sierpień 14, 2022

Rezultaty wyszukiwania dla: Akurat

Nakładem wydawnictwa Akurat oraz pod patronaem Secretum ukazał się drugi tom powieści z serii "Ember in the Ashes" pt. "Pochodnia w mroku" Saby Tahir. Jest to zapierająca dech w piersi historia o honorze, miłości, poświęceniu i walce o wolność, która podbiła serca młodych czytelników już w niemal czterdziestu krajach na całym świecie.

Dział: Patronaty
czwartek, 06 lipiec 2017 20:38

"Doskonała" Cecelii Ahern już w lipcu

Prawdziwa doskonałość rodzi się z akceptacji własnych wad.

Rok temu Cecelia Ahern, znana do tej pory z książek obyczajowych, pokazała się w całkiem nowej literackiej odsłonie. „Skaza”, jej debiutancka powieść Young Adult, została nazwana przez „The Guardian” jedną z najlepiej napisanych dystopijnych historii naszych czasów. „Doskonała”, kontynuacja bestsellera irlandzkiej pisarki, w księgarniach od 19 lipca.

Dział: Książki
piątek, 30 czerwiec 2017 11:55

"Wilcze leże" nowość od Fabryki Słów

Od 28 czerwca dostepna jest nowa antologia opowiadań Andrzeja Pilipiuka "Wilcze leże".

Od A jak Anubis do W jak wilkołactwo.
Zanurz się w świat opowieści, w których granica między tym co realne a tym co fikcyjne niebezpiecznie się zaciera...
W życiu Roberta Storma nadchodzi wielka zmiana. Gdy na horyzoncie pojawi się dziewczyna, która ma szanse zostać kobietą jego życia, Robert pozna smak porażki i narazi się wpływowym przeciwnikom. A jedynym wyjściem będzie ucieczka...

Dział: Książki
czwartek, 29 czerwiec 2017 08:37

Nowy dom na wyrębach

Dom na wyrębach to debiutancka i jak dotąd prawdopodobnie najlepsza książka w dorobku Stefana Dardy, jednego z czołowych polskich autorów powieści grozy. Po dziewięciu latach od premiery i kilku innych wydanych pozycjach, pisarz zaskoczył czytelników drugim tomem, wzbudzając tym samym zarówno podekscytowanie, jak i dreszcz niepokoju, czy historia ta nie okaże się jedynie odgrzewaniem starego kotleta.

Nowy dom na wyrębach to bezpośrednia kontynuacja wydarzeń z poprzedniej części, dlatego powinny sięgnąć po niego jedynie osoby, które mają już za sobą jej lekturę. Tym razem jego głównym bohaterem jest Hubert Kosmala, w którego ręce trafia pamiętnik pisany przez Marka Leśniewskiego. Mężczyźnie, ateiście do bólu wręcz twardo stąpającemu po ziemi, trudno jest uwierzyć w opisywane przez przyjaciela zjawiska i wydarzenia, a tym bardziej w niebezpieczeństwo grożące jego najbliższym. Niemniej każda wyprawa do domu w Wyrębach wzbudza w nim coraz większe wątpliwości, zaczynają też prześladować go koszmarne sny. Czy groza, która zalęgła się w starym domu z bali dosięgnie Kosmalę i jego rodzinę?

Drugą główną bohaterką, której wątek przeplata się z narracją poświęconą Hubertowi, jest Ewa Firlej, dawniej zauroczona Leśniewskim i nadal przeżywająca to, co go spotkało. Z czasem uczucie żalu i tęsknoty za Markiem przycicha, między innymi za sprawą nowego znajomego. Czy jednak na pewno jest on tym za kogo się podaje?

Z przyjemnością mogę stwierdzić, że czytelnicy dobrze wspominający stary Dom na wyrębach nie powinni być rozczarowani. Nowa odsłona jego historii nadal zapewnia dreszczyk niepokoju, miejscami przeradzający się w poczucie zagrożenia i grozy. Cieszy fakt, że autor nie wykorzystuje do zdarcia pomysłu na źródło owego horroru znanego z pierwszego tomu, a tworzy nowe na kanwie tego poprzedniego. I to w sposób logiczny (na miarę zjawisk nadnaturalnych oczywiście) i przemyślany.

