Rezultaty wyszukiwania dla: akcji
Pamiętaj o śmierci
- Bo podobno powstał na zamówienie jakiejś tajnej sekty czy grupy, może nawet loży masońskiej – odparła Marta z błyskiem w oku – której członkiem był także nieznany nam dziś z nazwiska twórca obrazu. Był nim ponoć sławny ówcześnie malarz, tylko nie wiemy o kogo chodzi. Dzieło miało zawierać wskazówki prowadzące do ukrytego skarbca „ostatniego templariusza” ze Skarszew, dożywającego swoich dni na naszych terenach, słynnych z tego, że schronienie mogli tutaj znaleźć wszelkiej maści heretycy, wygnańcy i inni prześladowani buntownicy religijni.
Siadając do pisania tej recenzji nie do końca wiedziałam, jak mam ująć w słowa to, jakie uczucia pojawiały się podczas czytania „Pamiętaj o śmierci”. Teoretycznie książka Pani Anny Klejzerowicz posiada wszystko, co dobry kryminał powinien mieć. Są morderstwa, spisek i tajemnica, która ciągnie się od setek lat. Jest wielki skarb i walka o to, kto zdobędzie go jako pierwszy. To wszystko jest w tej książce, a mimo to była ona nijaka, bez polotu i jakiegoś konkretnego pomysłu na to jak ciekawie poprowadzić fabułę. Widać pomysł, to nie zawsze wszystko.
Fabuła „Pamiętaj o śmierci” zaczyna się w momencie zamordowania dwóch mężczyzn, którzy na pierwszy rzut oka wyglądają jak członkowie jakiegoś gangu. Policja dość szybko zaczyna myśleć, że być może były to zwykłe porachunki lokalnej mafii z jakimiś innymi bandziorami. Wszystko zmienia się, kiedy pojawiają się kolejne trupy, którym towarzyszy zagadkowa kartka umieszczona na ciałach z równie tajemniczym napisem „Memento”, a poszczególne poszlaki i domysły prowadzą do owianego tajemnicą templariusza ze Skarszew i jego skarbu. Do sprawy, za prośbą policji włącza się gdański dziennikarz śledczy – Emil Żądło, były policjant oraz jego partnerka – Marta Zabłocka, muzealniczka. Przypadkiem zostaje w to wszystko wplątany również jego syn – Bartek.
Jak widać na pierwszy rzut oka, książka wydaje się naprawdę ciekawa i porywająca. Ale niestety taka nie była. Przez cały czas miałam wrażenie, że dla głównych bohaterów ważniejsze było grzebanie w historii, niż faktyczne znalezienie sprawców. Oraz gotowanie. Serio, co kilka stron Emil wraz z rodziną siedział przy stole i coś jadł. Ewentualnie pił. I o ile rozumiem umieszczanie takich normalnych scen w powieściach, o tyle robienie to w takiej ilości, jaką zaserwowała nam Pani Anna, robiło się odrobinę nudne. Dodatkowo dość negatywnym w odbiorze jest fakt, że policja po tym jak poprosiła o pomoc Emila Żądło, kompletnie nie robi nic już w związku ze sprawą. Jedynym plusem całości jest chyba to, że czyta się to dość lekko i w miarę przyjemnie. Tylko co mi po tym, skoro fabuła wieje nudą, a potencjał został kompletnie nie wykorzystany.
Co do samych głównych bohaterów. No tutaj też niestety nie jest jakoś szalenie dobrze. Według mnie postacie są płytkie, bez wyrazu. A dialogi, które się pomiędzy nimi toczą są tak naprawdę o wszystkim i o niczym. Oczywiście te dialogi, które w jakiś sposób nie dotyczą sprawy. Generalnie da się ich lubić, bo są sympatyczni, ale brakowało mi w nich jakiegoś takiego pazura. Szczególnie w postaci Emila, który jako były policjant powinien posiadać w sobie jakąś charyzmę, jakiś ogień, który prowadzi go do rozwiązania sprawy. A nie być nijakim człowiekiem, który nie do końca wie, jak ma zabrać się do szukania rozwiązania i praktycznie w całości polega na tym, co wygrzebie z przeszłości jego partnerka.
