lipiec 24, 2024

Szczury Wrocławia. Chaos

czerwiec 08, 2015

Kto nie słyszał o książce Szczury Wrocławia autorstwa Roberta J. Szmidta? No właśnie... Powieść polskiego pisarza fantastyki może stanowić encyklopedyczny przykład wspaniałej marketingowej kooperacji autora i wydawnictwa. Świetna kampania internetowa połączona z portalami społecznościowymi oraz wysypem billboardów w kilku największych miastach Polski plus temat, który obecnie jest modny i voilà, otrzymujemy książkę, której nie mogą doczekać się nawet Ci, którzy myślą, że zombie to termin dentystyczny.

Szczury Wrocławia to nie jedyna polska apokalipsa zombie, ale z pewnością jedna z najlepiej wypromowanych. Z czystym sumieniem można też stwierdzić, że nie jest to najlepsza ze wszystkich książek o umarlakach ale z pewnością należy do takiej grupy. I choć początkowo bałam się, że treść będzie składać się jedynie z nazwisk ludzi, którzy na facebooku wyrazili chęć zginięcia na jej kartach to z czasem obawa ta ustąpiła czystej przyjemności wynikającej z lektury naprawdę dobrze poprowadzonej fabuły.

Akcja powieści rozgrywa się we Wrocławiu w 1963 roku. Właśnie wtedy, w sierpniu, miała miejsce ostatnia w Polsce epidemia ospy prawdziwej. Autor zapożyczył te wydarzenia i zmienił je w pandemię zupełnie innego, bardziej przerażającego rodzaju. W izolatorium na Psim Polu dochodzi do bardzo dziwnego zdarzenia. Przerażeni milicjanci pilnujący tamtego terenu alarmują władze, że odmienieni pacjenci atakują przebywających w ośrodku chorych, personel i ich samych. Do izolatorium zostają wysłane oddziały KBW oraz ZOMO. Dużej grupie odmieńców udaje się jednak oddalić. Wkrótce okazuje się, że miasto i jego mieszkańcy są bezbronni wobec nowej krwiożerczej zarazy.

Autor postanowił zrezygnować z postaci głównego bohatera na rzecz większej grupy postaci, które mają spory wkład w rozwój akcji. Początkowo sądziłam, że będzie to wada tej historii, jednak wraz z zagłębianiem się w kolejne rozdziały zaczęłam nabierać przekonania, że właśnie w tej powieści taki zabieg jest całkowicie na miejscu. Oczywiście w natłoku nazwisk można się nieco pogubić, jednak Szmidt wybrnął z tego obronną ręką, gdyż w miarę płynny sposób prowadzenia narracji skutecznie skupia uwagę czytelnika na fabule. Trudno jest nie dostrzec, że wybór realiów PRL-u sprawił, że łatwo było wkomponować w treści ogromną liczbę nazwisk. Pozwoliło to także na uzasadnienie ich częstego powtarzania i odmieniania. Nie można zatem odmówić autorowi pomysłowości. I choć zrezygnował on całkowicie z próby wyjaśnienia genezy morderczej plagi masakrującej Wrocław to jednak sprytnie zapełnił karty swojej powieści mnogością wydarzeń – o czym najlepiej świadczy fakt, że Szczury Wrocławia przeczytałam od deski do deski, nie pomijając nawet najmniejszego opisu (co niestety zdarza mi się, kiedy książka zawiera dłużyzny).

Mój największy zarzut to brak głębszych treści. Prawdopodobnie Szczury Wrocławia nie miały być książką poważną (nie oszukujmy się, rzadko kto traktuje temat zombie tak pompatycznie, jak np. ja) ale momentami wydawała mi się trochę zbyt komiczna. Zaburzone zostały proporcje między fragmentami opisującymi typowe sceny gore a opisami mającymi napędzać akcję. Prawdą jest, że co chwila coś się dzieje, ale zawsze wtedy pojawia się też jakaś ręka, noga tudzież mózg na ścianie. Jak dla mnie autor odsłonił po prostu zbyt wiele, już na samym początku kumulując obfitość krwawych scen. Przez to, choć podczas lektury zainteresowanie mnie nie opuszczało, już w połowie przestałam odczuwać strach. Zbyt wiele tu dosłowności, dosadności, a zbyt mało tego co przeraża najbardziej bo jest jedynie oczekiwane, ale niekoniecznie zastane...

Po mimo tego mankamentu Szczury Wrocławia to naprawdę świetna powieść, w której autor choć nie uniknął odrobiny kiczu to jednak udźwignął go,  zaprzyjaźnił się z nim i co więcej, przekonał do niego setki czytelników. A jeśli nie uczyni go głównym bohaterem drugiego tomu to może się okazać, że ten cykl wejdzie do kanonu lektur zombijnych.

"Assassin's Creed" - piękne historie, wartka akcja i wzniosłe słowa - tego nigdy nie brakowało w tej serii. Wydawnictwo Sine Qua Non zapewniło to wszystko polskim fanom, tym razem na kartach komiksu. Za pomocą obrazów i słów, po raz kolejny mogliśmy przeżywać niesamowite przygody skrytobójców. Pierwsza pozycja z tej serii nosiła tytuł „Desmond" i była świetnym wprowadzeniem do cyklu. Pokazała czego możemy się spodziewać. Drugi tom opowiada o Aquilusie - przodku Desmonda. Jak radzili sobie kiedyś asasyni?

