Pn
13
Lip
09
Piotr Wolak - Ośmiornica

 

Napisany przez ProZak
Ocen (3)
Odsłony (431)
Komentarze (0)

Prolog. Wypadek samochodowy pod Karczewem należał do tych, których przyczyną był zły stan techniczny uczestniczących w nim pojazdów. Do zdarzenia doszło w niedzielę, 14 kwietnia 2002 roku. Zważywszy na porę roku, był to wyjątkowo ładny dzień. Na długo przed południem słupek rtęci przekroczył dwadzieścia kresek powyżej zera, po błękitnym niebie wolno sunęły nieduże cumulusy, a południowy wiatr delikatnie kołysał pozbawionymi liści drzewami. Łukasz Ostrowski nie zwracał jednak uwagi na pogodę oraz otaczającą go przyrodę. Był na nogach już od ponad trzydziestu sześciu godzin i myślał wyłącznie o tym, by jak najszybciej położyć się spać. Głośno ziewając, palił papierosy jeden za drugim i co jakioe czas uchylał szybę, by wyrzucić za okno niedopałek. Jego zmęczenie osiągnęło apogeum późnym popołudniem, gdy od celu podróży dzieliło go zaledwie pół godziny jazdy. Mijając Sobienie, po raz pierwszy zapadł w krótką, trwającą najwyżej dwie sekundy drzemkę. Przebudził się z niej na skutek silnych wstrząsów, jakie targnęły wozem w momencie zetknięcia się kół z nieutwardzonym poboczem. Wtedy to pękła na wskroś przeżarta rdzą metalowa opaska. Przytrzymywała ona gumowy wąż, doprowadzający płyn hydrauliczny do pompy wspomagania układu kierowniczego. Teraz nastąpiło jego powolne zsuwanie się z króćca. Trzy minuty później nieświadomy niczego kierowca, przeciąwszy na rondzie drogę Góra Kalwaria-Mińsk Mazowiecki, skierował się na Warszawę. Ponieważ ruch był niewielki, docisnął pedał gazu do oporu. Wyprzedził wlokącego się białego malucha, a następnie trzymając kierownicę lewą ręką, prawą sięgnął po leżącą na fotelu pasażera srebrną papierośnicę. W momencie, gdy auto z ogromną prędkością wchodziło w łagodny łuk, gumowy wąż zsunął się całkowicie. Płyn hydrauliczny trysnął mocnym strumieniem na asfaltową nawierzchnię szosy, ciśnienie w układzie spadło natychmiast do zera, a pompa przestała działać. Zaskoczony mężczyzna puścił kierownicę, która gwałtownie szarpnęła mu dłoń i nim zdążył się zorientować w sytuacji, ciemnozielone audi opuściło szosę. Ze zgrzytem rozdzieranych blach otarło się o jedną z przydrożnych topól, uderzyło w następną, po czym kilkukrotnie przekoziołkowało i znieruchomiało na świeżo zaoranym polu. Choć dochodziła dopiero dziesiąta wieczorem, w jednym z mieszkań bloku przy Alei Niepodległości przy skrzyżowaniu z Nowowiejską światło było już od dawna zgaszone, a w oknie salonu odbijała się jedynie słaba poświata włączonego telewizora.W panującym mroku, na starej, mocno wygniecionej kanapie o podartym w kilku miejscach ni to szarym, ni to brązowym, za to niezbyt czystym obiciu, siedział w zielonym szlafroku i z kieliszkiem wina w ręku Marek Zalewski. Był to dwudziestosiedmioletni mężczyzna średniego wzrostu i o sporej nadwadze. Jego przycięte krótko, szatynowe włosy były już dość mocno przerzedzone, a pokryta słabym zarostem twarz usiana krostami. Marek drgnął na odgłos dobiegających zza okna głośnych wybuchów śmiechu idącej ulicą grupki niezbyt trzeźwych studentów. Opróżnił kieliszek, odstawił go na ławę i zapatrzył się w wiszący na ścianie zegar. Śledził bezmyślnie ruch wskazówki sekundnika, dopóki w łazience nie ustał odgłos płynącej wody. Dopiero wtedy podniósł się i wyszedł z pokoju. Powrócił kilkanaście sekund później z butelką wina w ręku. Przez chwilę mocował się z korkiem, a gdy ten ustąpił, napełnił stojące na ławie kieliszki. Gdy odstawiał butelkę obok identycznej, już pustej, z łazienki wyszła wysoka rudowłosa kobieta w zawiązanym na piersiach ręczniku. Na widok bursztynowego płynu w kieliszkach rzekła radośnie: –  Jesteś cudowny, skarbie. Już się nie mogłam doczekać, kiedy znowu przepłuczę gardło. –  Tylko się nie obąbluj jak poprzednio, bo następnym razem dostaniesz tylko herbatę – mruknął Marek, a następnie dodał już nieco łagodniejszym tonem. – Dobrze wiesz, Daga, że masz słabą głowę, a ja jutro od rana mam zajęcia i nie będę miał czasu, żeby cię znów niańczyć. –  Ależ, skarbie… Nie bądź taki surowy dla swojej małej dziewczynki, ona ci to na pewno wynagrodzi – odparła kobieta z udawanym rozżaleniem w głosie. Potem zbliżyła się wolno do kanapy i usiadła obok Marka, kładąc mu nogi na kolanach. – Uwierz mi, że niejeden facet oddałby wszystko, by zamienić się z tobą choćby tylko na jedną, jedyną noc – rzuciła z uwodzicielskim uśmiechem, po czym sięgnęła po kieliszek oraz pilota. Marek popatrzył z uwielbieniem na piękne, dwudziestopięcioletnie ciało modelki, jakim natura obdarzyła Dagmarę Kapustę.Nie mogąc się powstrzymać, zaczął ją gładzić po miękkiej, aksamitnej skórze łydki. Jego ręka powoli, ale nieustannie wędrowała w górę.Gdy dotarła do połowy uda, nim jeszcze zdążyła skryć się pod krawędzią grubego jaskrawopomarańczowego ręcznika, Dagmara nieznacznie rozchyliła nogi, jednocześnie pstrykając pilotem. Trafiła na Dwójkę, na Panoramę. Na tle resztek tego, co jeszcze kilka godzin wcześniej było ciemnozielonym audi 80, prezenter informował o tragicznym w skutkach wypadku, do jakiego doszło pod Karczewem, oraz o dwóch kilogramach znalezionych we wraku narkotyków. Słysząc to, Dagmara zachichotała:–  Widziałeś frajera? Trzeba być kompletną pałą, żeby szaleć z taką górą prochów koło dupy. Ktoś dostanie ładnie po kieszeni. Marek, który przestał na moment gładzić jej bladoróżowe udo, by wysłuchać informacji o wypadku, teraz na nowo podjął pieszczotę, dodając przy tym obojętnie: –  Jeden w tę, jeden we w tę. Na jego miejsce i tak szybko się znajdzie ktoś nowy.

Dodaj komentarz

Kod antysapmowy
Odśwież