Rezultaty wyszukiwania dla: Ram V
Dzieci gniewu
Ludzie zabijają się – w sekrecie i otwarcie – od początków świata, jednak pojęcie „seryjny morderca" to dopiero wynalazek lat 70. Za jego autora uważa się agenta FBI, Roberta Resslera lub dr Roberta D. Keppela (brak tutaj zgodności, co do konkretnego nazwiska). Swoją popularność termin zawdzięcza mediom, które stosowały go, nagłaśniając przestępstwa Teda Bundy'ego oraz Davida Berkowitza. Za seryjnego mordercę uważa się zabójcę, który uśmiercił trzy lub więcej osób w oddzielnych sytuacjach, co odróżnia go od masowego mordercy (zabicie wielu osób w wyniku jednego ataku) oraz szalonego mordercy (który zabija wielu w różnych miejscach, w odstępie czasu do kilku godzin). Najbardziej rozpoznawalni powszechni mordercy, to niekoniecznie postaci o najdłuższej liczbie zabójstw. Ted Bundy, według różnych źródeł, pozbawił życia od 30 do 100 osób; Heroldowi Shipmanowi udowodniono 218 ofiar; Kubie Rozpruwaczowi zazwyczaj przypisuje się „jedynie" 5 śmierci. Tymczasem w swojej książce „Dzieci gniewu" Paul Grossman kreuje zagrożenie, które pochłania niemal 300 ciał i to... maksymalnie kilkunastoletnich chłopców.
Okładka „Dzieci gniewu" skupia się bardziej na historycznym aspekcie fabuły. Przepalona sepia zdjęcia wąskiej, brukowanej uliczki między kamienicami, połączonymi mostami, wyraźnie kojarzy się z czasami gett. Jednak czarna plama odwróconej, samotnej postaci budzi innego rodzaju niepokój. I ten właśnie niepokój zachęca, by po książkę sięgnąć i choćby tylko zapoznać się z jej opisem.
Willi Kraus, jako Żyd i detektyw pracujący dla Kripo w Berlinie na przełomie lat 20. i 30., nie ma lekkiego życia. Brak zaufania ze strony przełożonych, szykany współpracowników i ogólna niechęć mieszkańców Niemiec wyraźnie dają mu się we znaki. Psychiczne obciążenie wzrasta, gdy Willi dokonuje szokującego odkrycia. W jednym z kanałów ujawniony zostaje jutowy worek, zawierający starannie wygotowane dziecięce kości, przewiązane misternie splecionymi z mięśni sznurkami. Zawartość dopełnia obecność Biblii z zakreślonymi cytatami. Pomimo zaangażowania Williego w sprawę, detektyw niemal natychmiast zostaje od niej odsunięty i przypisany do masowych zatruć poprzez spożywanie kiełbasy. Willi szybko orientuje się, że policja zamierza znaleźć jedynie kozła ofiarnego, który przyjmie na siebie winę za makabryczne zbrodnie, więc stara się zająć sprawą na własną rękę. Tymczasem badania nad zatruciami przynoszą niespodziewane informacje. Czy to możliwe, żeby obie sprawy się ze sobą łączyły? Nad Berlinem pojawiają się chmury związane z Kinderfresser (Dzieciożercą) oraz... rodzącej się ideologii nazistowskiej i początkami kariery Hitlera.
Właściwie od pierwszych stron udaje się autorowi zgrabnie wykreować nastrój grozy i napięcia. Z kolejnych stronic unosi się zapach gnijącego mięsa, bezdomności i zestaw innych aromatów typowych dla wielkich metropolii. Berlin wydaje się wielki i przeraźliwie ciasny jednocześnie. Miniaturyzują go wąskie horyzonty myślowe i wyraźne podziały – na biednych i bogatych, wpływowych i bez znaczenia, na Żydów, Cyganów oraz „prawdziwych" Niemców. Główny bohater zdaje się być jedynym, który jednocześnie nie dostrzega zagrożeń i potrafi patrzeć ponad nimi. Walczy jednak z wiatrakami. Czytelnika ściska coś w środku, gdy na każde pół kroku Krausa naprzód przypadają kolejne dwa w tył. Chęć rozwiązania zagadki jest przytłaczająca, ale tak jak detektywa odsuwają od jej poznania przełożeni, tak i odbiorcy pozostaje – przez bardzo długo – jedynie obejść się smakiem własnych umiejętności dedukcyjnych.