Pierwsza część serii zaprezentowała nam już Aquilusa podczas nieudolnej próby zabicia rzymskiego generała. 46 stron historii w obrazkach pokaże nam, że tytułowy skrytobójca przeżył dzięki Accipiterowi - jego kuzynowi (o którym będzie trzeci tom z tego cyklu). Śmierć, sprint po dachach, fantastyczne akrobacje oraz przedmiot, który nie może wpaść w niepowołane ręce - tego nie zabraknie. Oczywiście nie możemy zapominać o Desmondzie, dzięki któremu poznajemy tak niebywałych ludzi. Jego życie również nie jest sielanką. Templariusze starają się mu uprzykrzyć egzystencję jak tylko mogą, a najlepiej ją zakończyć. Lecz wraz z poznawaniem swej przeszłości, Miles odkrywa w sobie niezwykłe umiejętności.

Dlaczego warto kupić ten komiks? Po pierwsze: ideały. Walka dobra ze złem - było tu, był tam i będzie jeszcze w wielu miejscach. Oklepane, ale nieśmiertelne. Wystarczy ubrać to w niesamowitą historię, a twórcy Assassin's Creed wyśmienicie tego dokonali. Corbeyran pisząc scenariusze do komiksów z tej serii w pełni odrobił lekcje i jego działa wiernie podtrzymują klimat oraz wartości. Jeśli w danym dziele znajdziemy przynajmniej jeden cytat, który można sobie wytatuować, trafi na koszulkę lub kubek, bądź będzie pod Aquilusem na tapecie naszego komputera, to ja w takiej sytuacji jestem w pełni zadowolony. „Orły nie boją się sępów, ale muszą nauczyć się ostrożności." Pamiętajcie, że po nasunięciu kaptura na głowę i dążeniu do czyjejś śmierci, która jest potrzebna musicie postępować z rozwagą.* Po drugie: fabuła. W drugiej odsłonie komiksowej serii akcja nie leci tak mocno na łeb, na szyję. Można odnieść takie wrażenie, gdyż pozycję połyka się w kilkanaście minut, gdyż jest świetna. Powoli otrzymujemy elementy układanki oraz łakniemy nowych. Poznajemy przygody Desmonda jak i jego przodka. Wszystko dzieje się naprzemiennie, co wyszło naprawdę fajnie. Po trzecie: rysunki. Djillali Defali w bardzo dobrym stylu przedstawia na papierze pomysły scenarzysty, co równa się z czwartym powodem, aby zaopatrzyć się w to dzieło, czyli klimatem. Rysownik doskonale przedstawia akcję. Skaczące postaci czy pędzące auta wyglądają jakby zaraz miały uciec z komiksu. Tym razem nie dostrzegłem felernego odrastającego palca, ale za to zapraszam na stronę dziesiątą. Scena bitwy ukazana została wyśmienicie. Jeśli chodzi o kolory, to tym razem zajął się nimi Alexissen Tenac. Nie mam do tego pana żadnych zastrzeżeń. Jest żywo lub mroczno dokładnie wtedy, kiedy tak być powinno. A! i nie zapominajmy o okładce, która wygląda zachęcająco.

Komiks "Assassin's Creed: Aquilus" wprost urzeka klimatem. Aż chce się wsunąć noże do smarowania masła pod rękawy i skakać po taboretach. No może trochę przesadziłem - wystarczy ukryć twarz pod kapturem, lekko podnieść ramiona, i pochylić głowę. Wtedy każdy będzie wiedział z kim ma do czynienia. Scenariusz, rysunki, kolory - nie mam do nich żadnych zastrzeżeń. Te trzy elementy złożyły się na dzieło, które powinien posiadać każdy przeciwnik Templariuszy. Plusem jest też to, że w każdym momencie można podejść do półki i przeżyć ponownie niesamowite historie.

* Autor tego tekstu nie namawia do naśladowania wyczynów oraz zachowań z serii Assassin's Creed. Mimo, iż jest to genialna seria, a odzież i gadżety z niej wyglądają świetnie i sam chciałby posiadać kilka, to wpychanie noża do czyjegoś gardła jest niehumanitarne i może nieść ze sobą niemiłe konsekwencje. Zaleca się jedynie granie, czytanie, a także bieganie po dachach znajdujących się co najwyżej metr nad ziemią.

Czarne Światła: Łzy Mai

kwiecień 27, 2015

Trzy lata po masakrze w New Horizon porucznik Jared Quinn może wrócić do służby, pełnionej w wydziale zabójstw. Technologia ruszyła do przodu - obecnie nad bezpieczeństwem mieszkańców czuwa cybernetyczny stróż prawa, Riot Shield. Okazuje się jednak, że istnieją sposoby, aby owe urządzenia skutecznie zatrzymać, a morderca nawiedzający ulice wie, jak to zrobić. Tam, gdzie zawodzi technologia, do działania rusza porucznik Quinn. A każdy kolejny krok zbliża go do Mai, syntetycznej policyjnej eks- partnerki, której poprzysiągł zemstę.

Przy czytaniu Łez Mai niejednokrotnie przeszedł mnie dreszcz. Autorka "wrzuca" czytelnika w rok 2037, gdzie ulice wypełnione są syntetycznymi androidami, zastępującymi ludzi w wielu życiowych czynnościach. Nawet chore narządy z powodzeniem zostają zastąpione innymi, stworzonymi przez człowieka. Nowy świat kontroluje obywateli na każdym kroku, zaś tożsamość jest kluczem do wszystkiego. Utrata jej staje się problemem na miarę światową. Tak wygląda rzeczywistość opanowana przez technologiczne nowinki. Nikt nie jest pewien, czy jego towarzysz na pewno należy do rasy ludzkiej...

