czerwiec 29, 2022

Rezultaty wyszukiwania dla: thriller

czwartek, 08 październik 2020 12:07

Uściski

W Polsce mamy doprawdy wielu fantastycznych pisarzy kryminału, dlatego z entuzjazmem podchodzę do debiutów tego typu. „Uściski” od razu rzuciły mi się w oczy i zaintrygowały opisem, ponieważ bardzo lubię motyw odkrywania tajemnic zmarłych i niepokojącą fabułę, ciągnącą za sobą kolejne śmierci, tudzież zaginięcia. Aurelia Blancard mnie nie zawiodła w żadnej z tych kwestii i – co tu dużo pisać – już wypatruję kolejnych jej powieści!

Zacznę może od tego, że poza wciągającą fabułą, pełną sekretów i wątkiem kryminalnym, autorka serwuje nam prawdziwą bombę emocjonalną. W dużej mierze „Uściski” są powieścią obyczajową, niemniej w tym wypadku nie uznaję tego za wadę, bowiem detektywistyczne aspekty są bardzo ładnie w całość wplecione, dzięki czemu od książki nie idzie się oderwać. Najważniejsze dla mnie było jednak to, że wykreowani tutaj bohaterowie nie byli mi obojętni i ich losy – bardziej lub mniej rozbudowane – śledziłam z przyjemnością. Zżyłam się z nimi i empatycznie podeszłam do ich problemów i rozterek, które w dużej mierze będą bliskie wielu czytelnikom. Bardzo się cieszę, że Aurelia Blancard skupiła się w swoim dziele nie tylko na głównym pomyśle, ale i całej reszcie – pięknie dopracowała historię.

W wielu miejscach powieść jest nieoczywista i zadziwia podejmowanymi tematami. W „Uściskach” pierwsze skrzypce gra nie tylko motyw „młodej samobójczyni”, ale przewija się wiele innych wątków, a każdy z nich jest warty uwagi i tka ciekawą intrygę, przeplataną ludzkimi słabościami, marzeniami, błędami i… makabrą. Muszę przyznać, że autorce udało się również nie raz mnie wzruszyć – być może dlatego, że z tekstu płynęły zadziwiająco prawdziwe emocje. Tutaj warto dodać, że książka napisana jest bajecznym językiem, dzięki czemu całość czyta się po prostu wyśmienicie. Jestem pewna, że styl Aurelii Blancard urzeknie wiele osób, bo to jak misternie skonstruowana jest ta powieść to… bajka.

Pokrótce podsumowując, „Uściski” to FENOMENALNY debiut, który aż się prosi o polecenie szerokiemu gronu odbiorców. Historia jest spójna, życiowa, zaskakująca, pełna emocji i… zmusza do refleksji, bo kryje się tu niespotykany przekaz oraz poruszone zostają aktualne problemy. Jestem przekonana, że każdy miłośnik bardziej obyczajowo-psychologicznych thrillerów będzie tą pozycją zachwycony. To jedna z tych książek, które – można rzec – mają duszę. Polecam z całego serducha i – jak wspominałam wcześniej – czekam na kolejne przepyszne twory od tej nietuzinkowej debiutantki!

Dział: Książki
czwartek, 08 październik 2020 11:26

Kieszonkowiec

"Świadomie przeżyj strach przed śmiercią. W momencie gdy zdołasz to zrobić, przekroczysz samego siebie."

Za pośrednictwem "Kieszonkowca" wpadłam w nieco inny niż zazwyczaj klimat kryminału, dałam się fantastycznie poprowadzić po japońskich brzmieniach kultury i sposobie postrzegania świata. Wnikając w przestępczy świat śledziłam losy jednego z jego reprezentantów. Azjatyckie nuty w zgodnym rytmie przebijały się przez barwne życie złodzieja, czasem silniej wybrzmiały zwykłą osobliwą codziennością, kiedy indziej zwracały uwagę na pragnienia i marzenia, zawsze przywołując barwne emocje i delikatny niepokój. Obyczajowe akcenty silnie zwróciły na siebie uwagę w zgrabnym połączeniu kryminału i thrillera.

