|
Produkcja rosyjska może się już poszczycić kilkoma porządnymi produkcjami z gatunku ogólnie pojętej fantastyki (wieki temu "Solaris" Tarkowskiego, a ostatnimi czasy "Straż nocna" i "Straż dzienna"). Tym razem nasi sąsiedzi stworzyli za konkretne pieniądze film fantasy. Trzeba przyznać, że jest to dzieło o niebo lepsze od badziewnego "Eragorna", jednak sporo tej produkcji brakuje do bycia dobrym filmem. Fabuła to oklepany w fantasy temat zemsty, połączony z oklepaną miłością ponad podziałami, a to wszystko złożone w oklepanej rzeczywistości, gdzie oklepane siły różnych bogów zmagają się na oklepanej Ziemi. Widać, iż twórcy odrobili lekcje i zainteresowali się innymi dziełami fantasy. Lecz takowe działania możemy poczytywać zarówno in plus (trzymanie się pewnych reguł i kanonów), jak i in minus (kopiowanie motywów, scen, postaci). Najbardziej rzuca się to w oczy w postaci głównego bohatera, który wzorowany był na Conanie z Cymerii. Obydwaj za młodu stracili rodzinę, którą wykończyli źli do szpiku kości osobnicy. Chęć zemsty na oprawcach kieruje ich dalszymi poczynaniami. Każdy z nich spędził swe dziecięce, jak i młodzieńcze lata na pracy w kopalni, gdzie umieralność jest równie wysoka jak wydobycie. Bardzo negatywnie należy ocenić wzorowanie się na amerykańskiej szkole pokazywania scen walki, gdzie kamera lata w każdą stronę. Zrobione jest to tak, aby niemrawość układów walki i braki fizyczne aktorów nadrobić szaleństwami kamery. Szczerze powiem, iż wkurza mnie takowe ukazywanie scen, gdzie lepiej spisałyby się ujęcia całych sylwetek walczących wojów - człowiek nacieszyłby oko pojedynkiem, a twórcy nie powodowaliby rozkalibrowania się sprzętu przez machanie nim na wszystkie strony. Na szczególną uwagę zasługują efekty specjalne, które naprawdę robią wrażenie. Świetnie poradzono sobie z pokazaniem czarów, czy też stonowanych w szarościach zaświatów. Żałuję, iż po raz kolejny nie sięgnięto po ciekawych bogów jacy rządzili i dzielili duszami na terenach zamieszkałych przez Słowian. Zamiast tego sięga się po sztampowy zestaw bóstw rodem ze skandynawskiej mitologii. Nie wiem w czym taki Swarożyc ma być gorszy od Thora - chyba tylko popularnością i brakiem fajnego młotka. Całość fabuły skojarzyła mi się z jakimś zapisem sesji RPG. Była to istna wesoła twórczość, gdzie ważne są tylko wydarzenia w których bierze udział główna postać, a wątki poboczne ucina się, gdyż "gracze" nie biorą w nich udziału. Niektóre wydarzenia zostają przyklejone w miejscach, gdzie widz czuje iż są tu kompletnie nie na miejscu i kompletnie nic nie wnoszą do dalszej akcji. Ktoś kto przeczytał kilkanaście książek fantasy, tych nie najwyższych lotów (choćby popularna seria Dragon Lance) będzie miał poczucie deja vu. Wiele z filmowych wydarzeń jest przewidywalnych, aż do bólu co zabija w widzu ciekawość co będzie dalej (przecież już wie) i zdecydowanie nie zachęca do jakiegokolwiek późniejszego kontaktu z tym czymś. W sumie nie jest to aż taki pasztet jak to gdzieniegdzie malują, ale ma spore braki. Po wyjściu z kina żałowałem, że nasi wschodni sąsiedzi nie zachorowali na sapkomanię i nie chcieli zrobić "Wiedźmina". Byłby to przynajmniej poprawny film z sensownymi efektami.
|