Podsumowując. „Pamiętaj o śmierci” miało potencjał. Potencjał, który niestety został zmarnowany. Bo sam wątek skarbów templariuszy był całkiem fajny, ciekawy intrygujący. Prawdę powiedziawszy chyba tylko ta część spowodowało, że doczytałam tę książkę do końca. W innym przypadku pewnie w połowie rzuciłabym ją w kąt. Coś co miało być kryminałem o zabarwieniu sensacyjnym, okazało się ciepłymi kluchami o obyczajowych odcieniach. Za mało akcji, za dużo codzienności. Nie tego szukam w tego typu książkach.
Strażnik
Swoista apokalipsa, demony z ludowych opowieści, nietuzinkowa tajemnica – sam opis „Strażnika” zapowiadał smakowitą lekturę, wprost stworzoną dla mnie. Nie mogłam przejść obojętnie i obok fenomenalnej grafiki, w której zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Ku mojej radości, treść książki okazała się równie fantastyczna, spełniła moje oczekiwania, a emocjonujące zakończenie miło mnie zaskoczyło…
„Strażnik” to mój pierwsze spotkanie z twórczością Pauliny Hendel i – jak zapewne się domyślacie – randka ta okazała się nadzwyczaj udana. Autorka zachwyciła mnie przede wszystkim nieziemską kreacją świata. Doskonale połączyła tematykę postapokaliptyczną ze słowiańskimi wierzeniami, tworząc nietuzinkową całość. Przyznam szczerze, że z początku nieco sceptycznie podchodziłam do tego pomysłu, jednakże z każdą stroną moje powątpiewanie zamieniało się w coraz żywsze zainteresowanie. Żałuję tylko, że tak niewiele uwagi poświęcono w treści bestiom, bowiem ich potencjał został zaledwie muśnięty. Mam nadzieję, że w kolejnych tomach będzie więcej grozy i zwrotów akcji, bowiem .
Kuleje tutaj również nieco kreacja bohaterów, bo o ile Hubert jeszcze trzyma poziom, tak jedna z bohaterek to najprawdziwsza, stereotypowa nastolatka, której hobby zdaje się być stały foch. Popsuła klimat swoistego horroru, niemniej kreatywność autorki i przyjemnie pióro ratują sytuację. W jej powieści nie ma miejsca na zbędne opisy (choć mogłoby być ich więcej) i nudne dialogi - akcja rozgrywa się dość szybko i sprawnie jesteśmy przeprowadzani z jednego wątku do kolejnego. Najbardziej interesującymi elementami książki okazały się dla mnie opisy życia bez udogodnień elektrycznych oraz zamknięte na obcych społeczności, które budziły we mnie niepokój. Trafnym pomysłem okazało się również umiejscowienie akcji w Polsce, w której lasach szaleją demony.
Powieść Pauliny Hendel to atrakcyjna pozycja dla młodzieży, która urzeknie niejednego nastolatka. Oryginalna fabuła, młodzi bohaterowie oraz osobliwa złowieszczość całości sprawia, że książkę pochłania się jednym tchem. Powieść trzyma w napięciu, a atmosfera cudownie zgęstniała na ostatnich stronach. Mam nadzieję, że w drugim tomie autorka pokaże jeszcze więcej i wprawi mnie nie tylko w zachwyt, ale i w osłupienie! Dla lektur w takim klimacie warto zarwać nockę. Polecam serdecznie.
