kwiecień 13, 2026

Rezultaty wyszukiwania dla: Larry Stroman

wtorek, 03 marzec 2026 21:35

Wolverine Epic Collection. Krew i pazury

 

Początek lat 90. w Marvelu miał swój ciężar. Więcej mroku, więcej pazurów, więcej krwi na planszach. Właśnie w ten klimat ma w sobie „Wolverine Epic Collection. Krew i pazury” – solidny kawałek komiksowej klasyki, w którym Logan nie bierze jeńców. Ani dosłownie, ani fabularnie. Ten tom to zbiór zeszytów z lat 1990–1991, a więc momentu, gdy postać Rosomaka była już ikoną, ale wciąż miała w sobie dzikość, którą niestety później zaczęto w bohaterze stopniowo wygładzać.

Album otwiera run Larry’ego Hamy i Marca Silvestriego – duetu, który doskonale rozumiał, kim jest Logan. Zaczynamy w Madripoorze. Brudne interesy, śmiertelnie groźny narkotyk, podziemny półświatek. Klimat jest gęsty, duszny, bardzo „wolverine’owy”. Potem robi się jeszcze ciekawiej. Jukon i spotkanie z mitycznym Łowcą w Ciemności, Starcie z Lady Deathstrike, Wir czasu i powrót do hiszpańskiej wojny domowej u boku Pucka z Alpha Flight. Na dokładkę pojawiają się Reavers i ich mechaniczne twory – Alberta, sobowtór Logana, oraz Elsie Dee, a nad wszystkim wisi cień Sabretootha, który jak zwykle wnosi do historii pierwotną, niemal zwierzęcą energię. W tle przewijają się też Jubilee, Forge, Cable czy Nick Fury. Podróże między kontynentami, skoki w czasie, brutalne konfrontacje – i próba zajrzenia pod warstwę adamantium — tego wszystkiego możemy spodziewać się z tym jednym albumie.

Moim zdaniem największą zaletą albumu jest konsekwencja w budowaniu charakteru Logana. To wciąż zabójca z przeszłością, ale już nie tylko „dziki kurdupel z X-Men”. W tych historiach widać jego zmęczenie, wściekłość, brak zgody na własne demony. Relacja z Sabretoothem ma w sobie napięcie niemal rodzinne – sugestie więzów krwi tylko podkręcają atmosferę. Starcia między nimi nie są pustą rzezią, czuć ich historię oraz ciężar upływu lat. 

Rysunki w albumie to czysta klasyka lat 90. Silvestri nie unika przemocy, ale nie wpada w przesadę. Kadry są dynamiczne, muskularne, momentami teatralne – dokładnie takie, jakie powinny być w opowieści o bohaterze z pazurami wysuwanymi z kości. Pojawiają się też inne nazwiska, jak Buscema czy Davis, a ich style pokazują, jak różnie można interpretować tę samą postać, zachowując jej rdzeń. Czy to tom przełomowy jak „Broń X”? Nie odnoszę takiego wrażenia. To raczej kwintesencja Logana w jego naturalnym środowisku. Madripoor, dzicz, tajne misje, stare urazy, brud pod paznokciami i krew na ostrzach.

„Krew i pazury” to gruby, solidny album pełen historii. Nie ma w nim udziwnień i eksperymentów na siłę. Pojawia się czysta esencja Rosomaka z początku lat 90. Dla fanów Logana to pozycja obowiązkowa. Dla młodszych czytelników to dobra okazja, by zobaczyć, dlaczego ta postać przez dekady nie schodzi z piedestału. Brutalnie, dynamicznie, momentami sentymentalnie. Logan w formie, która zostaje w pamięci na długo.

Dział: Komiksy
środa, 25 czerwiec 2025 13:02

X-Men. Punkty zwrotne. Pieśń egzekutora

 

Marvel lat 90.? Wiadomo. Neonowe kostiumy, rozbuchane muskuły, fabuły z kategorii „wszystko naraz” i rysunki, które dziś budzą mieszane uczucia — od czystej nostalgii po lekkie zażenowanie. Ale trzeba przyznać jedno — wtedy X-Men byli na ustach wszystkich. I właśnie z tamtych czasów powraca jeden z najgłośniejszych crossoverów mutantów, czyli „Pieśń Egzekutora”, wydany teraz w ramach serii Punkty zwrotne.

