Rezultaty wyszukiwania dla: Świat Książki

Jego życie jest iluzją. Jej kłamstwo ryzykownym posunięciem. Czy dwoje outsiderów może ocalić królestwo? 

Dział: Książki
piątek, 27 marzec 2026 13:25

Zdrada Isengardu

 

„Zdrada Isengardu” to książka bardzo szczególna. Nie jest powieścią, nie jest też klasycznym dodatkiem do „Władcy Pierścieni”. To raczej wejście na zaplecze wielkiej opowieści, do miejsca, w którym wszystko dopiero powstaje. Trochę jak zajrzenie do pracowni artysty – zamiast gotowego obrazu widzimy szkice, poprawki, notatki i momenty zwątpienia. To właśnie w tym tkwi wartość tej książki.

O czym jest książka

Tom (w sumie już siódmy) pokazuje moment, w którym „Władca Pierścieni” dopiero się kształtuje. J.R.R. Tolkien zmienia jeszcze koncepcje wydarzeń, rozwija postacie, zastanawia się, jak powinny wyglądać poszczególne miejsca i jakie znaczenie będą miały dla całej historii. Możemy obserwować, jak powstaje Isengard i Orthank. Jak rozwija się wątek Sarumana i jego zdrady. Całe Śródziemie powoli rozszerza się o nowe krainy i ludy. W książce znajdują się różne wersje tych samych scen. Są w niej fragmenty map, notatki i szkice. Pojawiają się także komentarze Christophera Tolkiena, który pokazuje, jak bardzo ta opowieść zmieniała się w trakcie pisania i jak wyglądała praca jego ojca nad kultową historią.

Moja opinia i przemyślenia

Największe wrażenie robi tutaj sam proces twórczy. Można zobaczyć Tolkiena nie jako pomnikowego autora, ale jako człowieka, który skreślał, poprawiał, zmieniał zdanie, szukał lepszych rozwiązań. Nagle okazuje się, że Śródziemie nie powstało jako gotowy świat, tylko rosło powoli, czasem chaotycznie, czasem bardzo metodycznie.

Bardzo ciekawe jest też spojrzenie na Sarumana. Jego zdrada nie pojawia się nagle – widać, jak Tolkien stopniowo budował tę postać, jak zmieniał jej motywacje i charakter. Dzięki temu zdrada Sarumana staje się bardziej zrozumiała i bardziej ludzka.

To jednak nie jest książka do czytania jak powieść. To książka do podczytywania, do zatrzymywania się na fragmentach, do analizowania. Momentami jest bardzo techniczna, pełna komentarzy i porównań wersji tekstu. Jednak jeśli ktoś kocha Tolkiena i jego świat, to jest to po prostu fascynujące.

Podsumowanie

„Zdrada Isengardu” to książka dla osób, które chcą zobaczyć, jak powstawał „Władca Pierścieni” i jak wyglądała praca Tolkiena od kuchni. To zapis procesu twórczego, a nie klasyczna historia, dlatego wymaga cierpliwości i uważnego czytania. W zamian daje jednak coś wyjątkowego – możliwość zajrzenia do samego serca Śródziemia, jeszcze zanim stało się legendą.

Dział: Książki
środa, 25 marzec 2026 10:50

Nick Primeon. Anegrtush

„Czy wojna nie nauczyła cię jeszcze, że w walce o wyższe dobro są rzeczy ważniejsze niż prawda?”

Miłośnicy różnorodnych przygód, będą zachwyceni. Powieść intensywnie nasycona incydentami, w zasadzie od jednego natychmiast przechodzi się do drugiego. Dynamiczna akcja sprzyja wciągającemu zaczytaniu. Drugi atrakcyjny wabik to klimat książki, szeroko rozumiana fantastyka, w której nie brakuje barwnych elementów z wielu jej podkategorii. Co więcej, scenariusz zdarzeń okazuje się zgrabnie osadzony nie tylko w perspektywie wszechświata i kosmicznych podróży, ale również pojedynczych planet i walki o przetrwanie na nich wobec wrogich zamiarów przeciwników.

