sierpień 21, 2026

Rezultaty wyszukiwania dla: Dobre Historie

„Jotka łowca smoków. Smoki Wysp Brytyjskich” to druga książeczka po „FarMagii” wydana przez Zysk i S-ka Wydawnictwo z myślą o najmłodszym czytelniku. Łukasz Radecki, dotąd raczej znany ze swoich utworów przeznaczonych dla dorosłego czytelnika, razem z Janem Krzysztofem, czyli tytułowym Jotką, odpowiada na takie pytania, jak: gdzie mieszkają smoki? czy lubią kotlety sojowe? czy dzielni rycerze mają mamusie?

Jotka to tak naprawdę Jan Krzysztof, a jego skrócone imię wywodzi się od inicjałów Jot i Ka. Jotka, jak przystało na poważnego i poważanego smokobójcę posiada niezawodny oręż: miecz zwany Ciszą i topór o imieniu Spokój. Czymże byłby dzielny rycerz bez wspaniałego rumaka – Galopada, i pięknej powiewającej, czerwonej peleryny. Na tym się jednak kończą stereotypy rycerskie, Jotka bowiem, pomimo ukończenia odpowiedniej szkoły dla łowców, tak naprawdę podziwia te dostojne gadziska i woli załatwiać sprawy polubownie. Młody czytelnik będzie miał więc okazję nauczyć się od Jotki wiele dobrego, podróżując z nim po Wyspach Brytyjskich i rozwiązując konfliktowe sytuacje pomiędzy smokami i ludźmi, a czasem również pomiędzy samymi smokami.

„Jotka łowca smoków” jak przystało na książeczkę dla dzieci jest bardzo ładnie wydana: w twardej oprawie, poręcznym formacie i z odpowiednimi ilustracjami autorstwa Joanny Sapkowskiej-Pieprzyk. Największym walorem książeczki są jej wartości edukacyjne. Nawet ja jako dorosły czytelnik z zaskoczeniem dowiedziałam się, że owce należą do zwierząt wołowatych, a gdyby mojego psa pasterskiego rodem genetycznym ze Szkocji to obchodziło, zapewne też by się zdziwił. Fantastycznym pomysłem było stworzenie dodatku o nazwie Smokarium, które przykuło uwagę nawet mojej wyrośniętej jedenastoletniej córki. W tym appendiksie poza opisem smoczych bohaterów odnaleźć można opisy szkockich i irlandzkich potraw, a także krótki przewodnik po zabytkach architektury Anglii, Szkocji i Irlandii. Oczywiście nie zabrakło słów kilka o wielkich postaciach tych krain. Widać, że Łukasz Radecki starał się zawrzeć w opowieściach o młodym smokobójcy coś więcej niż tylko samą przygodę.

Książeczka podzielona jest na trzy historie związane z Irlandią Północną, Szkocją i Anglią. Walia owszem wspomniana jest w opowieści o Anglii, ale jakoś nie została uhonorowana osobną częścią, najwyraźniej pozostaje takim Kopciuszkiem Wysp Brytyjskich. Po przeczytaniu pierwszej opowieści o Irlandzkim Smoku Bagiennym, który przeszedł na wegetarianizm i mocnej puencie dotyczącej zdrowego żywienia, stwierdziłam, że nie będą to opowieści w moim stylu, ale za to może pojawiła się ciekawa pozycja wpasowująca się w nowomodę edukacyjną promująca wartości zdrowego odżywiania się. Zawsze przyjemnie jest, gdy książeczki mogą wesprzeć pracę nauczycieli i pomóc też rodzicom utrwalać dobre nawyki. Niestety drugie opowiadanie zniweczyło tę nadzieję. Opowieść o Szkockim Smoku Kolekcjonerze po prostu mnie zniesmaczyła. Owszem może stereotypowo przyjmuje się, że Szkoci są skąpi, ale nie wydaje mi się zbyt wartościowe, aby bajki miały zakorzeniać te stereotypy. Łukasz Radecki opisał Szkotów okropnie, co więcej, gdy Jotka zabawiał smoka w jaskini, oni wynosili złoto (owszem wcześniej przez smoka im ukradzione), a dokładnie: „wszyscy Szkoci rzucili się wynosić złoto z jaskini”. Zapewne w dorosłej literaturze pan Radecki, jeszcze by zaszlachtował tego smoka, ale to jest książeczka dla dzieci. Ten rabunek na smoku, który wcześniej okradł Szkotów, autor opisał emocjami Jotki, któremu „żal się zrobiło Smoka Kolekcjonera, bo wiedział, że będzie musiał oddać całe złoto”. Jak smok miał oddać dobrowolnie złoto, gdy mu je już za plecami Szkoci ukradli. Jak można dobrowolnym oddaniem nazwać rabunek. Szkoci okazali się pazerni i równie zachłanni jak smok. Szkoda po prostu nawet o tym pisać.
Ostatnia historia o Angielskim Smoku Królewskim zawierała owszem piękną puentę, że tylko prawdziwi przyjaciele naprawdę nas szanują, ale sama historia była prosta jak cep i toporna.

Podsumowując dzielne zmagania pana Łukasza Radeckiego z literaturą dziecięcą. Przygody Jotki mają w sobie spory potencjał, bohater bowiem jest przesympatyczny, a pomysł rozwiązywania problemów polubownie niesie spore możliwości edukacyjne. Świetny pomysł z dodatkiem etnograficznym i kulinarnym, zawsze przyciąga uwagę czytelnika. Mocno popracowałabym nad fabułą i puentą, która nie musi być wykładana zawsze jak kawa na ławę, by dzieci się czegoś nauczyły. Szkoda, że nadal literatura dla dzieci musi koniecznie EDUKOWAĆ aż do bólu, a nie może po prostu cieszyć i dawać przyjemności w czystej postaci. Nadal jest częściej pisana z punktu widzenia rodzica, a nie dziecka. My jako dorośli przynajmniej mamy wybór, jeśli chcemy czytać dla przyjemności sięgamy po beletrystykę, jak chcemy zdobyć trochę wiedzy po literaturę popularnonaukową, gdy chcemy zmądrzeć, choć nie zawsze się to nam udaje, sięgamy po ciężki gabaryt, literaturę naukową. A dzieci? Jakiż one mają wybór, gdy dorośli dla nich piszą i czytają im książeczki?

