|
Specyfika dzieł Philipa K. Dicka polega na tym, iż uwielbiał on wsadzać zwykłych ludzi w niezwykłe wydarzenia. Bawił się swymi postaciami niczym istny demiurg, który ma pełną władzę i nie boi się jej wykorzystać. W taki właśnie sposób skorzystali z książki Dicka twórcy tego filmu - mieli władzę (kasę) i nie bali się jej wykorzystać. Powstał istny kasztan, godny najgorszych dzieł tego schizofrenika Dicka (który jak wiadomo nierównym pisarzem był). Jak pokazuje historia Holywoodcy twórcy lubią sięgać po dzieła Dicka i w 90% robią z tego kolejny zapychacz filmowy. Trudno, tak też bywa. Film opowiada o Crisie Johnsonie, który ma niesamowity dar - potrafi przewidzieć swoją przyszłość dwie minuty do przodu. Jednak pewnego dnia ma wizję, która wybiega daleko w przyszłość - o spotkaniu kobiety swego życia. Crisem zainteresowana jest agencja rządowa, która chce go wykorzystać do odszukania znajdującej się na terenie stanów bomby nuklearnej. Pomysł ciekawy, choć oklepany (jeśli kto czyta fantastykę, to na opowiadania i powieści oparte na tym motywie co chwilę się wpada). Lecz jest tu miły akcencik - przewidywanie przyszłości tylko dwie minuty do przodu. Niby pomocne, ale w gruncie rzeczy okazuje się, że bardzo kłopotliwe. Człowiek może wręcz stracić ochotę do życia, bo już nigdy nie trafi mu się nic niespodziewanego. Szkoda, że Cris nie przewidział, że zostanie umieszczony w takim paszkwilaku. W oczy rzuciła się mi nieporadność twórców, którzy nie potrafili się zdecydować co z tym filmem zrobić, więc nawsadzano jak najwięcej do jednego wora, podpalono lont i zrobiono wielkie BUM. Człowiek ogląda do końca tylko li z przyzwyczajenia niźli z prawdziwej i nieodpartej chęci zobaczenia jak potoczy się akcja, gdyż już od samego początku wiemy wszystko. To przewidywanie przyszłości udziela się widzom, już po dziesięciu minutach seansu przewidujemy szkielet fabularny, oraz główne wydarzenia. Nuda... Nie lubię Julianne Moore, a zamiast Jessica Biel można było wziąć jakąkolwiek pannicę, która dobrze wygląda i potrafi udawać (czyli grać) choćby orgazm. Także Nicolas Cage wpadł w istną klatkę grania w tandetnych produkcjach, czyżby nabawił się jakiś długów, które teraz musi "ciężko" odpracowywać w gniotach, gdzie rozmienia swój talent na drobne? Nie zauważyłem tu ani jednej dobrze zagranej postaci, każdy gra na pół gwizdka, zero jakichkolwiek starań. Iście irytujące były efekty specjalne, które w paru momentach tak gryzły po oczach komputerową sztucznością, że mało nie skończyłem tego przedwcześnie oglądać. Jednak poczekałem do końca by doczekać się wielkiej przewałki, dzięki której mógłby ten film zyskać. Oczywiście doczekałem się spodziewanego zwrotu akcji, który nic sensownego nie wniósł. W sumie lepiej już obejrzeć jeszcze raz "Efekt motyla", który też traktuje o zmienianiu czasu tylko w innym kierunku. Zdecydowanie odradzam seans, nie ma sensu oglądać męczącego się na ekranie Cage'a, nudnej jak flaki z olejem Moore, znowu nie takiej ładnej Biel, tandetnych efektów, kiepskiej ekranizacji Dicka i nonszalancko poprowadzonej fabuły.
|