czerwiec 28, 2022

Rezultaty wyszukiwania dla: fantasy

niedziela, 21 wrzesień 2014 16:39

Conan Barbarzyńca

Robert E. Howard stworzył najsłynniejszą postać heroic fantasy - Conana. Napisał ledwie kilka książek, zanim popełnił samobójstwo, lecz seria o przygodach Cymeryjczyka wydawana jest po dziś dzień... czary z mleka? Nie, ot na początku kilku wielbicieli Howarda kontynuowało dzieło - ku własnej nieokiełznanej radości dalszego obcowania z krainą młodzieńczych marzeń. Od „wolontariuszy" w przeszłości, po dzisiejszą biznes-machinę rynku fantasy. Wydawnictwa uwielbiają zarzucać rynek księgarski epopejami, składającymi się z dziesiątków tomów, byleby co naiwniejsi dali się złapać na dany tytuł i dalej kupowali kolejne odsłony. Oczywiście, jak to w Stanach, powstał też komiks na podstawie tego „epokowego" dzieła heroic fantasy oraz kilkunastu jego bohaterów, którzy zostali podczas przekładu niemal skserowani. Przemysł filmowy zawsze był zainteresowany dobrze sprzedającą się literaturą, gdyż cała fabuła jest już gotowa, a spore grono czytelników z chęcią skonfrontuje to, co pojawiało się w ich głowach, z wizją z kinowego ekranu. Jednak dopiero w latach osiemdziesiątych zabrano się za Conana, pewnie podyktowane było to strachem przed dotykaniem się ogólnie pojętej fantastyki (nie tak dawno Lucas odczarował ten gatunek, przetapiając swe pomysły w złoto), obawami związanymi z efektami specjalnymi (znów Lucas and company się kłania) oraz pewnie brakiem odpowiedniego „aktora". Ostatni problem w sumie był największy - Conan bowiem do ułomków nie należał, ale był przy tym potężną, ludzką machiną do zabijania. Każdy, kto by go zagrał, musiał już na pierwszy rzut oka wzbudzać respekt swymi walorami fizycznymi. Cóż, w historii kina mało było miejsca dla takich mięśniaków (poza kinem akcji) i bardzo często zatrudniano do takich ról sportowców, żeby wymienić tylko Tarzana, granego przez zdobywcę wielu medali w pływaniu Johnny'ego Weissmullera, czy popularnego dziś bardziej, niż za czasów swej kariery boiskowej piłkarza Vinnie'ego Jonesa, który gra głównie kompletnych skurwieli. Arnoldzik był jak znalazł. W owym czasie był jeszcze na tyle świeży na rynku, że za „skromną" kasę można było go wciągnąć do tej roli. Poza tym posiadał aparycję idealną, by móc imitować Cymeryjczyka.

Fabuła heroic fantasy, prosta niczym budowa cepa bojowego, świetnie się odnalazła w Hollywoooodzkim światku. Ot wielki, mężny typ i jego niesamowite przygody. Na szczęście trzymano się Howardowskiego pierwowzoru książkowego. Rodzinę Conana ubijają najeźdźcy, wyznawcy Setha, a sam młodziak zostaje pojmany. Jako niewolnik pracuje ciężko i rośnie w krzepę. Udaje mu się biec. W normalnym świecie szybko znajduje sobie niszę, jako najemnik i złodziej do wynajęcia, który za odpowiednią kwotę zmierzy się z każdym wyzwaniem. Lecz w głębi duszy nadal przyświeca mu nadrzędny cel – zemsta za śmierć rodziców i własne krzywdy.

Lud pochodzący z Cymerii to twarde i wytrzymałe towarzystwo, od najmłodszych lat uczące się w brutalnej szkole życia. Węzły mięśni grające pod skórą Arnolda to historia dorastania i dojrzewania w niewolniczym kieracie. Znosił wszystko byleby przetrwać, przeżyć, a w konsekwencji uciec z niewoli. Schwarzenegger wpasowuje się w rolę doskonale i to nie tylko ze względu na swe kulturystyczne walory. Także ta jego kwadratowa gęba o spojrzeniu prostego typa robi swoje. Jedynym minusem w nim, jako w Conanie, jest jego brak szybkości (Arnie jest jednak za wolny, ta kupa mięcha nie ma za nic przełożenia na dynamikę) oraz kolor włosów. Cymeryjczycy obdarzeni kruczoczarnymi czuprynami wyśmialiby Arnolda jako swego ziomka.

Mamy tu wszystko, czego poszukują chłopcy i dziewczęta zabawiający się w RPG - przypakowanego herosa, duże miecze, gigantyczne potwory, mityczne bestie, NPC-ów starających się pchać fabułę tylko w jednym słusznym kierunku, przygodę, mordercze pojedynki i złych do szpiku kości przeciwników. Z większymi lub mniejszymi kłopotami Conan rozprawia się z nieszczęśnikami, którzy stanęli na jego drodze do obranego przez niego celu. Czasem przejawia jakieś przyjacielskie uczucia, wiążąc się z podobnymi sobie awanturnikami i korzysta z każdej nadarzającej się sytuacji na małe seksualne co nieco z białogłowymi.

