|
Dick stał się obok Shakespeara i paru innych klasyków, jednym z tych pisarzy, którego dzieła i te krótsze jak i te dłuższe, bardzo często są ekranizowane. W sumie dzieła tego genialnego schizofrenika bardzo dobrze nadają się do przenoszenia ich na duży ekran, pozwalając szerokiej publiczności poobcować z dobrą fantastyką. Douglas Quaid jest zwykłym robotnikiem, który ma ciągłe sny o Marsie. Chce przełożyć te marzenia na jawie na wycieczkę na Czerwoną Planetę, jednak za namową pięknej żony (Sharon Stone) postanawia odpuścić temat. Po pewnym czasie, gdy nadarza się okazja korzysta z usług firmy zajmującej się wszczepianiem ludziom nierealnych marzeń sennych jako prawdziwych wspomnień z podróży. Podczas zabiegu do głosu dochodzi ukryta, prawdziwa osobowość Douglasa. W filmie tym (o dziwo) Arnold Schwarzenegger wypada dosyć dobrze i ukazuje pewne talenta aktorskie czym chyba wzbudził zdziwienie u niejednej osoby. Kojarzony raczej jako mięśniak Holywooodu (obok takich typów jak Sylwester Stalone), po którym nie spodziewamy się niczego pozytywnego w kwestii umiejętności czysto aktorskich. Na szczęście tym filmem zaskakuje nas i to pozytywnie. Ciekawie wypada tu też rola młodej Sharon Stone, która już wtedy posiadała zabójczy wręcz urok. Zagrała prawdziwie dwulicową sukę, której każdy życzyłby tylko najgorszych rzeczy. Całkiem przyjemnie było popatrzeć też na poczynania kilku osób, które zagrały tu raczej epizodyczne role. W samym filmie (dzięki solidnemu podkładowi pod scenariusz jakim była książka) zostało nawarstwione kilka bardzo ciekawych wątków, z których każdy mógłby posłużyć jako kanwa kolejnego filmu. Co charakterystyczne dla Dicka - zwykły człowiek stawiany jest w bardzo trudnej sytuacji życiowej, a także musi zmierzyć się z panującym systemem. W tym wypadku robol jedynie dzięki podświadomości czuje, że chyba jest kimś więcej niż zwykłym zaharowującym się na śmierć nieudacznikiem, któremu udała się jedynie żona. Historia odkrywania swej przeszłości, a także walka o lepszy świat na Marsie czy artefakty obcych tworzą jedyny w swoim rodzaju koktajl, który pomimo 16 lat nadal nadaje się do spożycia. Na uwagę zasługują wszelkie użyte tu efekty specjalne. Niekiedy widać (z perspektywy czasu) ich sztuczność i oldschoolowość, jednak jako całość robią niesłychanie pozytywne wrażenie umożliwiając pełne wczucie się w klimat tego filmu. Kilka scen bardzo wryło mi się w pamięć - choćby nabrzmiewająca twarz Arnolda w atmosferze Marsa, czy "rentgen" lub kobieta z trzema piersiami. także charakteryzacja robi swoje, a mutanty wyglądają bardzo realistycznie, nie to co większość dziś wykreowanych za pomocą komputerów. Znów miałem okazję odświeżyć sobie ten film, co uczyniłem z nieskrywaną przyjemnością pomimo późnej pory seansu w telewizji publicznej. Warto było znów zobaczyć jedną z najlepszych ekranizacji prozy Dicka, młodą acz już wielce powabną i grzechu wartą Sharon Stone i Arnolda Schwarzeneggera w jednej ze swych lepszych ról.
|