uwagę zwraca też, co podkreślałam przy poprzedniej części, język powieści. „Demon luster” został napisany prosto i przystępnie, a jednocześnie nie prostackim językiem. Raduchowska przykłada wielką wagę do stylu, umie samym doborem słów wzbudzić śmiech lub strach, kreśli niezwykle sugestywne obrazy w partiach snów Idy. Ci spośród czytelników, których interesują nie tylko wydarzenia czy bohaterowie, ale też język powieści, powinni czuć się usatysfakcjonowani.
„Szamanka od umarlaków” Raduchowskiej była tekstem dobrym – „Demon luster” jest za to bardzo dobry. To naprawdę przyjemne i świetnie napisane urban fantasy. Polecam nie tylko miłośnikom gatunku.
Żniwiarz. Czerwone Słońce
Wierzysz w duchy, demony i powstających z umarłych? Myślisz, że tego typu rzeczy już dawno poszły w zapomnienie razem ze słowiańskimi opowieściami? Nic bardziej mylnego, w książce Pauliny Hendel wszystkie te materialne i niematerialne zjawy dosyć mocno przeszkadzają w życiu nastolatki Magdy...
Jeszcze do niedawna Magda była zwykłą dziewczyną, pracującą w małej księgarni, jednak obecnie jej życie wygląda całkiem inaczej niż sobie to zaplanowała. Po ostatnich perypetiach Magda wraca do życia w innym ciele, zmienia się również jej charakter... Razem z Feliksem chcą odszukać i unicestwić Pierwszego, najbardziej niebezpieczną istotę z jaką przyszło im się mierzyć. Gdy trafiają na Mateusza, który po wydarzeniach z poprzedniego roku wyprowadził się z Wiatrołomu, we troje wyruszają na poszukiwania zaginionego żniwiarza. A na świecie z niewiadomych przyczyn pojawia się coraz więcej nawich.
Moje odczucia po pierwszym tomie były mieszane. Zresztą recenzję Pustej Nocy możecie znaleźć na stronie bardzo łatwo. Generalnie mimo całkiem fajnego stylu pisarskiego, mimo dopracowanej fabularnie historii, czuje lekki niedosyt, spowodowany głównie brakami w tworzeniu swojego fantastycznego świata. Przeszkadzało mi, że niektóre rzeczy są zbyt oczywiste, chętnie chciałbym zagłębić się w moce Żniwiarzy, poznać dokładne tajniki, jak się narodzili, jakimi siłami walczą z ciemną stroną mocy. Drugi tom był dla mnie nadzieją na małą zmianę, jednak muszę powiedzieć, że Paulina Hendel ściśle kontynuuje to, co zaczęła i niestety owe braki, o których mówiłem tu, czy przy okazji poprzedniego tomu, nadal są widoczne.
Faktycznie historia sama w sobie robi się nieco bardziej ciekawa, nie twierdzę, że przejście przez powieść było dla mnie męczące, czy nie zbyt miłe. Wcale nie o to chodzi, książkę czyta się naprawdę sprawnie i czas przy niej spędzony, nie jest czasem straconym. Jednakże aby wbić się na wyższy pułap literatury i móc stanąć obok Mai Lidii Kossakowskiej czy Anety Jadowskiej, trzeba dać nieco więcej. Fajnym przykładem dla mnie rozwoju jest Katarzyna Berenika Miszczuk, gdzie po swoich Wilkołakach, które w sumie są gdzieś na podobnym poziomie co Żniwiarz, stworzyła cykl Diablicy - już bardziej profesjonalny - a teraz, całkiem dobrą trylogię słowiańską. Można pisać lekko, a dobrze. Można stworzyć profesjonalne dzieło dla młodszych czytelników.
Mam szczerą nadzieję, że Paulina Hendel jeszcze mnie zaskoczy. Jest na dobrej drodze swojej literackiej kariery. Mimo wszystkiego tego, co napisałem powyżej, sięgnę po tom trzeci, bo jestem ciekawy jak zakończy się przygoda Magdy. Czekajcie zatem cierpliwie, bo zapewne pojawi się tu co nieco o zakończeniu serii.
Cinder
Tę książkę czytałam już wcześniej w poprzednim wydaniu. Niestety Egmont nie pokusił się o wydanie całej serii, nad czym ubolewałam bardzo. Nie tylko ja zresztą. Podobno były pisane podania do wydawcy. Ale dopiero Papierowy Księżyc wysłuchał modłów. Efektem tego jest książka, która trzymam w dłoni. Zobaczmy, czy moje wrażenia zmieniły się po 1,5 roku.