Pomimo paru dziesiątek lat na karku, efekty jakie widzimy na ekranie są dalej do przełknięcia, a w pamięci pozostaje szatkowanie gigantycznego węża, jak i przemiana Jamesa Earla Jonesa w bestię. Stare, dobre, „analogowe" sposoby oszukiwania widza wypadają lepiej niż wiele cyfrowych efektów, które walą po oczach sztucznością w dzisiejszych filmach. Jednak filmowe duchy są zdecydowanie gorzej zrobione.

Arnoldzik odgrywa tu swoją rolę życia (obok Terminatora), gdyż jest to, jak w starych dobrych czasach złotej ery Hollywood, film zrobiony jakby pod niego. Przynajmniej od strony wizualnej dobrze mu leży ta postać, bo o grze aktorskiej nie bardzo można tu mówić. Dla fanów fantasy pozycja obowiązkowa, inni mogą czuć się nieco dziwnie przy oglądaniu staruszka Conana w akcji.

Dział: Filmy
poniedziałek, 04 sierpień 2014 21:27

Wywiad z Conorem Kostickiem

1. (ProZak) I had an opportunity to read and review your literary debut, "Epic", and I'd like to ask you: where the idea for such a story, which also opens the trilogy came from?

(Miałem przyjemność czytać i recenzować Pana literacki debiut, „Epic" i w związku z tym chciałbym spytać, skąd wziął się pomysł na taką historię, która rozpoczyna całą trylogię?)

ConorKostickI was reading an economics article about how online games were generating characters that sold for as much as $2,000 on eBay. The journalist said that if you add up all the trades, the total was over $40bn dollars. That triggered a thought in my mind that I found every exciting. What if we lived in a world where all of us had to play online for our real income and social status? What would happen in such a world? I decided it would evolve in a way that became very unjust and that this would provide the core drama of the story. The fact that I'd played a lot of these games and seen cliques of 'elite' players form that tended to bully and show off to newer players gave me some idea of how the story would feel, emotionally speaking.

Dział: Wywiady
piątek, 20 czerwiec 2014 10:48

7 smoków

Smoki od zawsze budziły wiele skrajnych emocji wśród ludzi. Te mityczne i potężne stwory, bohaterowie legend i biblijnych opowieści u jednych wywoływały lęk i przerażenie, zaś u drugich fascynacje ich magicznością. W dzisiejszych czasach mamy swoistą modę na smoki. Pojawiają się one w wielu książkach czy filmach fantasy, wreszcie w grach komputerowych czy planszowych. Na kanwie tej popularności Andrew Looney, Amerykanin mający na swoim koncie kilkadziesiąt różnych tytułów, stworzył grę karcianą pt. "7 smoków". W Polsce ukazała się ona dzięki wydawnictwu specjalizującemu się w familijnych tytułach - G3. Przeznaczona ona jest dla 2 do 5 graczy, a jedna partia trwa około pół godziny.

Zawartość

Zestaw "7 smoków" zapakowany jest w poręczne, małe i wytrzymałe pudełko (znane już z wcześniejszych wydań G3, np. "Trucizny", "Kameleona" czy "Rekinów biznesu"). Znajdziemy w nim 51 kart z wizerunkami smoków, których autorem jest Larry Elmore (znany ilustrator serii "Dungeons & Dragons" czy "Dragonlance"). Na kartach tych zostało umieszczonych od 1 do 4 mitycznych stworzeń w różnych układach kolorystycznych, albowiem w grze występuje pięć kolorów smoków: czerwone, żółte, niebieskie, zielone i czarne. W pudełku znajdziemy również 15 kart akcji, które wprowadzają dynamikę w rozgrywce oraz urozmaicają przebieg każdej tury. Zestaw uzupełniają: pięć kart celu, karta smoka srebrnego, będąca kartą startową oraz karta smoka tęczowego, będąca tzw. jokerem. Wszystkie karty prezentują się naprawdę bardzo ładnie, wyglądają imponująco i trwale.

Na dołączonej krótkiej instrukcji przejrzyście wyjaśnione są zasady oraz przebieg rozgrywki opatrzony przykładami.

Cel gry

W grze występuje pięć głównych rodzajów smoków, umieszczonych w różnych kombinacjach ilościowych i kolorystycznych na kartach. Celem każdego gracza, który wciela się w smoczego jeźdźca, jest zgromadzenie siedmiu smoków tego samego rodzaju (zgodnego z kartą celu), układając odpowiednio karty, tak aby pasowały kolorami do siebie. Przykładowy układ kart na stole doskonale prezentuje załączone poniżej zdjęcie (widać również obszar tworzący przez siedem zielonych smoków).

Zasady i przebieg rozgrywki

Zasady gry są bardzo proste. Można je wytłumaczyć dosłownie w kilka minut. Tak jak wcześniej wspominałem karty smoków należy układać tak, aby ze sobą pasowały kolorystycznie. Należy przestrzegać przy tym zasady, że łączyć można ze sobą razem tylko dłuższe lub krótsze boki kart.

Karta celu wyznacza nam jakiego koloru smoki będziemy zbierać. Karty akcji wprowadzają nie tylko pewnie urozmaicenie, ale również zamieszanie w trakcie rozgrywki, gdyż możemy zamienić np. karty celów wszystkim graczom, przez co kończący się plan uzbierania siedmiu smoków może nagle lgnąć w gruzach.