Do gwiazd
Choć Brandon Sanderson zdołał zdobyć w naszym kraju nie małą popularność, tak mnie dopiero teraz, przy okazji premiery jego najnowszej książki, udało się zapoznać z jego twórczością. Chociaż tytuł „Do gwiazd” kierowany jest przede wszystkim dla młodzieży, to mimo wszystko zostały w nim poruszane tak uniwersalne tematy, że z pewnością również Ci czytelnicy, którzy mają na karku nieco więcej wiosen, będą w stanie ją docenić – tak jak to było w moim przypadku. Zacznijmy jednak od początku…
„Do gwiazd” to opowieść o młodej, pełnej zapału dziewczynie, która robi wszystko, aby zrealizować swoje marzenie – podobnie jak jej ojciec, pragnie zostać pilotem kosmicznego myśliwca. Spensa, bo takie nosi imię, żyje na planecie, na której lata temu rozbili się jej przodkowie. Od tamtej pory stale walczą o przetrwanie z obcą rasą zwaną Krellami. To właśnie w pilotach tkwi ich największa siła, bowiem to oni w trakcie pobytu w szkole kadetów są uczeni tego, jak toczyć bitwy z kosmitami. Mimo wszystko Spensa nie ma przed sobą łatwej drogi i to nie tylko dlatego, że testy decydujące o tym, czy zostanie się przyjętym do szkoły, są trudne i skomplikowane. Dziewczynie nie jest straszna nauka, ona wręcz chłonie wiedzę jak gąbka, a jej pragnienie stania się pilotem jest dla niej najważniejsze. Jednak pojawia się inna przeszkoda – niechęć ze strony społeczeństwa i osób, które stoją najwyżej w hierarchii.
Brandon Sanderson stworzył naprawdę porywającą i pełną pasji historię, która w dosadny sposób pokazuje, że warto jest walczyć o swoje marzenia. Na każdym kroku przekonujemy się, że nie warto się poddawać, że trzeba mieć wiarę i brnąć naprzód, nawet pomimo najgorszych przeciwności losu. Spensa to niesamowicie dzielna i wytrwała dziewczyna, która nie boi się podejmować ryzyka i pragnie za wszelką cenę poznać prawdę o tym, dlaczego jej ojciec został okrzyknięty tchórzem, co w momencie sprawiło, że przypięto jej etykietkę – córka tchórza, której nie można ufać. Nie można jej przyjąć do szkoły, trzeba trzymać ją z dala od poważnych spraw. Spensa jednak nigdy nie miała zamiaru się poddać. Życzę każdemu, aby miał w sobie tyle zapału, co ta młoda dziewczyna! Od niej można się tylko uczyć! Co więcej, nie jest postacią egoistyczną, która swoją postawą krzywdzi innych, wręcz przeciwnie. To bardzo pozytywna bohaterka, od której wiele można się nauczyć.
Znaczną część tej książki spędzamy w szkole kadetów i stajemy się świadkami, jak nie uczestnikami, wszystkich wyczerpujących szkoleń, którym poddawani są przyszli piloci. To ogrom symulacji, ale także praca w terenie – niejednokrotnie bardzo ryzykowna i niebezpieczna. Uwaga! Sanderson nie boi się wybuchów, eksplozji czy poświęcania niektórych osób, co tylko potęguje powagę sytuacji, w jakiej znajdują się mieszkańcy planety, na której rozgrywa się akcja. Czemu Krelle ich stale atakują? Czemu są to tylko małe potyczki, a nie potężna inwazja? Co tak naprawdę wydarzyło się kilka lat temu, gdy ojciec głównej bohaterki zdezerterował? Jaka prawda kryje się za defektem tchórza? I chociaż chciałoby się poznać odpowiedzi na wszystkie te nurtujące pytania, to autor kończy tę historię w takim momencie, że czytelnik pozostaje w osłupieniu – pragnie więcej, a wie, że nie dostanie. To jedno z lepszych zakończeń w mojej karierze czytelniczej, bowiem naprawdę sprawiło, że poczułam potrzebę szybkiego sięgnięcia po kontynuację losów Spensy, ale nie ukrywam, że byłam lekko oburzona – no bo jak można tak dobrą historię skończyć w takim momencie, taką sceną, pozostawiając czytelnika bez odpowiedzi?!