Melodia złożonej ludzkiej psychiki, ponurego marazmu życia, wyrzekania się istotnych wartości, początkowo niezauważalny zwrot akcji, a potem świat głównego bohatera ukazuje się mu z innej niż dotąd perspektywy. Coś zmienia się nieoczekiwanie, aby za chwilę, za sprawą zaskakujących zbiegów okoliczności, ulec kolejnej znaczącej przemianie. Uważnie wsłuchiwałam się w odczucia Nishimury, perfekcyjnego zawodowego kieszonkowca funkcjonującego w tokijskiej przestrzeni publicznej. Jak długo człowiek zdolny jest wieść całkowicie samotne życie i przy tym nadać mu sens? Skąd siła do wyrzeczenia się słabości w konfrontacji ze złem? Dlaczego trudno przywołać do życia ziarenko dobra tkwiące w duszy? Czy łatwo udzielić pomocy zupełnie obcej osobie?

Frapująco nakładają się obrazy przeszłości i teraźniejszości, postać chłopca w odniesieniu do dorosłego, zaś mężczyzny w powiązaniu z jego dzieciństwem. Ciekawie wkrada się na pierwszy plan znaczenie wymykającego się regułom prawa autorytetu i mentorstwa, a przy tym usilna chęć nauki i pozostawienia czegoś po sobie. Fuminori Nakamura z wyczuciem dotyka niewygodnych tematów, obaw nękających jednostkę, zahamowań przenoszących w alternatywną przestrzeń społeczną w stosunku do powszechnej rzeczywistości, niejako z góry przypisanej do niewiary i poczucia bezsilności. Czy sami decydujemy o kierunku ścieżki życia, często skazując się na porażkę, lub walcząc z determinacją w imię szczęścia, a może ktoś lub coś nam ją narzuca, nie dbając o równość i sprawiedliwość? Jak poradzić sobie z własnym i cudzym odrzuceniem?

Zakończenie wypadło perfekcyjne. Nic bym nie ujęła, doskonała puenta. Nic bym nie dodała, jedynie własne przemyślenia i refleksje. Mała objętościowo powieść, a zrobiła zaskakująco duże wrażenie, nie przypuszczałam, że tak uroczo się w nią zaangażuję. Kolejny raz potwierdza się, że blisko mi do twórczości japońskich pisarzy, starego i młodego pokolenia. A to bardzo cieszy i zachęca do dalszych penetracji ich książek. Z pewnością zabiorę się za "Dziecko z ziemi", to również może być skrojona na miarę moich potrzeb przygoda czytelnicza. Jeśli jesteście gotowi przeżyć coś zdecydowanie wybiegającego poza ramy tradycyjnych kryminałów, zabrać się na satysfakcjonującą intelektualną przejażdżkę, to "Kieszonkowiec" już czeka na spotkanie.

Dział: Książki
czwartek, 01 październik 2020 23:51

Geneza

„Obcowanie z upiornymi skutkami nieludzkiej natury niektórych ludzi było jednym z najtrudniejszych aspektów pracy lekarza medycyny sądowej.”

Moja przygoda z thrillerami zaczęła się od medycznej wersji, tak bardzo spodobał mi się ten typ rozrywki, że pozostaję mu wierna do dziś, a zwłaszcza twórczości Robina Cooka, który w zasadzie zainicjował ten gatunek literacki i tak wiele do niego wniósł. Książki Cooka nie tylko zapewniają przygodę z dreszczykiem, ale również ukazują dokonania współczesnej medycyny, dlatego i w tym wymiarze chętnie po nie sięgam, aby dowiedzieć się czegoś nowego, poznać kierunki badań naukowych, czy też otrzymać bogaty materiał do przemyśleń. W „Genezie”, dwunastym tomie serii, której odsłony można poznawać niezależnie od siebie, klimat intrygi obraca się wokół zadziwiających osiągnięć genetyki, nieprawdopodobnych możliwości, jakie oferuje ludzkości, a w tym także postęp w zakresie rozwiązywania zagadek kryminalnych.

