Rezultaty wyszukiwania dla: UNIWERSUM DC
Overwatch - zapowiedź nowej gry Blizzarda
Blizzard podczas BlizzConu 2014 jak zawsze podał wiele ciekawych wiadomości, ale najważniejszą z nich wydaje się ta o wydaniu nowej gry - Overwatch. Jest to nie byle jaka informacja, ponieważ ostatnim wielkim tytułem tego producenta był StarCraft z 1998 roku. Oczywiście dotychczasowe uniwersa stale były rozbudowywane i tworzono do nich kolejne dodatki, ale od 16 lat Blizzard nie zaprezentował żadnej nowej produkcji. Co ważne, projekt Overwatch był od dłuższego czasu rozwijany w całkowitej tajemnicy, a jego premiera może nastąpić już niebawem.
WIEDŹMIN powraca w doskonałej formie!
Geralt z Rivii powraca w zupełnie nowej opowieści, długo wyczekiwanym albumie komiksowym – Wiedźmin Dom ze szkła. Historia Białego Wilka ukazuje się nakładem Egmont Polska. W sprzedaży już od 5 listopada br.
Podsumowanie Falkonowych wieści
Falkon zbliża się wielkimi krokami, a w programie coraz więcej atrakcji. Zapraszamy do Lublina - już za tydzień!
Premiera: "Upadek Gubernatora" cz. 2
W październiku ruszyła emisja popularnego serialu The Walking Dead. Bieżące odcinki można oglądać na stacji FOX. Natomiast dzięki Wydawnictwu SQN na rynek trafi wkrótce czwarta książka przedstawiająca historię Philipa Blake'a, znanego jako Gubernator. Premiera Upadku Gubernatora cz. 2 już 5 listopada 2014 roku. Seria powieści The Walking Dead. Żywe Trupy autorstwa Roberta Kirkmana i Jaya Bonansingi to doskonałe uzupełnienie uniwersum, rozwijające je o dodatkowe wątki.
Spotkanie z Tomaszem Kołodziejczakiem
Serdecznie zapraszamy na spotkanie z Tomaszem Kołodziejczakiem, autorem Białej Reduty, książki która jest mistrzowskim popisem erudycji osadzonym w uniwersum Ostatniej Rzeczpospolitej. Tomasz Kołodziejczak podniósł poprzeczkę bardzo wysoko i stworzył powieść dla tych, którzy pragną od literatury czegoś więcej.
Falkonowe wieści
Falkon zbliża się wielkimi krokami. Poniżej przedstawiamy będzie działo sie w Lublinie między 7-10 listopada.
Premiera: "Łowca z lasu"
Wydawnictwo Fabryka Słów z nieukrywaną radością prezentuje okładkę nowej powieści z serii Fabryczna Zona. Książką Andrieja Lewickiego wkraczamy na teren uniwersum gry SURVARIUM, czyli duchowego spadkobiercy kultowego S.T.A.L.K.E.R.a. Powieść ukaże się już 28 listopada!
Krew tyrana
„Królewski wygnaniec" otwierający „Trylogię Valisarów" autorstwa australijskiej autorki Fiony McIntosh zaintrygował mnie na tyle, że z zainteresowaniem sięgnęłam po drugi tom cyklu, który kilka tygodni temu ukazał się nakładem wydawnictwa Galeria Książki. Zakończenie pierwszej części rozbudziło moją ciekawość, więc do lektury zasiadłam z dość wysokimi oczekiwaniami. Na szczęście autorka mnie nie zawiodła - „Krew tyrana" podobała mi się znacznie bardziej niż jej poprzedniczka.
Od brutalnego przejęcia władzy w królestwach Koalicji Denova przez barbarzyńskiego wodza Loethara minęło już dziesięć lat. W tym czasie z brutalnego i okrutnego wojownika przeistoczył się on w bezwzględnego, ale sprawiedliwego władcę, a imperium pod jego rządami wręcz rozkwita. Nie wszyscy jednak zapomnieli o prawowitym następcy tronu, synu zamordowanego króla Brennusa, księciu Leonelu. Jest on już dorosłym mężczyzną, który wkrótce zamierza upomnieć się o swoje prawa. Czy jednak kraj potrzebuje kolejnego rozlewu krwi? Czy poza garstką banitów wśród których Leo ukrywał się przez minioną dekadę, ktokolwiek pamięta jeszcze o dynastii Valisarów? A co więcej, czy ludzie będą gotowi stanąć do walki i ponownie przelać krew, by przywrócić na tron prawowitego władcę, skoro od lat panuje pokój i dobrobyt? Jakby tego było mało, okazuje się, że Leo nie jest jedynym Valisarem, który przeżył i któremu należy się korona...
