Ostatnie patronaty

uzdrowiciel
zycie-na-wiecznosc
boy7
bzrk
wyrzutki
anioly-sniegu
corka-weza-midgardu
katedra-heretyczki
Klątwa złotego smoka
Rozdarta

selkar-wydawnictwo-proszynski

Śr
15
Lip
09
Darkaraghel - Oko Węża - W paszcze Złodzieja Światła

 

Napisany przez ProZak
Ocen (3)
Odsłony (344)
Komentarze (0)

Był piękny, złocisty świt. Szum niewielkiego wodospadu mieszał się z muzyką zbudzonego ptactwa, a wschodzące słońce rozlewało ciepłe, świetliste kałuże po wystudzonych nocą skałach. Mogador Allantre przykucnął, wpatrując się w taflę kryształowego jeziorka i falujące w nim jego własne odbicie. Poranny zefir rozdmuchiwał drobinki perlistej wilgoci, które lekką mgiełką osiadały na jego posępnej, wręcz posągowej twarzy. Oblicze miał szorstkie i drapieżne. Pozbawionych wyrazu ust nie znaczył choćby ślad emocji, a mocno zaznaczony orli nos nadawał twarzy dumny, podniosły charakter. Hebanowa skóra, liczne rytualne blizny i błyszczące czernią meandry runicznych tatuaży zdawały się tętnić własnym, złowróżbnym życiem. Wyłupione za młodu lewe oko, złożone w ofierze Setowi, zastąpiono magicznym klejnotem o barwie obsydianu, który czasem, w chwilach eskalacji klerycznych mocy właściciela, nabierał barwy płonącego złota.
    Mnich poprawił kaptur, jakby chciał ukryć w jego czarnym jedwabiu swą twarz i zarazem całego siebie. Przymknął powieki, a przez jego niezmącone myśli przebiły się głosy i obrazy, budząc gorzki grymas na wiecznie niewzruszonym obliczu.

    Najwyższy Inkwizytor Wężowego Oka był kimś, kogo bali się wszyscy i kto zawsze pozostawał tajemnicą dla tych, po których przyszedł. Najżarliwszy kapłan i perfekcyjny zabójca, niezmącony umysł i nadludzko wyszkolone ciało, a do tego moc magii Cienia, Szeptów i Śmierci przekazana w darze od samego Seta. Tym kimś był Mogador Allantre. Był nim jeszcze całkiem niedawno...
    Przybył znikąd, jako jedyne ocalałe dziecko ze spustoszonej, barbarzyńskiej wioski. Był sierotą z pustyni i nie posiadał niczego, co mogłoby mu zapewnić dach nad głową i miskę strawy w stolicy takiej, jak orientalny Xhar’haddhir. Chłopca, tak jak i wielu bezdomnych oraz wszelkiej maści sieroty, porwano pod osłoną nocy i na postronkach, niczym bydło, wleczono do Katedr Krwi i Strachu, jak zwano wówczas świątynie Węża. Jednej ofiary jednak nie złożono... Młody, czarnoskóry chłopiec z dumnym wzrokiem przemówił do zgromadzonych językiem znanym tylko wtajemniczonym i tegoż samego dnia, jako żywy przykład naznaczonego łaską wybrańca, został przyjęty w szeregi akolitów i oddany pod bezpośredni nadzór samego arcykapłana.
    Odtąd, każdy dzień był dla nowicjusza dniem żarliwej modlitwy, kontemplacji
i ćwiczeń, dniem kiedy to z radością ducha i poczuciem wypełniającego się przeznaczenia spełniał swe powołanie. I tak było przez blisko trzydzieści lat. Trzydzieści długich, mierzonych kalendarzem ludzi lat, zawierało z osobna czterysta siedemdziesiąt trzy dni, a w każdym z tych dni nic nie płonęło jaśniej, niż ogień prawdziwej wiary wypełniającej serce Mogadora. W owym czasie był już dorosłym i gruntownie wykształconym mężczyzną, a mierząc ponad dwa metry i dziesięć centymetrów wzrostu był monumentem siły i  symbolem strachu, jakże przydatnym w czekających go misjach.
    Każde zadanie spełniał z fanatycznym oddaniem i niezrównaną precyzją. Jego możliwości zdawały się być nieograniczone i wtedy to podjęto decyzję o ostatecznej próbie Mogadora Allantre, od wieków bowiem tytuł Mrocznego Kardynała oczekiwał na tego, kto okaże się godny łaski wężowego Boga. Najwyższy kapłan Seta, przełożony wszystkich świątyń. Głos i Ręka Seta na ziemi, Półbóg. Od setek lat oczekiwano więc na legendę, która przybędzie w glorii nocy i zdoła zgasić słońce, po to, by mógł nastać wieczny mrok.
    Mogador czuł się wybrańcem i to przeświadczenie zamieniało go w fanatyczną maszynę, gotową na każde poświęcenie i zdolną sprostać żądaniom bóstwa, które jak żadne inne łaknęło niemożliwości. Jeszcze wtedy tak właśnie było…