Marek Szymąński reprezentuje lekki i przyjemny styl pisania, odbiorca treści chętnie się mu poddaje. Ciekawe opisy świata, nie są innowatorskie, ale sympatycznie czerpią inspiracje z klasycznych dzieł science fiction i fantasy. Bardziej wprawiony w poznawaniu gatunków szybko dostrzeże nawiązania i podobne wzorce. Dialogi dopełniają fabułę od strony wyjaśnień i emocji, okazują się zrównoważoną dawką z pozostałymi elementami treści.

Duży plus za konsekwentne trzymanie się portretu kluczowej postaci, chociaż przyznaję, że w drugiej odsłonie serii Nick Primeon stracił nieco na kalejdoskopie motywów, umiejętności i genetycznych cech. Niemniej jednak chętnie śledzi się walkę dobra ze złem, pragnienia z przeznaczeniem, obecności z wykluczeniem. Powstają refleksje związane z zagadnieniami moralnych oszustw, ryzyka podwójnej gry, ceny likwidacji jednostek dla dobra ogółu.

Polityka nie zna litości, to twardy dyktator na arenie wszechświata, czy jest jakakolwiek szansa, aby ukierunkować ją w pożądaną stronę, wykluczyć zdradę i uniknąć sprzeniewierzenia się? Jak odnaleźć się w misternie utkanej sieci kłamstw i pozorów? Jak dostrzec, kto jest prawdziwym przyjacielem i wsparciem, a kto mami poparciem, a tak naprawdę dba jedynie o własne wpływy i zaspokojenie żądzy władzy? Czy współpracując z czarną i mroczną siłą, nie narażamy się na przeniknięcie jej w nasz światopogląd i ambicje?

„Nick Primeon. Anegrtush” to propozycja czytelnicza, która kipi przygodą, czaruje kosmosem, wabi mrocznymi intrygami. Zaprasza do poważnej gry o wszechświat, ale ze szczyptą humoru. Zanim się za nią weźmiesz, poznaj pierwszy tom „Nick Primeon”.

Dział: Książki
środa, 25 marzec 2026 10:38

Zagadka świątecznej zbrodni

 

„Boże, chroń nas przed naszymi przyjaciółmi, tak ochoczo broniącymi naszej reputacji przed oskarżeniami, które mogłyby bez tego w ogóle nie paść”.

Pierwsze spotkanie z twórczością Susan Gilruth zaliczyłam do intrygujących w przyjemnej odsłonie. Zapewniało mocne dobre wrażenia, odwołujące się do zabawy z czytelnikiem w dokonywanie przypuszczeń i interpretacji. Atrakcyjność fabuły przekonywała z różnych ujęć. Autorka naszpikowała scenariusz zdarzeń tropami i zwątpieniami, mocno zagęszczoną kryminalną zagadką, co więcej, znalazła jeszcze przestrzeń dla delikatnych obyczajowych nut. Gładko wchodziłam w akcję, chętnie przewracałam strony, dokonując przypuszczeń, jak potoczą się losy śledztwa. Odpowiadało mi, że dochodzenie prowadzone było od strony amatorki i doświadczonego policjanta, zaś ich opierająca się na osobliwych relacjach współpraca ubarwiała liczne incydenty.

Bohaterowie, zarówno pierwszoplanowi, jak i z drugoplanowi, przekonująco odmalowani. Nie brakowało różnorodności osobowości, skrywanych sekretów i stopniowo ujawniających się ambicji. Liane, kluczowa postać powieści, wystąpiła w roli narratorki. Frapująco było towarzyszyć jej myślom, próbom logicznego ułożenia zdarzeń, zrozumienia okoliczności i wysunięcia prawidłowych wniosków podczas odkrywania tożsamości mordercy. Gilruth udanie mieszała w obsadzie książki, sprawiając, że do końca nie mogłam być pewna motywów i zamiarów grona osób. Świetnie bawiłam się w odnajdywanie wskazówek prowadzących ku prawdzie, wielokrotnie poległam w procesie interpretowania i dedukcji, z uśmiechem łapałam się na błędne opinie.