Dział: Książki
poniedziałek, 21 maj 2018 23:00

Przeogromny krokodyl i inne zwierzęta

Powieści Roalda Dahla w świadomości literackiej Polaków nie są mocno zakorzenione. Charlie i fabryka czekolady wszedł do kanonu lektur, w kinach od lat dziewięćdziesiątych pojawiają się adaptacje filmowe jego książek, a jednak nadal tacy bohaterowie jak Bardzo Fajny Gigant, Miniputki, czy nawet sam pan Wonka, nie weszli z butami w świadomość literacką tak jak Pippi Langstrump, Maja i Lasse, nie wspominając nawet o Harrym Potterze. A wielka szkoda, bo opowieści Roalda Dahla mają w sobie mądrość przekazywaną w pogodny, czasem zakręcony, a nawet pokrętny sposób, tak fantazyjny, jak może być wyobraźnia dziecka.

Przeogromny krokodyl i inne zwierzęta to trzy opowiadania dla najmłodszych, a każde z nich ma swoją własną historię powstania, każde jest pełne humoru i zaskakujących pomysłów, które autor wymyślił dla swych najmłodszych milusińskich.

Przeogromny krokodyl pierwszy raz został opublikowany w 1978 roku i był pierwszą książeczką, która została wydana dla młodszego czytelnika, co więcej pierwszą, którą zilustrował Quentin Blake, rozpoczynając ich długoletnią współpracę. A historia nie byle jaka, tylko o gadzie przebrzydłym, co to ubóstwia schrupać sobie na lunch pyszne i soczyste dzieciaczki. Ale dzieci nie powinny się zanadto bać, krokodyl nie jest aż tak sprytny, jak mu się wydaje.

„I’m going to fill my hungry empty tummy with something yummy yummy yummy yummy...”

„Mam zamiar napchać mój głodny pusty brzuch,
Mniam, mniam, mniam, mniam, ach, najem się za dwóch!”

Magiczny palec, najstarsze ze zbioru opowiadanie, z 1966 r., które pierwotnie nazywało się The Almoust Duck, i nad którym autor pracował już w 1962 r., to najbardziej magiczna opowieść w całym zbiorze. Bohaterką jest dziewczynka, której sąsiedzi, rodzina Greggów, jest zapalonymi łowczymi. Pewnego razu nie mogąc znieść dłużej tego, jak obchodzą się ze zwierzętami, wykorzystuje moc swojego czarodziejskiego palca, aby odmienić serca ludzi.

Żyrafa, Peliś i ja to na odmianę humorystyczna opowieść z wątkiem kryminalnym, która powstała niespodziewanie na bazie wcześniej wykreowanych postaci. Małpa była bohaterką „Przeogromnego krokodyla” i bardzo przypadła do gustu Roaldowi Dahlowi, Quentin Blake natomiast nigdy nie rysował żyrafy, a i pelikan Peliś stanowił ciekawe wyzwanie. I tak z bohaterów rysunków powstała historia o zwierzątkach, których atrybuty pozwalają im założyć spółkę Bezdrabinowego Mycia Okien.
Ciekawostką tegoż najmłodszego opowiadania z 1985 roku, jest, że na końcu opowiadania małpa śpiewa piosenkę Billy'ego, której słowa wyryte są na kamiennych płytach wokół podstawy ławki, która znajduje się tuż przy grobie Roalda Dahla, znajdującego się w parafialnym kościele św. Piotra i Pawła w Great Missenden. :

"We have tears in our eyes
As we wave our goodbyes,
We so loved being with you, we three.
So do please now and then
Come see us again,
The Giraffe and the Pelly and me."

„Wszyscy łzy w oczach mamy,
Gdy się z tobą żegnamy.
Chwilę szczęścia zatrzymać się chce.
Więc spotkaj się z nami,
Przyjdź odwiedzić czasami
Żyrafę, Pelisia i mnie”.

Mistrz opowieści Roald Dahl w tych trzech opowiadaniach poza tym, że bawi i cieszy humorem i zakręconymi, magicznymi historiami, uczy szacunku do zwierząt, ukazuje dzieciom, że to, że jesteśmy ludźmi, nie oznacza, że wolno nam wszystko. Sądzę, że każdemu przydałaby się dobra dawka Roalda Dahla, bowiem: „Jeśli masz dobre myśli, twoja twarz promienieje nimi jak słonce i zawsze cudownie wyglądasz”.

Dział: Książki
sobota, 28 kwiecień 2018 12:02

Dom Wschodzącego Słońca

Przyznaję się, że w przypadku “Domu Wschodzącego Słońca” Aleksandry Janusz - Kamińskiej przede wszystkim na początku spodobała mi się okładka, a potem “zachwycił” mnie opis z tyłu książki. Nie ukrywam, że pomyślałam “ojej - to będzie dobre albo co najmniej zabawne YA”. Potem jakoś nie mogłam się za nią zabrać. Leżała patrząc na mnie z wyrzutem, kusząc tą kraciastą spódniczką głównej bohaterki na okładce. Bałam się jej, przyznaję się Wam uczciwie, po przeczytaniu kilku pierwszych stron, ale nie taki diabeł straszny, jak go malują, i czasami można oceniać książkę po okładce.