Kim jest tytułowa Cinder?
Główna bohaterka nie ma rodziców, mieszka ze złą maco... opiekunką, która jej szczerze nie znosi (co nie przeszkadza jej wykorzystywać ją finansowo) oraz dwiema przybranymi siostrami, z których jedna nawet protagonistkę lubi, druga podziela uczucia swojej matki. Ciekawe skąd ja to znam... Samo imię także nie jest przypadkowe. Wiecie, co oznacza Cinderella?
Tak, nasza bohaterka jest Kopciuszkiem. Przybrana rodzina nią pomiata razem ze społeczeństwem, dziewczyna nie ma absolutnie żadnych praw. Otóż jest ona cyborgiem. Parę lat temu brała udział w wypadku, który dosłownie ją zmiażdżył. Dziewczyna żyje wyłącznie dzięki modyfikacjom, takim jak sztuczne dłonie i stopa oraz całej masie elektroniki, która to monitoruje i kontroluje jej funkcje życiowe.
Pisałam wcześniej, że Cinder jest wykorzystywana finansowo przez opiekunkę. Bohaterka jest bardzo dobrą (jeśli nie najlepszą) mechaniczną w Nowym Pekinie, a jej sprawne ręce są tak sławne, że pewnego dnia w drzwiach staje książę Kai z prośbą o naprawienie androida.
Miłość w powieści.
Główna bohaterka ma 16 lat, więc seria jest kierowana raczej do młodzieży. W związku z tym faktem musi pojawić się miłość. Pierwsza, intensywna, głęboka, na zawsze. Miłość pojawia się pod postacią Kaia, który jest przykładem idealnego młodego mężczyzny w tego typu utworach literackich: bogaty, przystojny i szlachetny następca tronu. Zupełnie nie zwraca uwagi na tłumy kobiet, które całują chodniki za nim, a zainteresował się niepozorną, nieidealną szarą myszką.
Dorastające, romantyczne dusze chcą chociażby w książkach odnajdywać spełnienie swoich marzeń, a i mi, choć już wyzbytej ze złudzeń i przekonanej, że ideały po prostu nie istnieją, dość przyjemnie się to czytało. Jednak tutaj zaznaczyć muszę, że to Gilbert będzie zawsze moim ideałem mężczyzny, to Kai ma specjalne miejsce w moim sercu.
Romans jest, to trzeba niestety przyznać, dość schematyczny i sztampowy. On – piękny i bogaty książę z bajki, on szara myszka, wyśmiewana i pogardzana. Ale on widzi tylko ją. Zakochują się od pierwszego wejrzenia, choć próbują z tym zauroczeniem walczyć, a przynajmniej Cinder stara się wymazać obiekt swoich westchnień z serca. Bo ona nie może, bo ona musi coś zrobić. Bo ona musi walczyć o siebie.
Bohaterska bohaterka.
W tej książce niewiele się dzieje. Mam na myśli sceny akcji. Jednak dziewczyna musi walczyć o siebie i swoje szczęście. Z bezdusznym systemem, okrutną opiekunką, ostracyzmem społecznym. Nie jest traktowana jak człowiek, osoba z krwi i kości, z uczuciami, emocjami, wartością. Jest czyjąś własnością. Jak robot kuchenny. Swoją drogą troszkę mi zabrakło wytłumaczenia, dlaczego tak się dzieje. Dlaczego ktoś, kto ma około 6% modyfikacji (to nie bohaterka, ona ma więcej) przestaje być postrzegany jak człowiek.
Cinder była „zbyt niezwykła” jak dla mnie. Z nic niewartej osoby, traktowanej jak rzecz na początku staje się pod koniec kimś wyjątkowym. Kimś, kto może uratować świat przed okrutną Levaną. Nie powiedziałabym, aby to była wada, według mnie jest to cecha charakterystyczna tego typu literatury, ale nie przepadam za tym motywem.
Baśniowość w książce.
Już pisałam, jaką baśń autorka wzięła pod lupę. Cieszę się, że jednak Meyer czerpie z baśni inspirację, a nie tworzy kolejną jej wersję. Także, mimo że zostały zapożyczone charakterystyczne motywy dla tamtej historii, to jednak fabuła się różni a bale Kopciuszka i Cinder zdecydowanie się różniły. No i przede wszystkim, gdy ta pierwsza zgubiła bucik, tak książę drugiej znalazł całą stopę.