Sanderson naprawdę szczegółowo opisał świat, w którym żyje Spensa, posługując się barwnym i dojrzałym językiem. Wyobraźnia pracuje na najwyższych obrotach, to istna gratka dla fanów science-fiction, które w tym przypadku wcale nie jest aż tak młodzieżowe, jak mogłoby się wydawać. Dobra kreacja bohaterów, ciekawa i odważna główna bohaterka, odpowiednie tempo akcji i umiejętne stopniowanie napięcia – oto co autor oferuje nam w tej przygodzie, swoją drogą bardzo wciągającej i przemyślanej przygodzie. Zdecydowanie jest to książka, która zapewni Wam znakomitą rozrywkę na długie godziny – bo nie okłamujmy się, jest taką małą cegiełką, ale przecież przepadamy za grubymi książkami, prawda? Zwłaszcza jeżeli są naprawdę dobre!
Moje pierwsze spotkanie z twórczością Brandona Sandersona uważam za jak najbardziej udane! Dałam się porwać tej pięknej historii, która każdemu czytelnikowi uświadomi, że warto mieć marzenia i je realizować. To taka życiowa fantastyka, która bawi i uczy, niesie ze sobą przesłanie, ale też stanowi doskonałą rozrywkę. Zdecydowanie polecam i pamiętajcie, zmierzajcie do gwiazd!
Kłamca 2.8. Papież Sztuk
Kto by pomyślał, że minęła już dekada odkąd światło dzienne ujrzał Kłamca Jakuba Ćwieka. Opowieść o półbogu Lokim wpisała się szybko na listę najbardziej popularnych i wartych przeczytania książek na polskim rynku fantastycznym. Kłamca doczekał się czterech tomów wydanych przez Fabrykę Słów. Historia wydawała się już zamkniętą, jednak autor poczestował fanów jeszcze dwoma dziełami ze świata Lokiego. Pierwszym była Machinomachia - nowela, o której też miałem przyjemność napisać tutaj kilka pozytywnych słów. Drugim dodatkiem jest Papież Sztuk, który niegdyś był rodzajem prezentu na 10lecie Kłamcy. Jak prezentuje się zatem odświeżone wydanie?
Loki — nordycki bóg kłamstwa na usługach aniołów, a także bohater pięciu książek, komiksu i gry karcianej — nie ma czasu świętować. Oto bowiem przyjdzie mu się zmierzyć z jednym z największych swoich wrogów. W dodatku na własne życzenie, bo wszystko wskazuje na to, że Dezyderiusza Crane’a, samozwańczego boga popkultury, stworzył omyłkowo nie kto inny, jak Loki właśnie. Teraz rozpoczyna się gra z czasem, tym trudniejsza, że z każdą chwilą nowy bóg coraz lepiej poznaje swoje możliwości. Jego główną mocą jest kontrola nad narracją, a nawet… nad całą opowieścią!
Pierwsze, co trzeba powiedzieć to to, iż nowa książka Ćwieka fabularnie toczy się gdzieś obok akcji, którą znamy z czterech Fabrycznych tomów Kłamcy, dlatego też nowi czytelnicy przygód o Lokim nie muszą zaznajomić się z całym cyklem, by cieszyć się frajdą z czytania, bo tą, bez dwóch zdań i w ogromnej ilości, daje nam Papież Sztuk. Co jeszcze? Książka jest napisane w formie powieści a nie, jak to miało wcześniej miejsce, w formie mniej lub bardziej chronologicznych opowiadań. To, co rzuca się w oczy i też wyróżnia się nieco spośród innych książek Ćwieka (chociaż nie tylko), to zabawa konwencją. Czytelnik nie czyta lektury od początku do końca, autor bowiem ukrył dla swoich fanów kilka otwartych furtek, swego rodzaju marginesowych dopowiedzeń do całości, rozsianych w końcowej części powieści. Tak więc czytając dany fragment, przenosimy się nagle o sto kartek w przód by — dla przykładu — zapoznać się z komiksowym obrazem pewnej potyczki Lokiego. Jest to zabieg na pewno ciekawy i daje coś w postaci książkowej świeżości. Na koniec też trzeba pochwalić grafików wydawnictwa SQN - kolejny raz stanęli na wysokości zadania i stworzyli przyjemną nie tylko dla duszy, ale też dla oka serię.