Powieść podzielona jest na cztery główne księgi, z których każda kończy się grą w bardzo wysokiej tonacji emocjonalnej. Nie oznacza to jednak, że jest to tonacja nie do przewidzenia. Grossman wyraźnie wziął sobie do serca zasadę Strzelby Czechowa. Potrzebne do rozwiązania zagadek elementy są bardzo wyraźnie – moim zdaniem nieco zbyt wyraźnie – kreślone od samego początku tej historii.
Sam bohater, chociaż fascynujący ze względu na nietypowe połączenie cech (detektyw Żyd w berlińskim Kripo na przełomie lat 20. i 30.) nieszczególnie mnie do siebie przekonał. Z pewnością jest to postać o wysokich standardach moralnych, zdolna do poświęcenia własnych potrzeb w imię wartości ogółu, jednak chwilami wydaje się dość niespójna. Mężczyzna, który ma za sobą okrucieństwa wojny, umie poradzić sobie z traumami, a jednocześnie kilkukrotnie rozkleja się spoglądając na sceny, które wrażenie mogłyby robić tylko podczas oglądania starannie dopracowanej strategii amerykańskiego twórcy filmowych melodramatów. Czarne charaktery książki, chociaż uargumentowane, wciąż wydają się dość płaskie. Brakuje im pewnego dopracowania, które wyryłoby ich imiona w pamięci czytelnika. Tymczasem zostają w głowie jedynie ich okrutne czyny, zapisujące się w ludzkiej pamięci, niczym dzieła duchów.
Największą zaletą „Dzieci gniewu" jest to, że autor nie ograniczył się do wątku kryminalnego z lekką tylko nutą historii w tle, a z owej historii uczynił pełnoprawnego bohatera. Przemierzające ulice zastępy Hitlerjugend; przemówienie Hitlera, które jednocześnie fascynuje i przeraża; zmiany relacji nawet między wieloletnimi przyjaciółmi. Wyraźnie widać, jak gęstnieją społeczne nastroje, gdy Niemcy wchodzą w fazę upadku i kurczowo starają się chwycić kogokolwiek, kto da im nadzieję na odbudowę państwa. Atmosfera zagrożenia, z której bohaterowie zdają sobie sprawę jedynie w ułamkowej części, zmuszają czytelnika do cichego dopingu związanego ze znajomością przyszłych wydarzeń. Przez całą książkę wciąż trzymałam kciuki, żeby – niezależnie od kryminalnej sprawy – udało się rodzinie Williego Krausa opuścić Niemcy zanim będzie za późno. Było to pragnienie jednocześnie irytujące, bowiem postaci czuły wyraźny związek z miastem i krajem, w którym wychowywały się całe pokolenia ich rodzin i nie powinny musieć rezygnować z tego przywiązania.
Powieść napisana jest przystępnym i w miarę bogatym językiem. Grossman doskonale radzi sobie w sferze opisowej, umiejąc uplastycznić nawet najbardziej odrzucające widoki. Zdecydowanie z tego powodu książkę powinni odpuścić sobie weganie i wegetarianie, którzy mogą nie przebrnąć przez szczegółowo skonstruowane obrazy rzeźni i sposobów masowego uboju (należy tutaj wziąć też pod uwagę aspekt technologiczny, wynikający z opisywanych przez autora czasów). Zdarzają się jednak pisarzowi prywatne kalki, szczególnie, gdy chodzi o emocje targające głównym bohaterem oraz jego biologiczne odczucia.
Chociaż się tego nie spodziewałam „Dzieci gniewu" Paula Grossmana wciągnęły mnie bez reszty. Nie jest to może pozycja pozbawiona wad – najbardziej dojmującą jest tutaj z pewnością jej w niektórych miejscach przewidywalność –, ale wciąż zdecydowanie wyróżnia się na tle podobnych propozycji kryminalnych. Powieść zapewnia czytelnikowi nie tylko ogromną dawkę napięcia, a chwilami i strachu rodem z najmroczniejszych horrorów, związanego z policyjną tajemnicą, ale i przypomina skomplikowanie historycznych wydarzeń, które zdają się jeszcze okropniejsze – choć dużo subtelniej ukazane – niż sama zagadka zbrodni. Nie sposób nie spojrzeć na rzecz paralelnie, zwłaszcza, gdy wszystkie aspekty sprawy zostają już ujawnione. A o co chodzi? Tego dowiecie się jedynie sięgając po książkę.