Vellerus Nekhtere, arcykapłan, zwany „Ustami Seta”, był jedyną osobą, której poleceń musiałby wysłuchać, choć jakże rzadkim było, by ktoś rozkazywał Mogadorowi. Wtedy jednak, po raz pierwszy i zarazem ostatni tak się właśnie wydarzyło.
Usta Seta, mimo iż przez większość czasu dryfował po królestwach marzeń, wizji
i snów, teraz mówił dość jasno i precyzyjnie. Mogador miał odnaleźć relikwię należącą do jego kościoła. Święty przedmiot zaginął wieki temu, a jego mroczny blask i siła były potrzebne wyznawcom. Zadanie było proste – odnaleźć świątynię zapomnianego, smoczego kultu, który niegdyś, podczas wojny ras ze smoczymi królestwami, podstępnie najechał ziemie należące do kościoła Seta i skradł bezcenną relikwię. Wiadomo było, że artefakt skryto gdzieś na wydmach Pustyni Łez – miejsca, gdzie dni są piekłem, a noce potrafią zmrozić najgorętszą krew. Cóż to jednak znaczyło dla Inkwizytora, który dla swego Boga uczyniłby wszystko, bo tak właśnie wtedy by postąpił. Jeszcze wtedy…


    
*


    Durgar Krull był już mocno wstawiony. Siedział przy karczmianym stole i z głupawą miną wydłubywał kozy z nosa, wycierając je o poplamiony winem kaftan.  Małe, przekrwione z braku snu oczka zmieniały się w wąskie kreski skreślone nad spasionymi policzkami. Długie, rude włosy spięte wysoko w kuc, zwisały luźnym ogonem, sięgając daleko za połowę atletycznych pleców. Włosy te, jak i pleciona na krasnoludzką modłę w warkoczyki broda, rzadko obcowały z mydłem, a nader często z powidłem i wieloma innymi resztkami pokarmów, które Durgar po prostu kochał. Olbrzymi tors mógłby należeć nawet i do samego mistrza gladiatorów, gdyby nie pokrywała go tak kolosalna warstwa tłuszczu, który fałdami układał się w opasające tułów zwały.
Mimo to Durgar dbał o swój wizerunek prawdziwego barbarzyńcy. Klatkę zawsze, nawet i teraz, nacierał dla połysku błyszczącą oliwką. To, że było jej daleko do tych, jakimi smarowali swe ciała baśniowi herosi, a jakże blisko do tej kuchennej, wielokrotnie używanej do obsmażania mięsa lub nasączania pochodni, było o wiele mniej istotne. Grunt, że wyglądał okazale. Szkoda, że głównie w swoim własnym mniemaniu, aczkolwiek wciąż okazale.
    Jako mierzący ponad dwa metry i trzydzieści centymetrów ogre, przepasany lamparcią skórą i noszący ze sobą ogromny, dwuręczny miecz, mógł sprawiać wrażenie kolosa zdolnego skręcić kark bawołu tak łatwo, jak i przeciąć go na dwoje jednym machnięciem swojego oręża. Każdy, kto by tak pomyślał, bardzo minąłby się z prawdą.
    Durgar nie znosił się bić, do tego zupełnie nie umiał. Już od najmłodszych lat zdradzał zainteresowania budzące troskę przywódcy szczepu. Podczas gdy jego pobratymcy trenowali w dziczy sztukę zabijania wszystkiego, co żyje za pomocą ogromnej maczugi, jego ciągnęło do miast, karczm, wina, tańca i śpiewu. Widok krwi przyprawiał Durgara o zawroty głowy i mdłości. Zrodzony z iście gołębim sercem był zawsze ostatnim, kto mógłby kogoś skrzywdzić. Pod płaszczykiem ogromnej postury i skradzionego swemu przywódcy dwuręcznego miecza, skrzętnie skrywał swą największą słabość – tchórzostwo.
    Kilka lat wstecz podróżująca z płomiennej stolicy Xhar’haddhir elfia piękność Ellenae, widząc ogromny zapał Durgara do sztuki trubadurskiej, zdecydowała nauczyć go co nieco o tej profesji. Ogre chłonął ciałem i duszą każdą nutę i pieśń. Choć śpiew Durgara przypominał ryk rannego bawołu, a niezdarne łapska nie potrafiły się obchodzić z żadnym instrumentem (te bowiem wymagały finezji), to jednak jego patronka nie mogła odmówić mu poświęcenia. Tylko dlatego została z nim tak długo, sama będąc pod wrażeniem determinacji swego ogrowego ucznia. To ona podarowała mu jego pierwszy i jedyny instrument, który stał się jedną z najcenniejszych rzeczy Durgara, a była nim zdobna, elficka mandolina.