Odpowiadał mi klasyczny format i klimat „Zagadki świątecznej zbrodni”. Od początku pojawiały się złowróżbne sygnały, przesądne znaki, odciągające od zamierzeń incydenty. Fantastyczne zagranie autorki, aby od razu wprowadzić czytelnika w złowieszczą sferę czegoś, co wywoływało dreszcze. Zanim jednak doszło do śmierci i jej konsekwencji dla otoczenia zmarłego, miałam okazję przyjrzeć się bliżej uczestnikom spektaklu zbrodni. I to też był zręczny chwyt osadzenia odbiorcy opowieści w gronie rodziny i znajomych ofiary. Urzekł klimat angielskiej wioski, spowitej śniegiem, przygotowującej się do grudniowego święta, skontrastowany z nagłym przeczuciem nadciągającej katastrofy i zderzony z okrucieństwem mrocznej strony ludzkiej natury.

Ile osób, tylu podejrzanych, a każdy dzień fabuły wnosił coś nowego do odszyfrowania kryminału. Rodzinne utarczki, zazdrosne spojrzenia, wylęknione wnioski, tchnienie śmierci, wredne plotki i spekulacje zakrojone na szeroką skalę, niezrozumiałe drobne szczegóły i dziwne niezgodności. Znakomite pole popisu do uruchomienia szarych komórek i dojścia do sedna sprawy. Wszystko w powolnym rytmie opisów i dialogów, ze wsparciem wścibskich osądów, pochopnych oskarżeń, sędziowskiego oka, chińskiej porcelany, pięknych kwiatów, aktorskich zdolności i atrakcyjnych kobiet. Przygoda czytelnicza, chociaż napisana ponad siedemdziesiąt lat temu, przekonała zawartością i zachęciła do poznania innych książek autorki.

Dział: Książki
poniedziałek, 05 maj 2025 17:22

Four Ruined Realms. Cztery stracone królestwa

 

Czy znasz takie książki, które od pierwszych stron przypominają, że zaufanie bywa najdroższą walutą, a zemsta potrafi połączyć silniej niż wspólny cel? Cztery stracone królestwa to drugi tom serii Pięć pękniętych ostrzy autorstwa Mai Corland i powrót do świata, w którym nikt nie jest krystaliczny, a każda decyzja ma swoją cenę. Wracamy do drużyny, która już raz się rozpadła. Teraz musi działać razem. Bo nie ma wyjścia.

O czym jest książka

Król Joon rozegrał wszystkich po mistrzowsku. Zamiast śmierci – nowa misja. Trzydzieści dni, jeden boski artefakt i królestwo Khitan, do którego nikt nie ma wstępu. Pierścień należy do królowej Quilimar, siostry Joona. Dotarcie do niej graniczy z cudem, a próby kończą się śmiercią.

Bohaterowie – Mikail, Aeri, Royo, Euyn, Sora i Tiyung – niosą ze sobą bagaż zdrad z pierwszego tomu. Wciąż mają sekrety, ciche dni i niewypowiedziane pretensje. Jednak wspólny cel powoli ich zbliża. Khitan okazuje się królestwem rządzonym według feministycznych zasad, co jest ciekawym i dobrze wplecionym akcentem światotwórczym. Nic nie jest tu jednoznaczne. Nawet władza.

Moja opinia i przemyślenia

Największą zaletą książki pozostają bohaterowie. Moralnie szarzy. Poranieni. Uparci. Każdy z nich ma coś do stracenia, dlatego współpraca staje się koniecznością, nie wyborem. Relacje są napięte – wybaczenie to jedno, zrozumienie drugie. Euyn i Mikail oddaleni. Aeri wikła się we własne kłamstwa. Sora tęskni, boli, zostaje w pamięci na długo.

Szczególnie intrygujący jest Mikail – arcyszpieg o wielu twarzach, który wszystko wie, wszystko planuje, ale coraz trudniej odgadnąć, kim naprawdę jest. Royo nadal kryje potencjał, który aż prosi się o rozwinięcie w kolejnym tomie. Narracja wieloosobowa działa tu zaskakująco dobrze – krótkie, dynamiczne rozdziały utrzymują tempo i napięcie, bez chaosu.

To fantastyka drogi, pełna trudnych wyborów, poświęceń i narastającej chęci zemsty. Brutalna momentami, z wyraźnymi trigger warnings – zdecydowanie nie dla każdego, mimo oznaczenia 14+.

