Rezultaty wyszukiwania dla: Uniwersum DC
Flash. Póki czas się nie zatrzyma. Tom 2
Drugi tom runu Simona Spurriera to moment, w którym przestaje się zastanawiać, „o co tu właściwie chodzi?”, a zaczyna dostrzegać większy plan. Po pierwszym albumie miałam wrażenie chaosu. Dużo pomysłów, metafizyka na pełnym gazie, postacie wytrącone z równowagi. Tutaj wszystko zaczyna układać się w bardziej czytelny wzór. Nadal jest dziwnie. Nadal jest ambitnie. Jednak tym razem ta dziwność ma sens.
Wally West wciąż zmaga się z rozchwianą Mocą Prędkości i konsekwencjami własnych międzywymiarowych podróży. Central City nie ma lekko – speedsterzy wpadają w tarapaty, Amanda Waller pociąga za sznurki, a rzeczywistość zaczyna się niepokojąco marszczyć. Do tego dochodzą Arkanioły, zgromadzenie Thawne’ów i poczucie, że coś fundamentalnego w strukturze czasu pęka.
Tytułowe „Póki czas się nie zatrzyma” staje się fabułą, a nie tylko hasłem. To motto Wally’ego. Obietnica dana Lindzie. Deklaracja miłości, która ma trwać mimo rozpadu wszechświata. Czas i uczucie – dwa główne filary tej historii.
Spurrier idzie w stronę metafizyki, ale nie zapomina o emocjach. Relacja Wally’ego z Lindą wybrzmiewa naprawdę ładnie, momentami wręcz poetycko. Ciekawie poprowadzono też wątek Barry’ego Allena – jego rola mentora i punktu odniesienia dla Wally’ego zyskuje tu nową głębię.
Największa zmiana? Drugi tom lepiej waży proporcje. W pierwszym miałam poczucie przesytu – zbyt wiele wątków, zbyt wiele dziwnych zachowań bohaterów, które trudno było od razu zaakceptować. Tutaj część z tych decyzji zostaje sensownie wyjaśniona. I nagle wcześniejszy chaos zaczyna wyglądać jak zaplanowana konstrukcja.
Podoba mi się, że Spurrier nie idzie w prostą historię o biciu złoczyńców i ratowaniu dnia. Wprowadza wątek walki wewnętrznej, podważa stabilność Mocy Prędkości, bawi się mitologią Flasha. Reverse-Flash? Obecny, ale wykorzystany inaczej, niż można by się spodziewać. Nie jako oczywisty „wielki zły”, tylko element większej, bardziej złożonej układanki.
Nie wszystko działa idealnie. Niektóre wątki z pierwszego tomu – choćby praca Wally’ego w Terrifictechu – zostają potraktowane po macoszemu. Finałowa konfrontacja z kosmicznymi przeciwnikami zostawia lekki niedosyt. Czasem wciąż bywa zbyt gęsto, zbyt konceptualnie.
Za to warstwa graficzna – bardzo mocna. Ramón Pérez i gościnni rysownicy świetnie oddają dynamikę biegu, ale też tę półpłynną, niestabilną rzeczywistość. Kadry momentami przypominają bardziej oniryczne wizje niż klasyczny komiks superbohaterski. I to pasuje. Ten świat nie ma być stabilny.
„Flash. Póki czas się nie zatrzyma. Tom 2” to ambitna, momentami wymagająca historia. Niekoniecznie najlepszy punkt startowy dla nowych czytelników, ale bardzo ciekawa propozycja dla tych, którzy czują przesyt standardowym superbohaterskim schematem.
Spurrier rozwija postać Wally’ego Westa, ryzykuje, eksperymentuje. Nie wszystko wychodzi idealnie, ale widać wyraźną wizję i konsekwencję. A to w długich runach bywa cenniejsze niż bezpieczne odtwarzanie sprawdzonych motywów. Jeśli lubisz, gdy komiks o Flashu jest bardziej o czasie, tożsamości i relacjach niż o samym biegu – ten tom może cię naprawdę wciągnąć.