Wczoraj podczas kąpieli (bo to przecież najlepszy czas na olśnienia) zaskoczyła mnie jedna myśl. Książę ma na imię Kai. Pewna chłodna, bezlitosna królowa chciała mieć go na własność i wykorzystać do swoich celów. Księcia ratowała królowa przez zguby z rąk owej królowej. Czy to brzmi znajomo? Królowa Śniegu coś Wam mówi?
Chcę się podzielić moją niepopularną opinią.
Nie jestem zachwycona szatą graficzną. Naturalnie zdaję sobie sprawę, że tak wyglądał oryginał i absolutnie nie mam tutaj do nikogo pretensji, czy czegoś w tym stylu. Po prostu uważam, że okładka Egmontu lepiej oddawała to, co się działo w książce, bardziej pasowało do młodzieżówki o bądź co bądź szesnastolatce. Ta oryginalna bardziej pasowałaby do powieści o dorosłej kobiecie.
Różne fonty dla tytułu, autora i nazwy serii to jest natomiast coś, co razi moje oczy. Same serduszka na rogach stron... Nie omdlałam z zachwytu. Jedynie twardą okładkę lubię (no bo kto nie lubi). Jednakże opinie pozostałych czytelników są zupełnie inne.
Bardzo podoba mi się ta książka.
Pokochałam baśniowy, choć okrutny świat z przyszłości, postacie wykreowane przez autorkę, nawet Iko – android z błędem w systemie skradła moje serce. Wiem tyle, aby się odnaleźć w Nowym Pekinie, choć zabrakło mi nieco głębszego wejścia w mechanikę świata przedstawionego i praw, które nim rządzą. I chciałabym dowiedzieć się o przeszłości bohaterki dowiedzieć nieco więcej – choćby w jaki sposób nabyła umiejętności, które są jej wizytówką.
Pierwsza część Sagi Księżycowej czytało się dość szybko i sprawnie, mimo wad na które wskazałam. Podczas lektury nie przeszkadzały mi one aż tak bardzo. Czynność zajęła mi niecałe trzy godziny i ciężko było mi się oderwać. Był to pięknie spędzony czas i mam ochotę na więcej. Gorąco polecam.
Tajemnica nawiedzonego lasu
Każdy nastolatek lubi wyrwać się z domu, szczególnie w lecie. Wtedy kuszą wszelakie jeziora, mogące ochłodzić rozgrzane upałem ciała, kolonie, gdzie młodzież może poznać wielu nowych kolegów oraz przeżyć masę przygód. Jednak Nina Pankowicz od pamiętnych wakacji w Markotach jest innego zdania... To wówczas dowiedziała się, że Anioły tak naprawdę nie są wysłannikami Boga, lecz istotami poszukującymi Wybrańca- kogoś, kto ma ocalić ich przed Bestią. Teraz, dwa miesiące po mrocznych wydarzeniach, dziewczyna wierzy, że ONI zgubili jej trop, a mury domostwa są w stanie ochronić ją przed największym złem. W końcu po zmarłym Wybrańcu -jak kilku jej towarzyszy- otrzymała cząstkę mocy... Jest jednak w ogromnym błędzie. Wraz z innymi nastolatkami, pośród których odnalazła dawnych kompanów z Markotów, trafia do zamkniętego budynku- Totenwald. Otoczone przez las mury mają uniemożliwić młodzieży ucieczkę, a tym samym ułatwić badania nad nimi. Nikt nie wie, co ich czeka...
Co jako pierwsze decyduje o tym, że skłaniamy się ku jakiejś książce? Możemy tu wymieniać m.in. opinie blogerów, dobrą promocję, ulubiony gatunek. Dla mnie "miłość" do jakiejś lektury rozpoczyna się od okładki, a jeżeli treść jest równie dobra, to pozostaję w owym "stanie zakochania". Tym razem było podobnie; z drugiej strony intrygowało mnie to, jak pani Kańtoch poradziła sobie z umiejscowieniem -bądź co bądź- postaci młodszych ode mnie w mrocznej rzeczywistości. A o tym, że poradziła sobie znakomicie, świadczy wysoka ocena.
Pierwszego tomu nie czytałam, i jak to w takich sytuacjach bywa, lekko się obawiałam, że nie nadążę za wydarzeniami. Że tom poprzedzający zawierał jakies informacje, niezbędne do zrozumienia następcy. Tak się jednak nie stało; autorka nawiązuje do poprzednich wydarzeń, wprowadza w nie czytelnika, nie marnując czasu na streszczanie całości części pierwszej. I tyle było mi trzeba.