Warto też wspomnieć o wydaniu – książka ukazała się nakładem Wydawnictwo Jaguar i naprawdę cieszy oko: twarda oprawa, barwione brzegi, format, który wyróżnia się na półce.

Podsumowanie

Cztery stracone królestwa to mocna kontynuacja, która nie zwalnia tempa i pogłębia emocjonalne rysy bohaterów. Świetnie poprowadzona intryga, dobrze zarysowany świat i zakończenie, które zostawia z niedosytem. 

Jeśli pierwszy tom jest już za Tobą, nie ma odwrotu. A jeśli nie – lepiej nadrobić. Bo ta historia jeszcze się nie skończyła.

Dział: Książki
niedziela, 18 styczeń 2026 08:33

Pobłysk

„Bałeś się tego, czego nie znałeś…
Często boimy się rzeczy, których nie znamy”.

Sądziłam, że zapoznam się z powieścią, jak to mam w zwyczaju, w jeden dzień. Jednak zorientowałam się, że to typ książki, który zyskuje przy kilku spotkaniach. Przy większej dawce czułam lekkie znużenie, a jedno czy dwudniowa przerwa działała na korzyść opowieści. Podobało mi się bezpardonowe rozprawianie się z postaciami bez względu na odcień bieli, szarości i czerni. Czułam niedosyt podkręcania zagrożenia i trwogi w opisach scen. Fantasy wypełniała krwista czerwień i smród spalonych ciał czarownic. Autor zdecydował się na wariant ostrych i szybkich cięć, miało to zaskakujący powab, ale skutkowało szybkim zakończeniem czegoś, z czego można było więcej wycisnąć z korzyścią dla klimatu powieści. Brutalność wykreowanego świata, bezwzględność osób nim rządzących, wszechogarniająca obsesja, to elementy działające na korzyść „Pobłysku”. Atrakcyjnie wzniecały silne emocje wobec wrogości i niesprawiedliwości. Grzegorz Bobin wręcz delektował się mrocznością ludzkiej natury, a mnie to pasowało.

Książka udanie przeplatała elementy horroru i fantasy. Oba gatunki zostały wymieszane ze swobodą i naturalnością. Tak jak perspektywa dreszczowca przypadła mi do gustu, miała w sobie coś, co sprawiało, że czekałam na kolejny mocny incydent, tak wykreowany nadprzyrodzony świat, oparty na filarze magii i baśni, nie w pełni przekonywał. Przeszkadzała naiwność i łatwowierność głównych bohaterów, nawet uwzględniając młody wiek i to, że siłą rzeczy, wiele musieli się nauczyć. Miałam wrażenie, że w tym aspekcie czytałam książkę dla młodego czytelnika, nieprzywiązującego wagi do uszczegółowionego otoczenia, pogłębienia portretów postaci, stopniowalności przemian w widzeniu świata i siebie samego. Zgrzytały mocne uderzenia intrygi z prowadzeniem relacji pary Płomyk i Kozik.

Jednak z uznaniem odebrałam finałową odsłonę powieści, fantastycznie, że autor wybrał wariant pod prąd oczekiwań i poza przyjętymi schematami. „Pobłysk” poprowadził ścieżkami przygody po różnych krainach, lekcjami zdobywania magicznej wiedzy, silnych zaklęć, unikalnymi kocimi temperamentami zderzającymi się z długimi cieniami ludzkiej natury. Baśniowo, z lekkim odwołaniem do natury średniowiecza, mrożącą krew w żyłach legendą wszechogarniającej wilgoci i grząskich bagien, miast ogarniętych nienawiścią i obsesją.

Dział: Książki
niedziela, 18 styczeń 2026 08:27

Dziki, mroczny brzeg

„Trauma żyje w zwierzętach tak samo, jak w kolejnych pokoleniach ludzi”.

Ogromna satysfakcja czytelnicza. Książka bardzo wciągnęła i co warto podkreślić, z wielu perspektyw. Od strony intrygującej fabuły, trzymającej w napięciu, subtelnie rozwijającej wątki, umożliwiającej prawdzie wypłynąć na powierzchnię oceanu uczuć. Również ze względu na szalenie przekonujące uchwycenie piękna przyrody. Nie nastawiałam się na typowy thriller, byłam uprzedzona o oryginalności powieści, a i tak mocno zaskoczyła na plus. Nie potrafiłam wskazać, czy bardziej zaangażowałam się w zdumiewające bogactwo fauny i flory, tylko pozornie opuszczonej przez naturę wyspy, czy w złudnie zwyczajną historię ludzi czasowo na niej przebywających.