Spiderman Deadpool Póki śmierć nas… Tom 2
Gdyby ktoś zapytał, jak wygląda najbardziej nieprawdopodobny bromans w uniwersum Marvela, odpowiedź jest prosta – Deadpool i Spider-Man. Dwóch bohaterów, dwa skrajne temperamenty i jedna wspólna misja: siać chaos, ratować świat (niekoniecznie w tej kolejności) i przy okazji sypać żartami, ile wlezie. Drugi tom serii Spider-Man/Deadpool – Póki śmierć nas… kontynuuje ich przygody, tym razem z jeszcze większym rozmachem, choć niekoniecznie z lepszym skutkiem.
W tej części duet Wade’a Wilsona i Petera Parkera wpada w kolejne kłopoty – a raczej sam je sobie funduje. Deadpool jak zwykle igra z prawem i moralnością, handlując sprzętem S.H.I.E.L.D. na czarnym rynku, podczas gdy Spider-Man próbuje posprzątać ten bałagan, zachowując przy tym resztki zdrowego rozsądku. Na ich drodze pojawia się nowy gracz, Slapstick – dosłownie żywa kreskówka – a także starzy znajomi, tacy jak Kameleon, Kraven czy Arcade. W tle natomiast rozgrywa się miniaturowy dramat zderzenia linii czasowych, który sprawia, że przyszli, postarzeni wersje obu bohaterów trafiają do głównego uniwersum Marvela.
Całość to mieszanka misji, bijatyk, parodii i absurdalnych przygód, w których nawet rekiny uzależnione od Netfliksa mają swoje pięć minut. Słowem – Marvelowska jazda bez trzymanki.
Ten tom to czysta rozrywka – i tylko rozrywka. Nie ma tu ani fabularnej spójności, ani głębszej refleksji, ale jest za to morze żartów, popkulturowych odniesień i scen, które można by określić jako komiksowy odpowiednik filmu akcji klasy B. Czasem zabawne, czasem męczące. Humor bywa celny, choć częściej przewidywalny, a „dośmieszanie” dialogów polskimi wstawkami wypada, niestety, niezręcznie.
Największym problemem drugiego tomu jest brak pomysłu na to, czym ta seria ma właściwie być. Pierwszy tom miał jeszcze świeżość – dwóch bohaterów, dwa światy, zderzenie charakterów. Tutaj zostaje tylko echo tamtej chemii. Każda historia to osobny epizod, jakby scenarzyści – Robbie Thompson, Gerry Duggan i inni – nie mogli się zdecydować, w którą stronę pójść. Nawet dynamika relacji Spider-Mana i Deadpoola została spłaszczona do powtarzalnego schematu: jeden gada, drugi przewraca oczami.
Na poziomie graficznym widać jeszcze większą nierówność. Bachalo, Hepburn, Koblish – każdy rysuje po swojemu, co samo w sobie nie jest złe, ale brak wizualnej spójności sprawia, że tom wygląda jak składanka z kilku serii. Kolorystyka raz krzyczy, raz blednie, a momentami trudno stwierdzić, czy mamy do czynienia z parodią, czy po prostu chaosem.
Spider-Man/Deadpool. Póki śmierć nas… to lektura dla tych, którzy nie szukają sensu, tylko dobrej zabawy. Dla fanów Wade’a i Petera to zapewne obowiązkowa pozycja, choć niekoniecznie satysfakcjonująca. Pomysły są, potencjał też, ale w wykonaniu brakuje konsekwencji i lekkości, która czyniłaby tę serię wyjątkową.
To komiks, który bawi, o ile nie próbujemy brać go zbyt poważnie. A jeśli już ktoś chciałby zobaczyć, jak Deadpool i Spider-Man naprawdę tworzą duet marzeń – lepiej sięgnąć po pierwszy tom. Ten drugi to raczej przerywnik między lepszymi historiami niż pełnoprawna kontynuacja.