Wydaje się, że życie mutantów powoli się układa. Profesor Xavier przygotowuje się do publicznego wystąpienia, relacje między Scott’em a Jean zaczynają się prostować, nawet Wolverine jakby mniej sarkastyczny (chwilowo). Ale… no właśnie — zawsze jest jakieś „ale”. W centrum wydarzeń pojawia się zamachowiec, który wygląda jak Cable. Padają strzały, a Profesor X walczy o życie. Sytuacja błyskawicznie wymyka się spod kontroli. X-Men, X-Factor i X-Force ruszają do akcji — tylko że zamiast współpracować, zaczynają… walczyć ze sobą.

Na scenę wkraczają starzy znajomi i nowi wrogowie: Apocalypse, jego Jeźdźcy, tajemniczy Stryfe i cała masa mutantów z własnymi planami i rachunkami do wyrównania. Akcja pędzi przez całą planetę, zahaczając nawet o Księżyc. Tajemnice się mnożą, tożsamości plączą, a los mutantów po raz kolejny wisi na włosku.

Nie będę udawał — „Pieśń Egzekutora” to komiks, który jest jak solidna porcja comfort food dla fanów mutantów. Nie wszystko tu działa, fabularnie momentami zalatuje klasycznym „za dużo wszystkiego”, ale… właśnie w tym tkwi urok tego tomu.

Zaczynając od plusów — rysunki. Andy Kubert, Jae Lee, Greg Capullo — to ekipa, która w tamtym czasie wyznaczała styl Marvela. Kreska jest dynamiczna, pełna charakterystycznych póz, przerysowanych emocji i wybuchowych scen walki. Szczególnie Jae Lee ze swoim mroczniejszym, bardziej graficznym stylem potrafi przyciągnąć wzrok — choć, jak ktoś nie przepada za takim klimatem, to na dłuższą metę może być ciężko.

Fabuła? Klasyka lat 90. — jest zamach, są porwania, jest wielka tajemnica tożsamości, obowiązkowa drama rodzinna Cable’a, a w tle niepokojące niedopowiedzenia dotyczące przyszłości mutantów. Akcja gna do przodu, postaci jest masa, każdy dostaje swoje pięć minut. Czy to przesadzone? Trochę tak. Czy czyta się to z przyjemnością? Zdecydowanie.

Cieszy też obecność Apocalypse’a i jego ludzi — bez nich żaden większy konflikt mutantów nie byłby kompletny. No i Stryfe, którego motywacje i działania stanowią sedno całej intrygi — chociaż nie każdy fan kupi jego dramatyczne rozterki, ale hej, taki klimat.

Z minusów? Jeśli nie znacie dobrze mutantów i nie ogarniacie kto jest kim — możecie się pogubić. To nie jest komiks, który tłumaczy wszystko od początku. Wchodzicie w środek wielkiej intrygi i albo płyniecie z prądem, albo toniecie. Ale dla fanów X-Men to jak powrót do starego, chaotycznego, ale swojskiego domu.

„X-Men. Punkty zwrotne. Pieśń Egzekutora” to sentymentalna podróż do czasów, kiedy komiksy o mutantach były wybuchowe, przerysowane, momentami nieco absurdalne, ale za to cholernie wciągające. To klasyk dla tych, którzy lubią stare, dobre drużynowe superhero, z domieszką dramatów, kosmicznych tajemnic i niekończących się zwrotów akcji.

Nie jest to lektura, która zmieni wasze spojrzenie na mutantów. Ale jeśli lubicie klasykę z lat 90., podrasowaną rysunkami Kuberta i spółki — sięgnijcie bez wahania. Czysta, mutantowa rozrywka z obowiązkową dawką nostalgii.

Dział: Komiksy