|
Ucieszyłem się, gdy dotarły do mnie pierwsze wieści o tym filmie. Cały mit, który wytworzył się wokół Króla Artura podobał mi się na tyle, iż za swych szczenięcych lat dotarłem do wielu tekstów z nim związanych. Wcześniej widziałem co najmniej kilka produkcji opierających się o tę postać, wymienię choćby te najważniejsze i najbardziej przeze mnie zapamiętane: "Arthur the King" z 1985 roku z Malcolmem McDowellem, "Excalibur" z 1991 roku z Nigelem Terrym, "Jankes na dworze Króla Artura" z 1931 roku, "Merlin" z 1998 roku z Samem Neillem, "Rycerze Okrągłego Stołu" z 1953 roku z Robertem Taylorem i Avą Gardner, "Rycerz króla Artura" z 1995 roku z Seanem Connerym. Chyba najpopularniejsza (nie tylko wśród filmów) jak i najsłynniejsza legenda dzisiejszych czasów obok Beowolfa, wraz z premierą "Króla Artura" ugryzła piach.
Twórcy tegoż filmu zaserwowali nam (jak się sami wielokrotnie chwalili) najbardziej zbliżoną do prawdy historię Artura. Według tych gminnych opowieści okazuje się on być pół brytem, pół rzymianinem a jego prawdziwe imię to Arturius (jakże cudnie złacinnione). Jest on wodzem wojowników sarmackich (boże, co za łoś wymyślił ten motyw). Walczą oni w imieniu Imperium Rzymskiego (notabene chylącego się ku upadkowi) na jego północno-zachodnich rubieżach - murze Hadriana, oddzielającego Brytanię - rzymska prowincję od terenów zajętych przez dzikich Piktów. W tym samym czasie, by zagęścić atmosferę filmu o kilka niezłych scen batalistycznych, nadciągają Sasi. I tak oto w pigułce serwuje się nam sporą dawkę nauczania o historii Wielkiej Brytanii.
Tyle pokrótce o fabule, a teraz do rzeczy, czyli tego, do czego sarenki lubią przyczepiać się najbardziej. Początkową scenę z Sarmacji, skąd pochodzi Lancelot (w legendzie pełna nazwa gatunkowa - Lancelot z Jeziora) przepełniona ckliwością i beznadziejnie zagrana przez młodego chłopaka (w sumie z racji wieku można mu wybaczyć niedoróbki). Rolę przyszłej prawej ręki Artura kompletnie zawalił, odegrał wielkiego mastera w krótkich spodenkach, miast ukazać zagubienie i żal za traconym dzieciństwem i strachem przed podróżą w nieznane obszary, gdzie swym mieczem ma zapracować sobie na wolność. Ta scena ma nas wprowadzić w fabułę i nastrój, a mnie jedynie wyprowadziła z wielkiej chęci odczynienia urokliwej powinności - obejrzenia filmu z serii miecz, topór i twardzi faceci, należącego do sfery przeze mnie lubianej, gdyż zahaczającej o szufladkę fantastyki zwaną fantasy. Zdecydowanie wycięcie tegoż początku zrobiło by dobrze całemu obrazowi. Lepszym wyjściem byłoby banalne wstawienie twarzy Lancelota starzejącego się wraz ze zmieniającym się otoczeniem, a w tle głos objawiający nam, co i jak na tym świecie się działo.
Kolejnym podmiotem - wymiotem, który niby miał nas wczuć w atmosferę i podniosłość dziejących się tu wydarzeń miały być przemowy o wolności. Wolność to, wolność tamto, wolność sramto, wolność, wolność, wolność... czyż to nie nudne? Ileż to razy musiałem słuchać tych ckliwych gadek o wolności? Wolność słowa, wolność narodów, wolność zwierza, wolności... po prostu wolności od tych słów o wolności. Pewnie i was czytelników tej recenzji już znużyło czytanie tego słowa na "W", a mnie jego wypisywanie. Reasumując i podsumowując ten wywód - wystarczyłaby jedna, słownie jedna - scena, a najlepiej ta kiedy to Artur przemawia przed wielką bitwą.
Także pewne szczególiki kostiumowe wypadałoby dociągnąć np. strój Ginewry podczas bitwy... Rozumiem, że odrobina golizny miała być uatrakcyjnieniem filmu i w sumie nie jest to takie niezgodne z realiami owych czasów (jeśli chodzi o Piktów) to jednak to co zaprezentowano mógłbym jedynie porównać do obciślaka Catwoman, gdzie to laureatka Oskara gania w stroju rodem z tandetnych pornosów dla s&m rodem z Niemiec wschodnich. Tak samo miss Keira Knightley (pomimo całego mego szacunku do niej) do roli Ginewry pasowała jak pięść do nosa i brak jej uroku i charyzmy tej najważniejszej kobiety w tej legendzie. Na plus mogę za to zaliczyć malunki bitewne jakie zdziałano na ciele owej wojowniczki, ukochanej Artura.