Akcja książki zaczyna się, kiedy Eunice Wight odkrywa u siebie talent magiczny i staje się uczennicą równie utalentowanego, co niepełnosprawnego cybermaga, takiego “Charlesa Xaviera” - Timothy’iego Hawkinsa. A wszystko to za sprawą gry Silver Tower, polegającej na rozwiązywaniu zagadek logicznych. Dzięki niej Eunice zaczęła postrzegać przedmioty ją otaczające w zgoła odmienny sposób. Ta obudzona i nie szkolona moc zaczęła przyciągać do niej istoty, o których istnieniu naprawdę wolałaby nie wiedzieć. Eunice, Trzynasta, jako wychowanka Domu Wschodzącego Słońca, zyskuje immunitet i ochronę, a co najważniejsze możliwość rozwinięcia i ukierunkowania swojego talentu. Część magów z “Domu” poznajemy w kolejnych opowiadanio-rozdziałach, kiedy autorka wyciaga niczym króliki z kapelusza kolejne trupy z szafy. Poznajemy przeżycia Gabriela Shade’a i uczestniczymy w jego pojedynku z Redfairy. A potem na tapetę zostaje wyciągnięty Lloyd Dark - mag- szermierz i jego burzliwa przeszłość. Niestety zanim się w każdą nową historię wciągnęłam, to przeskakiwałam do opowieści o kolejnej osobie, z przeplatającą się Eunice, jakowym spoiwem z gumy balonowej. Czyli takim, że jak chcesz by się odlepiła, to nie puszcza, a jak Ci zależy, to nie trzyma się w ogóle.

Jak pisałam na początku - skusił mnie opis i okładka i nieznana mi polska autorka, z której twórczością nie miałam jeszcze okazji się zapoznać. Do tego spore nadzieje na coś dobrego lub na wielki spektakularny zawód. Okazało się, że książka klasyfikuje się gdzieś pośrodku tej skali i mówiąc wprost - nie jest źle. Jest nawet potencjał na naprawdę fajną historię, ale zabrakło w niej jasnej koncepcji i konsekwencji. Bo ni to powieść, ni to powiązane ze sobą opowiadania... i nawet teraz, kiedy upłynęło już kilka dni od ukończenia tej książki, nadal nie wiem z czym tak naprawdę miałam do czynienia, i jak ją sklasyfikować. Do tego odnosi się wrażenie, że albo nie czytam pierwszej części z cyklu, albo zostałam naumyślnie wrzucona w sam środek jakiejś historii, w której mam się sama odnaleźć i domyślić wszystkiego. To czego mi najbardziej jednak brakuje, to więcej informacji na temat Wielkiej Złej Wojny, bo te udzielane przez autorkę, są tak skąpe, że tak naprawdę nie wiadomo, co dokładnie się wtedy zdarzyło. A mnie sugestie, że bohaterowie nie chcą o tym wspominać, po prostu nie przekonują. Jakby tego było mało, ta zbytnia mnogość czołowych postaci i zmieniający się ciągle bohater-narrator sprawiało, że nie potrafiłam ani do nikogo się przywiązać, ani go po prostu po ludzku polubić. Chociaż nie, przepraszam, polubiłam tych, o których wiedziałam najmniej, czyli Siostrę Weronikę i Krzysztofa Podróżnika - ironiczne, ale też i zastanawiające, prawda?

Plusem “Domu Wschodzącego Słońca” jest za to na pewno świat przedstawiony. To young adult urban fantasy ma naprawdę ciekawie i szczegółowo opisane miasto oraz prawa nim rządzące.
Tekst wielokrotnie rwie się i brak mu spójności i koncepcji, jak już wspominałam, nie można jednak odmówić autorce pomysłowości. ALE nie należy też zapominać, że wydany w tym roku “Dom” jest tylko wznowieniem książki z 2006 roku z Wydawnictwa Runa. Cieszę się, że autorka, jak sama napisała w posłowiu, przez szacunek do samej siebie dwudziestosześcioletniej i do czytelników, nie zdecydowała się na większe poprawki i korekty tego tekstu. Te jakże szczere słowa sprawiły, że i ja nabrałam szacunku do pisarki, która mnie nawet w ten szczególny sposób ujęła. Czekam więc na dalsze losy bohaterów “Domu Wschodzącego Słońca”, jak i kolejne książki Aleksandry Janusz - Kamińskiej, po pierwsze, by sprawdzić jak bardzo rozwinął się i “dorósł” warsztat pisarski autorki, ale także po to, by dowiedzieć się więcej o samym Farewell i zamieszkujących w nim magach, bo coś w tym wszystkim jest.

Na sam koniec, chciałabym jeszcze wspomnieć o jednej rzeczy, która nie chce przestać mnie męczyć. Dość naturalnym skojarzeniem jest łączenie nazwy “Dom Wschodzącego Słońca” z amerykańską balladą folkową o tym samym tytule, najbardziej znaną w wykonaniu The Animals, zwłaszcza, że Aleksandra Janusz - Kamińska niejednokrotnie wspomina “starego dobrego rocka” na kartach książki. Ale do rzeczy - Dom Wschodzącego Słońca to nic innego jak metaforycznie nazwany burdel, mówiąc krótko i do rzeczy. I idąc tym tropem, choć fasada budynku jest ładna i pięknie podkreślają ją strzelające płomienie, to kupa osób biega w nim chaosie i bez składu. A teraz najważniejsze jest to, czy autorce uda się uratować swoich bohaterów i bezpiecznie wyprowadzić na zewnątrz.

Dział: Książki
środa, 04 kwiecień 2018 07:03

Cień Rycerza

Po lekturze tomu pierwszego zostało mi w głowie skojarzenie Wielkich Płaszczy z dumasowskimi muszkieterami. Pamiętam, że nawet mi się historia podobała, choć prowadzenie narracji z dwóch płaszczyzn czasowych było trochę dezorientujące. To dlatego po zakończeniu lektury, będąc nią trochę zmęczona, nawet się nie zastanowiłam, czy istnieje w ogóle jakaś kontynuacja. Dlatego do drugiej części cyklu, a wtedy już wiedziałam, że w zamierzeniu jest to tetralogia, podchodziłam dość nieufnie.

Dla przypomnienia. Król Paelis, przywódca i mentor naszych bohaterów, nie żyje, a jego sztandarowy oddział rycerzy i sędziów w jednym poszedł w rozsypkę. Tristia, kraj w którym toczy się akcja tej historii stoi na skraju wojny domowej. Książęta i hrabiowie myślą tylko o własnych interesach, a lud cierpi pod jarzmem ich podatków. Gorzej już być nie może? A jednak.