    Wnętrze karczmy pustoszało, a odchodzący goście zostawiali po sobie smród alkoholowych wyziewów i spoconych ciał, który mieszał się ze swądem oliwy przypalanej
w kuchni. „Kis” zwany winem, jaki tu serwowano, zalatywał utopionym szczurem i wyraźną nutą pleśni, ale to akurat odpowiadało tutejszej klienteli. Karczma „Pod Czerwonym Psem” była jedną z najtańszych i zarazem najgorszych nor, w której wyśmienicie czuł się miejscowy margines. Podawano tu najgorsze jadło, po którym łatwo było o zatrucie oraz równie podłej jakości trunki, ale tak jak noclegi wśród pcheł i niepewności przebudzenia bez noża pod żebrem, miały jeden ogromny plus. Były tanie. Bardzo, bardzo tanie. Tak tanie, że nawet Durgar Krull i jego banda mogli sobie tutaj pohulać.  
    
    Ogre–artysta z wielką niechęcią zwlókł się z wygodnego zydla i z ponurą miną, jakby szedł na ścięcie, skierował się krętymi schodami na górę, do apartamentów.
W zapyziałym i niewietrzonym pokoju trwała burza mózgów. Trzy postacie wlepiały nosy w rozłożoną na stole mapę, gardłując o „najlepszej drodze do skarbu”.  Oczywiście każdy z osobna miał własny i o dziwo jedyny, słuszny punkt widzenia na tę sprawę. Z całej trójki najgłośniejszy był jednak rachityczny, garbaty gnom o skundlonych, czarnych włosach i chochlikowatych ślepkach. Bez przerwy przechadzał się wkoło stołu, lekko utykając na prawą nogę i głaskał się po wydatnie wzdętym brzuszysku, zabawnie skrzecząc swym chłopięcym głosikiem. Gormak Rufus Aremer, bo tak nazywał podający się za mieszczanina gnom, był miejscowym złodziejaszkiem i kanalią gotową zapakować kosę w bebechy każdemu, jeśli tylko mógłby z tego wyciągnąć jakieś osobiste korzyści.
- Ruiny te być na północny wschód – wycharczał gardłowym głosem Myrloh. – Ja tam być, to złe miejsce i zły duch. Dżungla zjeść nasze serca i więcej nie oddać. – Chwycił szponiastymi dłońmi kawałek pergaminu, na którym skreślono mapę i postukał w nią pazurem.
- To być na pewno w Dolina Cieni. – Odłożył mapę i wyprostował się. Żaden hobgoblin nie grzeszył urodą, ale Myrloh należał do tych najpaskudniejszych. Ostre, głęboko osadzone, czerwone ślepia, uniesione kości policzkowe, łysy, jajowaty łeb i wielkie, spiczaste uszy upodabniały go do diabła, którym z powodzeniem straszy się małe, elfie dzieci. Skórę miał czarną jak węgiel, a z pyska sterczały dwie, śnieżnobiałe, prawie dotykające oczu szable. Nosił się na typowo plemienną i zabobonną modłę. Przepasany skórami własnoręcznie zabitych zwierząt, obwieszony gradem talizmanów i koralików, bardziej przypominał ucznia szamana niż wytrawnego łowcę, za którego się zresztą uważał. Sterczące uszy poprzekłuwane były mnóstwem świecidełek, a z nosa wystawała zakrzywiona kość jakiegoś zwierza, którą ubarwił tandetnymi farbkami.
Najmniej odzywał się Vorth – dziecko, rasy mieszanej, będące owocem nagłej miłości między najeżdżającą wioskę bandą olbrzymów z pustyni Łez a ludzką kobietą, która nie miała, w wypadku tego nagłego przypływu uczuć, zbyt wiele do powiedzenia. Ogromna, zwalista sylwetka i tępy wyraz twarzy idealnie komponowały się z dziesiątkami więziennych tatuaży, które to zdobył jako wieloletni bywalec lochów pod basztą Czterech Gargulców – najpodlejszego więzienia dla największych wykolejeńców w tym mieście.