Z radością poruszałam się po stronach książki, chłonęłam słowa i przekazy, śledziłam wzory narracji autorki, ale co dla mnie bardzo cenne w przypadku przygód czytelniczych, tworzyłam własną przestrzeń przeżywania w trakcie odbioru opowieści. Zachwycałam się solidnymi umocowaniami scenariusza zdarzeń do egzystencji naturalnych mieszkańców skrawka lądu i człowieka. Odkrywałam i analizowałam wiele stycznych, węzłów zależności, wzorów zachowań, skrajnych postaw i odczuć. Charlotte McConaghy wrażliwie i z wyczuciem oprowadzała po łamiącej serce i podającej w wątpliwość prawo istnienia gatunku ludzkiego, historii wyspy, po tym, co teraz się z nią działo, i jaka jawi się jej przyszłość.

Jednolicie brzmiały ważne ekologiczne przesłania, nienachalne i niebezpośrednie, jednak nakłaniające do pochylenia się nad cennymi świadectwami istnienia, nawet najmniejszym ziarenkiem życia. Doskonałość ekosystemu wyspy, zadziwiające fakty o nim, krążąca wokół prawda, że nie ma życia bez innego życia, śmiało przebijały się do mojej świadomości. Smucił kontrast tego, co wyspa oferowała światu z pazernością człowieka, toksycznym wpływem na środowisko, bezwzględnym wyborem własnego gatunku.

Autorka przebiła się przez mój pancerz wyboru niedostrzegania wielu spraw powiązanych z ochroną natury, bym nie musiała cierpieć poprzez obrazy i słowa, ze względu na niemoc dokonywania znaczących zmian. Uruchomiała najgłębsze pokłady mojej wyobraźni i obudziła wrażliwość na krzywdę wyrządzaną przez człowieka przyrodzie. Z bólem czytałam, chociażby o pingwinach i wielorybach, tym bardziej że w trakcie lektury z zachwytem dostrzegałam detale ich piękna i dzikości. Podobało mi się, że McConaghy zastosowała prostolinijność i przenośnię w stwierdzeniu, że to, co dajemy światu, po jakimś czasie wraca do nas, często zwielokrotnione.

Uważnie przyglądałam się życiu walczącemu na wyspie otoczonej oceanem w sztormowych okolicznościach, szarpanej przez potężne zrywy wiatru, lodowatą wodę i wszechobecny piasek. Miejsce odcięte od świata, w ekstremalnych warunkach pogodowych, w promieniu wielu tysięcy kilometrów bez żadnego lądu, z najbliższą daleką sąsiadką Antarktydą. Delektowałam się klimatem izolacji, braku możliwości wezwania pomocy, trzymania się życia z uporem godnym podziwu. To także niesamowity klimat powietrza gęstego od niespokojnych duchów zmarłych, obecności śmierci tak bliskiej, na wyciągnięcie ręki, walki o każdy ruch i oddech.

Pisarka intrygująco obrazowała to, co działo się z czteroosobową rodziną, kiedy ocean wyrzucił na plażę umierającą kobietę. Ojciec i trójka dzieci, żyjący na wyspie obiekcie dziedzictwa światowego UNESCO, pilnujący Światowego Banku Nasion ONZ, mierzą się nie tylko z twardymi warunkami środowiska, ogromną stratą z przeszłości, ale również z tym, co nieznajoma kobieta wnosi w ich życie. Dziewięciolatek Orly, zamiłowany w wiedzy o przyrodzie, siedemnastoletnia Fen, pływająca niczym podwodne zwierzę, osiemnastoletni Ralf, z siłą młodego mężczyzny. I otaczający ich opieką Dominic, narzucający ojcowskie spojrzenie na świat i rolę człowieka, starający się trzymać rodzinę w całości. A Rowan, kobieta cudem ocalała podczas sztormu, stopniowo upewniająca się, że coś było nie tak na wyspie, krok po kroku starająca się dociec prawdy, przyjąć udział w niebezpiecznej grze pozorów.