W kwestii podziału społeczeństwa niewiele się zmienia, a już na pewno nie na lepsze. Obywatele dzielą się na tych, którzy z chęcią "ulepszają" swoje ciała, mimo, iż nie zawsze istnieje taka potrzeba oraz tych, odczuwających obrzydzenie na myśl o androidach, robotach, wszelkiego rodzaju maszynach. Do drugiej grupy należy właśnie Jared Quinn, na co dzień walczący nie tylko z przestępczością, ale i własnymi demonami. Uważam, że pani Raduchowska odwaliła kawał porządnej roboty przy tworzeniu owej postaci. Dlaczego? Sądzę, że Quinn nie zakwalifikowałby się do grupy najbardziej altruistycznych postaci literackich, jest człowiekiem z krwi i kości (wiem, dziwne stwierdzenie o kimś nieistniejącym), ma mnóstwo wad, ale i kilka zalet. Jest prawdziwy.

Nie tylko kreacje bohaterów zasługują na pochwałę, ale również wątek morderstw, dziwnych wizji, niepewności co do samego siebie. Zawiodła technologia i nagle człowiek staje się niezbędny, by schwytać zabójcę. Autorka prowadzi nas krętymi ścieżkami - już, już zaczynają krystalizować się nasze podejrzenia, kiedy trop kieruje się w zupełnie inną stronę! Nie ma nic lepszego niż zwroty akcji i nieustanne zaskoczenie podczas czytania.

Czarne Światła: Łzy Mai pokazuje, jak może wyglądać znany nam dziś świat za kilkadziesiąt lat. Ostatecznie technologia nieustannie się rozwija, kto wie, co czeka nas w 2037 roku... osobiście mam nadzieję, że życie zostanie ulepszone do pewnego stopnia, ale bez przesady. Jakoś nie podoba mi się wizja bycia pod ciągłą obserwacją.

Polecam!

Próba ognia

kwiecień 05, 2015

Gdyby istniały równoległe wszechświaty... setki... miliony... miliardy... Natomiast w każdym z nich żyłoby nasze alter-ego. Jedne światy umierają, inne rozkwitają i żyją pełnią życia. Ludzkość każdego z nich ma swoje wzloty i upadki, popełnia błędy, czasami sobie z nimi radząc, a innym razem doprowadzając do zagłady. Co jednak gdy połączą się dwa z nich? Czy ulegną przez to zniszczeniu, a może wręcz przeciwnie? Obydwa zostaną uratowane...

Lili to zwyczajna nastolatka, a właściwie byłaby zwyczajna, gdyby nie to, że jest bardzo słaba i chorowita. Badają ją grupy lekarzy, nie mając jednak pojęcia co jest przyczyną jej choroby. Dziewczyna wstydzi się również tego, że jej matka, którą bardzo kocha, uważana jest za lokalną wariatkę. Tu też nie pomagają żadne leki. Dodatkowo jej najlepszy przyjaciel, z którym niedawno posunęli się o krok dalej, okazuje się być podłym zdrajcą, a Lili traci całą chęć do życia. Wtedy właśnie pojawia się propozycja. Jej własny głos przemawia do niej, z pytaniem czy Lili chce przenieść się do innego świata. Przynależy tam, pasuje i mogłaby zacząć nowe życie. Dziewczyna zgadza się bez zastanowienia, a potem może już tylko żałować swojej pochopnej decyzji.

„Próba ognia" to typowe, młodzieżowe fantasy, w którym autora zastosowała kilka ciekawych rozwiązań. Magia opiera się na teoriach naukowych i jest po prostu ułatwieniem dla całego, technologicznego procesu. Przedstawiony świat jest dość mały i hermetyczny, nie stanowi to jednak wady, ponieważ takie właśnie było jego fabularne założenie. Wydaje mi się, że w ten sprytny sposób pisarka nieco ułatwiła sobie życie, jednocześnie nie lekceważąc żadnej, logicznej podstawy.

Fabuła powieści jest spójna, ciekawa i w większości nieprzewidywalna. Akcja toczy się wartko. Obserwujemy ją przede wszystkim z punktu widzenia Lily, ale zdarzają się również fragmenty widziane oczami antagonistów. W książce nic nie jest jasne, a bohaterowie nie są czarno-biali. Wszyscy mają swoje własne, kierujące nimi motywy i uzasadnienie dla własnych działań. W tej walce najgorszy wróg może okazać się najbliższym sprzymierzeńcem.

Postacie również są dość interesujące, pojawiają się tu jednak doskonale znane wszystkim miłośnikom „paranomral romance" chwyty. Przystojni chłopcy, na których widok drżą całe stada dziewczyn, ale oni nie widzą świata poza główną bohaterką. Mimo tego, chociaż wątek romantyczny jest w książce mocno rozwinięty, nie zaćmiewa on innych spraw i nie spycha na drugi plan całej reszty fabuły.