Mimo że już pierwsze strony niosą atmosferę nieokreślonego do końca zagrożenia, akcja powieści toczy się raczej powoli. Wraz z Kosmalą wracamy do Wyrębów, które po wydarzeniach, jakie miały tam miejsce, straciły bezpowrotnie status sielskiej oazy spokoju. Pojawiają się nowe postaci, wcześniej pojawiające się gdzieś w tle, teraz zaś zyskujące na znaczeniu. Z kolei ci, którzy wcześniej odgrywali znaczące role, teraz pojawiają się epizodycznie. Taki zabieg to ciekawy eksperyment pozwalający spojrzeć na bohaterów z innej perspektywy.

Książkę kończą słowa, które potrafią czasem wyprowadzić z równowagi nawet najspokojniejszego czytającego. Okazuje się, że jest to zaledwie koniec części pierwszej, która dobiega końca w chwili, gdy właściwa akcja zaczyna nareszcie nabierać tempa. Przez niemal całą powieść autor podrzuca kolejne wątki i powoli rozwija je, rozbudzając ciekawość i pobudzając wyobraźnię, lecz nie doprowadza do kulminacji. W rezultacie, książkę można odebrać jako preludium przed kolejną częścią, na który – miejmy nadzieję – nie będziemy musieli zbyt długo czekać.

Darda dba o to, by czytelnik poczuł specyficzny klimat lat 90. Nie ma mowy o powszechnie dostępnych telefonach komórkowych, a jeśli główny bohater potrzebuje do kogoś zadzwonić (co zdarza się dosyć często), używa żetonów i budek telefonicznych. Popija piwo EB i słucha kaset Grzegorza Turnaua, a policjanci jeżdżą wysłużonym poldkiem. Ma to swój urok i osoby pamiętającym dobrze tamte czasy z pewnością niejeden raz uśmiechną się pod nosem z nostalgią. Czasem autor pozwala sobie też na innego rodzaju puszczanie oka do czytelnika, jak choćby zmuszając niektórych bohaterów do snucia planów pobytu na Manhattanie akurat w czasie ataku na WTC, mającego nastąpić pięć lat później.

Podsumowując, wbrew obawom, że Nowy dom na Wyrębach będzie jedynie bazował na sukcesie poprzedniego tomu, Darda stworzył przemyślaną i wciągającą, lecz nadal nieskończoną historię, po którą powinni sięgnąć wszyscy, którym spodobał się historia Marka Leśniewskiego. Powieść zachowała niepokojącą atmosferę, w którą warto ponownie się zanurzyć. Oby tylko jej kontynuacja ukazała się już wkrótce!

Dział: Książki
wtorek, 13 czerwiec 2017 09:09

Retrowizja odc. 7 - "Czarownice" (1922)

Witam w kolejnym odcinku Retrowizji, w której zajmujemy się zakurzonymi horrorami, filmami fantasy oraz kinem science-fiction z początku wieku. W poprzednim tekście przyglądaliśmy się "Furmanowi śmierci" Victora Sjöströma, który stał się inspiracją dla Kubricka i Bergmana. Dziś pozostajemy w mroźnej Szwecji i zajmiemy się filmem, którego przynależność gatunkowa jest raczej mętna, jeśli można tak powiedzieć.

Dział: Retrowizja

Chodził podminowany i wściekły na cały świat. Miał ochotę wreszcie wyjść, zapolować, uciszyć trawiące go żądze, jednak, po ostatnich wydarzeniach, w okolicy wciąż kręciło się zbyt wiele policji.

Tego małego zesłały mu chyba niebiosa!

Spotkali się na trzecim piętrze, tuż przy drzwiach Witczaka, gdy chłopiec akurat zbiegał z góry po schodach.

- Kolego – zagadnął dzieciaka – lubisz kolejki elektryczne?