Akcja bardzo wciąga, niemal nie można się od lektury oderwać. Problemem także nie okazał się wiek bohaterów- jak wspominałam, są to nastolatkowie, a Nina ma zaledwie trzynaście lat. Nie miałam jednak poczucia, że tak ważna misja spoczywa w rękach dzieci, a wręcz przeciwnie. Bohaterowie wykazywali się bowiem odwagą oraz sprytem, których niejeden dorosły mógłby im pozazdrościć. Czytelnik skupia się znacznie bardziej nad tajemniczym lasem otaczającym Totenwald, kryjącym mroczną tajemnicę- wymarłą wieś oraz przepołowiony kościół. Jeden z opiekunów o kryptonimie Lis szczególnie interesuje się tamtym miejscem. A że nina posiada dar bystrości, postanawia podrzucać jej kolejne wskazówki do rozwiązania dawnego sekretu- czy naprawdę jego rodzinę wymordował starszy brat? W odnalezieniu odpowiedzi na coraz więcej pytań pomagają głównej bohaterce dawni przyjaciele, poznani w Markotach- odważna Tamara, chojrak Hubert oraz Jacek, który po zmarłym Wybrańcu otrzymał dar zręczności.
W środku można znaleźć kilka ilustracji, co dodaje lekturze smaku. Historia sama w sobie jest ciekawa, nietuzinkowa i gdyby takowy gatunkowy odłam istniał, określiłabym ją jako powieść grozy dla młodzieży. I co najważniejsze- każdy czytelnik, niezależnie od wieku, spędzi z ową książką fantastyczny czas. Teraz moim obowiązkiem staje się odszukanie tomu pierwszego, a także oczekiwanie na pojawienie się kolejnych.
Tajemnicę nawiedzonego lasu polecam przede wszystkim tym, którzy lubią to delikatne poczucie grozy, bez rozlewu krwi. Ta lektura bardziej zmusza naszą wyobraźnię do działania, niż niejeden światowej sławy horror.
Raven. Biały kruk
Pierwszy tom bestsellerowej serii fantasy dla młodzieży ukaże się w kwietniu nakładem Wydawnictwa Kobiecego.
Życie Piper i jej młodszego brata zmienia się w ciągu jednej nocy. Po tragicznej śmierci ich matki lądują na idyllicznej wyspie pod opieką nieprzyzwoicie bogatej babci, której nigdy wcześniej nie spotkali. Dziewczyna zaczyna się buntować, bo jedyne co można robić w Raven Hollow to zanudzić się na śmierć.
Martwa jesteś piękna
“Martwa jesteś piękna” to fenomenalny thriller autorstwa Belindy Bauer, który trzyma w przyjemnym napięciu od pierwszej, aż do ostatniej strony. To historia dziennikarki Eve Singer, która w ciągłej pogoni za gorącymi tematami trafia na mordercę-artystę. Popełniane zbrodnie są dla niego swego rodzaju widowiskiem, prezentacją piękna, którą zwykli ludzie mogą cieszyć swoje oczy. Na nieszczęście dziennikarki tajemniczy zabójca ma jeszcze jedną obsesję. Jej obiektem jest pewna dziewczyna, a nazywa się... Eve Singer.
“Martwa jesteś piękna” to powieść, która ma w sobie wszystko, co jest potrzebne, by przyciągnąć czytelnika i nie wypuścić ze swoich szponów aż do końca. To książka, od której nie można oderwać się nawet na moment i zarówno rozpoczynający przygodę z tym gatunkiem, jak i koneserzy thrillerów będą oczarowani.
Największą zaletą tej książki jest nieprzewidywalność. Autorka postawiła na niesamowicie oryginalne rozwiązania, wcieliła w życie niebanalne pomysły, a to wszystko połączyło niezwykle lekkie i przyjemne pióro. Belinda Bauer raczy czytelnika subtelnymi smaczkami ekstrawagancji, które sprawiają, że o wielu sytuacjach aż chce się komuś opowiedzieć. Bohaterowie są niezwykle zaradni, lecz przy tym bardzo wiarygodni i każda przedstawiona tu sytuacja, nawet ta na pozór najbardziej absurdalna, może zdarzyć się w rzeczywistości.