Stalowa Policja 3.0 już wkrótce!
Wydawnictwo Portal pragnie poinformować, że na przełomie lipca i sierpnia świat Neuroshimy Hex 3.0! zasili nowa armia – Stalowa Policja! Pliki trafiły do drukarni i nowa frakcja lada moment pojawi się na sklepowych półkach!
Znamy już okładkę "Głębi" Marcina Podlewskiego
Książka ukaże się nakładem wydawnictwa Fabryka Słów. Premiera już 16 września 2015!
Bliżej...
Wejdź.
Przejdź przez właz wsłuchując się w szum maszynerii i echo własnych kroków.
Maggie
Zawsze, kiedy pomyślę, że widziałam już wszystko, Kosmos zsyła następną perełkę. Zazwyczaj rozchodzi się o krwiożercze krabokondy*, wężodaktyle** albo inne dziwactwa. Łykałam to wszystko jak młody pelikan, ale obecnie – od dłuższego już czasu – sumiennie zjawisko ignoruję, bowiem absurdalne mutanty są do siebie kubek w kubek podobne. Kosmos od dawna niczym mnie nie zaszokował, więc zwyczajnie zaczęłam już tracić nadzieję, gdy nagle... Arnold Schwarzenegger postanowił zagrać w psychologicznym dramacie o zombie. Tak. Psychologicznym dramacie. O Zombie. Arnold Schwarzenneger. Też czujecie to mrowienie pod skórą? Ja poczułam.
Wade (Arnold Schwarzenegger) jest szanowanym, starzejącym się prowincjuszem. Żyje na odległej farmie, obok niewielkiego miasteczka, gdzie wszyscy się znają, wraz ze swoją drugą żoną oraz nastoletnią córką. Byłoby to idealne miejsce na przetrwanie dławiącej świat tragedii, jaką jest tajemniczy wirus zmieniający ludzi w zombie, gdyby córka Wade'a, tytułowa Maggie (Abigail Breslin), nie zaraziła się chorobą podczas miejskiej eskapady. Jako szanowany i znany obywatel, Wade dostaje więcej czasu na pożegnanie się z córką, mogąc zatrzymać ją w domu do chwili, gdy poddanie jej „kwarantannie" nie będzie już absolutnie konieczne. Albo i dłużej, jeżeli tylko zdecyduje się... ukrócić jej cierpienia. Jaką decyzję podejmie Wade? Czy skazana na odmianę Maggie przyjmie swój los?
To mógł być hit kina najniższej kategorii. To mogła być produkcja, która przeszłaby do historii największych niewypałów X muzy. To mogło być bolesne świadectwo umierających standardów fanów kina oraz przypieczętowanie końca aktorskiej kariery Arnolda Schwarzeneggera. Mogło, ale nie było. Jakby na przekór bowiem, „Maggie" pokazała, że w sercu Terminatora skrywa się coś więcej, niż krzemowe płytki.
Film szokuje swoim poziomem właściwie od pierwszej minuty. Nastrój produkcji jest wyraźnie nostalgiczny, w powietrzu czai się widmo nieokiełznanego niebezpieczeństwa i ogólnego napięcia. Miałam wrażenie, że cały świat zwinął się w pozycji płodowej, niepewny, czy to tylko faza przed odparciem kolejnego ataku, czy ostateczne wywieszenie białej flagi. Gdy przed kamerą ujawnił się brodaty i ciemnowłosy Schwarzenegger z jasnymi oczami, które – zdawało się – widziały już wszystko, miałam wrażenie, że trafiłam do innego wymiaru.