Grę zaczynamy od rozdzielenia kart celów od kart smoków i akcji. Te ostatnie tworzą zakryty stos gry, z którego rozdajemy losowo trzy karty każdemu graczowi. Dodatkowo każdy losuje kartę celu (przy mniejszej ilości graczy niż pięciu, pozostałe karty celów rozdawane są wirtualnym graczom i leżą zakryte na stole).

Po przygotowaniu do gry, każdy gracz powinien mieć w ręce trzy karty oraz jedną kartę celu zakrytą przed sobą (można ją zobaczyć w każdej chwili, aby sobie przypomnieć jakiego rodzaju smoki będziemy zbierać, ale nie można jej pokazywać innym graczom). Karta srebrnego smoka jest kartą startową i do niej dokładamy na początku swoje karty.

Grę rozpoczyna najstarszy z graczy, zaś następnie rozgrywka toczy się zgodnie z ruchem wskazówek zegara. W każdej turze wykonuje się dwie czynności: dobranie karty z zakrytego stosu oraz zagranie karty z ręki. Przy zagraniu karty z ręki są dwie możliwości. Można dołożyć zgodnie z ogólnymi zasadami kartę smoka na planszy. Wystarczy, aby przynajmniej jeden ze smoków pasował kolorystycznie do przedstawionych smoków na karcie na stole.

Drugą możliwością jest zagranie karty akcji z ręki. W ten sposób możemy np. zabrać ze stołu wybraną przez siebie kartę i umieścić w innym miejscu, zamienić karty celów wszystkim graczom (w tym wariancie wliczają się wirtualni gracze), wymienić wszystkie swoje karty na ręce z kartami przeciwnika itd. Dodatkowym atutem kart akcji jest zmiana koloru srebrnego smoka. Wykładając na niego odpowiednią kartę, możemy zamienić go w wskazany przez kartę akcji rodzaj.

Gra kończy się natychmiast, kiedy dany gracz uzbiera w jednym ciągu siedem smoków tego samego rodzaju. Nawet jeśli to nie będzie jego tura. Bardzo często zdarza, że przypadkiem dokładając swoją kartę tworzymy inny ciąg kolorystyczny, który akurat jest celem przeciwnika.

Wrażenia

"7 smoków" to gra bardzo łatwa i przyjemna jednocześnie. Może nie jest karcianką wymagającą od gracza zdolności strategicznych i charakteryzuje się bardzo dużą losowością, jednak w trakcie rozgrywki ważną rolę odgrywają emocje, a głównie umiejętność ich maskowania. Bardzo często trzeba wprowadzać w błąd przeciwnika, aby nie zorientował się jaką mamy kartę celu. Nie możemy za szybko tworzyć spójnej grupy naszych smoków na stole, gdyż szybko zwrócimy na siebie uwagę. Nigdy nie możemy być do końca pewni zwycięstwa. W każdej chwili inny gracz może nas pozbawić karty celu, przez co praktycznie zaczynamy zbieranie siedmiu smoków od początku. Podobnie, kiedy ktoś przełoży nam kartę smoka w inne miejsce na stole. Ponownie trzeba zacząć szybko opracowywać nową strategię.

Podsumowanie

Należy wziąć pod uwagę, że gra nie jest "odkrywcza", nie wnosi powiewu świeżości. Mechanika jest bardzo uniwersalna. Równie dobrze smoki można było zamienić innymi postaciami i grało by się tak samo. Wbrew zamierzeniom autora, ciężko wczuć się w postać jeźdźcy smoków. Nie jest to więc pozycja, która przypadnie do gustu starym wyjadaczom gier planszowych. Dla nich będzie ona jedynie tzw. chwillerem czyli przerywnikiem, choć na rynku dostępnych jest wiele ciekawszych takich szybkich pozycji.

"7 smoków" jednak jako gra familijną, idealnie nadaje się do wciągnięcia najmłodszych w świat fantasy i przygodę z grami karcianymi czy planszowymi. Dobrze spisuje się w większym, rodzinnym gronie. Prostota zasad, towarzyszące rozgrywce emocje, płynność oraz nieprzewidywalność punktuje. Dodatkowym atutem gry jest jej wykonanie, szczególnie piękne ilustracje smoków. Oceniając grę pod tym kątem, spokojnie mogę uznać ją za dobrą pozycję.

Ocena: 6,5/10

Za egzemplarz dziękujemy polskiemu dystrybutorowi G3.

Dział: Gry bez prądu
niedziela, 15 czerwiec 2014 15:07

Polowanie

Wampiry zawładnęły światem. Ludzie stanowią mniejszość. Żyją w niewielkich osadach pod kopułami lub ukrywają się wśród krwiopijców. Nikt nie wie co spowodowało taki obrót sytuacji. Jedno jest jednak pewne. Łowcy to zwierzęta, bestie ogarnięte żądzą pożarcia człowieka.