Jeśli chodzi o sam tekst, to Jakub Ćwiek z pewnością stanął na wysokości zadania. Po Machinomachii czułem lekki niedosyt, lecz tym razem wszystko jest w porządku, co przyczyniło się do pochłonięcia przeze mnie książki w jeden dzień. Pierwszy raz od czasów cyklu Jakuba Wędrowycza Andrzeja Pilipiuka roześmiałem się na głos czytając, za co należą się Ćwiekowi ogromne brawa. Cięty dowcip Lokiego, trafne riposty i nutka kpiny w każdym zdaniu to coś, co szalenie ubarwia bohatera. Do tego dochodzi oczywiście łatwy w odbiorze styl. Cała historia napisana jest ciekawie i przejrzyście, a końcówka daje nadzieję na możliwość kontynuacji. Zdecydowanie polecam!
Na skrzydłach - zapowiedź
W tej przepięknie ilustrowanej grze uczestnicy rozwijają własne rezerwaty, które są ostoją dla wielu różnorodnych gatunków ptactwa. Każdy kolejny okaz stanowi szansę na wzbogacenie naszej kolekcji, a także rozwój rezerwatu i realizację celów.
Podczas zabawy każdy z graczy będzie rozwijał swój własny rezerwat poprzez wykładanie na specjalną planszę kart ptaków. Gra składa się z następujących po sobie tur. Aby wykonać jedną z dostępnych akcji, należy umieścić kostkę akcji w odpowiednim miejscu swojej planszy. Z każdą rundą (a będzie ich cztery), gracze będą mieli coraz mniej akcji do wykorzystania, ale ich efekty będą bardziej rozbudowane. Na samym początku gra będzie szła szybciej, jednak w miarę krystalizowania się strategii, poszczególne tury mogą zajmować coraz więcej czasu.
Król złodziei
“Król złodziei” to historia oparta na faktach, a dokładnie na wydarzeniach, do jakich doszło w Londynie w Wielkanoc 2015 r. Wtedy też doszło do włamania do domu depozytowego Hatton Garden, zaś skok ten przeszedł do historii jako jeden z najbardziej zuchwałych w dziejach. I chociaż większość sprawców złapano, to ani łupu nie dało się w całości odzyskać, ani szkód i krzywd do końca zadośćuczynić.
Chociaż twórcy przedstawiają film jako dramat, dla mnie to typowy kryminał i to ze sporą dozą inteligentnego brytyjskiego humoru. Budzą bowiem uśmiech sympatii poczynania wiekowych przestępców, którzy na miejsce włamania, poza potrzebnym sprzętem muszą zabrać aparaty słuchowe i zapasy insuliny. A i to nie daje pewności powodzenia. To także opowieść o chciwości i o tym, jak prawdziwe jest przysłowie, że chytry dwa razy traci. Ostatecznie to także historia z happy endem i to dla obu stron. Dla tych dobrych, bo jednak większość złodziei udało się złapać i sporą część łupu odzyskać, ale i dla tych złych - bo nie wszyscy jednak trafili za kratki, a tego czego odnaleźć się nie udało, też mało nie było.
Obsada to istna śmietanka brytyjskiego kina: Michale Caine, Michael Gambon, Ray Winston, Jim Broadbent. W tym doborowym towarzystwie doskonale odnalazł się młody Charlie Cox, czerpiący od mistrzów garściami i wcale nie ustępujący im talentem. I chociaż w filmie brak jest brawurowych zwrotów akcji, czy spektakularnych ucieczek, to całość pasuje do konwencji, której brytyjscy dżentelmeni (i nie ważne na ile jest to tytuł obiektywny, a na ile sami go sobie nadali) w wieku słusznym biorą się za napad. Ci co spodziewają się strzelanin i seksu się rozczarują, ci co chcą obejrzeć mistrzów brytyjskiego kina w akcji, będą co najmniej zadowoleni. Ja osobiście daję filmowi mocną czwórkę. Bo chociaż momentami tej brytyjskiej flegmy rzeczywiście trochę za dużo, to z pewnością czas potrzebny na obejrzenie filmu nie jest czasem zmarnowanym.