- No pewnie! – Oczy dwunastolatka już wcześniej płonęły wesołym blaskiem, ale teraz pojaśniały jeszcze bardziej.

- Wejdź do mnie, to dostaniesz taką, jakiej jeszcze chyba nigdy nie widziałeś. Mój syn już z niej wyrósł.

Chłopiec nie zawahał się ani przez moment, pomimo że nigdy nie słyszał o synu tego mężczyzny. Nikomu na osiedlu nie mógł przecież ufać bardziej...

*

Noce nie były spokojne.

Szamotanina i jęki zakneblowanego, związanego jak baleron dzieciaka, dobiegające z sąsiedniego pokoju były jednak na tyle ciche, że nikt inny nie miał prawa ich usłyszeć.

Bardziej dokuczały te dziwne omamy słuchowe.

Wściekły, nieludzki, niemal diaboliczny kobiecy szept sączył się przez sufit z czwartego piętra... „Zostaw mojego syna. Nawet nie myśl o tym, by go skrzywdzić, bo niczego nie będziesz żałował bardziej...”

Wtedy Witczak się uśmiechał i myślał nie o tym czy, ale o tym jak go skrzywdzi. Te myśli były zawsze najprzyjemniejsze.

Za każdym razem.

*

- Dobrze, że wrócił pan już po urlopie. Ten zwyrodnialec znów zaatakował.

- Zaraz zabieram się do roboty. Gdzie to się stało tym razem?

- Na pańskim osiedlu. Być może nawet znał... zna pan to dziecko?

- Zaraz przejrzę akta i od razu biorę się do roboty. Dopadnę go, panie inspektorze. Nie spocznę, dopóki tego nie zrobię.

- Właśnie taką mam nadzieję, komisarzu Witczak. Ten skurwysyn nie może dłużej pozostawać bezkarny.

Dział: Secretum Grozy
poniedziałek, 12 czerwiec 2017 14:34

Powieść Sabaa Tahir w czerwcu!

"Ember in the Ashes. Pochodnia w mroku" Sabaa Tahir od Wydawnictwa Akurat pojawi sie 28 czerwca w księgarniach!

Po dramatycznych wydarzeniach podczas czwartej Próby, Elias i Laia uciekają z Serry i ścigani przez wojańskich żołnierzy ruszają w podróż po bezdrożach Imperium.

Dział: Książki
wtorek, 30 maj 2017 13:06

Konkurs - "Śpiący giganci"

Powieść na miarę „Jurassic Park”, „World War Z” i „Marsjanina”, po mistrzowsku łącząca elementy thrillera, fantastyki i powieści przygodowej. Kiedy pod jadącą rowerem Rose zapada się ziemia i dziewczynka ląduje na ogromnej metalowej dłoni, nikt nie podejrzewa, że to zwiastun wydarzeń, które pchną losy ludzkości na nowe tory. Siedemnaście lat później Rose realizuje swoje marzenie: trafia do zespołu, którego zadaniem jest rozwikłanie tajemnicy zagadkowego artefaktu. Jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki na całej planecie spod ziemi wyłaniają się ukryte przez tysiące lat, kolejne elementy kolosalnych posągów-robotów. Skąd się wzięły? Czemu miały lub mają służyć? Jaka rola przypadnie Rose w rozwikłaniu zagadki?

Dział: Zakończone
wtorek, 02 maj 2017 19:45

Dom z liści

„Dom z liści” Marka Z. Danielewskiego był jedną z najbardziej wyczekiwanych powieści zeszłego roku, tym bardziej, że data polskiej premiery, była przez Wydawnictwo Mag wielokrotnie przesuwana. Kontrowersyjna pod względem formy, mroczna pod względem treści, czy rzeczywiście warta jest takiej atencji?

To nie jest dla ciebie.