Dzieło Belindy Bauer to opowieść niezwykle urokliwa, choć przy tym i brutalna. Zbrodnie przedstawione są tu jako przejaw artyzmu, jako swego rodzaju sztuka. Najpiękniejsza i ostateczna. Morderca jest natomiast artystą, nie rzemieślnikiem, lecz kimś, kto powołany jest do wyższych celów. Autorka poprzez tajemniczego jegomościa wciąż podkreśla podobieństwo “fachu” zabójcy z zawodem dziennikarza śledczego. Eve Springer, podobnie jak on sam, wciąż goni za zbrodniami i w zasadzie właśnie to umożliwia jej spełnianie się i zarabianie pieniędzy. Może brzmi to dość absurdalnie, jednak Belinda Bauer ma niewiarygodny dar przekonywania czytelnika.
Nie jest to lektura przepełniona niewiarygodnymi zwrotami akcji, jednak niepozbawiona jest elementu zaskoczenia, który to objawia się dość często.
Na szczególną uwagę zasługuje jednak kreacja bohaterów, ponieważ autorka nie postawiła na oczywistości i każdemu z nich nadała niezwykle oryginalne cechy, które to dla fabuły będą miały ogromne znaczenie.
“Martwa jesteś piękna” to książka, która jeżeli nawet posiada jakiekolwiek wady, to po prostu się ich nie zauważa. Akcja toczy się w idealnym tempie, bohaterowie są świetnie wykreowani, a do tego genialny humor jeszcze bardziej uprzyjemnia lekturę. Nie jest to grzeczny thriller pełen eufemizmów To rasowa powieść, która przyprawi o szybsze bicie serca i kilka wybuchów głośnego śmiechu.
Cienie
Piąta część cyklu “Komisarz Jakub Mortka” to dowód na to, że Chmielarz jak wino - im starszy, tym lepszy. I chociaż “Podpalacz” ustawił poprzeczkę moich oczekiwań bardzo wysoko, “Cienie” niczym Siergiej Bubka poszybowały jeszcze wyżej.
Zaczyna się banalnie: podwójne zabójstwo - zastrzelone matka i córka. Na miejsce przybywa Mortka, tylko po to, by dowiedzieć się, że strzały oddano z pistoletu Kochana. I od tego momentu akcja się rozkręca.
W powieści jest wszystko - morderstwa, odnajdywanie zwłok po latach, gwałty, lobbing... Zdawać by się mogło, iż autor podczas pracy “przeleciał” połowę części szczególnej (tej opisującej poszczególne przestępstwa) kodeksu karnego, łącząc wszystko w trzymającą w napięciu opowieść. Lekkość i logika z jaką Chmielarz łączy poszczególne wątki to istny majstersztyk. A dodając do tego jego rozeznanie zarówno w procedurze karnej, jak i zasadach kryminalistycznych, można już tylko bić brawo na stojąco, bo akurat merytoryczna warstwa kryminałów najczęściej kuleje. Tu jest inaczej - autor, nie prawnik - odrobił zadanie i nie tylko pisze ciekawie, ale także nie popełnia błędów przyprawiających prawniczą część czytelników o bolesne zgrzytanie zębami.
Chmielarz trzyma poziom również w odniesieniu do postaci. Dalej to osoby nieszablonowe, wzbudzające skrajne emocje, nie będące jednoznacznie dobre lub złe. Mortka dojrzewa do roli rozwodnika, powoli układa sobie życie, nie zmieniając na jotę swych przekonań co do roli policjanta w życiu społeczeństwa, a jedynie naginając je dla osiągnięcia celów społecznie istotniejszych. Obrzydzenie do Kochana wzrasta w postępie geometrycznym, choć i on potrafi zachować się jak człowiek. Na arenę wydarzeń wkracza Sucha - nowa partnerka Mortki - postać na miarę czasów i feministycznej poprawności - sprawniejsza, lepiej przygotowana do zawodu, bardziej zaciekła i do tego zakręcona na postapokaliptyczne przygotowania dziewczyna. Czytając o niej czasem ma się wrażenie, że to istna Wonderwoman Komendy Stołecznej, ale trzeba Chmielarzowi przyznać, że udało mu się nie doprowadzić do przerysowania tej postaci do stopnia ją ośmieszającego. A że kobiety jak się na coś nakręcą, to są w swych staraniach konsekwentniejsze od mężczyzn, to przecież fakt.
Czas zdarzeń powieści to okres niewiele ponad roku od historii opisanej w "Podpalaczu". Chmielarz powraca do tamtych wydarzeń, wskazuje na łączące te dwie historie elementy, zdarzenia z "Podpalacza" mają swoje konsekwencje w "Cieniach". Taka klamra spinająca cały cykl dodaje mu tylko dodatkowej atrakcyjności, pokazuje coś, co w codziennym życiu jest oczywiste - że nasze działania lub zaniechania ciągną się za nami, by uderzyć w nas konsekwencjami, czasem w najmniej spodziewanych momentach.