Falcio, Kest i Brasti, kiedyś dumni trybuni, obecnie są na usługach człowieka, który jest martwy. Nie dość, że nie płacił im za życia, to teraz jeszcze padł ofiarą skrytobójcy, a oczywistym jest, że wina ma się znaleźć po stronie sławetnej trójki. Zupełnie przypadkiem bohaterowie wpadną na trop intrygi, której początek tkwi w ich własnej przeszłości, kiedy to zaczynali służbę u króla Paelisa. Ten ostatni co prawda także już od dawna nie żyje, ale był dość dalekowzroczny i nawet zza grobu wyznaczył swoim ludziom misję odnalezienia i obrony dziedziczki swojego tronu. Na tym, bardzo krótko mówiąc, skupia się fabuła części pierwszej. Gdy teraz o tym myślę, to pamiętam całkiem sporo, jednak blisko rok temu książka nie zrobiła na mnie wrażenia i patrząc na to z perspektywy przeczytanej części drugiej, nie umiem powiedzieć dlaczego tak było.

Obecnie jestem po lekturze Cienia rycerza i moje wrażenia są o wiele lepsze. Odnoszę wrażenie, że albo historia kryła w sobie więcej potencjału niż początkowo myślałam, albo może sam autor, podpisawszy umowę na tetralogię, pisał ją z zupełnie innym nastawieniem. Być może zadziałało i jedno i drugie.

Falcia, Kesta i Brastiego spotykamy właściwie w tym samym miejscu, w którym ich zostawiliśmy.

Tristia nadal stoi na skraju wojny i rozpadu, zagrożenie to jest nawet bardziej realne niż wcześniej. Uzurpatorka Trin gromadzi swoich popleczników i jest zdecydowana objąć władzę w kraju, nawet jeśli będzie sobie musiała drogę do tronu utorować trupami książąt i ich rodzin. Zadaniem Falcia i jego druhów będzie ochrona Aline, młodej dziedziczki Paelisa, jednak ponownie wszystko jest tak bardzo trudne, ponieważ każda ze stron ma własną wizję przyszłego kształtu kraju. Jakby tego było mało Falcia zżera trucizna, która co rano paraliżuje jego członki i nie pozwala nawet drgnąć. Jeden z przyjaciół Falcia jest trawiony świętą gorączką, a wszędzie czyhają skrytobójcy.

Świat wykreowany na potrzeby powieści jest barwny i okrutny; zadawanie tortur jest tutaj sztuką, w której wielu doszło do mistrzostwa. Wielkie Płaszcze uosabiają zapomniane ideały, do których niełatwo teraz wrócić. Raz zszargana reputacja, sama się nie naprawi. Święci, do których bohaterowie ciągle się odwołują, są jak najbardziej realni i zwyczajnie ukazują się śmiertelnikom, by z nimi porozmawiać. Pod powierzchnią tego wszystkiego czai się magia, której natury jeszcze do końca nie rozumiemy, mam nadzieję, że autor poświęci jej więcej miejsca w kolejnych tomach. Książęta są bezduszni i zepsuci, a lud uciskany i traktowany jak zwierzyna. Historię zapamiętują i opowiadają ludziom wędrowni muzycy zwani tu bardatti, którzy także mają w sobie coś magicznego. No i są jeszcze dashini, tajni zabójcy, zwinnością przypominający ninja a sposobem zabijania Hitmana.

W tomie drugim dowiadujemy się więcej na temat tego, kim byli członkowie Wielkich Płaszczy, jakim szacunkiem i uznaniem się cieszyli, że ich zadaniem było rozsądzać spory i ogłaszać wyroki, a ich wierność ideom króla Pelisa była tak głęboka, że poświęciliby własne życie.

Powiększa się też drużyna Falcia i to o dwie kobiety. Pierwszą jest Valiana, nieksiężniczka, była, niedoszła dziedziczka tronu, obecnie zdeterminowana Wielki Płaszcz, a drugą narwana i okrutna Darriana, która nie odkryła wszystkich swoich kart.

Podobnie jak w części pierwszej sojusznicy okazują się zdrajcami, a pozorni wrogowie mogą się okazać przydatni. Każdy ma swój cel, do którego zacięcie dąży i jeśli poleje się przy tym krew lub polecą głowy, trudno.

Czy Falcio faktycznie ma przed sobą tylko 7 dni życia? Wiele od tego zależy, bo to on, Pierwszy Kantor i Królewski Trybun, wytycza drogi innym. To on planuje, nie poddaje się i jest tak nieznośnie i uciążliwie honorowy i prawy.

Cień Rycerza to bardzo dobra powieść, dużo lepsza od swojej poprzedniczki, negująca regułę części drugich, w których zazwyczaj niewiele się dzieje. Tutaj dzieje się naprawdę dużo i nie można się nudzić. Jeśli kogoś, tak jak mnie, nieco zniechęciła część pierwsza, to zachęcam, by jednak dał szansę części drugiej. Historia Wielkich Płaszczy nabrała rozpędu i jest bardzo,bardzo ciekawa. Polecam. Kawałek dobrej literatury spod znaku płaszcza i szpady okraszony realiami naszego średniowiecza z magicznym posmakiem.

Dział: Książki
piątek, 30 marzec 2018 09:14

Wywiad z Magdaleną Kuydowicz

Zapraszamy do wywiadu z panią Magdalena Kuydowicz, pisarką, teatrologiem, dziennikarką, która niedawno wydała nakładem Wydawnictwa Prószyński i S-ka książkę pt. "Stało się". O książce możecie przeczytać --> TUTAJ, a poniżej zamieszczamy wywiad, który został przeprowadzony z autorką przez naszą recenzentkę, pania Justynę Gul.

Dział: Wywiady
sobota, 17 marzec 2018 13:24

Bestie i ludzie

Przyciągnął Twój wzrok, choć sama nie wiesz czemu; początkowo może to wydaje się nawet nieco śmieszne, ale określiłabyś go jako... magicznego. Nie z tej ziemi. Przyciąga Cię do siebie jakąś magnetyczną siłą. Nie wiesz, kim jest, ale nie możesz oderwać wzroku. Zresztą zauważasz, że on również uważnie się Tobie przypatruje. Przypadek? A może przeznaczenie? I choć świat wielokrotnie ostrzega przed ludźmi, którzy pod płaszczykiem niewinnego, sobotniego flirtu kryją znacznie gorsze chęci, kusi Cię. Decyzja zapadła. Ale... uważaj. Bo świat nie jest taki czarno- biały, jak do tej pory sądziłaś, a ramiona przyszłego kochanka mogą w ciągu kilku sekund zamienić się w te, które odbiorą Ci życie. I tak, po ziemi kroczą istoty, o których nawet nie miałaś pojęcia.