Pisarz o polsko brzmiącym nazwisku jest synem, Tadeusza Zbigniewa Danielewskiego, awangardowego reżysera, który po wojnie w 1948 wyemigrował do Stanów Zjednoczonych Ameryki. Jest to o tyle interesujący wątek biograficzny, że ma swoje odbicie w „Domu z liści”. Rodzina Navidsona, podobnie jak rodzina Danielewskich, podporządkowana była projektom filmowym głowy rodziny. Mark opublikował powieść w formie papierowej dopiero w 2000 r., dziesięć lat zabrało autorowi zdobycie wydawcy na swój ekscentryczny projekt.

„Dom z liści” wymaga nietrywialnego wysiłku ze strony czytelnika, aby jego zawartość mogła zostać odczytana. To idealna definicja powieści, a tak naprawdę literatury ergodycznej, czyli takiej, w której „czytelność” zależy od współgrania czytelnika z tekstem i jego decyzji, którą część tekstu przyswoi. Bardzo ciężko przeczytać „Dom z liści” litera po literze, nie opuszczając fragmentów. Dlaczego? Oto odpowiedź....

Rozpocznę nietypowo od formy. Tekst napisany jest co najmniej czterema typami czcionek o różnej wielkości od 6 do 14 pkt., w różnych krojach, jak i kolorach, z przekreśleniami i podkreśleniami. A to dopiero początek. Tekst zapisywany jest tradycyjnie w jednym ciągu, ale również w dwóch kolumnach, zapisywany jest również do góry nogami, w rogu stronicy, ale również u dołu lub u góry, w dodatkowych okienkach, na marginesach, czasem jest to jedno słowo na stronie, czasem trzeba czytać z dołu do góry, ponieważ akurat fragment obrócony jest o 45°, a bywa że nie ma tekstu, tylko jest kropka. Tak, kropka, duża, czarna, albo kilka kropek. Nie można sobie tej ekscentryczność zapisu wyobrazić, a tym bardziej opisać, należy sięgnąć po książkę. „Dom z liści” liczy sobie dokładnie 786 stron, wydana jest w twardej oprawie, więc samo trzymacie tego kolosa o wymiarach 23 cm na 16 cm na 4,5 cm wymaga niezłej krzepy, a jeszcze całe to tomiszcze trzeba wprowadzać w ciągłą rotację podczas lektury. Czemu służą takie graficzno-literowe wyróżnienia? Oto odpowiedź....

Powieść składa się z trzech narracji (powiedzmy). Hmm..., ale która jest pierwsza?! Dobrze, zacznę od tej, która rozpoczyna książkę, czyli od Johnnego Wagabundy. Johnny za sprawą swojego znajomego Lude'a znajduje pracę oraz niezliczone zapiski Zampanò. Historia Johnnego pisana jest Courier New we Wstępie, a potem w formie przypisów. Życie Johnnego zawarte zostało więc „na marginesie” całej historii, tym bardziej, że przypisy jego autorstwa nie dotyczą wyłącznie Zampanò, a przede wszystkim jego trudnego życia. A kim jest Zampanò? To drugi narrator, niewidomy stary człowiek, dziwak, który pozostawia po sobie zaskakującą schedę, a mianowicie pracę analityczną dotyczącą Relacji Navidsona. Ta część narracji obfituje w niebagatelną ilość przypisów naukowych i pseudonaukowych, odsyłaczy bibliograficznych i załącznikowych, a także cytatów i fragmentów z nie istniejących prac. I na koniec ostatnia narracja to tzw. Relacja Navidsona. Jest to film z pogranicza found footage i cinéma-vérité, nakręcony przez Willa Navidsona, znanego fotografa wojennego, który przedstawia jego przeprowadzkę z rodziną do nowego domu. Ta ostatnia narracja ma wpływ na życie wszystkich narratorów, bardzo dogłębny i bezpośredni, nie tylko rodzina Navidsonów przeżywa przerażające chwile w swoim nowym domu, ale ich doświadczenia mają realny wpływ na Zampanò i Wagabundę. A o czym jest film? Oto odpowiedź...