„Maggie" to całkiem solidnie przemyślany i skonstruowany dramat psychologiczny. Nieco zdystansowany do świata mężczyzna, który z jednej strony ułożył sobie życie dwukrotnie, a z drugiej strony nie zapomniał o pierwszym. Właśnie to niezapomnienie sprawia, że obraz tak bardzo trafia do odbiorcy. Gdy Wade pokazuje wreszcie coś więcej, niż skorupę wielkiego, umięśnionego farmera, któremu bliżej do Blaszanego Drwala, niż człowieka z krwi i kości, coś w widzu pęka. Drewniany, rozjaśniony przez słońce dom opuszczają wszyscy poza Wadem i jego córką – nie tylko rodzina, ale i mieszkający w pobliżu przyjaciele. Do ostatniej chwili mężczyzna nie potrafi podjąć decyzji. Początkowo ignorujący nieuniknione, kontynuujący wykonywanie codziennych obowiązków; a później chwytający się resztek nadziei. Podczas, gdy do tej pory twórcy patrzeli na zombie z perspektywy krwiożerczych potworów, reżyser „Maggie" Henry Hobson, pokazał rozpad nie ciała, a ducha i to z perspektywy jednostkowej.
To skupienie na bardzo wąskiej grupie jednocześnie coś produkcji dodaje, ale i odbiera. Sytuacja chociaż dramatyczna, rozgrywa się bowiem w papierowym świecie. Podstawowa ciekawości widza, którą najprościej streścić w pytaniu „dlaczego?" nie zostaje zaspokojona. Odbiorca nie dowiaduje się prawie niczego o samej zarazie. Jednak z drugiej strony – czy w ogóle musi? Z perspektywy napięcia psychologicznego i gatunku dramatu pewnie nie, ale z perspektywy wpatrzonego w ekran widza, niestety tak. Nie chodzi oczywiście o bombardowanie informacjami i naukowe elaboraty, ale garstka podstawowych danych z pewnością by nie zaszkodziła.
„Maggie" udowadnia jednak coś więcej, niż to, że temat zombie nie został jeszcze wyczerpany. Przede wszystkim stanowi argument potwierdzający tezę, że jakość filmu zależy wyłącznie od pomysłu i umiejętności jego twórców. Zaangażowanie Schwarzeneggera mogło być wyjątkowo słabym pomysłem. Mogło, gdyby nie fakt, że aktor przez trzy czwarte produkcji milczy, a dziewięćdziesiąt procent pracy wykonuje za niego nietypowa dlań charakteryzacja, nienajmłodsza już twarz i jasne spojrzenie. Dziewiętnastoletniej Abigail Breslin talentu odmówić nie można, chociaż jest on jeszcze surowy i opiera się na naturalności aktorki, której daleko do sztucznej, dystansującej piękności praktycznie w każdym aspekcie. Poczynając na wyglądzie, a kończąc na nieprzesadzonych gestach i mimice. Duet Breslin-Schwarzenegger tworzy relację córka-ojciec, w którą jestem w stanie uwierzyć.
Wbrew pozorom i oczekiwaniom „Maggie" okazała się produkcją trudną w odbiorze. Jej emocjonalna ciężkość i bezkompromisowa dramaturgia, chociaż początkowo wydają się szokująco nie na miejscu – głównie ze względu na zaangażowanie w projekt jednoznacznie kojarzonego aktora – mniej więcej od połowy stanowią zasadniczą zaletę obrazu. Być może nie jest to najlepszy film ani w kategorii dramatu psychologicznego, ani w tematyce zombie, ale z pewnością pozytywnie odstaje od tego, co znamy i co wydaje się być już produkowanym taśmowo. Jeżeli macie ochotę na coś absolutnie nowego, a nie kolejnego filmowego klona zapamiętajcie tytuł „Maggie".
* i ** - nazwy wymyślone przez recenzentkę. Jeżeli jesteś przedstawicielem, którejś z filmowych wytwórni, skontaktuj się w celu uzyskania pozwolenia na ich wykorzystanie. Z pewnością się dogadamy.
Nethergrim: Otchłanny
Giną dzieci i zwierzęta. Może to oznaczać tylko jedno, ale w prawdę nikt nie ma odwagi uwierzyć. Otchłanny powrócił. Czy i tym razem znajdą się śmiałkowie gotowi, by za wszelką cenę go powstrzymać?
Edmund marzy o tym by zostać czarodziejem, póki co jednak jest jedynie zmartwieniem dla rodziców i pośmiewiskiem dla dzieci w wiosce. Jednak podczas gdy obsługuje gości w gospodzie staje się rzecz niezwykła. Jednym z klientów jest prawdziwy mag. Po tym jednak jak chłopiec go obsłuży, rzuca zaklęcie zapomnienia. Sytuacja powtarza się raz po raz aż w końcu zdeterminowany Edmund prosi go o przyjęcie na ucznia. Po tym jak czarodziej go wyśmiewa, chłopiec decyduje się na niebezpieczny krok - niezauważony przez nikogo kradnie jedną z najcenniejszych książek maga, pełną tajemnej wiedzy na temat Otchłannego i jego sług.