Tytani. Świat Bestii. Tom 1
O "Tytanach. Świat bestii" było głośno od momentu zapowiedzi. Tom Taylor, po sukcesach "Nightwinga" i "Injustice", otrzymał w swoje ręce drużynę, która zawsze pozostawała nieco w cieniu Ligi Sprawiedliwości. Teraz jednak to Tytani przejmują pałeczkę i mają udowodnić, że są gotowi bronić świata na własnych zasadach. Brzmi ambitnie? I właśnie takie jest to otwarcie.
Po wydarzeniach z "Mrocznego Kryzysu" świat potrzebuje nowych bohaterów. Liga Sprawiedliwości przestaje istnieć, a ciężar jej obowiązków spada na barki Tytanów. Nightwing zostaje liderem, a u jego boku stają: Raven, Beast Boy, Starfire, Cyborg i Donna Troy. Ich cel: działać otwarcie, uczciwie, bez tajemnic.
Niestety, to tylko teoria. Amanda Waller znów knuje, Kościół Krwi powraca, a w Wieży Tytanów zostaje znaleziony martwy Flash. A to dopiero początek katastrofy.
Tom Taylor jak zawsze stawia na relacje – to jego znak rozpoznawczy i tutaj również sprawdza się doskonale. Beast Boy i Raven to serce tego tomu. Ich relacja jest autentyczna, ciepła, momentami zabawna, a chwilami bolesna. Autor ukazuje ich nie jako superbohaterów, lecz ludzi zmagających się z poczuciem winy, strachem i miłością. To właśnie te sceny budują emocjonalny fundament całej opowieści.
Świetnie wypada także Nightwing – pewny siebie, ale świadomy odpowiedzialności, jaka na nim spoczywa. To lider, który nie tylko walczy, ale też scala drużynę. Niestety, nie wszyscy bohaterowie dostali tyle samo uwagi. Starfire i Donna Troy pozostają w tle, co przy takiej obsadzie wydaje się niewykorzystanym potencjałem.
Fabuła... momentami pędzi jak Flash. Dużo się dzieje: od kosmicznych zagrożeń, przez polityczne intrygi, po mistyczne rytuały. Niektóre wątki mogłyby złapać oddech, inne – zasługują na więcej miejsca. Miejscami historia wydaje się przeładowana, przez co traci spójność. Mimo to trudno się oderwać – tempo, błyskotliwe dialogi i humor Taylora robią swoje.
Ilustracje to czysta przyjemność. Nicola Scott i Ivan Reis tworzą efektowny, dynamiczny świat, idealnie oddający ducha Tytanów – młodszych, buntowniczych, ale też dojrzalszych niż wcześniej. Kadry są żywe, kolory intensywne, a sceny akcji – naprawdę imponujące.
"Tytani. Świat bestii" to bardzo solidny początek nowej serii. Taylor udowadnia, że potrafi pisać historie drużynowe z sercem i charakterem, choć chwilami fabuła wymyka się spod kontroli. Świetna chemia między bohaterami. Piękne rysunki i wiele emocji sprawiają jednak, że to komiks, po który warto sięgnąć. Nawet jeśli wcześniej nie śledziło się losów Tytanów.
Jeśli lubisz opowieści o grupie bohaterów, którzy muszą dorosnąć do swoich ról, mierząc się z potworami i własnymi słabościami – ten tom jest dla ciebie. A wszystko wskazuje na to, że kolejne części będą jeszcze lepsze.
Amazing spider-men. Korporacja Beyond
„Korporacja Beyond” to jeden z tych tomów, które otwierają nowy rozdział w historii Spider-Mana. Tym razem nie chodzi jednak o Petera Parkera – bo on leży nieprzytomny w szpitalu – ale o jego klona, Bena Reilly’ego. Ben, wspierany przez potężną i wpływową Korporację Beyond, wskakuje w pajęczy kostium i przejmuje rolę obrońcy Nowego Jorku. Na papierze wygląda to na idealne rozwiązanie: świetne zaplecze technologiczne, pełne wsparcie i szerokie możliwości. Jednak jak to zwykle bywa, diabeł tkwi w szczegółach. Korporacja nie działa bezinteresownie, a wpływ na wizerunek i decyzje bohatera staje się tu jednym z ciekawszych wątków.