Miałam już wcześniej okazję zapoznać się z twórczością pana Jacka Piekary; wówczas moim wyborem była seria "Ja, Inkwizytor". Od razu polubiłam pióro autora, czarny humor, nieszablonowy tok wydarzeń. Byłam więc ciekawa, czy zbiór opowiadań grozy wyjdzie mu równie dobrze. I zdecydowanie jestem na tak!

Bestiach i ludziach motywem przewodnim niby są tytułowe bestie- potwory, jakich nigdy nie mieliśmy okazji (i bardzo dobrze!) napotkać na własnej drodze. Zauważa się tu zarówno takie, o których mogliśmy czytać w innych, zbliżonych gatunkowo książkach, jak i te stworzone na potrzeby książki przez pana Piekarę. Jednak tytuł może być nieco mylący. Nie chodzi w nim bowiem o to, że ludzie zostają zaatakowani, osaczeni czy zabici przez monstra, lecz o to, że właściwie niektórzy z naszego gatunku mogą stać z nimi w równym szeregu pod względem braku moralności. Trudno się z tym nie zgodzić; to my jesteśmy największymi potworami, jakich Ziemia mogła oglądać. Pod względem bestialstwa niczemu nie ustępujemy przed istotami znanymi nam z literatury. Kłamiemy, ranimy zabijamy. I to wszystko dla własnego zysku. 

Opowiadania są świetnie napisane. Trzymają w napięciu, przyciągając jednocześnie intrygującymi postaciami. Bohater, który początkowo wydaje się czysty jak łza, z którym wręcz solidaryzujemy, ostatecznie okazuje się... cóż, zupełnie inny. Czasami ciężko wyraźnie określić, kto w tej grze jest czarnym charakterem, co jeszcze dodaje lekturze owego "smaczku". Do tego owe historie kończą się nierzadko w sposób niejednoznaczny. A czy dla czytelnika nie ma lepszego prezentu niż książka, nad którą musi odrobinę pogłówkować? 

Pan Jacek Piekara znakomicie poradził sobie z wprowadzeniem odbiorcy w stworzony przez siebie świat. I choć z opowiadania na opowiadanie ulegał on delikatnym zmianom (przenosimy się bowiem w różne rejony, w odmienne czasy), nie stanowiło to żadnego problemu. Bardzo łatwo wczuć się w sytuację przedstawianych postaci, choć nie do końca można zrozumieć tok ich myślenia. Zresztą, czy ktoś prócz psychiatry jest zdolny do zrozumienia postępowania psychopaty? Wątpię. 

Mimo że zazwyczaj sięgam po literaturę grozy, aby odkryć jakąś nową, oryginalną oraz intrygującą bestię, to tym razem moją uwagę zdecydowanie bardziej przyciągnęły... postacie ludzkie. Autor tak skrzętnie stworzył bohaterów, że rozpoczynając przygodę z danym opowiadaniem byłam pewna, że właśnie owego człowieka czeka coś złego. W życiu nie spodziewałabym się, że to on będzie nieść zło dalej. 

Lektura wciągnęła mnie na dobre; po jej odłożeniu jeszcze długo zastanawiałam się nad motywami bohaterów, nad niektórymi zakończeniami. Nie byłam pewna, czy tok moich myśli idzie w dobrym kierunku- autor zasiał we mnie ziarenko niepewności. Dlatego uważam, że ów zbiór opowiadań dla każdego czytelnika lubującego się w grozie, będzie niezwykłą lekturą. Zresztą, czy twórczość pana Piekary trzeba polecać? 

Dział: Książki
środa, 14 marzec 2018 11:08

Zadra

Alternatywna wizja świata połączona z elementami fantastyki, a miejscami również grozy, to przepis na hit albo totalną porażkę. Taki wóz albo przewóz, wszystko albo nic. Na szczęście Krzysztof Piskorski podołał zadaniu, stworzył barwny, niebanalny świat i historię, którą chce się czytać. O tym, że jego książka jest dobra niech świadczy też fakt, że chociaż okres napoleoński zawsze jawił mi się jako jeden z najnudniejszych i najbardziej odstręczających w naszej historii, w Zadrze okazał się nie tylko zjadliwy, ale zaskakująco wciągający.

Mamy rok 1819. Odkrycie potężnej substancji zwanej etherem zmieniło tok historii. Zasilane nim maszyny i broń pozwoliły Napoleonowi wygrać bitwy, które w naszej rzeczywistości zakończyły się porażką. Okazało się także, że etherowe Bramy prowadzą do równoległego świata. Pod względem geograficznym wygląda on tak samo jak nasz, pokrywają go jednak niekończące się puszcze, w których można spotkać nielicznych tubylców i tajemnicze, napawające grozą ruiny.

Fabuła jest wielowątkowa, jednak przede wszystkim skupia się na dwóch głównych postaciach. Pierwszym jest polski podpułkownik Stanisław Tyc, walczący w Legii Nadwiślańskiej przy armii francuskiej. Ten element historii pozostał niezmieniony - Napoleon nadal wykorzystuje Polaków, rzucając ich do najgorszych zadań, w zamian dając wiele obietnic, a mało konkretów. Tym razem wysyła polskie oddziały na drugą stronę etherowej Bramy, do Nowej Europy, gdzie mają budować jego nowe imperium, walcząc z wojskami pruskimi i carskimi.

Drugim bohaterem jest młody, utalentowany, francuski wynalazca, Maurice Dalmont. Wbrew sobie ląduje w samym centrum kryminalno-politycznej intrygi, która ma zmienić losy wojny. A wszystko to za sprawą wynalazku, którego znaczenia początkowo nie doceniał. W tle pojawia się cała plejada postaci drugoplanowych, ale równie barwnych i dobrze nakreślonych. Wśród nich znajdują się żołnierze towarzyszący Tycowi, jego narzeczona i jednocześnie siostra Maurice’a, Natalie (zasługująca na miano jednej z najbardziej irytujących damskich postaci literackich), wynajęci przez Dalmonta kryminaliści i wielu innych.