Myślę, że „Próba ognia" to jedna z takich powieści, które mogę serdecznie polecić dalej wszystkim miłośnikom młodzieżowej fantastyki. Książkę czyta się szybko i z przyjemnością, czytelnik błyskawicznie zostaje wciągnięty w wir wydarzeń i zadomawia się w wykreowanym przez pisarkę świecie. Chociaż realia są zdecydowanie fantastyczne, to jednak wszystko ma swoje realne podstawy i rację bytu, a jedne wydarzenia logicznie wywodzą się z drugich. Lektura jest jak najbardziej godna uwagi, a ja sama już niecierpliwie czekam na kolejną część. Oby ukazała się jak najszybciej!

Opal

marzec 16, 2015

„Opal" to już trzeci tom serii „Lux", opowiadającej o zamieszkujących Ziemię, świetlistych przybyszach z kosmosu. I chociaż cykl zdecydowanie nie zmierza jeszcze ku końcowi, w tej części dzieje się jeszcze więcej niż w poprzednich.

Katy i Daemon są razem i żadne z nich nie zamierza się przed tym już dłużej bronić. Powrócił zaginiony brat Dee i Daemona - Dawson, ale nie zamierza zaprzestać walki dopóki nie uratuje swojej ukochanej Bethany. Znika coraz więcej osób i nikt nie wie co dzieje się z, oficjalnie uznanymi za zaginionych, nastolatkami. Czy życie Katy jeszcze kiedykolwiek będzie mogło być normalne?

W powieści nie tylko akcja nabiera tempa, ale również pojawia się kilku nowych, interesujących bohaterów, którzy zostali przedstawieni w bardzo udany, pobudzający wyobraźnię sposób. Ani jednak motywy postaci ani sam rozkład wydarzeń nie są stworzone prosto i logicznie. Jeżeli pisarka ma jakiś głębszy zamysł i uzasadnienie całej fabuły i niektórych poczynań, przedstawi swoją wizję w którejś z kolejnych książek, to należą się jej wielkie brawa, jeżeli jednak zostawi wszystko tak niewyjaśnione i podarte na strzępy jak jest w chwili obecnej, poczuję się mocno zawiedziona.

Katy jest bohaterką (ogólnie rzecz biorąc) bardzo pozytywną, ale irytuje mnie z książki na książkę coraz bardziej. Dla własnego widzimisię lub może dowartościowania swojego ego pcha się w każde, możliwe tarapaty i nikt nie potrafi jej powstrzymać, chociaż inne postacie płci żeńskiej w powieści (co ciekawe) zachowują się całkiem rozsądnie. Ktoś powinien jej kiedyś powiedzieć, żeby siedziała na tyłku w domu, bo najczęściej zwyczajnie przeszkadza - nawet gdy bardzo chce pomóc. Jeżeli coś się jej natomiast udaje, to tylko i wyłącznie przypadkiem, a nie dzięki wrodzonym zdolnością czy nadzwyczajnej inteligencji.

Seria „Lux" jest zabawna i wciągająca, tego zdecydowanie nie można jej odmówić, chociaż w „Opalu" zabrakło atmosfery pierwszych dwóch tomów (w końcu Daemon i Katy są wreszcie razem, to nie mogą sobie już na dużą skalę „wrzucać"...). Właściwie książką wywołała we mnie bardzo mieszane uczucia, bo z jednej strony przyjemnie się ją czytało, a z drugiej kompletnie nie widzę w niej sensu, a stworzona przez Jennifer L. Armentrout historia, z punktu widzenia wielbicielki Science Fiction, w ogóle nie trzyma się kupy.

Myślę jednak, że wszystkim wielbicielom gatunku „paranormal romance" i tego typu pozycji, serię „Lux" polecić mogę jako przyjemną odskocznię od dobrze znanych tematów. Przez „Opal" bez trudu przebrnąć można w jedną noc i to z, bezustannie towarzyszącym czytaniu, uśmiechem na twarzy.

Czarci Most

styczeń 12, 2015

Wszystkie niestworzone historie mają swoje podstawy. W legendach i mitach tkwi ziarno prawdy. Gdy ludzie zaczynają zbiorowo dostrzegać niesamowite rzeczy, a one masowo pojawiają się w jednym, niewielkim miasteczku, coś musi z nim być nie tak, nawet jeśli w rzeczywistości nie jest nawiedzone...

Po śmierci babci Mikołaj wraca do rodzinnego miasteczka z którym wiążą się nieprzyjemne historie z przeszłości. W odziedziczonym domu zastaje jednak lokatora, a raczej uroczą lokatorkę, w której rozpoznaje swoją przyjaciółkę z dzieciństwa, Jagę. Gdy jej siostra, Maria, zostaje brutalnie zamordowana, a siostrzeniec znika, obydwoje zrobią wszystko, by odkryć kto jest mordercą i uratować Tomka – o ile oczywiście chłopiec jeszcze żyje.

Czarci Most to miejscowość niezwykła. Tu przenikają się „warstwy", a świat realny łączy się z tym zupełnie fantastycznym. Legendy ożywają i nic nie jest już oczywiste, a szpital psychiatryczny pęka w szwach. Z pewnością nie jeden czytelnik mógłby powiedzieć „ale to już było". Wiele fantastycznych światów zostało opartych na takiej właśnie zasadzie. Mało kto nie wie jeszcze jak dostać się na ulicę Pokątną. J.K. Rowling, Neil Gaiman, Anne Bishop – oni wszyscy opisywali takie właśnie, przenikające się z tym realnym, równoległe światy. Każdy jednak robił to na swój własny, unikalny sposób i tak też podeszła do zagadnienia Anna Bichalska.