Sam Ben Reilly wypada całkiem nieźle. To postać, która balansuje między chęcią udowodnienia swojej wartości a ciężarem bycia „tym drugim” Spider-Manem. Nie próbuje zastąpić Petera, raczej szuka własnej drogi, a to sprawia, że łatwo go polubić. Problem w tym, że poza nim reszta postaci wypada dość płasko – brakuje relacji, które mogłyby dodać opowieści głębi. Scenarzyści skupili się głównie na akcji i dynamice, więc fabuła momentami przypomina typowy rollercoaster. Nieustanne starcia, kolejne zagrożenia i szybkie rozwiązania. Dobrze się to czyta, ale jeśli ktoś oczekuje choćby odrobiny głębi, może poczuć niedosyt. Moim zdaniem to komiks dobry dla nastoletnich czytelników, a nie dorosłych z sentymentem do uniwersum.
Graficznie album prezentuje się bardzo dobrze, mimo że pracowało nad nim kilku rysowników. Styl nie jest jednolity, ale właśnie ta różnorodność dodaje mu energii. Szczególnie warto zwrócić uwagę na design kostiumu Bena. Udane połączenie klasyki z nowoczesnością. Rysownicy świetnie poradzili sobie także z perspektywą w scenach walki. Dzięki temu akcja jest czytelna i widowiskowa. Stonowana kolorystyka pozwala zachować równowagę między dynamiką a przejrzystością. Ogólnie stronę graficzną oceniam bardzo wysoko.
„Amazing Spider-Man. Korporacja Beyond” to komiks solidny, dynamiczny i atrakcyjny wizualnie. Nie rewolucjonizuje świata Marvela, ale sprawdza się jako przyjemna rozrywka. Zwłaszcza dla tych, którzy chcą zobaczyć, jak Ben Reilly radzi sobie w roli Pająka. Jeśli ktoś liczy na głębsze refleksje czy przełomowe rozwiązania fabularne, może się rozczarować. Jeśli jednak szuka dobrze narysowanej, szybkiej i pełnej akcji historii, będzie zadowolony.
Mroczny Rycerze ze Stali. Wojna Trzech Królestw
Zapomnijcie o wieżowcach, batmobilach i niewidzialnych odrzutowcach – w tym świecie Superman przeskakuje strzeliste zamki, Batman dosiada rączego rumaka, a Wonder Womanszybuje na dostojnym pegazie. W tym alternatywnym uniwersum DC nic – ani nikt – nie jest tym, czym się wydaje.
Catwoman. Rzymskie wakacje
Wakacje w Rzymie? Brzmi jak marzenie. Ale jeśli nazywasz się Selina Kyle i jesteś najlepszą złodziejką w Gotham, to nawet urlop zamienia się w ryzykowną rozgrywkę. „Catwoman. Rzymskie wakacje” to nieformalny spin-off znanych fanom Batmana serii „Długie Halloween” i „Mroczne zwycięstwo” — tyle że bez Batmana na pierwszym planie. Tym razem wszystko kręci się wokół Catwoman i jej osobistej wyprawy do Włoch, gdzie zamiast słońca i spokoju czeka ją mafia, toksyny Jokera i więcej pytań niż odpowiedzi.
Selina opuszcza Gotham — z jednej strony chce odpocząć, z drugiej: ma konkretny cel. Pragnie poznać prawdę o swoim pochodzeniu, a Rzym wydaje się kluczem do rodzinnych tajemnic. W podróży towarzyszy jej Człowiek-Zagadka (Riddler), który równie często przeszkadza, co pomaga. Na miejscu szybko okazuje się, że Włochy też mają swoje cienie: toksyczne relacje z rodziną Falcone, trupy, dziwne sny z Batmanem, płatny zabójca, a do tego Cheetah – złowieszcza i ostra jak brzytwa.