Głównymi bohaterami książki jest trójka dzieci, a właściwie nastolatków. Edmund jest synem karczmarza, Tom to niewolnik bestialskiego właściciela ziem uprawnych, a Katherine jest córką masztalerza, dawnego bohatera, który jako jeden z trójki ocalał po bitwie z Otchłannym. Ojciec dziewczyny skrywa niejedną tajemnicę. Postacie są żywe i barwne, niepozbawione uczuć, przemyśleń, oraz zarówno zalet jak i wad. Zostały świetnie wykreowane a ich zarysy są oznaczone grubymi konturami.
Fabuła powieści jest ciekawa i wciągająca, akcja jednak nie toczy się zbyt wartko - przynajmniej z początku. Napięcie rozwija się powoli, statecznie. Zanim cokolwiek zacznie się dziać szczegółowo poznajemy życie bohaterów i otaczającej ich wioski. Styl pisania Matthew Jobina przypomina mi nieco starą fantastykę spod pióra Eddingsa. Tam wyglądało to podobnie. „Belgariada" jednak mieściła się w pięciu tomach, a „Malloreon" w pięciu kolejnych. Czy w przypadku serii „Nethergrim" będzie tak samo?
Trudno jest stworzyć powieść fantasy tak, żeby jednocześnie była wciągająca i logiczna. Matthew Jobin'owi się to jednak udało. Jego powieść jest ciekawa i niewymuszona. Nie ma w niej nieprzemyślanych, idiotycznych wydarzeń. Dzieci nie są niezwyciężonymi bohaterami, ratującymi świat. Każdy czyni to, co uważa za słuszne, licząc się z ewentualnymi konsekwencjami.
Z lektury książki „Nethergrim" jestem bardzo zadowolona. To dobra, lekka powieść, która bez problemu porywa czytelnika do swojego świata. Z niecierpliwością czekam na to by poznać dalsze losy bohaterów i dowiedzieć się w jaki sposób pokonają Otchłannego - już teraz wierzę, że im się to uda.
Konkurs - NiuCon
Zapowiedź "Głębi" Marcina Podlewskiego
Fabryka Słów na wrzesień tego roku zaplanowała wydanie ciekawego debiutu Marcina Podlewskiego - "Głębia". Będącego zarazem początkiem trylogii.
Hotel w Lizbonie
Jako fanka gatunku muszę przyznać, że coraz trudniej o przyzwoity, soczysty kryminał. Szczególnie na naszym rodzimym rynku – mamy obecnie Krajewskiego, Puzyńską, Bondę, samych znakomitych pisarzy, jednak w sferze debiutów ciężko doszukać się czegoś wyjątkowego. Miałam nadzieję, że „Hotel w Lizbonie" Maxa Bilskiego, otwierający serię „Podróże ze śmiercią" okaże się (podobnie jak ostatnio „Ściema") przyjemnym odstępstwem od reguły. Jednak płonne nadzieje na nic się nie zdały, ponieważ oprócz charakterystycznego, ironicznego głównego bohatera, polskiemu autora nic nie wyszło tak, jak powinno.
Okładkę książki zdobi grafika, na której dostrzec można czerwony but na obcasie oraz nogi mężczyzny ubranego w garniturowe spodnie i eleganckie buty. Pomiędzy jednym a drugim elementem znajdują się krople krwi, które sugerują, że w powieści będziemy mieć do czynienia z morderstwem kobiety. Nietrudno również spostrzec, że akcja będzie miała coś wspólnego z lotniskiem, gdyż możemy zauważyć żółte oraz czarne linie, strzałki wyrysowane na podłożu. Tytuł został oczywiście napisany krwistoczerwoną czcionką na dole frontu okładki, a na górze pojawia się nazwa serii.