W opisie wydawcy można przeczytać, że Zadra stanowi „podwaliny polskiego steampunku”. Z jednej strony nie sposób się z tym nie zgodzić, ponieważ świetnie reprezentuje swój gatunek. Warto też przy tym wspomnieć, że obecne wydanie to wznowienie, a powieść po raz pierwszy ukazała się równe dziesięć lat temu. Z drugiej strony, książkę nie jest tak łatwo zakwalifikować do jednego gatunku. Owszem, elementów steampunku jest tu wiele, chociaż to nie para stanowi podstawę rozwoju świata, a wspomniany ether i energia próżni. Niemniej, jak wspomniałam na samym początku, wraz z rozwojem fabuły pojawia się równie wiele fantasy i magii, a nawet nieco horroru.

Fabuła i świat przedstawiony są zdecydowanie na plus. Są dobrze przemyślane i rozwinięte. Co więcej, Piskorski ma niezły warsztat i prawdziwie lekkie pióro, dzięki czemu powieść czyta się naprawdę dobrze.

Nie zagrały natomiast dwie rzeczy. Po pierwsze, zakończenie pozostawia nieco do życzenia. Nie do końca pasuje do klimatu całej opowieści i nie wyjaśnia niektórych kwestii. Potencjał kilku wątków pobocznych, jak choćby Paula Narbonne, wydaje się też niewykorzystany do końca. Druga kwestia jest już bardziej techniczna. Prawdziwą zbrodnią dla fabuły jest prolog, którego właściwie nie powinno się czytać, ponieważ zbyt wiele zdradza z zakończenia i niszczy element zaskoczenia. Osobiście nie przepadam też za krótkimi zapowiedziami, które zdradzają na początku każdego rozdziału, co się w nim wydarzy.

Podsumowując, Zadra Krzysztofa Piskorskiego to kawał naprawdę dobrej powieści. W zgrabny sposób łączy gatunki i zapewnia świetną rozrywkę. Serdecznie polecam!

Dział: Książki
sobota, 10 marzec 2018 12:18

Wyspa

Schludna dystopia w białych rękawiczkach...

Nie powinno rozpoczynać się recenzji od podsumowania, ale aż cisnęło mi się na białą kartkę te kilka czarnych liter. Sigríður Hagalín Björnsdóttir powieścią „Eyland” zadebiutowała na islandzkim rynku wydawniczym w 2016 roku i go podbiła, zdobywając kilka tamtejszych nagród literackich. Sigríður, jako dziennikarka radiowa, była świetnie przygotowana do napisania tejże powieści, przebywając w otoczeniu polityków islandzkich, komentując aktualne wydarzenia na świecie i w kraju miała doskonałe przygotowanie merytoryczne do stworzenia swojego głównego bohatera Hjaltego, dziennikarza, a także ukazania reakcji organów państwowych na nagły kryzys dotykający państwo.

Islandia zostaje odcięta od reszty świata. W nocy przestają docierać do wyspy informacje z zewnątrz: nie działa Internet, nie działa komunikacja radiowa, satelitarna, krótkofalowa ze statkami pływającymi na Morzu Norweskim i Oceanie Atlantyckim, samoloty nie lądują, a statki, które wypłynęły, by skontaktować się z najbliższym lądem, zaginęły. Islandczycy oraz Ci, którzy mieli szczęście albo pecha pozostać na wyspie w tej niezwykłej chwili, postawieni w nowej sytuacji, muszą odnaleźć w sobie zarówno siłę i mądrość przodków, jak i okruchy człowieczeństwa, by nie dać się porwać fali szaleństwa, jakie stoi na progu każdego domu, a pchane jest czymś tak zwykłym jak Głód.

Na kartach książki poznajemy kilku bohaterów, aczkolwiek wiodącym jest Hjalti Ingolfsson, dziennikarz, którego losy śledzimy przez całą książkę. To wokół niego skoncentrowane są pozostałe postaci powieści. Maria, jego była partnerka, Hiszpanka, i jej dwójka dzieci Elias i Margaret, Leifur, brat lekarz, i jego żona Gudrun, Elin Olafsdottir, ambitna polityk, czy idealistyczna koleżanka z pracy Ulfhildur. Każda z tych postaci opowie historię kryzysu społeczeństwa w apokaliptycznej chwili, gdy kończą się zasoby żywieniowe, gdy struktury społeczne przeistaczają się z demokratycznych w dyktatorsko-faszystowskie, gdy każdy walczy o skrawek życia dla siebie i swoich najbliższych. Pani Sigríður wykorzystała każdą z tych postaci, jako medium dla jednej sprawy i tak: Maria reprezentuje problem obcokrajowców i rasizmu, Leifur ukazuje problemy medycyny w momencie kryzysu, jego niedoskonałości przemysłu farmaceutycznego, Margaret, jak nomen omen mara ze świata „Władcy Much”, ukazuje okrucieństwo i los młodzieży, Elin żelazna dama Islandii, kwintesencja emancypacji przeistacza się w przodownika totalitaryzmu, a Ulfhildur próbuje przebić się słabym głosem z prawami do wolnej prasy. Ach i zostaje Hjalti, najbardziej obmierzły bohater z jakim spotkałam się w literaturze od wielu lat, jak dotąd chyba żadnym antybohaterem tak nie gardziłam jak tym małym człowieczkiem. Mężczyzna nie posiadający kręgosłupa moralnego, przesiąknięty kompleksami względem młodszego brata, niezdecydowany, głupi, mówiący sam o sobie jak o człowieku o małym sercu, „skupionym na sobie, samolubnym dziecku”. Ten Hjalti będzie czytelnika prowadził przez meandry zapadającego się społeczeństwa, będzie sam przykładał rękę w jego pogromie.