Każdego dnia Gene musi zakładać maskę. Jest heperem - człowiekiem, jednym z niewielu w świecie pełnym nocnych istot. Gdyby ktokolwiek się dowiedział zapewne chłopak byłby już martwy. Dlatego właśnie musi się ukrywać. Nie wolno mu okazywać emocji, pocić się, musi nosić sztuczne kły. Kamuflaż, od którego zależy jego istnienie. Ku zdumieniu nie tylko jego, ale także dyrektora szkoły, gdy zostają ogłoszone Wielkie Łowy, Gene ma być jednym z uczestników. Pałac potrzebuje osoby medialnej, a on dzięki swojej inteligencji i urokowi idealnie nadaje się do tej roli. Planem awaryjnym natomiast ma być jego koleżanka Ashley June. Wraz z innymi uczestnikami zostają przewiezieni do specjalnego ośrodka szkoleniowego. Problem polega na tym, że wszystko dzieje się nagle i chłopak nie ma przy sobie rekwizytów, dzięki którym tak świetnie się do tej pory maskował. Teraz musi jakoś przetrwać wśród żądnych krwi wampirów. Poza tym czy byłby zdolny zabić drugiego człowieka?

Narratorem jest główny bohater powieści. To właśnie patrząc jego oczami poznajemy otaczający chłopaka świat wampirów. Akcja książki toczy się wartko, a pomysł na fabułę autor miał niezwykle ciekawy. Z wykonaniem nieco gorzej, bo choć historia wciąga, to kilku wątkom zabrakło logicznego podłoża. Tego szerszego wytłumaczenia, na czym to wszystko się opiera. Pisarz ma lekkie pióro i posługuje sie prostym językiem, dzięki czemu książkę szybko i przyjemnie się czyta. Nie zawiera dłużyzn, a największą jej wadą są jedynie te, czasem aż nazbyt rzucające się w oczy, niedomówienia i momentami naciągane wydarzenia.

Gene nie jest typem bohatera. To raczej zwyczajny chłopiec, który non stop popełnia jakieś błędy. Postać bardziej sympatyczna niż groźna. Wydaje mi się, że autor wzorował się w tym wypadku na standardach heroik fantasy "od zera do bohatera", gdzie wychowane wśród pospólstwa dziecko, okazuje się być wielkim magiem lub księciem krwi - ostatnim dziedzicem królewskiego rodu. Także jestem niezwykle ciekawa jak zmieni się sylwetka głównego bohatera "Polowania". Bo choć nie zauważyłam by ktokolwiek wspominał o kontynuacji, to zakończenie jest pozostawione w taki sposób, że z pewnością pisarz ma w planach zamknąć ten otwarty wątek.

Myślę, że największymi zaletami "Polowania" są rzeczywistość, którą wykreował autor oraz wartkość akcji, która pędzi do przodu na łeb na szyję. Niebezpieczeństwa czają się na każdym kroku i w towarzystwie głównego bohatera nie sposób się nudzić. Choć powieść miejscami jest nieco infantylna, a gdzieindziej zbyt naiwna, to jednak całość prezentuje się dość dobrze, wyróżniając się zwłaszcza na tle tego typu książek. "Polowanie" to ciekawa, wciągająca lektura. Jeżeli powstanie druga część, to sięgnę po nią bez wahania, chociażby dlatego, by zobaczyć czy i jak bardzo rozwinęła się sylwetka głównego bohatera.

Dział: Książki
piątek, 23 maj 2014 15:18

Wywiad z Tomaszem Pacyńskim

Wywiad przeprowadzony w 2004 roku.

Witam serdecznie i w imieniu Secretum.pl chciałbym  podziękować za udzielenie wywiadu. Zacznę od tradycyjnego już  pytania: jak to się stało, że zainteresowałeś się literaturą  fantastyczną, jakie były początki Twojego pisarstwa?

Cóż, jak powszechnie wiadomo, facetom po czterdziestce odbija. I, niestety, zamiast przeżywać drugą młodość, wziąłem się za pisanie, co pewnie jest jednak nieco bardziej szkodliwe dla otoczenia.

Widzisz, fantastykę czytałem odkąd pamiętam, ten gatunek to były moje pierwsze lektury. Dość długo to trwa, i, bez przesadnej skromności mogę powiedzieć, że znam gatunek. A takim bezpośrednim bodźcem do pisania stała się proza Andrzeja Sapkowskiego. Po prostu postanowiłem też spróbować. Spróbowałem, a ponieważ zawód, który wykonywałem (czyli informatyka), tak mniej więcej po ćwierci wieku staje się śmiertelnie nudny, postanowiłem nawet zmienić zajęcie.

Dział: Wywiady
wtorek, 13 maj 2014 20:37

Dziewczyna w mechanicznym kołnierzu

Przedziwne maszyny, wynalazki, automaty, mechaniczne konie, sterowce oraz niesamowita magia ze świata duchów. Niezwykłe tajemnice i cudowny klimat. To wszystko i wiele innych rzeczy kryją w sobie stronice "Dziewczyny w mechanicznym kołnierzu" - steampunkowej, świetnie napisanej książki.