Każdy rozdział odpowiada kolejnemu dniu tygodnia, choć chronologia momentami się rozjeżdża. Mimo to historia ma wyraźny rytm – prowadzona z narracją pierwszoosobową, daje wgląd w myśli i emocje Seliny. To ważne, bo właśnie ten osobisty ton odróżnia „Rzymskie wakacje” od innych komiksów Loeba i Sale’a.
Fabuła jest prosta, momentami przewidywalna – tajemnica pochodzenia Seliny nie zaskakuje szczególnie mocno, a zakończenie nie wywraca stolika. Ale tu nie o twisty chodzi. Największym atutem komiksu jest atmosfera: duszna, elegancka, zmysłowa. I sama Catwoman, która w końcu dostaje przestrzeń, by być sobą – nie tylko jako obiekt fascynacji Batmana, ale jako pełnoprawna bohaterka z własnym konfliktem wewnętrznym.
Jeph Loeb prowadzi narrację lekko, z przymrużeniem oka, balansując pomiędzy pulpą a dramatem. Mamy tu trochę humoru, trochę flirtu, trochę melancholii. A rysunki Tima Sale’a? Rewelacja. To jeden z tych duetów scenarzysta–rysownik, który rozumie się bez słów. Styl Sale’a – miękki, przerysowany, a jednocześnie elegancki – idealnie pasuje do klimatu tej opowieści. Selina wygląda świetnie w każdym kadrze (i wie o tym), ale nie jest to nachalne – to część jej tożsamości. Kadry z Rzymem potrafią oczarować, podobnie jak sekwencje akcji i sceny snów.
Nieco kuleje struktura – pomysł z dniami tygodnia jako tłem rozdziałów wydaje się zbędny, bo nie wnosi realnej konsekwencji w narracji. Na szczęście nie przeszkadza to w czytaniu.
„Catwoman. Rzymskie wakacje” to nie obowiązkowy punkt w batmańskim uniwersum, ale bardzo przyjemna „przerwa od Gotham”. Komiks, który daje Catwoman zasłużony moment w centrum uwagi, a czytelnikom szansę spojrzeć na nią z nowej strony: mniej jako złodziejkę, więcej jako kobietę z pytaniami bez odpowiedzi.
Nie jest to historia, która zostaje na długo, ale na pewno warta przeczytania – szczególnie jeśli lubisz dobrze narysowane opowieści z klimatem noir, lekką dawką intrygi i bohaterką, która wie, czego chce. Albo przynajmniej bardzo się stara to odkryć.
Dzieciołap
Agnieszka Miela to autorka, która konsekwentnie buduje swoje miejsce w polskiej fantastyce, sięgając po mroczne klimaty, grozę i mitologię w nietuzinkowy sposób. Jej twórczość charakteryzuje się wyraźnym zamiłowaniem do poetyckiego języka, silnych emocji i bohaterów z pogranicza światów – żywych i martwych, ludzkich i nadprzyrodzonych. „Dzieciołap” to kolejna odsłona tego literackiego uniwersum, w którym ciemność nie jest jedynie tłem, ale pełnoprawnym bohaterem.
Fabuła książki przenosi nas do ponurego, brudnego miasta, w którym dzieci giną w tajemniczych i brutalnych okolicznościach. Główny bohater, Samuel – istota balansująca na granicy śmierci i życia – powraca, by wraz z osobliwą towarzyszką Raon stawić czoła tytułowemu Dzieciołapowi. To opowieść przesycona niepokojem, w której nie brakuje odwołań do dawnych wierzeń i legend, a także bardzo fizycznie odczuwalnej grozy. Autorka z wprawą buduje napięcie i prowadzi czytelnika przez miasto pełne przemocy, tajemnic i przeklętej historii, nie bojąc się brutalnych scen i emocjonalnego rozdarcia bohaterów.