Narracja jest gładka, płynna i przyjazna, długo nakręca spiralę napięcia, jednak od początku dozuje mocne uderzenia, jak kończące się gwałtowną śmiercią incydenty, niepewność w weryfikacji intencji postaci, niemożność uniknięcia spodziewanych po części przestępstw. Pewni możemy być jedynie w odniesieniu do głównych bohaterów serii, patologów, Laurie Montgomery-Stapleton i Jacka, jej męża, z tym że Laurie pracuje na stanowisku nowojorskiego głównego inspektora medycyny sądowej. To zderzenie dwóch zupełnie odmiennych osobowości sprawia, że ich związek wydaje się ciekawy i pełen niespodzianek. Kłopoty, które przynosi im życie prywatne, wydają się bliskie naszym, a przez to prawdziwe. Cook świetnie podsuwa bohaterom coraz to nowe problemy i wyzwania, ale nie zapomina o kontynuacji wcześniej zaczętych wątków.

Natomiast w sferze zawodowej, Laurie i Jack muszą obecnie zmierzyć się z mega irytującą rezydentką, Arią Nichols, pozbawioną empatii i wyczucia społecznego. Wyjątkowo nieznośna osobowość, lecz doskonale radząca sobie w medycznej sferze. W trakcie przeprowadzania sekcji zwłok młodej pracownicy socjalnej Laurie i Aria trafiają na coś nietypowego, co skłoni je do chęci bliższego przyjrzenia się ostatnim dniom denatki. Na prośbę Arii, Laurie przydziela jej zadanie przeprowadzenia śledztwa w sprawie osobliwej śmierci. Aria mocno angażuje się w dochodzenie, co tak naprawdę przytrafiło się kobiecie, porusza wszelkie dostępne środki, aby tylko dotrzeć do prawdy. A nie jest to łatwe, nie tylko ze względu na ograniczenia prawne i medyczne, ale również z powodu zadziwiających zbiegów okoliczności wśród ofiar i powstającego ciągu wypadków.

Powieść nie należy do dynamicznie przebiegających po scenariuszu zdarzeń, dużą uwagę przywiązuje do opisów detali istotnych ze względu na poznanie tajemnic. Czytelnik widzi nadciągające nad postaciami niebezpieczeństwo, lecz długo nie zna tożsamości czarnego charakteru. Brakowało rozbudowania motywu postępowania sprawcy, co prawda zaprezentowany okazał się prawdopodobny, ale niewspółmierny w stosunku do rozwiniętej skali zbrodniczych działań. Z kolei, spodobał mi się portret Arii, pod wieloma względami bardzo zagadkowy, i choć kobieta nie wywołuje sympatii, to jednak zbliżamy się do niej, jest inaczej niż zazwyczaj, zatem atrakcyjnie.

Dział: Książki
czwartek, 01 październik 2020 23:27

Co, jeśli...

Myślę, że każdy miał w swoim życiu chwile, gdy zastanawiał się „co by było, gdyby...”. Takie gdybanie jest naturalną rzeczą, zresztą – przemyślenie kilku scenariuszy pozwala podjąć najlepszą decyzję lub całkowicie zmienić swoje dotychczasowe życie. „Co, jeśli...” autorstwa Kate Hope Day poniekąd podejmuje ten temat, ukazując zwyczajne życie ludzi, w na pozór zwyczajnym miasteczku, którzy… stają naprzeciw katastrofy.

Pierwszą rzeczą, która rzuciła mi się w oczy w trakcie lektury „Co, jeśli...” jest mnogość bohaterów, którzy przewijają się w swoich historiach wzajemnie. Z początku nieco ciężko było mi odnaleźć się w ich problemach i pasjach, niemniej z każdą stroną coraz bardziej zapadałam się w historii. Książka przepełniona jest wątkami obyczajowymi oraz ludzkimi problemami, które czyta się całkiem przyjemnie, a z niektórymi rozterkami niejeden osoba z powodzeniem się utożsami. Ot, jeden z bohaterów nie jest gotowy na dorastanie syna, inna bohaterka myślami krąży obok piegów swojej koleżanki z pracy (a ma męża i syna), jeszcze inna przeżywa żałobę w swoisty sposób… Od tej strony „Co, jeśli...” jest lekturą naprawdę interesującą i wciągającą, ale – przyznam Wam szczerze – spodziewałam się absolutnie czegoś innego. Wszak lektura w empiku i na LubimyCzytać wisi w kategoriach „kryminał, sensacja, thriller”. Krótko mówiąc, spodziewałam się więc czegoś bardziej tajemniczego i nadprzyrodzonego, bo choć wątki lekko paranormalne się tu przeplatają tak… napięcia jest niewiele. A szkoda.