Tym razem, wraz z bohaterami, z Londynu podróżować będziemy aż do Nowego Jorku. Oczywiście nawet droga również musi być oryginalna, ponieważ wycieczkę zaplanował nie kto inny, a sam Griffin King. Także za morze udamy się na pokładzie prywatnego sterowca, w towarzystwie księcia Greythorne, zadziornej Finley, silnego Sama i niezwykle mądrej Emily. Tam natomiast czeka na nich nowa zagadka i kolejna przygoda. Przede wszystkim jednak przyjaciele muszą uratować Jaspera, który wpadł w bagno kłopotów po same uszy.

Nowy Jork w wizji pisarki, która, choć to fantastyka, wiele rzeczy (miejsc i wydarzeń) oparła na prawdziwych faktach, jest miejscem klimatycznym i pełnym barw. Do tego wszystko zostało opisane w niezwykle plastyczny sposób i bez trudu można sobie to wyobrazić. Choć i tym razem najcudowniej stworzone w książce zostały przeróżne wynalazki. Mimo że nie wszystkie opisane są ze szczegółami, to jednak większość z nich bez trudu można sobie wyobrazić. Osobiście najbardziej lubię mechanicznego kota Em i tą małą, pomysłową, latającą niespodziankę, jaką zrobiła pewnej nocy Griffinowi (tu, o co dokładnie mi chodzi, niestety przeczytać musicie sami).

W powieści najbardziej zabrakło mi Dandy'ego i uroku, który swoją osobą roztaczał. Dalton - nowy przestępca - nie był nawet w połowie tak interesującą postacią. Powiedziałabym nawet, że rysował się dość bezosobowo - owszem, autorka starała się nadać jakiś ciekawy kształt jego postaci, wyszedł jednak nieco nijaki, zwłaszcza na tle pozostałych bohaterów. Brakowało mi także przemyśleń Sama, który w drugim tomie nadmiernie złagodniał. Prym w tej części wiedli zdecydowanie Griffin i Finley oraz oczywiście, oskarżony o morderstwo, Jasper. Z jednej strony to dobrze, ponieważ naprawdę lubię te postacie, z drugiej jednak brakowało mi tej wielowątkowości, która zdominowała cały, pierwszy tom.

"Dziewczyna w mechanicznym kołnierzu" to lektura lekka, przyjemna i niezbyt wymagająca. Bohaterowie, choć posiadają wiele mrocznych stron, zachowują się zawsze nienagannie - żeby nie powiedzieć grzecznie i kurtuazyjnie. Przynajmniej jeżeli chodzi o niektóre sprawy. Widać przez to, że autorka starała sie stworzyć książkę młodzieżową i to zdecydowanie dla tej porządnej części młodzieży, także powieści zabrakło nieco pikanterii. Nie chodzi mi tylko o to, że Fin rumieni się po same uszy, gdy ujrzy Griffina bez koszuli, bo to można by było jakoś wytłumaczyć epoką i jej młodym wiekiem (choć po tym co przeżyła wydaje się to być dość irracjonalne), ale także o to, że postacie co chwila ocierają się o śmierć, albo kogoś bezlitośnie biją do utraty przytomności, a jednak morderstwo, nawet nieumyślne, wydaje się im rzeczą przerażającą i nie do pomyślenia. Brakuje mi w tym wypadku konsekwencji.

Oczywiście nie twierdzę, że książka jest zła, bo wcale taka nie jest. Wręcz przeciwnie. Czyta się ją szybko, lekko i przyjemnie. Przygody bohaterowie mają barwne i ciekawe. Od lektury trudno się oderwać, a postaci nie sposób nie pokochać. Każda ma swój specyficzny urok, charakter i barwne wnętrze. Zżyłam się z nimi i będę tęskniła do ich perypetii, póki w moje ręce nie trafi kolejna część - którą, jestem pewna, pochłonę z takim samym zapałem, jak "Dziewczynę w stalowym gorsecie" oraz jej kontynuację.

"Dziewczynę w mechanicznym kołnierzu" serdecznie wszystkim polecam. Powieść, choć lekka, ma swój niepowtarzalny urok, kryje w sobie wiele tajemnic i zaskakujących wydarzeń oraz zwrotów akcji. Fabuła książki została przez autorkę dobrze przemyślana, a zakończenie zostawia po sobie jedynie kilka drobnych niedopowiedzeń - żeby czytelnik niecierpliwie wyczekiwał kolejnej części. Jedno wiem na pewno - powieść ta stanie na półce w gronie mojej ulubionej twórczości. Jestem nią - bardziej niż tylko trochę - oczarowana.

Dział: Książki
wtorek, 13 maj 2014 15:43

Takeshi. Cień śmierci

"Takeshi Cień Śmierci" to pierwszy tom trylogii znanej doskonale wszystkim wielbicielom fantastyki pisarki - Mai Lidii Kossakowskiej. Tym razem postanowiła zabrać swoich czytelników do świata Dalekiego Wschodu. Odsłonić przed nimi jego kulturę i mitologię.