Nie zaskakuje mnie fakt, że powieść „Wyspa” zdobyła w Islandii takie uznanie. Sigríður Hagalín Björnsdóttir napisała powieść o apokalipsie wyspy, na której żyje mniej ludzi niż w Gdańsku. Nie będąc złośliwym można założyć, że pewnie na spotkaniach autorskich z połowę czytelników swoich mogła autorka poznać, a zapewne jako dziennikarkę, wszyscy ją znali. Mając na uwadze fakt, że społeczność ta przeszła ekonomiczne tąpnięcie w 2008 roku, odbiór tej dystopii zapewne musiał być bardzo dotkliwy i budzić żywe reakcje, a mechanizmy, które zachodziły w kręgach politycznych zapewne w znacznym stopniu czytelnicy odnaleźli na łamach tej książki.

Obiektywnie patrząc nie wróżę tej powieści wielkiego sukcesu. Od samego początku jest ona zbyt sterylna, zbyt poprawna politycznie. Napisana jest jakby według podręcznika: „Jak przeprowadzić społeczeństwo przez apokalipsę w ujęciu politycznym”. Autorka przedstawiła kryzys, który dotyka malutką społeczność i przedstawia mechanizmy, które mogą owszem udać się wyłącznie na takiej specyficznej społeczności w taki uładzony, śliczny skandynawski, delikatny sposób. Jest to niewątpliwie szalenie ciekawy obraz społeczności wyspiarskiej, islandzkiej, aczkolwiek dystopii niemożliwej z założenia, naciąganej i naiwnej. A jeśli rzeczywiście tak wyglądała reakcja społeczeństwa islandzkiego na kryzys ekonomiczny, to jest mi ich bardzo żal. Brak jest w tej wizji życia, wszystko odbywa się w białych rękawiczkach, a Islandczycy idą za żelazną damą, jak owce za swą perednicą. Pytanie brzmi; czy pisarka tak słabo napisała apokaliptyczną powieść, czy napisała fenomenalny obraz społeczeństwa islandzkiego?
Sigríður dla celów analizy społecznej i ukazania tworzenia się niebezpiecznych mechanizmów totalitarnych stworzyła absurdalną sytuację, w której na świecie pozostaje wyłącznie Islandia. Nie wyjaśnia dlaczego nie ma kontaktu zresztą świata. Mechanizmy, które zaprezentowała nie są niczym nowym, ani odkrywczym. Wystarczy sięgnąć po „Atlas wysp odległych” Judith Shalansky, tam każda historia o społeczności wyspiarskiej ukazuje skażenie tych społeczności jak nie chorobami genetycznymi, to dewiacjami, deprawacją moralną lub innymi bolesnymi historiami. Mechanizm przejścia od pozornej demokracji przez socjalizm do totalitaryzmu nie jest niczym nowym dla polskiego czytelnika. Proste jak cep reprezentacje problemów poprzez postaci bohaterów też już ukazywane były od czasów Oświecenia w literaturze.

Szumne przyrównywanie islandzkiej pisarki do Orwella, Huxleya, czy Atwood, wydaje mi się działaniem mocno marketingowym i na wyrost. Nagrody, które zdobyła pani Björnsdóttir można by przyrównać, przynajmniej pod względem zasięgu, chyba do Nagrody Literackiej Gdynia. Na Goodreads oceniło ją zaledwie 183 osoby, zrecenzowało 20. Książkę czytałam, pomimo mojej powyższej krytyki, sprawnie, akcja trzymała w napięciu i z zainteresowaniem śledziłam losy kanalii Hjaltiego, choć jest to zbyt dobre określenie, kanalia wykazuje się inteligencją, której Hjaltiemu zdecydowanie brakowało.

„Wyspa” jak na apokalipsę jest zbyt poprawna politycznie, zbyt sterylna, zbyt skandynawska, jak na political fiction zbyt odtwórcza i banalna, broni się jedynie jako powieść społeczno-obyczajowa, choć i tutaj ludzie nadal są względem siebie zbyt ugrzecznieni w obliczu głodu i nadchodzącej zagłady i nieufności, ale może właśnie takie jest to społeczeństwo, poddaje się zamiast walczyć.

Dział: Książki
czwartek, 08 marzec 2018 11:02

Rycerz Siedmiu Królestw. Edycja ilustrowana

To aż niewiarygodne, że swoją przygodę z twórczością George’a R.R. Martina rozpoczęłam od „Rycerza Siedmiu Królestw”. Plan był zupełnie inny – od dawien dawna przymierzałam się do sięgnięcia po pierwszy tom cyklu Pieśń Lodu i Ognia. Nawet tuż po zakupie postawiłam go w tak strategicznym punkcie w mojej biblioteczce, że był niczym odwieczny wyrzut sumienia. Ciągle się przypominał i rzucał w oczy, a ja stale udawałam, że tego nie widzę. I nawet popełniłam karygodny błąd, bo w trakcie jednej reorganizacji biblioteczki po prostu go gdzieś schowałam. Wstyd i hańba. Ale „Rycerz Siedmiu Królestw” nie dał się już tak łatwo zlekceważyć...

Książka ta zawiera w sobie trzy historie ze świata „Gry o Tron”. Akcja rozgrywa się oczywiście w krainach Westeros, jednakże zdecydowanie nie są to trzy odrębne historie, a właściwie opowieść o jednym, konkretnym bohaterze. I to ciągła opowieść, która prezentuje jego perypetie rozgrywające się na przestrzeni czasu – i to dosyć krótkiego, zdecydowanie nie można tego liczyć w latach. Głównym bohaterem jest młody wędrowny rycerz o imieniu Dunk. W niczym nie przypomina takiego typowego rycerza, którego obraz właśnie pojawił się w Waszej głowie. Właściwie do tej pory zastanawiam się nad tym, czy słowa dotyczące jego przeszłości, które padały z jego ust, są prawdą. I chyba nie tylko mnie to gnębi, bo nawet wszyscy bohaterowie, których Dunk spotykał na swojej drodze, zastanawiali się nad tym samym...