Szczególną uwagę należy zwrócić w „Co, jeśli...” również na wątki filozoficzne i naukowe, bo i one płynnie tutaj przepływają pomiędzy rozdziałami. Jedna z bohaterek, młoda matka z drygiem do filozofii, zatraca się tutaj w swoim macierzyństwie i zdaje się gubić siebie, swoją pasję, zapominać o planach. Sam motyw „kontrfaktyczności”, który poniekąd rozwija, jest dla mnie tematem fascynującym, o którym chętnie przeczytałabym jeszcze więcej. Nie zdradzę Wam jednak na ten temat za wiele, aby nie psuć Wam przyjemności z odkrywania tej frazy. Dodam jedynie, że w książce ukazana jest również znaczenie zachowanie zwierząt w przewidywaniu zjawisk naturalnych, katastrof. Cieszę się, że w książce, poza odrobiną nadnaturalności, pojawiły się i rzeczy warte przemyślenia, czy też znane już od dłuższego czasu, potwierdzone nauką. Powieść naprawdę wiele na tym zyskuje, bo dzięki interesuje czytelnika na wielu płaszczyznach – nie tylko ludzkich perypetii i myśli.

„Co, jeśli...” to książka zdecydowanie warta uwagi, choć obawiam się, że nie każdemu przypadnie do gustu. Jest według mnie źle skategoryzowana, przez co miłośników thrillerów i kryminałów może zawieść i – co gorsza – nie trafić do grona osób, które faktycznie by się w niej zakochały. Dla mnie to było świetne czytadło, nieoczywiste i otwierające umysł, trochę zachęcające do „gdybania”. Jeśli szukacie nadzwyczajnej książki o – pozornej – zwyczajności i alternatywności, jest to lektura wprost stworzona dla Was. Polecam serdecznie!

Dział: Książki
czwartek, 01 październik 2020 14:14

Konkurs: Pokój tajemnic na DVD

Olga Kurylenko („007 Quantum of Solace”, „Niepamięć”) i Kevin Janssens („Ardeny”, „Na krańce świata”) w wyróżnionym Nagrodą Publiczności na Festiwalu Filmów Fantastycznych w Strasbourgu thrillerze grozy w reżyserii Christiana Volckmana („Renesans”).

Dział: Zakończone
czwartek, 24 wrzesień 2020 22:28

Topiel

Topiel Jakuba Ćwieka to książka, co do której nie miałam żadnych oczekiwań. Nie znam poprzednich powieści tego autora, więc nie miałam tej lektury, do czego porównać. Jednak Topiel okazał się powieścią tak ciężką, fascynującą i przerażającą, że już wiem, że koniecznie muszę nadrobić wszystkie książki pana Jakuba Ćwieka.

Lipiec 1997 roku zapisał się  na kartach historii w Głuchołazach. Dlaczego? Wielka powódź niemal pochłonęła całe miasto. Grupa ukraińskich żołnierzy dokonuje strasznego odkrycia – odnajdują ciało zaginionego chłopca. Jego rodzice stracili nie tylko dobytek życia, ale i jego sens. Jednak żeby poznać początek tej historii, należy cofnąć się kilka dni wstecz. Poznajemy czterech chłopaków – Grześka, Kacpra, Darka i Józka. Ostatni z nich jest w Głuchołazach „przejezdny” i trafia na czas powodzi. Bohaterowie dojrzewają, przeżywają pierwsze miłości, starają się odnaleźć siebie. Nie boją się też ryzykować. Jednak powódź, która zaleje Głuchołazy, na zawsze ich odmieni. Wszystkich.

Topiel otumania czytelnika. Ta powieść jest duszna, upalna i mroczna. Autor przenosi czytelnika do lat 90 XX wieku – ten czas przemian miał specyficzny klimat, trudny do opisania i przekazania, ale panu Ćwiekowi się to udało. Zatapiając się w lekturę, niemal czułam ten przedziwny nastrój zmian. Kacper, Grzesiek, Józek i Darek odnajdują się w tej nowej rzeczywistości. Można powiedzieć, że są momentami dość lekkomyślni, ale młodość ma swoje prawa. Czytając Topiela, a szczególnie te fragmenty, gdy bohaterowie popisywali się brawurą i głupotą, zapomniałam, że młodość ma swoje prawa i włączało mi się umoralnianie. Jednak w opisie uczuć czy zachowań chłopców nie ma nuty dorosłości; autor w stu procentach oddał ten klimat młodości. Jako ciekawostkę dodam, że Jakub Ćwiek inspirował się własnymi przeżyciami, jednak nie wszystko w Topielu oparte jest na faktach.