„Dzieciołap” to lektura dla tych, którzy lubią, gdy powieść nie tylko opowiada historię, ale też wciąga w duszny klimat i nie pozwala zapomnieć o sobie długo po zakończeniu lektury. Mroczny, sugestywny język i gęsta atmosfera z pewnością przypadną do gustu miłośnikom dark fantasy i grozy. Z drugiej strony, nie jest to książka dla każdego – niektórych może przytłoczyć ciężar emocjonalny, surowość opisu czy specyficzny styl narracji. To powieść wymagająca, ale jeśli dasz jej szansę, odwdzięczy się opowieścią, która drąży pamięć jak cierń w świadomości.
Sandman Uniwersum. Kraina koszmarów. Szklany dom. Tom 2
Witajcie z powrotem w świecie, gdzie sny mają zęby, a koszmary noszą okulary przeciwsłoneczne. Drugi tom „Kraina koszmarów” z serii Sandman Uniwersum to kontynuacja mrocznej podróży zapoczątkowanej przez Jamesa Tyniona IV, który z pietyzmem rozwija dziedzictwo Neila Gaimana. Jeśli pierwszy tom był jak szept z zaświatów, to „Szklany dom” przypomina krzyk niesiony przez zakurzone korytarze Śnienia – nieco bardziej chaotyczny, ale nadal intrygujący.
Koszmar z zębami zamiast oczu – czyli Koryntczyk – wraca, by kontynuować swoją krwawą misję. Tropiąc tajemniczego Uśmiechniętego Człowieka, przemierza świat jawy i snu, zahaczając o siedziby korporacji, podziemne kluby i... tajemnicze domy z przeszłością. Nie jest sam – na jego drodze stają m.in. Ken, żyjący teraz hedonistycznym życiem w Kalifornii, Max, funduszowy nerwus z problemami moralnymi, oraz Tesalia, czarownica, która jak zwykle wie więcej, niż mówi.
Choć fabularnie historia wciąż krąży wokół śledztwa i próby rozwikłania zagadki śmierci Madison Flynn, to tym razem więcej tu dygresji, nowych wątków i... zamieszania. Tynion nie idzie po linii prostej, raczej kreśli spirale, które czasem prowadzą do ciekawych miejsc, a czasem po prostu zawracają.
Nie ukrywam – po pierwszym tomie miałem wysokie oczekiwania. Tam wszystko działało jak dobrze naoliwiony mechanizm: klimat, narracja, symbolika, postaci. Tutaj... jest inaczej. Momentami zbyt wiele dzieje się naraz, przez co fabuła traci swój rytm, a pewne wątki wydają się wprowadzone „na doczepkę”. Pojawia się sporo nowych postaci, część ciekawa, część niekoniecznie zapadająca w pamięć.
Ale! Nadal jest tu to, za co kochamy Sandmana: magia, groza, poetyka snu, mitologia przeplatająca się z nowoczesnością. Tesalia jak zwykle elektryzująca. Koryntczyk – przerażająco fascynujący. Ilustracje autorstwa Lisandro Estherren i innych rysowników – surowe, niepokojące, z doskonałym wyczuciem atmosfery.
Co ciekawe, sama tajemnica przestaje być głównym motorem napędowym – ważniejsze staje się obserwowanie postaci, ich interakcji i wewnętrznych rozterek. To trochę jak jazda nocą po nieznanej drodze – może nie wiemy, dokąd dokładnie zmierzamy, ale nie możemy przestać patrzeć przez okno.
„Szklany dom” to tom pełen sprzeczności. Z jednej strony kontynuacja mrocznego, intrygującego uniwersum zbudowanego przez Gaimana i rozwijanego przez Tyniona z dużą pieczołowitością. Z drugiej – opowieść, która chwilami gubi narracyjny rytm i rozprasza się w nadmiarze pomysłów.