Akcja wciąga już od pierwszych stron i mimo znacznej objętości tomu, raczej nie znajdziecie w nim dłużyzn czy zbędnych opisów. Dzieje się tak przede wszystkim dzięki mnogości wątków – wydarzenia poznajemy z perspektywy kilkunastu postaci. O ile w pierwszym tomie na pierwszy plan wysuwały się postaci Loethara i Leo, o tyle w drugiej części młody następca tronu został nieco zepchnięty w cień, a do głosu doszły postaci wcześniej drugoplanowe. Autorka rozwinęła część wątków, które wcześniej zostały jedynie delikatnie nakreślone i muszę przyznać, że zrobiła to w pomysłowy sposób. Wiele rzeczy, których mogliśmy być stuprocentowo pewni, nagle ukazanych zostało z innej perspektywy. Postaci, wcześniej postrzegane jako jednoznacznie negatywne, zyskują sympatię, natomiast te będące wcześniej niemalże kryształowe, okazują się skrywać nieprzyjemne sekrety i ujawniać skazy na charakterze.
Najbardziej zaintrygowała mnie postać Pivena, którego w poprzednim tomie mogliśmy poznać jako pięcioletniego chłopca, który mentalnie zatrzymał się na poziomie dwulatka i nic nie wskazywało na to, by miał on kiedykolwiek dorosnąć. Stąd też z zaskoczeniem przyjęłam fakt, że piętnastoletni Piven to młodzieniec nie tylko nad wyraz inteligentny, ale i obdarzony niezwykłymi, choć mrocznymi, mocami. Okazało się, że przyczyną, dla której chłopiec pierwsze lata swojego życia spędził w klatce własnego umysłu i ciała, była magiczna blokada – dopiero jej zdjęcie pozwoliło mu się rozwinąć. Z perspektywy czasu można by się jednak zastanowić, czy nie byłoby lepiej dla niego i dla całego Imperium, gdyby Piven pozostał jedynie naiwnym i dobrodusznym dzieckiem.
W przeciwieństwie do pierwszego tomu, w którym magia była raczej zepchnięta na drugi plan, w „Krwi tyrana" to właśnie ona gra pierwsze skrzypce. Wielu pisarzy przyzwyczaiło nas do postaci magów i wiedźm, zwłaszcza gdy mamy do czynienia z fantasy, którego akcja toczy się w uniwersum przypominającym średniowiecze. Fiona McIntosh poszła jednak w innym, znacznie ciekawszym kierunku. W stworzonym przez nią świecie nie znajdziemy wróżek czy czarownic, za to wielokrotnie spotkamy Obdarowanych – zwyczajnych ludzi posiadających niezwykłe moce. Talenty niektórych są niewielkie, jak choćby przepowiadanie pogody, czy uśmierzanie bólu, inni potrafią znacznie więcej – wpływać na cudzą wolę, a nawet wskrzeszać zmarłych. Najciekawszym jednak pomysłem autorki było stworzenie Patronów, jednego na każdego urodzonego Valisara – ludzi obdarzonych nieograniczoną potęgą, za którą przychodzi im jednak płacić najwyższą cenę.
O ile pod względem fabularnym nie mam powieści nic do zarzucenia (z wyjątkiem pewnego ślubu, który wydał mi się nadmierną komplikacją stworzoną nieco na siłę), o tyle nadal razi mnie sztuczność niektórych dialogów. Przeszkadzało mi to już w pierwszym tomie i z przykrością muszę zauważyć, że w drugiej części sytuacja wcale nie uległa zmianie.
Niemniej jednak, mankament ten nie odebrał mi przyjemności, jaką dała mi lektura „Krwi tyrana". Trylogia coraz bardziej mi się podoba i liczę, że trzeci tom będzie stał na równie wysokim poziomie. Komu mogę ją polecić? Przede wszystkim miłośnikom fantastyki, zwłaszcza tej w bardziej klasycznym wydaniu.
Królewski wygnaniec
Na mieszkańców królestw wchodzących w skład Koalicji Denova padł blady strach – oto ze Wschodu nadciągnęli brutalni i bezwzględni barbarzyńcy, którzy pod wodzą bezlitosnego Loethara podbijają kolejne krainy. W końcu pozostaje im do zdobycia ostatnie, największe królestwo – Penraven, którym władza dynastia Valisarów. Legenda głosi, że niektórzy członkowie tego rodu obdarzeni są niezwykłym darem, zwanym Urokiem Valisarów, i to na jego zdobyciu przede wszystkim zależy barbarzyńskiemu przywódcy. Gdy staje się jasne, że Penraven ulegnie najeźdźcom, następca tronu - dwunastoletni zaledwie książę Leonel - szykuje się do wypełnienia ostatniej woli ojca. Wraz z wiernym przyjacielem i obrońcą, Gavrielem, ma opuścić mury zamku, schronić się w bezpiecznym miejscu, a gdy nadejdzie pora – odzyskać władzę w królestwie.