Trudno mi zaklasyfikować tę powieść do jednego gatunku. Topiel wymyka się wszelkim schematom i nie da się wtłoczyć w ramy. Znajdziemy tutaj elementy dramatu, thrillera, kryminału, sensacji… Topiel to opowieść o młodości. Brutalnej. Trudnej. Kłopotliwej. Niektórych fragmentów nie byłam w stanie czytać bez łez. Prześladowanie młodych ludzi to trudny i ciężki temat. Wiele osób po latach przyznaje się do tego, że byli gnębieni przez rówieśników. Jakub Ćwiek pokazał, do czego może doprowadzić przemoc; jak łatwo można zniszczyć psychikę młodego człowieka. Dla bohaterów powódź była przygodą. Nie widzieli w niej takiego wielkiego zagrożenia jak dorośli. To była kolejna atrakcja wakacji, które na zawsze zapisały się w pamięci bohaterów.

Topiel to książka bardzo dobra; mętna i ciężka, pełna brutalnych emocji i przeżyć. Patrzenie na klęskę żywiołową, jaką jest powódź, oczami dzieci jest niezwykle fascynującym doświadczeniem. Jak dla mnie Topiel to powieść pozbawiona wad; dopracowana od pierwszej do ostatniej strony. Po tej książce nie uwolnicie się od książkowego kaca.

 

Dział: Książki
sobota, 12 wrzesień 2020 10:37

Zimny chirurg

Cisza, czas od czasu przerywana stłumionym pokasływaniem gdzieś z oddali. Cichy syk odpalanego znicza, zapach roztapiającego się wosku mieszający się z tą ciężką, charakterystyczną wonią cmentarzy- kwiatów i ziemi. Pierwsze wspomnienie małego Edmunda wiąże się z jego starszym bratem Andrzejem; pamięta, jak kilkulatek delikatnie dotykał jego pulchnej, niemowlęcej rączki, uśmiechając się. Teraz, na tym zimnym i opustoszałym cmentarzu, Edmund nie poświęca już za wiele uwagi bratu, spoczywającemu pod ziemią, choć matka wymusza na nim bardzo częste odwiedziny grobu. Młodego Kolanowskiego intryguje świeży nagrobek kilka metrów dalej- szczególnie, że wygląda na łatwy do spenetrowania. Jakie tajemnice może kryć kupka ziemi, nieudolnie starająca się ochronić ciało zmarłej przed oczami świata? Czy ma do zaoferowania jemu, Edmundowi, coś więcej niż podekscytowanie związane z odkryciem kolejnej tajemnicy... ?

Jak ja uwielbiam prawdziwe historie o seryjnych mordercach, ubrane w literackość! Nie przedzieram się już przez suche biografie i opisy czynów sprawców, lecz razem z nimi wyruszam na łowy, jesteśmy tu i teraz, razem (choć oczywiście w prawdziwym życiu wolałabym jednak nie natrafić na żadnego psychopatę). A najlepsze jest to, że ów swoisty "prezent" podarował mi jeden z moich ulubionych, polskich autorów- pan Max Czornyj. Czy można chcieć więcej? 

Edmund Kolanowski- mężczyzna, który od wielu lat rozkopywał świeże groby kobiet, wycinał ich narządy kobiece, po czym przyszywał do stworzonej przez siebie kukły i wykorzystywał. W ten sposób zdewastował kilkadziesiąt grobów, doprowadzając rodziny zmarłych do rozpaczy. A jednak ów mężczyzna nie tylko był nekrofilem, ale jego żądze ostatecznie doprowadziły go do morderstwa na młodziutkiej dziewczynce. Jeden z najbardziej znanych sprawców w Polsce.