To komiks zdecydowanie dla dorosłych – pod względem tematyki, nastroju i narracji. Dla fanów Sandmana – pozycja obowiązkowa, choć z lekką adnotacją: „nieco mniej wdzięku, nieco więcej chaosu”. Ale w końcu – czy nie taki właśnie powinien być koszmar?
Zapowiedź: Cały ten Marvel
Zdobywca nagrody Eisnera dla najlepszej książki związanej z komiksami.
Pierwszy kompletny przegląd liczącej aż pół miliona stron historii wydawnictwa Marvel Comics.
Cały ten Marvel. Książka autorstwa uznanego eksperta, który przeczytał wszystkie 27 tysięcy komiksów o superbohaterach Marvela już 4 czerwca w księgarniach.
Tiffany Obolała. Jak być czarownicą
Zdarza się, że trafiamy na książki, które już od pierwszej strony sprawiają, że czujemy pozytywne wibracje. I choć „Jak być czarownicą” Tiffany Obolałej wizualnie może przywodzić na myśl książkę dla dzieci, w środku kryje się coś naprawdę ciekawego. To podręcznik. Kompendium. Przewodnik duchowy i satyryczna perełka w jednym. Książka, która mówi głosem czarownic z Kredy – mądrych, silnych i do bólu prawdziwych kobiet.
O czym jest książka
To fikcyjny poradnik, napisany z przymrużeniem oka przez Tiffany Obolałą – młodą czarownicę z uniwersum Świata Dysku Terry’ego Pratchetta. Tyle że w praktyce przemawiają przez niego także inne, znacznie bardziej doświadczone wiedźmy, takie jak babcia Weatherwax, niania Ogg, panna Tyk czy babcia Obolała. To one tworzą fundamenty tej „magicznej edukacji”.
Znajdziemy tu porady praktyczne (jak rozpoznać elfa, jak używać miotły, kiedy nie ufać wróżkom), ale też rozważania filozoficzne: czym naprawdę jest magia? Jak być sobą, gdy świat próbuje nam to odebrać? I – może przede wszystkim – jak być czarownicą, niekoniecznie w dosłownym znaczeniu tego słowa.
Moja opinia i przemyślenia
Nie trzeba być fanem Świata Dysku, żeby docenić ten tytuł. Jasne, osoby znające tomy cyklu wyłapią więcej smaczków, ale nowi czytelnicy z łatwością odnajdą się w tej narracji. Tiffany to postać, którą chce się śledzić – mądra, bystra, czasem złośliwa, ale zawsze autentyczna.
Forma książki jest przemyślana i wielowarstwowa. Narracja łączy się tu z przypisami od innych czarownic, co daje efekt rozmowy i wspólnego dzielenia się wiedzą. Niektóre fragmenty są zaskakująco wzruszające, inne rozbrajająco zabawne. Humor jest pratchettowski do szpiku kości – inteligentny, sarkastyczny, ale nigdy złośliwy. Ogromnym atutem wydania są ilustracje autorstwa Paula Kidby’ego – klimatyczne, dopracowane, momentami wręcz hipnotyzujące. Zachwyca też samo wydanie — twarda oprawa, kredowy papier, elegancki druk, wytłoczenia… książka, którą aż chce się czytać.
Natomiast za warstwą estetyczną kryje się piękne przesłanie. O odpowiedzialności, empatii, sile kobiet i o tym, że czarownicą można być niezależnie od tego, czy nosi się czarny kapelusz.
Podsumowanie
„Tiffany Obolała. Jak być czarownicą” to elegancki przewodnik po magicznym rzemiośle. To książka, która inspiruje, rozśmiesza i zostaje w sercu. Można ją czytać od deski do deski, ale można też sięgać po fragmenty – jak po dobre rady od starej przyjaciółki. Moim zdaniem to tytuł, który rozjaśnia pochmurne dni i daje siłę wtedy, gdy potrzebujemy przypomnienia, że każdy z nas ma w sobie odrobinę magii. Niezależnie od tego, czy urodził się na Kredzie, czy po prostu szuka swojego miejsca w świecie.