„Królewski wygnaniec" to pierwszy tom „Trylogii Valisarów" autorstwa australijskiej pisarki brytyjskiego pochodzenia, Fiony Macintosh. Jest to dosyć klasyczne fantasy, zawierające większość kluczowych dla gatunku elementów – królestwo w stanie wojny oraz ukrywającego się prawowitego następcę tronu, a wszystko to zaprawione, zwiększającą się ze strony na stronę, dawką magii. Niby nic nowego, ale autorce udało się stworzyć z tego całkiem ciekawą i wciągającą historię.
Akcja powieści toczy się wielotorowo, a wydarzenia poznajemy z perspektywy kilkunastu postaci. Pozwala to na lepsze poznanie świata przedstawionego w książce, który w znacznej mierze przypomina wczesne średniowiecze, przynajmniej pod względem warunków życia ludzi go zamieszkujących. Nie sposób nie porównać także najeźdźców opisanych przez McIntosh z hordami Hunów, które zaatakowały Europę w czwartym wieku naszej ery.
Zdecydowanie najbardziej intrygującą postacią w powieści nie jest tytułowy bohater, Leonel, a barbarzyński wódz, Loethar. Poznajemy go jako bezwzględnego, żądnego mordu dzikusa, który dzięki talentowi wojskowemu i zdolnościom przywódczym podbił zachodnie królestwa, topiąc je niemalże dosłownie we krwi. Z czasem jednak czytelnik przekonuje się, że jest to postać znacznie bardziej złożona i niejednoznaczna. Zdaje się, że wobec nikogo nie żywi cieplejszych uczuć, nawet jego stosunek do matki, brata i kochanki raczej ciężko nazwać choćby sympatią. Naprawdę przywiązany jest jedynie do kruka, który towarzyszy mu już od trzydziestu lat, a z którym wiąże się pewna tajemnica. Dosyć nieoczekiwanie także Loethar okazuje się łączyć w sobie brutalną żądzę krwi, niepohamowaną ambicję, mściwość i gwałtowność, z pragnieniem sprawiedliwego i spokojnego sprawowania rządów na podbitych terenach. Mam nadzieję, że w kolejnych tomach autorka jeszcze bardziej rozwinie jego wątek, bo zaczął się naprawdę interesująco.
Ze względu na niektóre, niezbyt wprawdzie liczne, jednak dosyć drastyczne sceny, „Królewski wygnaniec" to zdecydowanie książka dla dorosłych czytelników. Towarzysząc głównym bohaterom w ich walce z najeźdźcą, będziemy świadkami wielu morderstw, zabójstwa niemowlęcia, a nawet kanibalizmu. Z jednej strony może to zniechęcić niektórych, co wrażliwszych fanów gatunku, z drugiej jednak strony – czy najazd hordy barbarzyńskich wojowników nie powinien być właśnie krwawy, by wyglądać wiarygodnie?
Jedyne, co drażniło mnie w książce, to dialogi prowadzone przez parę głównych bohaterów –Leonela i Gavriela. Język przez nich używany oraz sposób odzywania się do siebie przywodził mi raczej na myśl współczesnych kolegów z gimnazjum, a nie młodego następcę tronu i jego czempiona. Skoro mamy do czynienia z uniwersum przypominającym średniowiecze, nie do pomyślenia wręcz wydaje się fakt, że jakikolwiek poddany może się otwarcie kłócić z władcą, czy też na niego obrażać i to o głupstwa. Nawet, jeśli pozostają w przyjacielskich stosunkach, takie zachowanie z pewnością nie mieściło się w normach dopuszczalnego zachowania.
Pomijając jednak tę kwestię, książkę czyta się szybko, a jej lektura wciąga, można więc na pewne niedociągnięcia przymknąć oko. Końcowe rozdziały nie tylko nie przynoszą rozwiązania nagromadzonych w powieści tajemnic, a jedynie zwiększają ich ilość, pozostawiając czytelnika z uczuciem niedosytu i chęci poznania dalszej części tej historii. Dlatego też będę z niecierpliwością wypatrywała kolejnego tomu „Trylogii Valisarów", który, mam nadzieję, ukaże się już wkrótce.
Boy7
Zgubiliście się kiedyś w mieście, którego nie znacie? Co czuliście, kiedy okazało się, że wasza komórka nagle straciła zasięg lub kompletnie się wyładowała, znajomi, którzy mieli na was czekać gdzieś się zapodziali, a ludzie w dziwny sposób wyparowali z ulic? Czuliście strach, frustrację, rosnącą rozpacz, a może wszystko na raz? Zmęczeni emocjami wyciągacie olbrzymi plan miasta i postanawiacie ruszyć na poszukiwanie kogoś, kto wskaże wam drogę na najbliższy postój taksówek, ale właśnie wtedy zza zakrętu wyłaniają się spóźnieni znajomi. Wszystkie obawy ustępują miejsca wielkiej uldze. Ogarnia was błogi spokój, jednak co by było, gdybyście się zgubili i przy okazji stracili pamięć?
