|
Pierwsza część była na wskroś chorym obrazem ukazującym bestialskie mordowanie dla przyjemności. Była to niezła kicha, aczkolwiek ukazała pewne zjawisko, które od wielu już lat dręczy szczególnie najbiedniejsze kraje - robienie filmów z gwałtami i mordami na życzenie niemiłosiernie bogatej klienteli. Część druga to typowe odcinanie kuponów od poprzedniego barachła - sprzedało się wiec drążymy temat dalej, przecież nie zabija się kury znoszącej złote jajka. Fabuła nie służy tu niczemu poza przeprowadzeniem bohaterek z punktu A Włoch do punktu B czyli na Słowację, gdzie trafiają do słynnego już Hostelu. Po drodze spotykają gang małolatów, którego członkowie dalej żują gumę otrzamaną w części pierwszej (cudownie obrazuje to straszliwą biedę u tych dzieci). A zaczęło się poprawnie - czyli jedyny przeżyły wraca do domciu, do dziewczyny. Razem ukrywają się w chatce babci znajdującej się na odludziu. Jednak obsługa Hostelu dopada tego uciekiniera. I w tym oto momencie rozpoczyna się prawdziwy dramat tego filmu. Fabuła składa się tylko li wyłącznie z uproszczeń fabularnych, które powinno się pokazywać studentom filmówek, aby wiedzieli, jak nie wolno robić kina. Część pierwsza uderzała ogromną dozą brutalności, od której przechodził człowieka dreszcz obrzydzenia. Tutaj są dwie na krzyż sceny, gdzie mamy do czynienia z niezłym hardcorem, czyli kosa, lady Bathory oraz zabawa z peniskiem. Wszystkie te sceny mają wspólny mianownik - bezsensowne epatowanie przemocą, zrobione w bardzo kiepski sposób. Tutaj aby być politycznie poprawnym, główne role odgrywają panie - które pięknie wrzeszcząc i popiskując udają, że grają... Ich próby walki z systemem sprzedajnego mordu są kiepściuchne - tocz mysz laboratoryjne pozbawiona kończyn i uzębienia mocniej walczy o życie niźli te panienki. Obsadzono je według reguły 2+1, czyli dwie ładne plus brzydula. Ich przygody na Słowacji zanim zostaną przerobione na kawałki mięcha są równie fascynujące co obserwowanie na bieżąco zmian słupka rtęci w klimacie umiarkowanym. Poza przewijającymi się jako statystki i w drugoplanowych elementach scenografii laseczkami na ekranie nie pojawia się nic co by przykuło naszą uwagę na dłużej niż kilka sekund. Toteż oglądanie tego filmu powinno zostać uznane za jedną z form pozbawienia wolności. Do spazmów śmiechu doprowadziły mnie dwie sceny. W jednej z nich przyjeżdża kurier z głową człowieka w paczce. Moment podejścia do szefa Hostelowej zabawy możemy zobaczyć jako odbicie w okularach... Zostało to tak żałośnie zrobione, że nawet pięciolatek dostrzeże, że na okulary nałożono obraz nakręcony z innej kamery... To samo w scenie licytacji, gdzie niby na ekranach palmfonów możemy obejrzeć twarze towaru i wylicytowane kwoty. Obraz strasznie się rozjeżdża i kompletnie nie pasuje do reszty. W amatorskich nagraniach z przyjęć rodzinnych robi się ciekawsze i lepsze efekty specjalne niźli w tych wyżej wymienionych scenach. Wprowadzono tu jednak też "gwiazdkę" czyli aktora, grającego w różnych tam padaczkach, jest nim Richard Burgi znany z serialu "Gotowe na wszystko". On i jego filmowy kumpel są znudzonymi, bogatymi typami, którzy szukają najdziwniejszych rozrywek na całym świecie i trafiają na internetową licytację przyszłych ofiar mordu. Zostali dobrani na zasadzie przeciwieństw wysoki i pewny siebie blondyn oraz niski zakompleksiony i stłamszony przez żonę brunet. Oczywiście potem się zmieniają, jednak były to tak znaczące zmiany, że o nich nie wspomnę. Zdecydowanie jest to jak do tej pory najgorszy i najbardziej kaszaniasty film tego roku, i chyba nic tego nie przebije (poza bezkonkurencyjnym w tandectwie boskim Uwe). Zdecydowanie odradzam, nawet jeśli macie darmowe wejściówki do kina - lepiej już wytrzepać sąsiadce dywan, pozbierać psie kupy z okolicznych chodników, przeprowadzić ankietę na temat wpływu polityki braci Kaczyńskich, a mleczności krów w dorzeczu Górnej Wolty niż męczyć się na seansie tak koszmarnej tandety.
|