Profesjonalista
“Profesjonalista” to historia byłego agenta Mossadu, który po zakończonej służbie zarabia na życie zabijaniem na zlecenie. Poza tym wiedzie nudne i uporządkowane życie byłego mundurowego, któremu dryl potrzebny jest do życia jak tlen. I kiedy tak dni płyną jeden za drugim, z drobnymi urozmaiceniami w postaci nowych zleceń, Ashera (w tej roli Ron Perlman) dopada życie. Słabnie i mdleje pod jej - Sophie drzwiami. Jest ten “błysk” i facet po przejściach powoli i ślamazarnie bierze się za podryw. W tle tej historii miłosnej jest zaś jej chora matka i wojna o władzę na rynku zabójstw na zlecenie. Sophie jest zagrożona, zatem Asher rusza ją ratować. Dalej tylko typowizna dla tego typu kina z przewidywalnymi scenami i dialogami. Zakończenie zresztą również nie zaskakuje.
Pomimo tego słaba ocena filmowi się nie należy. Bo o ile akcja taka sobie, a sama Famke Janssen w roli Sophie raczej “rozmemłana”, to Ron Perlman daje prawdziwy popis aktorstwa, wcielając się w rolę zmęczonego życiem zabójcy, któremu wprawdzie już niewiele się chce, ale jak już się zachce to nie zawodzi. Brak tu “cudów-wianków” rodem z Mission Imposible, stosowane są raczej proste rozwiązania: Asher dostaje zlecenie, robi swoją robotę i wraca do domu na kolację. Czasem się zagapi i całość zajmie mu trochę dłużej niż powinno, czasem zaboli nie wtedy kiedy powinno, ale ostatecznie to jednak profesjonalista. Przyjmujący trochę za dużo tabletek przeciwbólowych, ale jednak profesjonalista.
W filmie nie ma wątków do głębokich przemyśleń filozoficznych, postaci nie przeżywają głębokich moralnych dylematów. To po prostu kino akcji, tyle że głównemu bohaterowi do emerytury już tuż - tuż. I dlatego film polecam tylko takim fanom gatunku, którzy nie muszą koniecznie oglądać scen z serii “zabili go i uciekł”. To raczej kino dla tych, którzy są ciekawi co robią płatni zabójcy, jak jakimś cudem uda im się tej starości dożyć i to jeszcze dożyć na wolności.
Demony Leningradu - zapowiedź
Powieść rozpoczyna trzytomowy Cykl Wojenny Adama Przechrzty.
Koszmar, który dusi grozą nawet zimne, bezlitosne serce Ławrienitja Berii.
Ulicami udręczonego głodem, oblężonego Leningradu przemyka wcielona Śmierć. Coś więcej niż oszaleli z rozpaczy kanibale, żerujący na trupach poległych towarzyszy. Coś, co nawet w ludziach, którzy przetrwali stalinowskie czystki oraz furię dywizji Wehrmachtu, czy Waffen SS powoduje skrajne przerażenie.
Deadpool #01: Nuworysz z nawijką
Jeden z najpopularniejszych w ostatnim czasie bohaterów komiksowych – Deadpool, powrócił w zresetowanym po Tajnych Wojnach uniwersum Marvela. Twórcy związani z tą postacią od dłuższego czasu: Gerry Duggan i Mike Hawthorne, postanowili pokazać Wilsona w trochę innym świetle i przede wszystkim w nowej roli.
Nowa seria przygód Deadpoola wydawana jest pod szyldem Marvel Now 2.0 z dopiskiem „Najlepszy komiks świata” (w oryg. „The World’s Greatest Comic Magazine!”). Ile prawdy w tym lekko ironicznym haśle? Czy nie zostało ono rzucone za bardzo na wyrost? Przed nami pierwszy tom pt. „Nuworysz w Nawijką”.