Zło nas intryguje, to prawda stara jak świat. Ludzie są ciekawskim gatunkiem, wtykamy nos wszędzie tam, gdzie nie powinniśmy. Żądni sensacji podglądamy idących schodami sąsiadów, zasłuchujemy się w odgłosy dochodzące zza ściany, z lubością wysłuchujemy plotek wszelkiego rodzaju. A prawdziwą strawę dla rozpalonego żółcią zazdrości ciała mamy wtedy, gdy bliźniemu przydarzy się coś niedobrego. To co prawda jest zło mniejszego kalibru, ale jasno pokazuje, do czego nasz gatunek jest zdolny. Czy powinien więc nas dziwić fakt, iż po ziemi chodzą ludzie, którzy szczęście odnajdują w krzywdzeniu innych?

Zawsze podczas lektury książek o seryjnych mordercach zastanawiam się, co na nich wpłynęło- wychowanie, a może źli już się urodzili? Czy mamy w sobie pierwiastek zła, który dojrzewa wraz z nami, jeśli tylko mu na to pozwolimy? Tajemnica, której rozwiązanie wciąż jest dla nas nieosiągalne. I właśnie dlatego lubię thrillery bazujące na prawdziwych historiach, ponieważ choć przez krótką chwilę czuję, iż odpowiedzi na wszystkie moje pytania mam w zasięgu ręki. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że opis uczuć i zachowań Edmunda Kolanowskiego został "stworzony" przez pana Maxa, a w rzeczywistości powiązane z jego nekrofilskimi działaniami uczucia mogą różnić się od opisanych w ogromnym stopniu, lecz mimo to mam poczucie, że w jakiś sposób "poznałam" Kolanowskiego.

Zimny chirurg to kolejna książka potwierdzająca, iż to właśnie życie pisze najmroczniejsze scenariusze. Czytuję całkiem sporo thrillerów, w których to autorzy wciąż starają się stworzyć jak najbardziej psychopatycznego mordercę, przerażającego czytelnika do szpiku kości. A jednak to właśnie po przeczytaniu lektury opartej na faktach człowieka przechodzi dreszcz grozy. Na podstawie zachowania społecznego Edmunda Kolanowskiego możemy zauważyć, iż nikt nie zwrócił nigdy na niego uwagi. Dla otaczających go ludzi był zwykłym mężczyzną- pracującym, posiadającym żonę i dzieci. Nikt nie zauważył ognia, który wciąż w nim płonął. Żaden z sąsiadów w życiu nie oskarżyłby go o okaleczanie kobiecych zwłok. I to właśnie dlatego przez tak długi czas był nieuchwytny. Przy historii Kolanowskiego wszyscy literaccy psychopaci zdają się być po prostu... sztuczni. 

Chyba nie muszę Was już namawiać do przeczytania najnowszej książki naszego polskiego autora? Myślę, że Zimny chirurg to gratka dla fanów mocnych opowieści, które wydarzyły się naprawdę.

Dział: Książki
czwartek, 10 wrzesień 2020 16:54

Wyrwa

Kiedy Janina ginie w wypadku samochodowym, Maciej nie potrafi się pozbierać. Nagle musi zająć się dwiema małymi córkami. Mieć dla nich siłę, by wstać z łóżka i próbować prowadzić normalną egzystencję. Ale nie może przestać myśleć o tym, że coś mu nie pasuje w informacjach, które dostał od policji. Jego żona miała być w Krakowie, a nie na Mazurach... Wie, że nie będzie mógł próbować normalnie żyć, dopóki nie pozna prawdy. I tak poznaje tajemnice z życia swojej żony.

Śmierć ukochanej osoby to coś, co może dotknąć każdego. I nikomu nie jest łatwo się z tym pogodzić. Ale Maciej miał jeszcze gorzej - okoliczności, w jakich zginęła jego żona uświadomiły mu, jak niewiele wiedział o kobiecie, z którą żył tyle lat. Jak ich związek zmieniła monotonia i obojętność. Z całego serca wierzyłam, że mężczyzna dowie się prawdy, zrozumie, dlaczego tak się stało. Ale nie pojmuję, jak wydarzenia mogły potoczyć się w tym kierunku... Najgorsze, że nie było to nieprawdopodobne, to tylko logiczny ciąg wydarzeń, który doprowadził do katastrofy. Skończyłam książkę kilka tygodni temu i nadal nie mogę się otrząsnąć z tej historii, ciężko mi znaleźć słowa, które opiszą to, jak "Wyrwa" mną wstrząsnęła.