W domu, do którego się przeprowadził Will z Karen i ich dwójką dzieci, Chadem i Daisy, pojawiają się drzwi do pomieszczenia, które początkowo brane jest za garderobę. Z czasem okazuje się, że pomieszczenie to ma niezwykłe właściwości, czasem jest ono małe, a czasem prowadzi w głąb labiryntu. Zawsze jednak panuje tam dotkliwa ciemność.

„Domu z liści” nie można zaspoilerować, jest on wielowymiarowy, wielowątkowy, zagmatwany i nie-czytelny. Określany jest o horrorem, jednak nie jest straszny, przejmujący, mroczny, owszem, ale nie wywołuje dreszczy, przynajmniej u mnie. Czy warto po niego sięgnąć? Tak i nie. Cytując fragment z książki: „Kto czyta zbyt szybko lub zbyt wolno, niczego nie zrozumie”. I to jest najlepsza rada, jaką mógł dać autor. Dla tej powieści trzeba wygospodarować CZAS. Jak już przebrniemy przez pierwsze pięćdziesiąt stron i przyzwyczaimy się do ciągłych dygresji w formie przypisów, odciągania uwagi od głównego wątku, to potem należy czytać tę powieść systematycznie i płynnie, inaczej jej się nie zrozumie. Historia rodziny Navidsonów, ich przyjaciół, tajemnica domu, to nie tylko spooky story, ale przede wszystkim opowieść o relacjach między ludźmi, którzy czasem szukają siebie po omacku w ciemnościach, a czasem gubią się w meandrach życia, jak w labiryncie.

„Dom z liści” nie wiem, czy jest powieścią dla kogokolwiek. Jest trudna w odbiorze, Czyta się ją źle, chyba że się podejdzie do niej ergodycznie i poświęci część tekstu, na rzecz płynniejszej i przyjemniejszej lektury. Opasłe tomiszcze ciąży w ręku, a historię prawdę powiedziawszy można by skrócić do może trzystu stron. Dla mnie „Dom z liści” to przede wszystkim wyrwany kawałek z życia. Tylko dzięki uporowi skończyłam tę książkę i uważam, że każdy podobnie zawzięty czytelnik powinien od autora dostać specjalny dyplom uznania. Jeżeli uważacie, że moja recenzja jest zagmatwana, to nic w porównaniu z książką. Uprzedzam jednak, że jeśli się w tę historię zagłębicie, to będzie ona siedziała w was do ostatniej strony i nie pozwoli sięgnąć po żadną inną.

Dział: Książki
wtorek, 18 kwiecień 2017 10:58

Najdłuższa noc

Byłam w sporej grupie ludzi, którzy wiele sobie obiecywali po „najdroższym polskim serialu”, czyli Belle Epoque. Byłam też w niewiele mniejszej grupie ludzi, którzy po pierwszym odcinku tegoż poczuli głębokie rozczarowanie – drogie kostiumy i scenografia nie były w stanie zakryć naiwności scenariusza i nijakich bohaterów. Liczyłam, że szeroko rozreklamowana produkcja obroni się jednak – w formie książkowej. Dlatego też z wiarą sięgnęłam po „Najdłuższą noc” autorstwa scenarzystów serialu, Marka Bukowskiego i Maciej Dancewicza.


Historia zaczyna się u progu XX wieku, równolegle w Krakowie, gdzie dokonywane są morderstwa na przypadkowych – zdawałoby się – kobietach, oraz na płynącym na Madagaskar statku Legion, na którym znajduje się między innymi młody Polak Jan Edigey-Korycki. Edigey uciekł z rodzinnego miasta po nieszczęśliwym – wskutek starań rodzin obu stron – romansie z arystokratką Konstancją, jednak wkrótce dowiaduje się, że musi wrócić do Polski: zmarła jego matka. Tymczasem w Krakowie dawny znajomy Jana, Henryk Skarżyński, w swym eksperymentalnym laboratorium wykorzystującym najnowsze osiągnięcia nauki w służbie kryminalistyki, wraz z wyemancypowaną siostrą Weroniką pracuje nad odkryciem tożsamości mordercy kobiet. Niebanalny intelekt Skarżyńskich w połączeniu z odwagą i determinacją Jana stają się potężną bronią przeciwko nieuchwytnemu zbrodniarzowi i skostniałym metodom śledczym galicyjskiej policji…