Po Tajnych Wojnach Deadpool stał się najbardziej rozpoznawalnym superbohaterem na świecie. Sława przyniosła mu wielkie pieniądze, które spożytkował finansując pod nieobecność Starka działalność Avengers. Sam również dołączył do grupy Mścicieli. Zleceń od zwykłych ludzi przybyło tak dużo, że pyskaty najemnik poszedł jeszcze jeden krok dalej. Postanowił uczciwie zarabiać na życie i założył swoją własną grupę o jakże oryginalnej (choć podkradzionej od Luke’a Cage’a i Iron Fista) nazwie „Bohaterowie do wynajęcia”.
Do swojej drużyny Wade zwerbował samych pokręconych, dziwacznych byłych przestępców i najemników. Wszystkim dał czerwono-czarne kostiumy i wysłał na ulice, aby pomagali potrzebującym. W końcu sam nie mógł być wszędzie jednocześnie, a fani wymagali jego obecności na różnych galach i uroczystościach. Na pierwsze problemy jednak nie trzeba było długo czekać. Nowa działalność nie jest łatwa w utrzymaniu i nie przynosi zysków. Jednak prawdziwe kłopoty pojawiają się teraz. Okazuje się, że ktoś niszczy reputację Wilsonowi i szarga jego dobrą opinią. Wszystkie tropy prowadzą do deadpoolowej drużyny, w której ukrył się zdrajca. Konfrontacja z bezwzględnym złoczyńcą nie będzie łatwa, dlatego najemnik z nawijką nieoczekiwanie przystępuje do współpracy z herosem-legendą – emerytowanym już Kapitanem Ameryką.
Pierwszy numer serii obfituje w akcję. Szczerze to dzieje się dużo i można odnieść wrażenie, że aż za dużo. Czytelnik praktycznie zostaje rzucony w wir różnych akcji prowadzonych przez członków drużyny Wilsona. Łatwo się w tym pogubić. Wszystko z powodu nagromadzenia na łamach kart jednego komiksu tylu deadpoolowych postaci. Wbrew pozorom wcale nie jest śmieszniej.
Jeśli chodzi o poczucie humoru – Deadpool już nie jest tym samym bohaterem co wcześniej. To chyba największy problem. Czytelnicy, którzy mają w pamięci przygody najemnika z poprzedniej serii Duggana i Hawthorne’a lub z albumów wydanych w ramach Deadpool Classic mogą czuć lekkie rozgoryczenie. Wade wraz z założeniem garnituru biznesmena na swój kostium przestał tak rzucać żartami. Szczcególnie odczuwalne jest to w pierwszych zeszytach albumu. Idąc dalej, jest lepiej. Pojawiają się różne absurdalne teksty czy śmieszne akcje, ale czuć niedosyt.
Graficznie album kontynuuje klimat znany nam z poprzedniej serii wydanej w ramach Marvel Now. Kreska Mike’a Hawthorne’a jest lekka i humorystyczna oraz pasuje do fabuły. Bardzo fajnie prezentują się całostronicowe kadry czy zabawy układem ramek. Dynamizm akcji jest również fajnie oddany.
Podsumowując, „Nuworysz z Nawijką” to prosta historia z lekką intrygą. Aktualnie jednak nie do końca jednak wypalił pomysł z ukazaniem Deadpoola w nowym świetle i trochę innej roli. Czuć niedosyt. Pozostaje nadzieja, że kolejne tomy będą jednak stały już na wyższym poziomie, szczególnie jeśli rozwiną ciekawe wątki rozpoczęte w tym numerze.