Autorce udało się z jednej strony w bezpośredni i szczelnie przylegający do pamięci i emocji postaci, z drugiej okrężny i przeskakujący nieistotne szczegóły, sposób przedstawić bieg spraw. Sukcesywnie docierałam do źródeł kłamstw, odsłon prawdy i nadrzędnej obiektywności. Poddałam się stylowi narracji, plastycznemu i surowemu jednocześnie, wnikającemu w czytelniczą duszę, przenoszącemu wprost na Shearwater, z latarnią i stacją badawczą. Niezwykła podróż do dzikiej przyrody i w mroczną naturę człowieka, do piękna egzystencji i cudów miłości, świadomej odpowiedzialności i poświęcenia. Wiele mogłabym jeszcze pisać o „Dzikim, mrocznym brzegu”, ale pozostawiam wam radość i satysfakcję z odkrywania kolejnych perspektyw przeżywania opowieści.

Dział: Książki
niedziela, 18 styczeń 2026 08:22

Koniec świata Templariuszy

„Tam, gdzie w grę wchodzą złoto i władza, nie ma miejsca na kompromis”.

Średniowiecze nie należy do ulubionych klimatów czytelniczych, znacznie bardziej cenię starożytność. Jednak, kiedy tytuł przywołał templariuszy, skusiłam się na przygodę z ich udziałem. I nie żałuję, otrzymałam nawet więcej, niż się spodziewałam. Powieść doceniłam z wielu względów. Oczywiście, najważniejszy to moc przykuwania uwagi, entuzjastyczne wciąganie w scenariusz zdarzeń, sprawianie, że nie chciałam odrywać się od stron książki. Przekonało bogactwo postaci oraz to, że autor przydzielił im ciekawe życiorysy, obdzielił atrakcyjnymi osobowościami, uwzględnił nieco tajemniczą przeszłość. Może przydałoby się większe pogłębienie motywów i postaw, ale to, co zostało zaprezentowane, zadowoliło mnie.

Dobrze bawiłam się podążaniem tropem historycznych miejsc, postaci i zdarzeń. Cieszyło mniej lub bardziej fikcyjne dopisywanie szczegółów. Spodobał się styl narracji, plastyczny i sugestywny, z przekonującymi dialogami, łatwymi do przeniesienia przez wyobraźnię opisami, zwróceniem uwagi na detale i emocje. Książka liczyła niemal czterysta trzydzieści stron, a w żadnym momencie nie wywołała wrażenia znużenia czy choćby delikatnego zmęczenia. Bogusław Chrabota doskonale poradził sobie z odpowiednim rozłożeniem intrygi na przestrzeni opowieści. Wciągał wstęp pełen elementów podszytych niebezpieczeństwem i szalonym wyzwaniem, przykuwał uwagę środek wypełniony wyjątkowymi przygodami i apelami, satysfakcjonował finałowy etap scenariusza zdarzeń, zaskakujący odsłoną prawdy o sobie i wierze. Pierwsze spotkanie z twórczością pisarza zaliczyłam do bardzo udanych, zaangażowałam się w poznawanie końca świata templariuszy w spiskowym i bezwzględnym wydaniu.

Świat zamarł trzynastego października tysiąc trzysta siódmego roku. Samo niebo zdawało się ostrzegać ludzkość przed czymś ekstremalnie haniebnym i podłym. Stolicą, z której wypełzło największe zło zazdrości, gęsta od mroku żądza bogactwa i oparta na okrucieństwie zemsta, okazał się Paryż. O ile mieszkańcy miasta, stłamszeni trwogą o własne życie, naznaczeni wrogą i złośliwą propagandą, ograniczeni prostotą rozumowania, mogliby znaleźć, do pewnego stopnia, usprawiedliwienie w oczach odbiorcy, to największy despota ówczesnych czasów, Filip IV Piękny, i jego poplecznicy, już nie. Cudownie wyczuwałam atmosferę grozy ataku na Świątynię, pozbawienie wpływów, zszarganie wizerunku, odebranie życia i majątku templariuszy.