Z początku po „Czarcim Moście" nie spodziewałam się zbyt wiele. Powieść zaczynała się niepozornie. Szybko jednak wykreowany przez Autorkę świat okazał się prawdziwą ucztą wyobraźni. Wiele pomysłów zostało zaczerpniętych z podań, legend, mitologii i innych źródeł, ale pojawiają się też takie zupełnie oryginalne, albo przynajmniej ja nie potrafiłabym doszukać się ich pochodzenia. Taki obrót sprawy niezwykle przypadł mi do gustu, a w fantastycznym misz-maszu czekało na mnie całe morze niespodzianek.

Główni bohaterowie powieści są wyraźnie i mocno zarysowani, inni jednak, choć wydają się być interesujący, zostali właściwie jedynie liźnięci. To takie epizodyczne postacie, a szkoda, ponieważ chętnie poznałabym historie paru z nich. Wydaje mi się jednak, że Anna Bichalska na „Czarcim Moście" nie poprzestanie, ponieważ w historii zostało wiele otwartych drzwi, do pokoi, które zapełnić można nowymi pomysłami. Zdecydowanie miałabym ochotę je poznać.

„Czarci Most" to prawdziwa uczta wyobraźni, historia jakiej nie powstydziłby się sam Neil Gaiman. Powieść została napisana w lekkim, okraszonym humorem stylu. To barwna, fantastyczna, pełna magii baśń z wątkiem kryminalnym i paroma, ważnymi wartościami w tle. Książka niejednokrotnie zaskoczyła mnie i oczarowała. Bez wątpienia warto po nią sięgnąć.

Piąta Fala

sierpień 14, 2013

Teorii na temat życia pozaziemskiego są setki. W filmach i książkach obcy najczęściej są wrogo nastawieni do Ziemian. Ludzie toczą z nimi wojny, odkrywają słaby punkt kosmitów i na koniec przepędzają ich z naszej planety. Co by się jednak stało, gdyby takiej bitwy nie było? Gdyby obcy byli na tyle inteligentni, by bez zbędnych ceregieli wybić 99% ludzkości? Kto wie, może nawet mają ku temu całkiem dobry powód?

Przybysze z kosmosu postanowili zniszczyć mieszkańców Ziemi. Zesłali pięć fal zniszczenia, przez które ludzie zginęli w katastrofach, od chorób czy nawet zabijając się nawzajem. Nie przetrwał prawie nikt. Wśród nielicznych znalazła się główna bohaterka – nastoletnia Cassie. Dziewczyna postawiła sobie za zadanie za wszelką cenę odnaleźć młodszego brata. Gdy na swojej drodze spotyka przystojnego Evana, który zaczyna jej pomagać, nie ma pewności, czy chłopak nie okaże się kimś znacznie więcej... Prawda natomiast może być przerażająca.

Książka napisana została lekkim, młodzieżowym językiem z użyciem dużej ilości slangu. Cała inwazja opisana jest z punktu widzenia Cassie oraz Bena, zwanego „zombie". Czytamy śledząc ich przemyślenia i perypetie. Rick Yancey miał niezwykle ciekawy pomysł na fabułę, akcję w swojej powieści potoczył wartko, zaskakując czytelnika setkami niespodzianek. Jest to literatura tak zwana „young adults" – czyli w skrócie rzecz ujmując pisarzowi udało się stworzyć SF nadające się właściwie dla każdego, a nie jedynie wyjadaczy gatunku.

Nie obyło się też oczywiście bez romansu. Choć ten jest nietypowy - dlaczego jednak, musicie przeczytać sami. Otoczenie fabularne książki jest czymś nowym i ciekawie przedstawionym, choć główny wątek nadmiernie przypomina ten z „Intruza" Stephenie Meyer. Rick Yancey pisze jednak w kompletnie innym stylu, dlatego powieści znacznie się różnią. Gdybym miała je porównywać, to uważam, że „Intruz" napisany jest w bardziej pochłaniający sposób, jednak w „Piątej fali" nie ma tej nadmiernej dawki naiwności, idącej wręcz na granicy infantylizmu. Obie historie są jednak dobre i niemal równie wciągające.

Książka kończy się, prawie krzycząc na ostatnich stronach o tym, że będzie kontynuacja. No cóż, musi być, bo inaczej pisarz zostawi bardzo zawiedzionych czytelników. Wiemy również, że powieść jest gotowym materiałem na film (prawa do realizacji zostały sprzedane, a w produkcję zaangażowany jest Tobey Maguire). Myślę, że przy takim materiale jest spora szansa na to, że uda się stworzyć coś rewelacyjnego i godnego uwagi.

W moje ręce trafił egzemplarz przedpremierowy, tak więc na temat jakości wydania nie mogę się wypowiedzieć, poczułam się jednak mile zaskoczona. Mimo że wyraźnie zaznaczone jest, że tekst jest przed korektą, prawie nie było w nim błędów. Gdy wydawnictwo poprawi więc te kilka niedociągnięć, pod względem edycji powieść będzie doskonała – a wiadomo, takie znacznie przyjemniej się czyta.