Jako bohaterowi literackiemu, oczywiście kibicowałam Maciejowi, przyklaskiwałam temu, że udało mu się zrealizować plan, przecież był główną postacią tej powieści i musiał znaleźć swoje szczęśliwe zakończenie. Jednak nie mogłam patrzeć na niego tylko jak na postać z książki, ale przede wszystkim jak na człowieka, który dopuścił się czegoś zakazanego. Niezależnie od tego, jak dobry powód miał.

Po premierze „Wyrwy” wszędzie widziałam gradację: „Żmijowisko” dobre, „Rana” gorsza, „Wyrwa” znów lepsza. Ja nie potrafię tak ocenić tych książek. Każda z tych powieści była zupełnie różna od siebie i to podoba mi się przede wszystkim. Wojciech Chmielarz wziął na warsztat zło i pokazuje jego różne oblicza. Jednak za każdym razem są one bardzo ludzkie, przeciętnie, niczym się niewyróżniające. Niekoniecznie pochodzące ze złej rodziny, otoczone niewłaściwym towarzystwem czy nałogami. To dobrzy ludzie – tak mógłby powiedzieć o nich sąsiad zapytany o opinię. A jednak stało się coś, że ci „dobrzy ludzie” okazali się zdolni do popełnienia zła. W co może nawet sami by wcześniej nie uwierzyli. Przecież Maciej taki nie jest – bez przerwy cisnęło mi się na usta.

„Wyrwa” to świetny thriller psychologiczny, niepozorna, ale przerażająca historia, której początek, choć tragiczny, w żaden sposób nie przygotowuje czytelnika na to, co się jeszcze wydarzy. I nawet, kiedy myślę, że wszystko już wiem, autor po raz kolejny mnie zaskakuje. Ta książka zrobiła na mnie ogromne wrażenie i bardzo ucieszyła mnie informacja, że zostanie zekranizowana!

Dział: Książki
poniedziałek, 24 sierpień 2020 14:04

Ucieczka z Pretorii

Daniel Radcliffe powraca w historii o ucieczce z najlepiej strzeżonego więzienia w południowej Afryce. Tak przynajmniej chcą nam wmówić twórcy. Prawda jest nieco inna. Fakt, bohaterowie zwiali z więzienia. Reszta niekoniecznie ma odniesienie do rzeczywistości. W więzieniu „politycznym” dla białych w Pretorii dozór jest kiepski. Uciekinierzy są terrorystami należącymi do organizacji finansowanej przez ZSRR. Przechodzili szkolenia w obozach prowadzonych przez KGB oraz Kubańczyków w Angoli i innych krajach. Tyle na temat realizmu. A jak wrażenia po seansie?

„Ucieczka z Pretorii” to miła, ciekawa historia, ale zdecydowanie zbyt czarno-biała. Od razu widać, kto jest dobry, a kto zły. Więźniowie stoją po tej jasnej stronie, zaś strażnicy to czarne charaktery, a system, który reprezentują, zasługuje na potępienie. Widz nie uświadczy tutaj bohaterów o bardziej złożonej osobowości, wszystko przedstawiono niczym w tanim westernie – za pomocą czarnych i białych kapeluszy. Reżyser nie pokazuje dobrych klawiszy, wszyscy oni są ludźmi gardzącymi więźniami. Z kolei osadzeni to osoby, które skazano za niewinność. Tak schematyczne podejście, pełne przejaskrawień, sprawia, że aż oczy bolą.

Największą gwiazdą filmu jest Daniel Radcliffe, ciężko jednak dostrzec tu jego kunszt aktorski, bo postać, w jaką się wcielił, jest na wskroś przewidywalna i bez polotu. Odtwórcy ról drugoplanowych nie wnoszą zbyt wiele do całej produkcji. Ich gra stoi na niskim poziomie, zupełnie jakby mieli służyć po prostu za ruchome tło. Na tle całej obsady wyróżnia się jedynie Mark Leonard Winter, który swoją grą przypomina mi trochę młodego Daniela Day-Lewisa.

