|
Blok wielopiętrowy, z jasnopłowej cegły. Na balkonach sterty rupieci wystających ponad obowiązkowe osłony z falistego eternitu czy czegoś podobnego — narty, szpadle, pudła, balie, wanienki dla dzieci, które pewnie zdążyły już zdać albo oblać maturę. Mało skrzynek na kwiaty, w kilku oknach ciekawskie głowy. Jeden z dzielnicowych ruszył do bramy, mijając nową ławkę, bijącą w oczy z kilometra, rzucił coś przez ramię. Sukonin odwrócił się do mnie.
— Tę ławkę, na którą nawinęły się bebechy
|