„Piątą falę" polecam, nie tylko miłośnikom prozy Meyer, ale także fanom McCarthy'ego czy Dicka. To pomysłowe, ciekawe SF – choć należy dobrze pamiętać, że skierowane jest typowo do młodzieży i biorąc to pod uwagę, trzeba by przymknąć na kilka rzeczy oko. Również wątek romantyczny jest czymś, z czym wielu czytelników tego gatunku nie potrafi się w żaden sposób pogodzić. Jestem jednak przekonana, że w równym stopniu przyciągnie on po prostu nowych fanów, jak i co nieco zniesmaczy kilku starych wyjadaczy SF. Nie pozostaje teraz nic innego, jak czekać na kontynuację i/lub produkcję filmową, która ukaże się na wielkich ekranach kin.

Oni

listopad 04, 2014

Co może wyjść z połączenia polonistki, miłości do Stephena Kinga (nawet tej bez wzajemności) oraz upodobania do grozy? Odpowiedź jest prosta. Może wyjść całkiem fajna, klimatyczna opowieść. Ale po kolei.

Olga Haber to rodowita krakowianka i filolog polski. Jej zainteresowania są dość wszechstronne, ale w dużej mierze oscylują głównie wśród tego, co niekonwencjonalne i nadnaturalne. Takie ciągoty mogą zaowocować fajnymi pomysłami, a te mogą się przerodzić w historie naprawdę godne uwagi. I tak właśnie jest w przypadku powieści grozy „Oni", będącej debiutem powieściowym Olgi Haber.

Główna bohaterka Natalia obecnie jest na tzw. życiowym zakręcie i liże rany po traumie wypadku, w którym przed rokiem brała udział. Rozpadł się także poważny związek, w którym była. Odeszła z pracy. Żeby zapomnieć o tym, co nieprzyjemne, wyjeżdża na wieś i przyjemnie spędza czas w sielskim domku nad jeziorem. Wiąże się z młodszym od siebie chłopakiem i stara się jakoś dojść do siebie. Nie ma jednak łatwo.

Bohaterka nie może się pozbyć wrażenia, że ktoś lub coś ją obserwuje, po nocach śnią się jej krwawe koszmary, a wieś, która miała być spokojna i dawać relaks, stopniowo przekształca się w arenę niepokojących i budzących coraz większą grozę wydarzeń.

Mnożą się dziwne wypadki i zranienia. Podczas codziennego biegania Natalia trafia w lesie na dziwny wypalony krąg. Jadąc samochodem spotyka idącą poboczem dziewczynę, która sprawia wrażenie, jakby ją ktoś skrzywdził. Na ogół spokojni i przyjaźni mieszkańcy zachowują się coraz dziwniej; stają się zgryźliwi, złośliwi, a nawet agresywni. Najgorsze jest jednak to, że wokół samej Natalii gromadzą się siły, których bohaterka ani nie jest w stanie nazwać, ani z nimi walczyć. Nocne koszmary to bowiem nie wszystko. Dziewczyna zaczyna tracić kontakt z rzeczywistością, orientuje się, że ma luki w pamięci, gubi czas. Oprócz tego sama zaczyna się poddawać takim uczuciom jak zazdrość, zawiść czy obojętność. Nie słucha rad sąsiada, który jako jedyny wydaje się rozumieć, co naprawdę dzieje się w miasteczku. Zresztą trudno się bohaterce dziwić. Rewelacje, którymi raczy ją sąsiad, brzmią jak obawy paranoika, a nie zdrowo myślącego człowieka.

Przerażona i coraz bardziej zagubiona Natalia zdaje sobie sprawę, że jest marionetką w rękach obcej siły, która z premedytacją się nią bawi. Czy kobieta znajdzie w sobie dość sił, by wyjechać, czy też na zawsze podda się nieznanemu?

Muszę przyznać, że początek historii od razu wciąga czytelnika w wir drobnych wydarzeń, które stopniowo złożą się na większą katastrofę. Oczami głównej bohaterki śledzimy kolejne wydarzenia, snujemy domysły oraz obserwujemy coraz dziwniej zachowujących się mieszkańców. Początkowo trudno jasno określić, czy faktycznie dzieje się tu coś niedobrego, czy też może Natalia w trudnym momencie swojego życia pewne wydarzenia odbiera zbyt emocjonalnie.

Atmosfera strachu przed nieznanym zagęszcza się bardzo powoli i właśnie dzięki temu trudno się od tej historii oderwać, gdyż bardzo chce się poznać jej zakończenie. Swoją drogą, do samego końca spodziewałam się innego finału i dużym zaskoczeniem były decyzje, które Natalia podjęła, czy też emocje, którym uległa.

Kim są tytułowi Oni oczywiście zdradzić nie mogę, powiem tylko, że powieść jest ukłonem w stronę takich książek S. Kinga jak „Stukostrachy" i „Łowca snów", i jeśli ktoś miał z nimi styczność, będzie wiedział, co mam na myśli.

Tym, co nie do końca mnie przekonało, była motywacja, którą Oni się kierowali. Przyznam, że chyba wolałabym, aby pewne sprawy autorka pozostawiła niedopowiedziane. Mimo to Olga Haber zaserwowała mi porcję dobrej rozrywki na Halloween i jestem jej za to ogromnie wdzięczna.

Jeśli zatem szukacie na te jesienne wieczory rodzimej historii z dreszczykiem, to „Oni" autorstwa O. Haber są idealną lekturą dla Was. Polecam!

Coraz większą popularnością cieszą się w Polsce książki wydawane w formie audiobooków, które mogą umilić czas w chwilach, gdy czytanie tradycyjnej, papierowej powieści jest zwyczajnie niemożliwe. Kilka tygodni temu wersji audio doczekała się także najnowsza książka Jacka Piekary, thriller historyczny rodem z sarmackiej Polski, czyli zbierający coraz więcej pozytywnych recenzji „Szubienicznik".