Film został nakręcony przy użyciu małych nakładów finansowych. Postawiono na realizm całej produkcji kosztem efektów specjalnych. Może i słusznie, bo więzienie, życie osadzonych, praca strażników ukazane zostały na tyle dobrze, że stanowią największy atut tego filmu.

Podsumowując, film wypada po prostu przeciętnie. Sama historia więźniów ma potencjał i stanowi doskonały materiał na dobrze opowiedzianą, chociaż nieco naciąganą historię. Jednak brak jakiejkolwiek głębi aktorskiej, sztampowość oraz widoczny gołym okiem podział na dobrych i złych zwyczajnie psują odbiór. To stereotypowe i nieco moralizatorskie podejście do tematu siłę artystyczną całej produkcji. Na seansie widz nie zaśnie ze znużenia, ale też nie czeka go moc niezapomnianych doznań. Mogło być lepiej, a wyszło jak wyszło.

Plusy:
– dobry potencjał na świetną historię;
– Daniel Radcliffe w roli głównej;
– realność.

Minusy:
– nudni bohaterowie;
– schematyczne podejście do tematu;
– słaba gra aktorska odtwórców ról drugoplanowych.

Dział: Filmy
piątek, 07 sierpień 2020 16:36

Podglądaczka

"...i piekło nie zna gorszej furii niż szał zdradzonej kobiety."

Początkowo zapowiadało się, że będzie to thriller jakich wiele miałam okazję poznać. Jednak w miarę zagłębiania się, zrozumiałam, że ta podróż przybierze frapująco odmienną kolorystykę. Caroline Eriksson przygotowała nęcące obrazy opowieści, a wiele w nich wybrzmiewało intrygująco i wciągająco. Skonstruowała wielowarstwową fabułę ze szczelnie przylegającymi wątkami, mocno uzależnionymi od siebie, ale bez relacji nadrzędności i podporządkowania. Każdy aspekt pełnił ważną funkcję, trzeba wychwycić najdrobniejsze podpowiedzi. 

 Wydawało się, że podążać się będzie w określonym kierunku, kiedy pisarka nagle zmieniała wiatr intrygi i wprowadzała na teren zaskakujących przypuszczeń i interpretacji. Odkształceniu ulegały nie tylko okoliczności i zabarwienia postaci, ale także przedmiot naszego zainteresowania. Thriller nie prowadził utartymi szlakami, oferował znacznie więcej, w pewnym stopniu redefiniował pojęcie samotności, bólu, wstydu, wyrzutów sumienia, strachu, obsesji, przyjaźni i miłości. Pozwalał spojrzeć na nie z innej niż zazwyczaj perspektywy, ale nie zapominał o ich tradycyjnej istocie, nieograniczonym zasięgu i trudnej niejednoznaczności. Rozszyfrowanie poplątanych węzłów nici prowadzących ku prawdzie dostarczało mnóstwo zabawy i satysfakcji. Książkę warto uwzględnić w planach czytelniczych, proponuje wciągająca grę wypełnioną refleksjami, ambitną rozrywkę, która zadowoli wymagających odbiorców szukających czegoś więcej niż tylko dreszczyku emocji.

Elena jest w trakcie separacji z mężem, ciężko przeżywa rozstanie z ukochanym, jako pisarka odczuwa niemoc twórczą. Kobieta wynajmuje dom. Z braku towarzystwa zerka w okna posesji usytuowanej obok. Dostrzeżone szczegóły w podglądanej rodzinie nie dają jej spokoju, zaś znajomość z czternastoletnim sąsiadem przekierowuje myśli z własnej sytuacji na doświadczenia innych. Z każdym dniem opanowuje ją coraz silniejsze przekonanie, że w rodzinie chłopca nie dzieje się tak, jak powinno. Podąża tropem czegoś szczególnego, przykrego i przerażającego. Wówczas wyobraźnia postanawia dać znać o sobie, Elena w zapale tworzy książkę, jednocześnie angażuje się w udzielenie pomocy. Do czego doprowadzą ją zatrważające podejrzenia? Kiedy przekroczy granicę psychicznej wytrzymałości? Jak poradzi sobie z bolesną stratą bliskiej osoby? I coś, co mnie szalenie ciekawi, dlaczego zaburzenia adaptacyjne bywają tak różnie odbierane?

Dział: Książki