Maja Lidia Kossakowska debiutowała w roku 1997 na łamach literackiego magazynu „Fenix”. Z zamiłowania jest autorką fantastyki, z wykształcenia plastykiem i archeologiem śródziemnomorskim. Sporadycznie zaś magiem i poetką. Wychowana została na klasyce i porządnej literaturze amerykańskiej, czyli Faulknerze, Steinbecku, Hemingwayu, Chandlerze, Cortazarze i Llosie. Ceni dobrą prozę nowoczesną. Jest miłośniczką antyku, niezwykłych mitologii, wiedzy tajemnej, szamanizmu i starożytnych artefaktów. Lubi stare westerny, nowe filmy wojenne, środkowe Morawy, awantury arabskie i grillowane krewetki. Przyjaźni się z kotami i końmi oraz lekko zdumiewa fenomenem mrówkojadów. Wykazuje całkowity brak tolerancji wobec chamstwa, głupoty, arogancji, minoderii, pychy i pająków. Została laureatką nagrody im. Janusza A. Zajdla 2006 (ośmiokrotnie nominowana), Srebrnego Globu, Złotego Kota i Śląkfy. Do jej dzieł należą między innymi bestsellerowy "Siewca Wiatru" oraz cykl „Upiór Południa" - cztery mikropowieści, które określa mianem najważniejszych i najpełniejszych opowieści jakie kiedykolwiek napisała.

Moim ulubionym dziełem pisarki są "Obrońcy królestwa", zbiór opowiadań wydany przez Agencję Wydawniczą Runa. Niestety już od wielu lat książka nie jest dostępna na rynku. Później jednak mocno sparzyłam się na "Zbieraczu burz", po którego lekturze stwierdziłam, że nie jest to literatura dla mnie. Nie chodzi o to, że autorka pisze źle - wręcz przeciwnie, ma cudowny warsztat i niezwykłą wyobraźnię. Doszłam po prostu do wniosku, że kompletnie nie zgadza się nasz światopogląd i spojrzenie na wiele, ważnych dla mnie spraw. Także pragnę zaznaczyć iż wierną fanką prozy Mai Lidii Kossakowskiej nie jestem, za to mogę się uznać za miłośniczkę kultury Dalekiego Wschodu. Dlatego też bez wahania sięgnęłam po nową powieść pisarki.

Przez całą historię autorce udaje się utrzymać klimat, jaki sobie zaplanowała. Od początku do końca dostarcza nam niesamowitych wrażeń. Nieczęsto zgadzam się z reklamą umieszczoną na okładce, ale tu jest ona w stu procentach adekwatna. Czytając czułam się jakbym oglądała któryś z moich ulubionych, japońskiej produkcji filmów. Smutna, okrutna, brutalna, krwawa, bardzo obrazowa i jednocześnie... piękna. Te wszystkie określenia, choć mogłyby wydawać się sprzeczne, to jednak idealnie pasują do tej właśnie powieści. Pisarka zaprezentowała zupełnie inne dzieło niż te, które tworzyła do tej pory, a ja wciąż pozostaję oczarowana i pod głębokim wrażeniem.

Niesamowita akcja, genialnie dopracowani bohaterowie, urzekający, mroczny klimat. Dobrym pomysłem było również umieszczenie z tyłu książki swojego rodzaju leksykonu, wyjaśniającego nie tylko japońskie pojęcia, ale także i opisującego zakony. Niecierpliwie czekam na dzień, w którym premierę będzie miał kolejny tom, a z przeczytanej powieści jestem bardzo zadowolona.

Dział: Książki
środa, 07 maj 2014 22:45

Druga szansa

Szpitale psychiatryczne przerażały mnie chyba od zawsze. Choć może od wtedy, kiedy obejrzałam "Requiem for a Dream". Druga Szansa to na dodatek ośrodek wyjątkowo specyficzny. Ogrodzony wysokim murem. Umierają w nim ludzie. Natomiast bohaterowie zupełnie nie wiedzą co dookoła nich się dzieje.

Zdezorientowana dziewczyna budzi się i nie poznaje własnej twarzy. Dziwnie się czuje we własnym ciele. Okazuje się, że po pożarze domu, w którym zginęli jej rodzice, znalazła się w szpitalu psychiatrycznym o nazwie Druga Szansa. Imię, którym nazywa ją lekarka brzmi jakoś obco. Niewłaściwie. Bez przerwy towarzyszą jej przerażające kruki, a gdy nie zażywa przypisanych jej lekarstw, również surrealistyczne, napawające strachem wizje. Z czasem dziewczyna dowiaduje się, że to nie jest wyłącznie jej historia. To samo spotkało już i ciągle spotyka różnych innych pacjentów. Do tego wszystko wskazuje na to, że w Drugiej Szansie we wszystkim ją okłamują, chcąc sprawić by naprawdę zwariowała. Chyba, że to już się stało...

Kolejna książka spod pióra Katarzyny Bereniki Miszczuk i oczywiście kolejna znakomita powieść. Choć tym razem w zupełnie innych klimatach. Nie jest tak naiwna i lekka jak "Wilk" czy "Wilczyca", nie jest również tak pełna humoru jak "Ja, diablica" i dalsze części niezwykłej trylogii. "Druga Szansa" to coś zupełnie nowego, świeżego, w kompletnie odmiennym klimacie. Choć pewne podobieństwa by się znalazły. Mam nieodparte wrażenie, że Julia, choć ma zupełnie inny temperament, nieco przypomina Wiktorię Biankowską. Tego się chyba jednak nie dało uniknąć, ponieważ autorka pisze swoje książki zawsze w pierwszej osobie. Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, bo Julii z pewnością nie można zarzucić braku charakteru.