Autora nie trzeba nikomu przedstawiać, ma on od lat ugruntowaną pozycję na polskiej scenie fantastycznej. Znany jest przede wszystkim dzięki niezrównanego cyklowi inkwizytorskiego o okrutnym, ale niedającym się nie lubić inkwizytorze Mordimerze Madderinie. Ponadto, kilka lat temu pisarz rozpoczął swoisty romans z Polską szlachecką, czego efektem był wzbudzający nieco kontrowersji „Charakternik". Jak widać, Piekara rozsmakował się w sarmackich klimatach, co zaowocowało właśnie niniejszą powieścią

Akcja toczy się w siedemnastowiecznej Polsce stojącej złotą wolnością szlachecką, zgodnie z którą panowie bracia własne prawa szablami stanowili. Młody podstarościc Jacek Zaremba przybywa w gościnę do majętnego i szanowanego stolnika Ligęzy. Ku jego zaskoczeniu, zamiast wesołej kompanii sąsiadów, którzy zwykle gościli u zamożnego szlachcica, zastaje tam skromne i dość oryginalne grono gości. Stary Ligęza w tajemnicy zwierza się Zarembie, że żadnego z owych oryginałów nie zapraszał, mało tego – żadnego z nich nigdy wcześniej nie widział na oczy. A jednak każdy z nich przywiózł ze sobą pisemne zaproszenie opatrzone jego podpisem i pieczęcią. Zaremba zobowiązuje się pomóc staremu szlachcicowi w rozwiązaniu tej niezwykłej zagadki.

„Szubienicznik" jest dosyć klasyczną powieścią szkatułkową, perfekcyjnie przy tym dopracowaną i dopieszczoną w każdym szczególe. Akcja głównego wątku toczy się powoli, wręcz leniwie. Pierwsze rozdziały są nieco ospałe i mogą nieco rozczarować czytelników przygotowanych na gwałtowne zwroty akcji. Jednak w miarę czytania wydarzenia nabierają tempa, a we wplecionych w główną oś fabuły pobocznych historiach, pędzą wręcz na złamanie karku. Skontrastowanie statycznej akcji rozgrywającej się na dworze Ligęzy z barwnymi, dramatycznymi, a czasem mrocznymi opowieściami jego niezwykłych gości zaowocowały bardzo dobrze uzupełniającym się połączeniem.

Piekara od pierwszego rozdziału czaruje czytelnika językiem, świetnie dopasowanym do opisywanych przez niego siedemnastowiecznych realiów. Bohaterowie posługują się barwną staropolszczyzną, okraszoną gdzieniegdzie łacińskimi wtrąceniami, która brzmi jednak niewymuszenie i naturalnie, zupełnie jakby autor posługiwał się nią na co dzień.

To właśnie takie elementy jak staropolska składnia i sposób wysławiania się postaci,a także rewelacyjnie i z pietyzmem oddane realia epoki sprawiają, że „Szubienicznik" to pełnokrwista powieść historyczna. Przedstawione przez autora ówczesne zwyczaje i obyczaje stanowią barwne tło dla rozgrywających się wydarzeń. Świetnie też pokazana została mentalność szlachciców, wraz z ich licznymi zaletami, jak i nie mniejszą ilością przywar. Piekara nieco ironicznie odmalowuje panów braci, dla których „szlachecka fantazja" najczęściej oznacza przetrwonienie całego majątku na wystawne biesiadowanie, kończące się zwykle tłuczeniem kryształowych kielichów i strzelaniem do portretów na ścianach. Z drugiej jednakże strony nie brak tu i poważnych dyskusji nad losem kraju, w którym każdy sobie zdaje się być panem.

Jednak największą zaletą powieści są bez wątpienia nietuzinkowi, barwni i dopracowani bohaterowie. Jacka Zaremby właściwie nie można nie polubić – jest inteligentny, ambitny, spostrzegawczy i dowcipny, potrafi dostrzec to, co innym umyka w ferworze dyskusji czy pijatyk. Jednocześnie jest nieco zarozumiały i nie potrafi powstrzymać języka za zębami (przez co potrafi napytać sobie biedy), a jedyne co go naprawdę przeraża to wizja utraty wolności kawalerskiej (z której uroków korzysta wyjątkowo często). Nie mniej interesujący są także pozostali bohaterowie, zwłaszcza goście przebywający w domu stolnika Ligęzy, o których wiadomo jednak znacznie mniej – jedynie tyle, co sami ujawniają.

Audiobook przenosi nas w realia siedemnastowiecznej Polski na blisko piętnaście godzin. Słucha się go świetnie przede wszystkim dzięki rewelacyjnemu lektorowi, Tomaszowi Sobczakowi, który potrafi zaczarować czytelnika głosem i sprawić, że każdy z bohaterów zyskuje odrębny rys. Ponadto, na płycie można znaleźć plik w formacie pdf z wykazem łacińskich zwrotów i sentencji używanych przez bohaterów powieści. Zabrakło go w papierowej wersji książki, dlatego cieszy fakt, że tym razem o nim nie zapomniano.

Podsumowując, „Szubienicznik" to pasjonująca powieść historyczna z wątkiem kryminalnym, która z pewnością będzie świetną lekturą dla wszystkich fanów gatunku. Polecam!