Durgar, umęczony całonocnym porykiwaniem do mandoliny i piciem z przekupnymi gwardzistami z „gargulców”, sążniście beknął i ostentacyjnie rzucił się w barłóg z przepoconą pościelą, pragnąc zaznać nieco wypoczynku przed zbliżającą się wyprawą.  
Pod zamroczone winem powieki sen wkradł się łatwo i szybko, rozmywając tonące w tle odgłosy cichych rozmów i gardłowych kłótni. Nim zasnął, przez brodatą twarz przemknął chochlikowaty uśmieszek zwiastujący jakiegoś przykrego psikusa, którego sidła zostały już zastawione.

Zbudził go świdrujący w głowie skrzek. To był doprowadzony do furii, „tubalny głos” małego gnoma, który zbliżał się do temperatury wrzenia. Ogre leniwie podniósł jedną powiekę, by broń boże nie tracić rozkosznego, sennego otępienia i spojrzał przez rozchylone okiennice. Dochodziło południe. Radośnie zachichotał i nakrył głowę pierzyną.
Podczas gdy jego rozjuszona drużyna próbowała dojść, jakim cudem karczmarz, zamiast zbudzić ich o świcie, uczynił to dopiero w południe. Durgar w myślach powrócił do wydarzeń wczorajszego wieczora…
- Karczmarzu! – ryknął, po czym rzucając na stół srebrną monetę, ściszył nieco głos. – Zapomnij o rozkazach tego małego przykurcza, zbudzisz nas w południe.
- Jakże to, Durgarze – zdziwił się oberżysta. – Przecież oni mnie gotowi ze skóry obedrzeć.
- No, ja cię obronię, poza tym, wszyscy jesteśmy pijani. – Ogre posłał mu złośliwy uśmiech. – Jak będą mówić, że miałeś nas zbudzić o świcie, to ty mówisz „nie”!. Proste, prawda?

Rozjuszony, mały tytan wpadł do izby i powiódł oczami po wnętrzu, jakby szukał ujścia dla swojego wzburzenia.
- A ten kurwa, jak zwykle – zaskrzeczał. – Śpi w najlepsze! – Wskazał małym, serdelkowatym palcem na wielki kołtun pościeli, pod którą ukrywał się Durgar.
- Narzekasz – ospale przeciągnął ogre. – Zawsze możemy wyruszyć wieczorem. A i wyspać, i wypocząć, no i co najważniejsze, wyekwipować się zdążymy, bo co nagle to „po diable”. – Gormak spąsowiał, wyrzucił z siebie stek przekleństw i wyszedł trzaskając drzwiami.

Dodaj komentarz

Kod antysapmowy
Odśwież