Dunk postanowił znaleźć sposób na zyskanie sławy, a jakiż mógłby być na to lepszy sposób, niż wzięcie udziału w turnieju rycerskim? Jednakże młodzieniec nie zdaje sobie sprawy z tego, że ktoś, kto kieruje się honorem i odwagą, broni słabszych i dotrzymuje słowa (co oczywiście powinno charakteryzować każdego rycerza) jest postrzegany w tym świecie niemal jak dziwak. A źle Ci chłopie było w tej wędrówce? Jednakże coś dobrego mimo wszystko z tego wyniknęło, ale to tylko początek jego przygód. W dalszej części książki pojawiają się zupełnie nowe motywy, konflikty i bohaterowie, a u boku Dunka pojawia się jego wierny giermek i kumpel, Jajo (a tak naprawdę Aegon V Targeryen). To bardzo sympatyczny chłopak, na swój sposób niezwykle urzekający i o dobrym sercu. I jak na swój wiek, naprawdę rozsądny.

Zdecydowanie nie mogę się odnieść tutaj do „Gry o Tron”, ale jedno jest pewne – Martin w znakomity sposób kreuje bohaterów, buduje świat, w którym rozgrywa się akcja i nie zapomina o genialnym klimacie, który towarzyszy czytelnikowi już od pierwszych stron lektury. Dzięki temu wszystkiemu można faktycznie przenieść się do Westeros, zobaczyć to wszystko oczyma wyobraźni, poczuć klimat dawniejszych czasów, do złudzenia przypominających Średniowiecze. Z jednej strony mamy do czynienia z poważnymi pojedynkami, z honorem i dworskimi intrygami, a za chwilę zostajemy wrzuceni w wir dworskich i rycerskich rozrywek – rubaszny humor, chlanie na umór i wielkie uczty. Samo sedno, prawda?

Zaprezentowana tutaj historia stanowi naprawdę wciągającą i logiczną całość, z którą można znakomicie spędzić czas. Mam nadzieję, że będzie to dla mnie znakomity wstęp do docelowej sagi Martina, którą być może w końcu uda mi się przeczytać. Czuję lekką mobilizację i zachętę, bowiem wiele osób straszyło mnie, że twórczość tego autora jest bardzo ciężka w odbiorze, jednak w przypadku „Rycerza Siedmiu Królestw” w ogóle tego tak nie odebrałam. Być może faktycznie doświadczę tego w przypadku sagi Pieśń Lodu i Ognia, ale na chwilę obecną jestem naprawdę mocno zaintrygowana światem stworzonym przez Martina.

Dział: Książki
środa, 14 luty 2018 13:16

Cienie

Piąta część cyklu “Komisarz Jakub Mortka” to dowód na to, że Chmielarz jak wino - im starszy, tym lepszy. I chociaż “Podpalacz” ustawił poprzeczkę moich oczekiwań bardzo wysoko, “Cienie” niczym Siergiej Bubka poszybowały jeszcze wyżej.

Zaczyna się banalnie: podwójne zabójstwo - zastrzelone matka i córka. Na miejsce przybywa Mortka, tylko po to, by dowiedzieć się, że strzały oddano z pistoletu Kochana. I od tego momentu akcja się rozkręca.

W powieści jest wszystko - morderstwa, odnajdywanie zwłok po latach, gwałty, lobbing... Zdawać by się mogło, iż autor podczas pracy “przeleciał” połowę części szczególnej (tej opisującej poszczególne przestępstwa) kodeksu karnego, łącząc wszystko w trzymającą w napięciu opowieść. Lekkość i logika z jaką Chmielarz łączy poszczególne wątki to istny majstersztyk. A dodając do tego jego rozeznanie zarówno w procedurze karnej, jak i zasadach kryminalistycznych, można już tylko bić brawo na stojąco, bo akurat merytoryczna warstwa kryminałów najczęściej kuleje. Tu jest inaczej - autor, nie prawnik - odrobił zadanie i nie tylko pisze ciekawie, ale także nie popełnia błędów przyprawiających prawniczą część czytelników o bolesne zgrzytanie zębami.

Chmielarz trzyma poziom również w odniesieniu do postaci. Dalej to osoby nieszablonowe, wzbudzające skrajne emocje, nie będące jednoznacznie dobre lub złe. Mortka dojrzewa do roli rozwodnika, powoli układa sobie życie, nie zmieniając na jotę swych przekonań co do roli policjanta w życiu społeczeństwa, a jedynie naginając je dla osiągnięcia celów społecznie istotniejszych. Obrzydzenie do Kochana wzrasta w postępie geometrycznym, choć i on potrafi zachować się jak człowiek. Na arenę wydarzeń wkracza Sucha - nowa partnerka Mortki - postać na miarę czasów i feministycznej poprawności - sprawniejsza, lepiej przygotowana do zawodu, bardziej zaciekła i do tego zakręcona na postapokaliptyczne przygotowania dziewczyna. Czytając o niej czasem ma się wrażenie, że to istna Wonderwoman Komendy Stołecznej, ale trzeba Chmielarzowi przyznać, że udało mu się nie doprowadzić do przerysowania tej postaci do stopnia ją ośmieszającego. A że kobiety jak się na coś nakręcą, to są w swych staraniach konsekwentniejsze od mężczyzn, to przecież fakt.

Czas zdarzeń powieści to okres niewiele ponad roku od historii opisanej w "Podpalaczu". Chmielarz powraca do tamtych wydarzeń, wskazuje na łączące te dwie historie elementy, zdarzenia z "Podpalacza" mają swoje konsekwencje w "Cieniach". Taka klamra spinająca cały cykl dodaje mu tylko dodatkowej atrakcyjności, pokazuje coś, co w codziennym życiu jest oczywiste - że nasze działania lub zaniechania ciągną się za nami, by uderzyć w nas konsekwencjami, czasem w najmniej spodziewanych momentach.

W “Cieniach” poszczególne wątki wyjaśniają się po kolei, na sam koniec zostawiając istną wisienkę na torcie. Zakończenie i ustalenie, kto zamordował obie kobiety z początku powieści wręcz wbiło mnie w fotel. Logika tych zdarzeń także. Tak ewidentne, a tak niespodziewane. I właśnie po tym poznaje się prawdziwych mistrzów kryminałów.

Dział: Książki