Powieść, od początku do końca, jest niezwykle surrealistyczna. Ze strony na stronę coraz bardziej wciąga. Styl pisarki i język, którym się posługuje są lekkie i przyjemne. Bez trudu można sobie wyobrazić to o czym pisze. Podczas czytania nieco przeszkadzał mi fakt, że akcja się wydłużała, nie prowadząc do żadnych konkretnych wniosków. W pewnym momencie byłam już tym faktem znużona. Kilkanaście stron za długo i niecierpliwe oczekiwanie przemieniło się w irytującą chęć przerzucenia paru stron. Bohaterowie, choć jest ich niewielu, mają swoje własne barwy i wyróżniają się na tle nieco groteskowej fabuły. Julia czasami postępowała wbrew rozsądkowi i bardzo nierozważnie, ale takie zachowanie można wytłumaczyć tym, że przecież straciła pamięć no i została zamknięta w szpitalu psychiatrycznym. Może też nadmierna ufność, granicząca z naiwnością, były po prostu cechami jej osobowości.

"Druga Szansa" to książka którą z czystym sumieniem mogę polecić każdemu. Fabuła jest ciekawa i przemyślana, a akcja toczy się wartko. Czytelnik nie wie co wydarzy się na kolejnej stronie, w następnym rozdziale czy jak w ogóle skończy się ta historia. Tego nie sposób przewidzieć. Z powieścią spędziłam kilka naprawdę przyjemnych chwil i ani odrobiny nie żałuję tego, że jeszcze przed premierą była na mojej liście "muszę przeczytać". Mimo kilku drobnych wad "Druga Szansa" jest genialna! Polecam!

Dział: Książki
niedziela, 04 maj 2014 03:17

Wilcza księżniczka

Mroźna, śnieżna Rosja, romantyczna i przerażająca legenda rodu Wołkońskich, posiadłość, która przez lata stoi zaniedbana z dala od cywilizacji. Białe wilki, które opiekują się arystokratycznym rodem. I nastoletnia dziewczynka, która na swój temat nie wie niemalże nic, ale potrafi marzyć i ofiarować innym całe swoje serce.

Rodzice Sophie nie żyją, a ona sama trafia pod opiekę przyjaciółki matki, Rosemary, która wcale nie chce zajmować się dziewczynką i tak naprawdę nie ma pojęcia co z nią zrobić. Dlatego oddycha z ulgą, gdy może wysłać ją do angielskiej szkoły z internatem i pozbyć się niechcianego problemu. Tam Sophie wiedzie nudne, zwyczajne życie. Do czasu gdy w szkole nie pojawia się tajemnicza, rosyjska dama, która zaprasza ją podczas przerwy świątecznej do swojej petersburskiej posiadłości. Sophie wraz z dwiema najlepszymi przyjaciółkami wyruszają do Rosji, by przeżyć tam niezwykłą, pełną magii przygodę.

Sam pomysł na fabułę jest intrygujący, ale przygoda nie należy do jakichś wyjątkowo specjalnych, za to sposób w jaki została opisana już owszem. Zwyczajny świat staje się niesamowity i pełen magii. Nutki fantastyki przeplatają się z historią, kryminalną zagadką, przyjaźnią i oddaniem. Czytelnik bez trudu może sobie wyobrazić śnieżny, rosyjski las, zamarznięte jezioro i rzekę. I przede wszystkim baśniowy Pałac Wołkońskich, który zachował swoje piękno nawet mimo tego, że został niemalże doszczętnie splądrowany. Fascynujące były także podróże pociągiem - zarówno same opisy maszyn jak i niezwykłość takiej wycieczki.

Kreacje postaci w tej niezbyt obszernej powieści są niezwykłe. Dokładnie poznajemy Sophie i jej dwie przyjaciółki, które mają kontrastujące ze sobą, silnie zarysowane charaktery. Główna bohaterką jest jednak zwyczajną, dobrą dziewczynką, której poza dużą dozą empatii nic specjalnego nie wyróżnia z tłumu. Chciała poczuć się jak w bajce, jeszcze raz usłyszeć głos ojca, pomóc księżniczce Annie, której tragiczna historia wydała jej się aż nazbyt romantyczna. Jest naiwna, łatwowierna i przyjazna. Lubi się śmiać i cieszyć radością innych. Sophie to moim zdaniem bohaterka idealna - prawdziwa, żywa dziewczynka, w której istnienie bez trudu można uwierzyć. Natomiast Anna przedstawiona została niesamowicie. Do ostatnich stron nie wiemy co mamy o niej myśleć, przez co jej sylwetka wydaje się być niezwykle fascynująca.

Książka zawiera w sobie pewnego rodzaju paradoksy. Jednocześnie jest przewidywalna i zupełnie taka nie jest. Czytając domyślamy się kilku faktów, ale nie sposób odgadnąć przebiegu całej fabuły. Zakończenie pozostaje otwarte i możemy jedynie domyślać się tego, co stanie się dalej, a jednocześnie zostało domknięte na tyle, że mamy jakieś oparcie ku temu by odgadywać co teraz się stanie. W historii nie ma tandetnych i naiwnych wątków. Autorce z powodzeniem udało się ich uniknąć. Najważniejsza część akcji potoczyła się nieco zbyt szybko - trwała zaledwie kilka dni, ale w sumie czemu nie. Bohaterowie "Narnii" byli w tej krainie przecież tylko parę chwil, a zdążyli przeżyć tam swoje drugie życie.