Powyższy opis z konieczności skrótowo i bez spojlerów oddaje to, co można znaleźć zarówno w książce, jak i w serialu. Nie wiedząc, jak dalej potoczyły się wydarzenia w Belle Epoque, mogę z całą pewnością rzec jedynie, że fabuła pierwszego odcinka i książki w pewnym momencie się rozchodzą. To dobrze, ponieważ czytelnik, który widział chociaż kawałek serialu, nie ziewnie z nudów. To jednak również źle – z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze, niemal połowę wątku Jana w „Najdłuższej nocy” zajmuje jego podróż na Madagaskar i z powrotem, a także bogate retrospekcje, wskutek czego linia kryminalna sprowadza się do: przyjechał – pokłócił się z policją – dostał mądrą książkę, która otworzyła mu oczy na modus operandi mordercy – zdemaskował mordercę… Wydarzenia dzieją się zbyt szybko, a Jan tak naprawdę nie jest stroną aktywną w śledztwie – dostaje w swoje ręce poszlaki, wpada (dosłownie!) na tropy zamiast faktycznie ich szukać. Jego poszukiwania prawdy są tak chaotyczne, że gdyby nie pomoc imperatywu narracyjnego, nie znalazłby własnego fraka, a co dopiero sprytnego mordercy. Po drugie – okazuje się, że z tym zbrodniarzem to wcale nie taka prosta sprawa i że Jan Edigey-Korycki też może się mylić. To akurat dla logiki książki dobrze. Gorzej, że faktyczne wyjaśnienie zostaje upchnięte w epilogu, przedstawione w sposób naiwny i na zasadzie „…a potem bohater obudził się i odkrył, że cała fabuła niniejszej powieści mu się tylko przyśniła”. To już wolę Jana-superbohatera, który samą swoją obecnością rozwiązuje zagadki kryminalne…


Kolejną bolączką „Najdłuższej nocy” są bohaterowie. Ich jednowymiarowość aż boli. Weronika to Postępowa Feministka, Henryk – Typowy Nieśmiały Intelektualista, Jan – Buntownik z Wyboru, Orest – Ojciec Buntownika… Postacie grają przypisane im role i czynią to równie niewiarygodnie jak aktorzy w serialu Belle Epoque. Brak pogłębionego psychologizmu, możliwości wczucia się w bohaterów. Gdyby to był klasyczny kryminał stylizowany na epokę Agaty Christie, byłoby to uzasadnione, ale „Najdłuższa noc” nie może się zdecydować, czym właściwie jest. Jeśli kryminałem – pół powieści nadaje się do kosza, ponieważ do śledztwa ma się nijak (mowa o wszystkich egzotycznych przygodach Jana). Jeśli prozą gotycką (czy wręcz neogotycką, biorąc pod uwagę rozszalały postmodernizm w opisach przestrzeni) – brak psychologii i fabuły, która pozwala poczuć dreszczyk.


Czy jest zatem coś, co się Bukowskiemu i Dancewiczowi udało? Niewątpliwie to język i przestrzeń topograficzna tekstu. Czytając „Najdłuższą noc”, poczułam mrok krakowskich uliczek, napięcie wiszące w powietrzu, zobaczyłam gaszone lampy uliczne. Madagaskar udał się autorom trochę gorzej, ale opisy są nadal wysokiej jakości. Z tekstu tchnie brud, mrok i niebezpieczeństwo, podszyte absurdalną nutką postmodernistycznych zagrywek (chociażby smakowite odniesienia do krakowskiej rzeczywistości XXI wieku, by wymienić tylko wszechobecny smog). Naprawdę szkoda, że w tym misternie zbudowanym świecie zabrakło fabuły, tak jak w kosztownej scenografii Belle Epoque zabrakło spójnej i wiarygodnej historii.

Dział: Książki