Michał i Joanna to para polskich dziennikarzy. Pomimo tego, że małżeństwo planowało wakacje na Chorwacji, wygrali w konkursie wycieczkę do Portugalii. Od spotkania na lotnisku zauważają dziwne zachowanie przewodniczki, a już pierwszego dnia dochodzi do tragicznego wypadku. W Lizbonie grasuje szajka włamywaczy, a w dodatku turnus nie zapowiada się jak sielska wycieczka. Zabójca zbiera żniwo przez kolejne dni, a Michał zostaje wpleciony w sam środek nieszczęśliwych wydarzeń. Czy portugalska policja ujmie sprawcę? Czy turyści zdecydują się wrócić do kraju, czy pozostaną na wakacjach? A może dziennikarskie małżeństwo samo dojdzie do prawdy?
„Hotel w Lizbonie" ewidentnie gatunkowo przynależy do kryminału. Lecz, jak na kryminał, mnóstwo tu absurdu. Otóż szeregowy dziennikarz każdego dnia pobytu w jakiś sposób doznaje uszczerbku na zdrowiu – kończy z pokiereszowaną twarzą, z pokaleczonymi stopami oraz potężną szramą na czole. Pech, nawet największy, ma swoje granice. Co rozdział to nowe perturbacje fizyczne Michała oraz kolejna sprzeczka z Joanną.
Sam wątek kryminalny jest dość oczywisty od niemalże pierwszego morderstwa. Bardzo łatwo domyśleć się, kim jest zabójca oraz jakie pobudki nim kierowały. Bilski odkrywa zbyt dużo rąbków tajemnicy, aby zakończyć swoją powieść z należytym hukiem. Niestety, nawet, jeśli w tym kryminale tkwił potencjał, to został doszczętnie zaprzepaszczony.
Główny bohater, Michał, to teoretycznie postać, której nie da się polubić. Cyniczny, marudny, wiecznie niezadowolony choleryk, który nie umie panować nad gniewem, a w dodatku prześladuje go wszędobylski pech. Bilski uczynił go także narratorem, dzięki czemu komizm wywoływany przez tę postać pozostaje w dość wysokim natężeniu. Pozostali bohaterowie jednak zdają się być z gruba ciosani, przez co zapamiętujemy ich wyłącznie jako konkretne cechy charakteru czy osobowości.
To, czym najbardziej zaskoczył mnie Max Bilski, to zapadające w pamięć, oryginalne porównania, frazy, którymi posługuje się narrator, czyli główny bohater. Ironia i cynizm są głównymi cechami tej powieści – wynika to przede wszystkim z osobowości Michała, jak i, prawdopodobnie, z nastawiania do życia samego autora. Nie zabraknie więc powiedzonek takich, jak „byłem luźny jak pusty wieszak" czy mądrości życiowych „świat się tak skurczył jak zeschła śliwka". Nie powiem, niektóre z nich rozbawiły mnie do łez i zmusiły do ich zapisania.
„Hotel w Lizbonie" okazał się dość rozczarowującym kryminałem, do którego mogłabym jedynie zachęcić słowami: lekkie czytadło na urlop. Jednak niektórym podróż z lekturą, w której trup ścieli się gęsto w trakcie zagranicznej wycieczki może nie przypaść do gustu, a sama konstrukcja oraz poprowadzenie wątków pozostawia wiele do życzenia. Nawet wśród „lekkich czytadeł" można odnaleźć coś ciekawszego i wzbudzającego żywsze emocje niż powieść Maxa Bilskiego, choć liczę, że pisarz jeszcze pokaże na co go stać, bo w jego piórze można dostrzec coś unikatowego.
Nowe wydanie "Cyklu nocarskiego" Magdaleny Kozak
„Nocarz", „Renegat", „Nikt" w nowym wydaniu! Książki dostępne bedą w sprzedaży już od 31 lipca! Autorem okładek do nowego wydania cyklu nocarskiego jest Dark Crayon. Znany niektórym jako Piotrek Cieśliński. Fantastyczny artysta grafik, który zdobi swoimi obrazkami okładki Fabryki Słów już od niemal 12 lat!
Ex Machina
Ostatnimi czasy kino science-fiction kojarzy się z blockbusterami, które prześcigają się w ilości efektów specjalnych. Musi być widowiskowo, głośno, walecznie. Alex Garland, twórca „Dredda 3D", wyłamuje się z panujących trendów tworząc minimalistyczny obraz o sztucznej inteligencji. Z pełną świadomością, że nie przyciągnie przed ekrany rzeszy odbiorców, stawia na kino wymagające cierpliwości oraz intelektualnego wysiłku. Bo w „Ex Machinie" trudno rozpoznać, kto jest człowiekiem, a kto androidem, czy wkraczamy już w sferę boskości, czy pozostajemy marnym, choć ambitnym kaprysem ewolucji.