Jeśli chodzi o obsadę to chyba najlepiej obsadzono króla Artura. Clive Owen dał popis, czuć charyzmę i siłę tej postaci. Mads Mikkelsen jako Tristan, Til Schweiger jako Cynric, Stellan Skarsgård jako Cerdic, Ray Winstone jako Bors - to aktorzy których role w tym filmie zdecydowanie się wyróżniają i to nie tylko dzięki zrobieniu z tych postaci głównych bohaterów tej historii. Natomiast najsłabszym ogniwem była Keira Knightley.
Bardzo ważny i ciekawy wątek zdrady pominięto zupełnie, znaczy się zastąpiono pewną nadmierną uczuciowość Ginewry wobec Lancelota podczas bitwy, co nieodmiennie wskazuje na istnienie czegoś więcej między nimi... brakuje tylko nowej, wypasionej wersji specjalnej wydanej na dvd z dodatkowymi scenami, kiedy to dojdzie do wielowarstwowej zdrady (wasal swego suwerena, kobieta swego mężczyznę, przyjaciel przyjaciela, żołnierz swego dowódcę).
A teraz coś na osłodę (żeby nie mówiono, że się tylko czepiam) czyli sceny walk. Zrobione na poziomie z pewną dozą przesady na rzecz siły, umiejętności i szczęścia u tych dobrych, ale wizualnie wypada nieźle. Pierwsza odsłona głównej bitwy z odciętą saską piechotą prezentowała się bardzo dobrze. Czuło się to zagubienie, strach, pot, dym i śmierć. Natomiast już podczas głównych zmagań tej bitwy pojawiły się spore braki (jak zawsze staram się objąć wzrokiem wszystko, co się da podczas scen batalistycznych), ale występują one w każdym takim filmie. Przeciętnego widza zaabsorbuje przede wszystkim pokazywana w pierwszym planie walka, natomiast w tle często i gęsto, panowie i panie ledwie się trącają drogim, gumowym sprzętem. Dobra nie ma, co się dalej tego czepiać, przecież jeszcze nie powstał w tym przedmiocie żaden ideał, choć kilka dzieł się do niego zbliżyło.
Wpleciono parę dość ciekawych wątków, z których każdy prezentuje kolejne smaczki, choćby rzymski wielmoża na rubieżach - wręcz prekursor inkwizycji. Jednak kręgosłup filmu stanowi silna, prawdziwa, męska przyjaźń, w dodatku pomiędzy rycerzami i braćmi krwi i w krwi. Ten motyw pojawia się często, lecz tu został oddany na tyle dobrze, że warto poświęcić mu choć kilka ciepłych słów. Czuć, iż Artur jest iście mitycznym herosem, co to kulom... ups strzałom się nie kłaniał, nie straszny mu znój i gnój, on po prostu zawsze da radę. Aczkolwiek ma też i uczucia, twarda skorupa pancerza i zachowań na zewnątrz, a we wnętrzu mięciutkie jak kaczuszka bebechy targane sprzecznościami i emocjami. Walka z samym sobą, aby nie zatopić klingi swego wiernego miecza w trzewiach tych, którzy są jego zwierzchnikami, a na sumieniu mają bardzo wiele złego. Lecz jak na rycerskiego rycerza przystało - zaciska zęby, wskakuje na swego rumaka i hajda na wroga. Wszak trzeba jakoś uciszyć sumienie, albo je zalać rzeką krwi. Scena przy pustym okrągłym stole jest jedną z lepszych w całym filmie, widać jaka pustka została po zmarłych rycerzach...
Kończąc tą recenzję targają mną sprzeczne uczucia: z jednej odarty z legendy Artur i Merlin (tutaj jako jakiś zgredzik), wódz Piktów - minus, natomiast z drugiej kilka bardzo ciekawych i wciągających motywów oraz niezła batalistyka - plus. Gdyby nie sygnowano tego filmu pod hasłem "Król Artur" przełknąłbym ten kąsek spragnionymi sarnimi oczętami dobrych i widowiskowych filmów dziejących się tych strefach czasowych kiedy to walczono białą bronią bez jakiegokolwiek skrzywienia (bardzo lubię "Braveheart" czy "Gladiatora"), a tak pozostał niesmaczek. W gruncie rzeczy można obejrzeć, obdzierając ze sławnych imion bohaterów legendy i dopiero wtedy otrzymamy sensowne i strawne danie.
|