Bohater powieści holenderskiej pisarki Mirjam Mous budzi się pewnego upalnego dnia na łące. Nie wie, jak ma na imię, kim jest, skąd się wziął na tej przypominającej piekło rozległej połaci wypalonej trawy i dokąd zmierza. Jedyne co ma, to plecak, a w nim butelkę wody, kilka ubrań, szczoteczkę do zębów, rulonik banknotów, zdjęcie jakiegoś brzydkiego budynku i rachunek z Pizza Hut oraz komórkę, na której sam sobie nagrał wiadomość. Wiadomość, od której włosy stają dęba. Zdezorientowany chłopak z wyczyszczoną pamięcią postanawia poznać swoją przeszłość, ale zanim to nastąpi łapie okazję do najbliższego miasta. Autostopowicza "przygarnia" Lara – dziewczyna, która pomaga swojej babci w prowadzeniu niewielkiego pensjonatu. Chłopak szybko wymyśla sobie nowe dane – Boy Seven oraz historyjkę, którą "sprzedaje" starszej pani i jej wnuczce, a potem wynajmuje pokój w pensjonacie i rozpoczyna odkrywanie swojej przeszłości. Każdy dzień to nowy fragment koszmarnej układanki, która składa się na brutalną prawdę o Boyu.
Do powieści „Boy 7" podchodziłam jak pies do jeża – nieufnie i z ciekawością. Nieufnie, bo mimo prześlicznej i intrygującej szaty graficznej (tak, oczy tego chłopaka mnie oczarowały) napis „thriller" skutecznie mnie odstraszał. Nie jestem wielką fanką tego gatunku. Jednak nie spisałam „Boy'a 7" na straty, a to wszystko dzięki ciekawej nocie od wydawcy, która rozbudziła moją wyobraźnię. Tak, nie ma to jak być wrażliwym fantastą i pierwsze, o czym pomyśleć po lekturze tego krótkiego opisu to o trupie kąpiącym się w lepkiej kałuży krwi. Po tygodniu leżakowania „Boy 7" doczekał się swoich pięciu minut. Usiadłam z książką wygodnie w fotelu i zabrałam się za pochłanianie lektury, która bez reszty mnie wciągnęła.
„Boy 7" to jedna z tych powieści, które łapią czytelnika za rękę i wchłaniają w swoje uniwersum jak czarna dziura światło. Historia Boya to swojego rodzaju majstersztyk w stopniowaniu napięcia. Czytelnik niejako wchodzi w skórę tytułowego bohatera i automatycznie przejmuje jego emocje: strach, przerażenie, bezsilność, chwile ulgi, nadziei i razem z chłopakiem układa układankę z fragmentów, które Boy wytrwale zbiera w każdej z pięciu części książki. Każda część to kolejna porcja lęku, niepokoju oraz rozwiązanych tajemnic, od których powieść kipi niczym zupa w garnku. Akcja „Boy'a 7" nie zwalnia w żadnym z rozdziałów. Płynie wartkim, porywającym nurtem, co sprawia, że powieść Mous czytałam z wypiekami na twarzy i momentami zapominałam o bożym świecie i o zaczerpnięciu tchu. Napięcie sprawiało, że nerwy skręcały mi się pod skórą, a niebanalne rozwiązania męczących sekretów, których w powieści jest bez liku sprawiały mi niewysłowioną przyjemność.
Bohaterowie to po prostu magia. Tajemniczy, nieprzewidywalni i do końca idealnie grający role, które stworzyła dla nich autorka. Osobiście sama nie wiedziałabym, komu mam zaufać, bo tak naprawdę żadna z postaci nie wzbudziła we mnie zaufania. Do każdej z nich miałam pewne podejrzenia i po raz pierwszy w trakcie czytania książki zapałałam sympatią i współczuciem tylko do głównego bohatera. Reszta wzbudziła we mnie niechęć i niepokój, od którego drżało mi serce.
„Boy 7" to książka pisana emocjami, a więc językiem prostym i przyjemnym w odbiorze. Brak tutaj niepotrzebnych dłużyzn oraz wymyślnych, lirycznych opisów przyrody oraz wyglądu poszczególnych postaci. Same konkrety, które akurat w tej książce są atutem, a nie wadą.
Mirjam Mous stworzyła powieść niebanalną, intrygującą, z wartą akcją, która zapiera dech w piersiach. Jeśli macie „Boy'a 7" pod ręką, to liczcie się z tym, że nie odłożycie tej powieści, dopóki nie przeczytacie ostatniego zdania z końcowej strony.