Zakonowi Ubogich Rycerzy Chrystusa i Świątyni Salomona zadano skryty cios w serce, zalewając potężną siłą oszczerstw i okrucieństwa, na zawsze eliminujący z gry religijnej i politycznej. Po bezwzględnej rozprawie z tysiącami wyłapywanych ukrywających się członków, rycerze odziani w biały strój z krzyżami w kolorze krwi Zbawiciela już nigdy się nie podnieśli. Zafascynowałam się losami fikcyjnego Henryka Vaudémonta, przeszłością, służbą i wypełnianiem misji powierzonej przez wielkiego mistrza Jakuba de Molay, strażnika Grobu Pańskiego. Towarzyszyłam kluczowej postaci w wielu podróżach i przygodach, nadziei i zwątpieniu, przyjaźni i zdradzie, życzliwości i oszustwie. Czy naprawdę okazał się człowiekiem na właściwym miejscu, silnym duchem i mieczem? Czy dotarł do najistotniejszej relikwii Francji? Czy poznał największą tajemnicę królestwa? Zakończenie nieco rozczarowało, nie spodziewałam się, że tak mocno przywrze do romantycznej nuty, która zasadniczo wydała mi się przekoloryzowana.

Dział: Książki
czwartek, 15 styczeń 2026 02:42

Mity i legendy starożytnego Egiptu

 

„Egipt był najbardziej samowystarczalny spośród wszystkich krajów starożytnego świata; żył własnym życiem, praktykował własną religię i produkował własne opowieści, niemal całkowicie pozbawione zewnętrznych wpływów, które mogłyby się wywodzić z innych cywilizacji”.

Zadziwiające, jak bardzo ludzkie wierzenia i legendy prezentują się w podobnej odsłonie bez względu na cywilizacje. Opowieści o bogach, władcach i zwyczajnych ludziach napędzane są ludzką wyobraźnią i historycznymi wydarzeniami. Mieszkańcy Egiptu stworzyli opowieści, pozwalające wyjaśnić ówczesną im rzeczywistość, przekazujące przygody, przepowiednie i zaklęcia. Tam, gdzie brakowało wiedzy i pewności, wkradała się magia, jako czynnik zespalający fakty i mity. Legendy przechowywane ustnie, za pomocą hieroglifów, zwojów spisywanych przez skrybów, kapłańskich opowieści, barwnie wypełniały zbiorową pamięć. Egipska cywilizacja sprzed czterech tysięcy lat fascynuje i zachęca do badań, za sprawą odkryć dawnych budowli i artefaktów, które w mniejszym lub większym stopniu zdołały przetrwać do naszych czasów. Szukamy nici powiązań w mentalności ludzkiej, wspólnych przeżyciach i myślach, bo to sprawia, że lepiej poznajemy samych siebie.

Wyrwane od zagubienia i zniszczenia świadectwa opowieści, często złożone z fragmentów pozyskanych z różnych źródeł, ekscytują i wciągają. Nie tylko przebiegiem i przesłaniami, ale również otoczką tajemniczości, w której obracał się starożytny Egipt. Trzy tysiące lat cywilizacji. A my wciąż mało o niej wiemy, pasjonujemy się nowymi odkryciami i interpretacjami. „Mity i legendy starożytnego Egiptu” przeprowadzają czytelnika przez pustynne warunki kraju, wytyczają naturalną nilową ścieżkę, obrazują ścisłą zależność ludzi od rzeki, wyjaśniają obsesję umierania i życia po śmierci. To zaledwie kontekst, wprowadzenie w klimat i cywilizacyjne osiągnięcia. Głównym nurtem książki są opowieści reprezentujące literaturę powstałą na przestrzeni ponad dwóch tysięcy lat, sięgającą nawet pięciu tysięcy lat wstecz, na bazie ustnych przekazów.