Szubienicznik

lipiec 06, 2013

Jacka Piekary nie trzeba nikomu przedstawiać, pisarz ma od lat ugruntowaną pozycję na polskiej scenie fantastycznej. Znany jest przede wszystkim jako autor niezrównanego cyklu inkwizytorskiego o okrutnym, ale niedającym się nie lubić inkwizytorze Mordimerze Madderinie. Ponadto, kilka lat temu pisarz rozpoczął swoisty romans z Polską szlachecką, czego efektem był wzbudzający nieco kontrowersji „Charakternik". Jak widać, Piekara rozsmakował się w sarmackich klimatach, co zaowocowało najnowszą powieścią o dosyć enigmatycznym tytule „Szubienicznik".

Autor przenosi czytelnika do siedemnastowiecznej Polski stojącej złotą wolnością szlachecką, zgodnie z którą panowie bracia własne prawa szablami stanowili. Młody podstarościc Jacek Zaremba przybywa w gościnę do majętnego i szanowanego stolnika Ligęzy. Ku jego zaskoczeniu, zamiast wesołej kompanii sąsiadów, którzy zwykle gościli u zamożnego szlachcica, zastaje tam skromne i dość oryginalne grono gości. Stary Ligęza w tajemnicy zwierza się Zarembie, że żadnego z owych oryginałów nie zapraszał, mało tego – żadnego z nich nigdy wcześniej nie widział na oczy. A jednak każdy z nich przywiózł ze sobą pisemne zaproszenie opatrzone jego podpisem i pieczęcią. Zaremba zobowiązuje się pomóc staremu szlachcicowi w rozwiązaniu tej niezwykłej zagadki.

„Szubienicznik" jest dosyć klasyczną powieścią szkatułkową, perfekcyjnie przy tym dopracowaną i dopieszczoną w każdym szczególe. Akcja głównego wątku toczy się powoli, wręcz leniwie. Pierwsze rozdziały są nieco ospałe i mogą nieco rozczarować czytelników przygotowanych na gwałtowne zwroty akcji. Jednak w miarę czytania wydarzenia nabierają tempa, a we wplecionych w główną oś fabuły pobocznych historiach, pędzą wręcz na złamanie karku. Skontrastowanie statycznej akcji rozgrywającej się na dworze Ligęzy z barwnymi, dramatycznymi, a czasem mrocznymi opowieściami jego niezwykłych gości zaowocowały bardzo dobrze uzupełniającym się połączeniem.

Piekara już od pierwszych stron czaruje czytelnika językiem, świetnie dopasowanym do opisywanych przez niego siedemnastowiecznych realiów. Bohaterowie posługują się barwną staropolszczyzną, okraszoną gdzieniegdzie łacińskimi wtrąceniami, która brzmi jednak niewymuszenie i naturalnie, zupełnie jakby autor posługiwał się nią na co dzień.

To właśnie takie elementy jak staropolska składnia i sposób wysławiania się postaci,a także rewelacyjnie i z pietyzmem oddane realia epoki sprawiają, że „Szubienicznik" to pełnokrwista powieść historyczna. Przedstawione przez autora ówczesne zwyczaje i obyczaje stanowią barwne tło dla rozgrywających się wydarzeń. Świetnie też pokazana została mentalność szlachciców, wraz z ich licznymi zaletami, jak i nie mniejszą ilością przywar. Piekara nieco ironicznie odmalowuje panów braci, dla których „szlachecka fantazja" najczęściej oznacza przetrwonienie całego majątku na wystawne biesiadowanie, kończące się zwykle tłuczeniem kryształowych kielichów i strzelaniem do portretów na ścianach. Z drugiej jednakże strony nie brak tu i poważnych dyskusji nad losem kraju, w którym każdy sobie zdaje się być panem.

Jednak największą zaletą powieści są bez wątpienia nietuzinkowi, barwni i dopracowani bohaterowie. Jacka Zaremby właściwie nie można nie polubić – jest inteligentny, ambitny, spostrzegawczy i dowcipny, potrafi dostrzec to, co innym umyka w ferworze dyskusji czy pijatyk. Jednocześnie jest nieco zarozumiały i nie potrafi trzymać języka za zębami (przez co potrafi napytać sobie biedy), a jedyne co go naprawdę przeraża to wizja utraty wolności kawalerskiej (z której uroków korzysta wyjątkowo często). Nie mniej interesujący są także pozostali bohaterowie, zwłaszcza goście przebywający w domu stolnika Ligęzy, o których wiadomo jednak znacznie mniej – jedynie tyle, co sami ujawniają.

Właściwie jedynym zastrzeżeniem, jakie mam wobec książki jest brak informacji, że jest to pierwsza część cyklu. W chwili, gdy zdawałoby się akcja zmierza ku rozwiązaniu, powieść urywa się wielkim napisem „Koniec tomu I", a następuje to w tak dramatycznym momencie, że aż zgrzytnęłam zębami. Zdecydowanie wolałabym być przygotowana na to, że historia ta nie zakończy się w jednym tomie, będzie zaś kontynuowana w kolejnych.

Podsumowując, „Szubienicznik" to pasjonująca powieść historyczna z wątkiem kryminalnym, która z pewnością będzie świetną lekturą dla wszystkich fanów gatunku. Z niecierpliwością wypatruję kolejnego tomu, mam nadzieję, że autor nie pozwoli nam nie niego zbyt długo czekać!