W “Cieniach” poszczególne wątki wyjaśniają się po kolei, na sam koniec zostawiając istną wisienkę na torcie. Zakończenie i ustalenie, kto zamordował obie kobiety z początku powieści wręcz wbiło mnie w fotel. Logika tych zdarzeń także. Tak ewidentne, a tak niespodziewane. I właśnie po tym poznaje się prawdziwych mistrzów kryminałów.
Leatherface
“Leatherface” to ósmy film z serii “Teksańska masakra piłą mechaniczną”, tyle że stanowiący prequel całości. To opowieść o tym, jak to się wszystko zaczęło, skąd pojawił się, albo raczej co ukształtowało głównego bohatera - Leatherface.
Opowieść zaczyna się w roku 1955 w dziesiąte urodziny Jeba Sawyera. Chłopiec poza tortem dostaje od rodziny wyjątkowy prezent, z którego nie potrafi skorzystać. Musi zatem odkupić swoją nieudolność i zwabić psychopatycznej rodzince kolejną ofiarę. Trafia na córkę szeryfa. Dziewczyna ginie, a Jeb wraz z niepełnoletnim rodzeństwem trafia do zakładu dla zaburzonych dzieci, wyrwanych psychopatycznym rodzicom. Tam zmienione zostaje mu imię.
Mija 10 lat. W zakładzie zaczyna pracować Lizzy - piękna, młoda, pełna wiary w to, że dobroć wszystko zwycięży, pielęgniarka. Wskutek serii zdarzeń, których bezpośrednim sprawcą staje się matka Jeba, on i dwójka innych podopiecznych ośrodka uciekają, zabierając ze sobą Lizzy. Od tego momentu krwi, flaków i fragmentów kości jest już tylko więcej.
Film w założeniu jego autorów miał być odpowiedzią na pytanie, skąd w ludziach bierze się zło. Na ile, to jakim dorosłym staje się dziecko, ma wpływ, w jakiej rodzinie owo dziecko dorastało. I byłby to świetny pomysł na stworzenie czegoś w rodzaju psychologicznego horroru, gdyby nie ta ilość krwi. “Leatherface” to film dla największych fanów serii “Teksańskiej masakry”. Dla mnie, która oglądała wszystkie części głównie dlatego, że ma w domu fana horrorów maści wszelakiej, był to film, w którym natężenie przemocy i ohydy zostało przekroczone nawet biorąc pod uwagę gatunek, jaki reprezentował. Gdyby bowiem ująć w całej opowieści trochę krwi, wówczas z pewnością autorzy osiągnęliby skutek, jaki zamierzali.
Film niestety jest także przewidywalny. Pomimo zabiegu zmiany imion po przyjęciu do ośrodka, bez problemu rozpoznałam Jeba - nastolatka. Podobnie rzecz się miała z kolejnością uśmierceń poszczególnych postaci. Dla każdego, kto przeszedł przez kolejne części, są to rzeczy wręcz oczywiste. Dlatego twierdzę, że “Leatherface” ma szansę znaleźć uznanie jedynie u najwytrwalszych fanów serii.
Obsadzeni w filmie aktorzy, to przede wszystkim ludzie młodzi, z niewielkim dorobkiem filmowym. Wyjątkiem jest Stephen Dorff grający Hala Hartmana - szeryfa z misją wykończenia rodziny Sawyer. I muszę przyznać, w tej roli radzi sobie bardzo dobrze. On, Lili Taylor (w roli psychopatycznej mamuśki Verny) oraz odtwarzający rolę Jeba/Jacksona Sam Strike tak naprawdę ciągną cały film aktorsko. Rola pozostałych ogranicza się bowiem do przedstawiania przerażenia (u ofiar) tudzież wściekłości (u oprawców). Najbardziej przy tym irytującą postacią jest Lizzy, która sama nie wie, czego chce - ratować czy być ratowaną.
“Leatherface” z pewnością nie jest filmem, do którego będę powracać. Ale też nie żałuję, że go obejrzałam - skoro widziałam poprzednie części “Masakry”, to przynajmniej znam całość. Bardziej zaś od samego filmu przeraziła mnie refleksja męża, który stwierdził, że warto by sobie całość przypomnieć.