Świat Inkwizytorów. Płomień i krzyż t. III
Arnold Lowefell nieustannie próbuje przebić się przez mroki niepamięci do wspomnień o swoim poprzednim życiu jako budzący postrach wśrod ludzi, perski mag Narses. Obecnie jednak owo zajęcie stanowi zaledwie ułamek jego codziennych zajęć, bowiem scedowano na niego "opiekę" nad Matyldą, oddzieloną z "Trójniaka", czyli od dwóch magicznych braci, dziewczyną. Lowefell nie tylko próbuje ustalić zakres drzemiących w niej mocy, lecz również kontroluje stan jej uczuć bacząc, aby nie przeoczyć żadnych istotnych zmian w zachowaniu, mogących prowadzić do obłędu. Ale i te codzienne badania zostają odłożone "na później", gdy pojawia się nowe zadanie. Wraz z podróżniczką oraz badaczką potworów Nontle, biegłym w sztuce magicznej Barnabą Biberem, a także znanym nam już z wcześniejszych książek inwizytorem Mordimerem Madderdinem ruszają aż do Kamieni, przedzierając się przez wciąż dziką oraz nieokiełznaną Ruś, aby zabić Herenniusza Furiusa- wampira, mającego w posiadaniu życiową esencję Roksany. To ona przez wiele lat była perską towarzyszką Narsesa, dlatego też przywrócenie jej do życia stało się priorytetem dla Wewnętrznego Kręgu Inwizytorium. Może to właśnie ta piękna kobieta będzie potrafiła udzielić odpowiedzi na kilka niewygodnych, acz szalenie ważnych pytań... i to nie tylko tych, które pragnie zadać Arnold Lowefell.
Jak już wspominałam przy okazji innych recenzji twórczości pana Jacka Piekary, ów polski autor jest moim numerem jeden odnośnie książek fantastycznych. Nikt tak jak on nie potrafi umieścić negatywnie potrzeganego bohatera w centrum wydarzeń i sprawić, że mimo wszystko czytelnik zapała do niego sympatią. Zresztą, czy w czasach inwizytorów możemy w ogóle mówić o jakichkolwiek pozytywnych postaciach? Jak się okazuje na przykładzie nowej serii, owszem. W końcu z tomu na tom coraz lepiej poznajemy Arnolda Lowefella; mężczyznę, który pojmuje świat w nieco inny sposób, a wszelkie uczuciowe zagrania nie wywołują żadnej reakcji z jego strony.
Tom trzeci zapowiadał się obiecująco dla tych, którzy mogli mieć trochę dość wspomnianego już Lowefella, bowiem na scenie ponownie pojawił się Mordimer Madderdin- inwizytor, który kieruje się własnym kodeksem moralnym, na który znaczący wpływ ma brzęk złotych monet oraz pełny dzban zacnego trunku. W każdym bądź razie da się go lubić, może właśnie za ten bezczelny brak trzymania się wytycznych Wewnętrznego Kręgu Inwizytorium.
Z lekkim bólem serca muszę przyznać, że tym razem trochę mi się ta książka ciągnęła. Jedyny fragment, który na dłużej przyciągnął moją uwagę, był ten dotyczący podróży na Ruś i związanych z nią perypetii bohaterów. I o ile więcej trudu wymusiła na grupie przeprawa przez kolejne dzikie tereny, o tyle sam cel... cóż, trochę mnie rozczarował. A raczej to, jak szybko udało się rozprawić z Herenniuszem Furiusem i jak mało tak naprawdę z tego wynikło. Późniejsze przywrócenie Roksany do życia także było nieco zwięźle opisane, bez żadnych emocji, choć z drugiej strony Arnold Lowefell wreszcie pokazał nam, że potrafi się zdenerwować. Dotychczas jawił się raczej jako nieporuszony inwizytor, cierpliwy niczym posąg.
Ogólnie rzecz ujmując Płomień i krzyż t. III nie jest złą lekturą, a wręcz obowiązkową dla fanów twórczości pana Piekary jak i dla tych, którzy mają za sobą dwa poprzednie tomy. A jednak czegoś w nim brak... może tego ognia akcji, który zawsze towarzyszył nam podczas podróży z Mordimerem Madderdinem? W końcu Arnold Lowefell (jak już zaznaczałam kilkakrotnie) na wskutek zabiegów mających osadzić Narsesa w nowym ciele utracił jego agresywny charakter, a do tego nic na tym świecie nie mogłoby wzbudzić jego pożądania (no, może prócz możliwości odzyskania wspomnień). Ci dwaj bohaterowie są jak ogień i woda, przy czym ta spokojnie płynąca przez koryto rzeki woda może się z czasem znudzić... a ogień, ogień to co innego. Zresztą, zakończenie daje nadzieję, iż wydarzenia w kolejnej części ruszą z kopyta. Może więc czeka na nas lektura pełna akcji i pasji?