Z zainteresowaniem odświeżam wiedzę z mitologii egipskiej, znaczących bogach i faraonach z boskim naznaczeniem, zwyczajnych ludzi, oraz wzajemnych relacjach. Druga część zawiera opowieści magiczne, w ramach których najbardziej imponuje pragnienie człowieka odkrycia kluczy pozwalających zaczarować niebo i ziemię, poznać język wszelakich stworzeń, a także wizyta w Duat, Krainie Umarłych. Trzecia część to opowieści o przygodach, jak o rozbitku, o tym, jak chciwy robotnik przegrał wszystko z wieśniakiem, buncie palestyńskiej Joppy, greckiej księżniczce Helenie Trojańskiej. I inne. Świat starożytnego Egiptu dawno przeminął, utraciliśmy jego obrazy, czujemy zaledwie echo dawnej potęgi, a jednak coś pozostało w zaprezentowanych opowieściach. Czyta się je z misją zrozumienia świadectw boskich intencji, mocy i duszy, w które mocno wierzyli mieszkańcy Egiptu.

Nie jest to obszerna publikacja, chociaż zawiera także kartę czasu, słowniczek, wyjaśnienia, kto jest kim, mapkę i ilustracje. Propozycja na jeden wieczór czytelniczy, przeniesienie się na chwilę w mistyczny egipski świat zawarty w mitach i legendach.

Dział: Książki
czwartek, 15 styczeń 2026 02:31

Zabójcze piaski

 

Igor Kaczmarczyk, autor książki „Zabójcze piaski”, to tłumacz z arabskiego i dyplomata na placówkach w konsularnych świata arabskiego. Dwudziestopięcioletnie doświadczenie mieszkania wśród muzułmanów dokładnie widać w jego najnowszym dziele, które stoi na pograniczu reportażu i literatury obyczajowej. Akcja toczy się w stojącej u progu wielkich zmian Arabii Saudyjskiej. Kraju, w którym religia i tradycja ma często ostatnie słowo, będąc nad prawem państwowym i międzynarodowym.

To nie pierwsza przygoda konsula Tomka w Arabii Saudyjskiej, gdyż książka jest czwartym tomem serii. Tym razem codzienność ambasady nieustannie ściera się z niepokojącym tłem politycznych intryg, prywatnych dramatów i kulturowych napięć. Poznajemy nie tylko jego najbliższe, konsularne otoczenie, w tym nowego konsula Leona Kęskę i jego młodziutką żonkę, ale i dyplomatów z innych krajów (szczególnie USA) czy książęta i rody saudyjskie, które pociągają za wszelkie sznurki tego regionu.

W książce w równych proporcjach miesza się korporacyjne bagienko, pałacowe intrygi, terroryzm, romanse i waśnie rodzinne. Wszystko w dusznej, upalnej atmosferze, pełnej przepychu, często nie do końca zgodnej z zasadami szariatu. Na czoło wysuwają się też kwestie praw człowieka, kobiet i osób LGBTQ. Widać też walkę tradycji z nowoczesnością, nepotyzmu z demokracją.

W książce pojawia się także wątek samotnego podróżnika z Polski. Gdańszczanin Iwo podejmuje się przejścia przez pustynię Rub al-Chali w pojedynkę. Nie zwraca uwagi na porę roku, którą wybrał na swoją wędrówkę ani poziom przygotowania. Ważny jest dla niego cel, czyli zaistnienie w mediach oraz przekazanie listu intencyjnego od Prezydenta Miasta.

Książkę czytało mi się z jednej strony trudno, z drugiej niezwykle płynnie. Trudno, gdyż niektóre wątki, zwłaszcza związane z rozwiązłością seksualną, były wręcz niesmaczne. Płynnie, gdyż dynamiczne wątki były niezwykle spójne. Czasem można było przyczepić się do jakiegoś rozwiązania fabularnego, ale dało się je wytłumaczyć. Każda postać, a było ich sporo, wprowadza coś ciekawego i potrzebnego. Choć nie powiem, czasem czułam się przytłoczona ilością wprowadzonych bohaterów i nawet cieszyło mnie, że niektórzy brutalnie zostali wykreśleni z kart książki.

Jedno książka pokazuje idealnie: nie ma miejsc jak z bajki. Możesz być i dziedzicem fortuny, księciem koronnym, a nie zaznasz spokoju. Bogactwo potrafi nie mniej zmęczyć jak bieda, tyle że walczysz nie z głodem czy chorobami, a ambicjami najbliższych. Ukazuje, jak często jesteśmy ofiarami tradycji, intryg, tego, co ludzie powiedzą. I że właściwie nie ma przed nimi żadnej ucieczki.

Dział: Książki