Caleb (Domhnall Gleeson) to młody programista, który wygrywa firmowy konkurs – nagrodą jest tygodniowy wyjazd do laboratorium szefa firmy – Nathana (Oscar Isaac). Dopiero po dotarciu na miejsce dowiaduje się, jaki jest rzeczywisty cel jego przybycia. Ma za zadanie sprawdzić, czy android stworzony przez jego przełożonego, Ava (Alicia Vikander), zasługuje na miano sztucznej inteligencji. Caleb sprawdza, czy robot pod postacią kobiety rzeczywiście czuje, wzrusza się, reaguje jak człowiek. Jaki będzie wynik testów? Czy Nathan mówi programiście całą prawdę? Jak odróżnić androida od ludzkiej istoty?
„Ex Machina" wymaga od odbiorcy ogromu cierpliwości. W laboratorium Nathana, jak i w całej rzeczywistości przedstawionej przez reżysera, nie można niczego wziąć za pewnik. Od pewnego momentu zastanawiamy się nawet, czy któryś z dwóch męskich bohaterów nie jest maszyną, a nawet oni sami zaczynają wątpić w swoje istnienie. Garland zmusza widza do niemałego intelektualnego wysiłku, zadając mu pytania natury filozoficznej, bo przecież czym byłby film o sztucznej inteligencji bez poruszenia zagrożeń płynących z jej powstania?
Reżyserowi udaje się wprowadzić pewną dość zaskakującą cechę androida – Ava jest bowiem świadoma swojej płci, atrakcyjności. Pomiędzy nią a Calebem od pierwszego spotkania czuć fascynację, którą potęguje manipulacja robota. Nie chcę zdradzić zbyt wiele z intelektualnej układanki, lecz wydaje mi się, że Garland stworzył naprawdę znaczący film o sztucznej inteligencji. Prezentacja zagrożeń jest dość bezpośrednia, a sama niejasność istnienia człowieka oraz robota wywołuje dość kontrowersyjne pytania, których wielu reżyserów bało się zadać.
W laboratorium mieszkają tylko cztery osoby: Caleb, Nathan, Ava i Kyoko. Czworo aktorów znakomicie spisało się w swoich rolach. Domhnall Gleeson hipnotyzujący, wywołujący sympatię, wzbudza jednocześnie niepokój; przepiękna Alicia Vikander doskonale obojętna, uwodzicielska, a także w jakiś sposób niebezpieczna; przypakowany Oscar Isaac udowadnia, że sprawdza się w każdej nadanej mu roli, nawet tutaj, gdy wciela się w postać bardzo niejasną, niejednoznaczną; Sonoya Mizuno, cudownie „robocia", automatyczna, nie wyrażająca ani grama emocji jako wszechstronna służąca swojego pana.
Garland postawił na minimalizm w niemalże każdej sferze swojej produkcji, nie tylko w treści. Nieziemskie efekty specjalne, czyli przede wszystkim postura Ava'y, jej budowa, wbijają w fotel. Lecz nie one są tutaj najważniejsze – nie spotkamy się z jakimikolwiek pościgami, futurystyczną bronią czy niezniszczalnymi cyborgami. Brak widowiskowości jest ogromną zaletą „Ex Machiny". Ascetyczna scenografia ogromnego laboratorium z kilometrami światłowodów połączonych z domem znajdującym się w samym środku rozkwitającej natury. Zestawienie androida, jego „boskiego" twórcy, programisty jako proroka z rajskimi widokami zieleni, wodospadów i głuszy przywołuje na myśl oczywiste skojarzenia. Całości dopełnia wyciszony, lecz intrygujący soundtrack, który również przyczynia się do budowania napięcia.
„Ex Machina" to stonowane science fiction o sztucznej inteligencji, które na pewno nie przyciągnie fanów modnych ostatnio blockbusterów. Wymagające skupienia, cierpliwości, poddające w wątpliwość istotę człowieczeństwa kino jednak ma szansę trafić do grupy odbiorców zafascynowanych tematem, a także do tych, którzy wolą niejednoznaczną, minimalistyczną rozrywkę.