Powieść niezwykle wciąga i jest naprawdę pięknie napisana. Bez trudu można znaleźć się pośród jej stron. To książka, w której baśniowej oprawie bez trudu można się zakochać. Pozycję polecam młodszym nastolatkom i tym już nieco starszym czytelniczkom. Pod żadnym pozorem nie jest to romans paranormalny. To urokliwa baśń, zamknięta w śnieżnym, magicznym klimacie rosyjskiej dziczy. Przyznam szczerze, że ja sama "Wilczą księżniczką" czuję się oczarowana.

Dział: Książki
piątek, 25 kwiecień 2014 19:23

Czarodzieje skrzydła nocy

Sięgając po „Czarodziei Skrzydła Nocy” myślałem iż mam do czynienia z kolejną komercyjną powieścią powstałą w trendzie „potteromanii”. Opis z okładki mówiący o skrzyżowaniu przygód czarodzieja Harry'ego z serialem „Buffy – postrach wampirów” utwierdzał moje przekonanie. Pod wieloma względami jednak się myliłem. Ale przejdźmy do rzeczy. O czym mianowicie jest owa książka ??

Devon March już jako sześciolatek dowiaduje się od ojca, iż nocne zmory i potwory z szafy to nie wymysł jego dziecięcej wyobraźni tylko naprawdę istniejące demony z piekieł. Na dodatek jest on ich głównym celem. Chłopiec jednak posiadając olbrzymią moc, może przezwyciężyć zło.

Osiem lat później Devona dotyka tragedia rodzinna. Umiera jego ojciec, który na łożu śmierci wyznaje iż go adoptował. Na dodatek chłopiec zmuszony jest przeprowadzić się do nieznanej mu rodziny mieszkającej w Kruczym Dworze – olbrzymiej posiadłości na klifie, którą według miejscowych legend nawiedzają duchy. Devon wierzy, iż przyczyna jego wyjazdu ma związek z jego pochodzeniem, magicznymi zdolnościami i tajemniczym głosem w jego głowie.

Pozory go nie mylą, już pierwszego dnia zauważa, iż jego nowa prawna opiekunka, pani Crandall, coś przed nim ukrywa. Jego nowy dom kryje zaś masę tajemnic, a legendy o nim wydają się być prawdziwe.

Devon chcąc się dowiedzieć całej prawdy o sobie, wraz ze swoją przybraną siostrą Cecily, rozpoczyna prywatne śledztwo. Z czasem odkrywa tajemnicę, iż jest potomkiem wielkiego czarodzieja, założyciela Bractwa Skrzydła Nocy, które od trzech tysięcy lat sprawuje pieczę nad portalami między piekłem a ziemią. Będąc dzieckiem w sto pierwszym pokoleniu, jest dziedzicem wielkiej magicznej mocy. Przed nim wielkie wyzwanie unicestwić ducha, który zamierza wykorzystać piekielne demony do własnych celów.

"Czarodzieje Skrzydła Nocy” to doskonałe połączenie przygody i fantasy z odrobiną horroru. Począwszy od prologu czytelnik zostaje wciągnięty w wir tajemniczych i zaskakujących wydarzeń. Wielowątkowa fabuła pełna jest nagłych zwrotów akcji. Masa zagadek, z rozwiązaniem których będziemy musieli nawet poczekać, aż do przeczytania kolejnych tomów, na pewno również ucieszy wielbicieli prozy Hitchcocka. Na pierwszy rzut oka „Czarodzieje ...” oraz seria przygód Harry'ego Pottera, wydają się być do siebie bardzo podobne, szczególnie, że obydwie skierowane są do tej samej grupy wiekowej. Jednak w powieści Geoffrey'a Huntingtona poza czarodziejami, duchami i piekielnymi demonami nie znajdziemy innych postaci rodem z powieści fantasy. Jest również bardziej poważniejsza, co ma związek z przeżyciami i dylematami głównego bohatera (śmierć ojca, rozłąka z przyjaciółmi, zmiana środowiska, pierwsza miłość).

Jednak „Czarodzieje ...” nie są pozbawieni wad.  Mi osobiście przeszkadzało prowadzenie akcji w czasie teraźniejszym. Po drugie piekielne demony z opisu  jako jaszczurowate, pokryte łuską potwory nie wydawały się nazbyt przerażające. Walka wręcz Devona, który posiadał w końcu magiczne zdolności, z nimi wydawała się śmieszna.

Podsumowując „Czarodzieje Skrzydła Nocy” to dobra powieść. Wciągająca fabuła, ciekawe zagadki oraz prosty język przemawiają za nią. Miłym akcentem ze strony wydawnictwa jest twarda oprawa oraz gruby papier, które znacznie wpływają przyjemność czytania oraz estetykę. W przygotowaniu również są pozostałe tomy trylogii - „Królowa demonów” oraz „Krwawy księżyc”.

Dział: Książki